fbpx

 

Szarmancki, zdolny, z poczuciem humoru i dystansem do siebie. Tenor rozkochany w klasycznym repertuarze, występujący na międzynarodowych scenach, teraz otwiera nowy rozdział artystycznej kariery. Voytek Soko Sokolnicki zaprasza nas w podróż przy wtórze pięknych melodii i wartościowych słów. Ta muzyczna przygoda niejednego słuchacza wzruszy do łez…

Rozmawia: Magdalena Ciesielska

Wojtku jesteś ogromnie zajętym i rozchwytywanym artystą: współtworzysz Tre Voci, występujesz w duecie z małżonką Agnieszką i na dodatek rozpocząłeś nowy artystyczny rozdział. W jakiej roli najlepiej się czujesz?

VOYTEK SOKO SOKOLNICKI: Zaczynałem od kariery solowej i teraz do niej powróciłem na większą skalę. Poza koncertami z Tre Voci przewijały się moje występy solowe. Jednak teraz stworzyłem własną muzykę, wydałem płytę „Melanforia” oraz płytę LIVE. Organizuję koncerty, reżyseruję – przykładam do tego dużą wagę. Wszystko musi być takie, jak sobie życzę. Jak śpiewam solo, to zarządzam wszystkim. (śmiech) Jestem sterem, żeglarzem i okrętem. Wynajmuję muzyków, którzy razem ze mną grają podczas koncertów. Płytę nagrałem sam, więc jest to tylko moja indywidualna praca i wielka satysfakcja, uwielbiam śpiewać solo. Zawsze gdy tworzę jakiś koncert solo, przeróżne myśli krążą mi głowie, „czy ludzie będą chcieli mnie słuchać, czy wolą mnie w zespole Tre Voci?” Taka ambiwalencja uczuć i myśli. Jednak wielokrotnie przekonałem się, że publiczność mnie lubi i moją solową muzykę, ona jest inna niż utwory wykonywane wspólnie z Mikołajem i Miłoszem. Występuję solo zarówno w operowym repertuarze, jak i tym znanym z „Melanforii”. Nie umiem hierarchizować, co bardziej lubię. Z Tre Voci jest dobra zabawa na scenie, znamy się już od tylu lat, łapiemy wspólne żarty. Nigdy nie reżyserujemy naszych występów. Jeden coś powie, drugi kontynuuje. Większość to spontaniczność. Wyczuwamy się na wzrok. (śmiech)

Koncert solowy pochłania więcej Twojego czasu i energii?

Rzeczywiście, bo wczuwam się bardzo emocjonalnie. Przeszywa mnie dreszcz emocji, który przechodzi przez najgłębsze rewiry mojej psychiki. To są moje teksty, moja muzyka. Jeśli chodzi o repertuar solowy operowy – to powiem nieskromnie (śmiech) – uwielbiam popisywać się głosem. Zawsze robię to dla ludzi, żeby czerpali z koncertu radość. 

Wiele osób powtarza, iż ćwicząc w domu, wybiera na miejsce łazienkę. Ty również?

Łazienka jest doskonałą przestrzenią, płytki tu rezonują, doskonale słychać dźwięki. Tam mam poczucie, że nikt mnie widzi. 

Nie znoszę sytuacji, gdy mam mało czasu na naukę nowego tekstu. Czas goni, a ja się stresuję czy zdążę opanować słowa. To dla mnie katorżnicza praca, dlatego korzystam z czasu spędzonego pod prysznicem, aby przyswajać repertuar. Jak z nowymi utworami wystąpię już jeden raz, to następny raz nie potęguje tyle stresu. Mózg rejestruje nowe teksty – to tak jak zapis na twardym dysku. 

Czy masz geny muzyczne?

Moja prababcia była nauczycielem gry na fortepianie. Piękny głos mieli moja babcia i mój dziadek – umieli głośno śpiewać. Moja mama ma piękną barwę głosu, ale zawsze się wstydzi, choć w szkole śpiewała wszystkimi głosami w chórze, bo do tego typowali ją pedagodzy. Jest bardzo skromną osobą i nigdy nie wystąpiła publicznie. W mojej rodzinie zawsze były słuchane i śpiewane dobre gatunki muzyczne, radio, płyty, kasety. I wszyscy mieli (i nadal mają) bardzo dobre głosy. Tu chodzi o aparat, bo każdy może śpiewać, ale niektóre ciała predysponowane są do śpiewu przez układ kości, mięśni, budowę głowy, czaszki. Mało kto zdaje sobie z tego sprawę. Ja miałem z natury impostowany głos operowo, o czym nie wiedziałem do 20. roku życia. Piosenek nie umiałem śpiewać, bo mój głos chciał wskoczyć w rewir mocno operowy. Przez przypadek zostało odkryte szersze spectrum moich możliwości głosowych. Przypadek zarządził zmianą od 26. roku mojego życia. 

Nikt mnie nie zmuszał, abym szedł na medycynę czy na prawo – u mnie w domu sztuka była zawsze numerem 1. Szeroko pojęta sztuka, muzyka jest czymś wybitnym i nigdy nie żałowałem, że wybrałem taką drogę życia. Zawsze byłem wspierany przez rodzinę, a to bardzo ważne – po dziś dzień wspólnie celebrujemy ważne artystyczne momenty. To dodaje sił i motywacji. Tata – jak tylko mógł wziąć urlop – przyjeżdżał z Niemiec na moje koncerty, kilka razy w miesiącu. 

Spuentowałeś swój utwór „Dom”, że jest prostą kompozycją, opartą na 4 akordach. Liczą się słowa, emocje. Czy tak właśnie podchodzisz do tworzenia utworów? Wartościowe słowa są wyznacznikiem?

Prawda jest przede wszystkim fundamentem dobrego utworu. Jeśli autor pisze z serca, nie według wyznaczonych kanonów piękna, nie według mód i trendów, to potrafi złapać styl muzyczny. Uprawiając muzykę od dziecka, wiemy, co jest dobre, a co złe. Potem już odbiór uzależniony jest od gustu słuchaczy. 

Emocje w muzyce są bardzo ważne, ale dla mnie również – technika. Uwielbiam tworzyć, jak mam bazę, tzw. rzemiosło artystyczne. Jestem owładnięty klasyką – w dobrym tego słowa znaczeniu – i musi być wszystko wykonane perfekcyjnie. Wówczas gdy mam zbudowane już dzieło, wtedy wkładam w to emocje.  A w słowach i emocjach pokazuję prawdę. Głosem wyrażam swój dynamizm, mój charakter, nie lubię szeptać. Doceniam dźwięki piano, delikatne, ale bardziej preferuję mocne uderzenie, silny głos. Solo lubię pofrazować, pobawić się dynamiką piano, a jak śpiewam w Tre Voci wolę „przyrąbać” (śmiech) głosem.

Twoje utwory „Dom”, „Czas”, „Jezioro snów” są liryczne, piękne w wyrazie i proste w przekazie. Bez zbędnych ubarwień. Prostota wygrywa?

Oczywiście, że tak. Uwielbiam przeróżne style muzyczne: jazz, klasykę, współczesne dźwięki, ale dla mnie zawsze główną rolę gra melodia. Musi być ona piękna, wpadająca w ucho, pozwalająca rozmarzyć się, a innym razem skłonić do refleksji. Może jestem zbyt tradycyjny, ale im melodia prostsza, tym według mnie lepiej, a na bazie takiej melodii można zbudować naprawdę piękne emocje. Chodzi mi o piękną frazę, piękną kantylenę. Bo melodie chwytają za serce, wpadają w uszy, chętnie je nucimy, do nich powracamy. A im prostsza, tym bardziej piękna. Jestem wielkim zwolennikiem piękna w sztuce, minimalizmu, prostoty. Podziwiam minimalizm w architekturze, to dla mnie królowa sztuk, robiących wrażenie. Proste formy zachwycają – to samo jest w muzyce.

U Ciebie melancholia zamieniła się w „Melanforię”. Jak powstała ta płyta? 

Z chęci połączenia wszystkiego, co dotychczas robiłem w życiu. Nagrałem na tej płycie i saksofon, chórki, wszystkie instrumenty. „Melanforia” jest uwieńczeniem moich marzeń muzycznych, mojej pracy przez wszystkie lata. Zastanawiałem się, do czego przyda mi się saksofon, Akademia Sztuk Pięknych, różne szkoły, a okazało się, że podczas realizacji tej płyty nastąpiła konsolidacja wszystkich moich doświadczeń, talentów, umiejętności. To szerokie spojrzenie na sztukę. Kumulacja wszystkiego, bo na fortepianie sam zagrałem, na saksofonie i wyreżyserowałem cały koncert, od wizualizacji, przez wejścia, ustawienie całej sceny. To jest niezwykłe! Teraz wykorzystuję to, co wypracowałem sobie w życiu. Bardzo się z tego cieszę. Spróbowałem i faktycznie spełniło się marzenie. Wytwórnia DUX to wydała i jest to dla mnie prestiżowe. Cieszę się jako klasyk, że mogłem nagrać autorską muzykę i została wydana właśnie przez tę wytwórnię. Cieszę się też ogromnie z nowej płyty LIVE, którą niedawno wydałem.

 „Melanforia” to zlepek różnych emocji, sztuk, dźwięków. A nowa płyta „Miasto” to nowe rewiry, jeszcze dotąd nieodkrytej muzyki?

„Miasto” miało wiele inspiracji. Sam nie wiedziałem czy nagrać covery w swoich aranżacjach, na tle różnych miast. Czy nagrać płytę o ludziach, relacjach, o tym, co widzę, co przeżywam w mieście. Ona cały czas się buduje z moich pomysłów i rozmyślań. Już mam czwarty utwór do kompletu. Kolejny nagrywam w C2 Studio z Bartkiem Napieralskim. Uważam, że jest on moim współproducentem, wymyśla mi barwy, kolory muzyczne. Świetnie się dogadujemy, jeśli chodzi o tę moją solową twórczość. Płyta ta będzie miała kilka tytułów – nazw miast, ale głównie mi tu chodzi o ujęcie życia, emocji ludzkich, ich zachowań. Bo ta pierwsza płyta „Melanforia” była bardziej oparta o moje życie, moje emocje, wspomnienia, oparta na rozmowach z ludźmi, przeżyciach. A w „Mieście” będzie bardziej ogólnie. Tworzę zawsze na bazie moich doświadczeń, nie kreuję siebie na kogoś, kim nie jestem. Nie podążam ślepo młodzieżowym stylem muzycznym. Płyta „Miasto” będzie emocjonalnie widziana moimi oczami. Obserwuję w niej ludzi, miejsca, interakcje. Mam nadzieję, że będzie ciekawa!

Kompozycja „Ludzie”, którą mi podesłałeś do odsłuchu, opowiada o braku czasu, zagonionym społeczeństwie, który wpadł w życiowy pęd, wciąż za czymś gna. Jak Ty radzisz sobie z tą życiową pogonią, nadmiarem obowiązków? 

Jestem zwierzęciem stadnym i bardzo rodzinnym. Kocham ludzi, ale potrzebuję mieć własną przestrzeń. Nie umiem być cały czas w tłumie, muszę pobyć też w ciągu dnia sam, sam ze swoimi myślami, pytaniami. Biznes, kariera, śpiewanie, uczenie się, zabieganie, podróżowanie – pośród tego wszystkiego zawsze potrzebuję mieć czas dla siebie. Odpoczywam też od zgiełku w podróżach. Podróżuję często sam, bo chłonę ciszę. Relaksuję zmysły. 

Nieraz jest mi ciężko odnaleźć się w życiowym harmidrze. Mam jednak wyrozumiałą rodzinę i wyrozumiałych przyjaciół, dlatego separuję się jak mogę, nawet w hotelach mieszkam sam. Wynajmuję takie hotele, jak chcę. To moja decyzja i indywidualność. 

Nie jestem zagorzałym użytkownikiem Internetu i social mediów. Oczywiście, wrzucam coś dla fanów, informuję o koncertach, ale nie lubię tracić czasu na bezmyślnym surfowaniu; jestem daleki od inwigilowania innych. Czasem wrzucę na Facebooka jakieś prywatne zdjęcie, np. z kawą czy z siłowni, choć tego nie lubię.

Często ucieczką przed zwariowaną rzeczywistością jest jakaś pasja. Oprócz muzyki co Cię inspiruje, wciąga, pochłania?

Sztuka. Kocham podróżować, ruszać się, poznawać piękno świata. Uwielbiam zwiedzać nowe miejsca, co jest mi dane dzięki muzyce. Kocham jedzenie, kulinaria, smakowanie dań, poznawanie ludzi, nowych smaków, widoków. Moją pasją też jest plastyka, malowanie, rysowanie, szkicowanie. Ukończyłem plener malarski. Często chodzę do kina, najczęściej w południe, wraz z nachosami. (śmiech) i lubię też mieć czas na spacer z samym sobą. Delektuję się kawą. Celebruję czas wolny. Obłędnie słucham muzyki, jednego utworu np. przez miesiąc. Wyłapuję każdy dźwięk, każdą nutkę.

Ostatnio jakiego wykonawcę słuchasz nagminnie?

Adele i jej piosenki „Hold on”. Wsłuchuję się w każdy chórek, w każdy dźwięk, analizuję. Kiedyś Korteza słuchałem maniakalnie – więc znam jego utwory od A do Z. (śmiech) Także Coldplay – uchwycę się jakiegoś utworu i powtarzam, powtarzam… 

Wiem, że 24 kwietnia byłeś z Agnieszką w Krotoszynie na koncercie na rzecz Ukrainy. 29 kwietnia w pięknym Teatrze Zdrojowym w Szczawnie-Zdroju wystąpiłeś w duecie z żoną. Czy to dla Ciebie wyzwanie artystyczne, wspólny śpiew z małżonką?

Przed zespołem Tre Voci i Agnieszki – Sopranissimo koncertowaliśmy wspólnie i stworzyliśmy projekt „Opera Night”, gdzie śpiewaliśmy z naszą przyjaciółką Dorotą Grzywaczyk, również z Iloną Krzywicką i innymi muzykami. I to był bardzo ciekawy projekt oparty o muzykę operową i filmową, niezwykła przygoda. Jednak rzeczywiście zaczęliśmy czuć przesyt przebywania ze sobą: w domu, w pracy, na koncertach. Mieszkaliśmy razem, uczyliśmy się, ćwiczyliśmy, podróżowaliśmy razem. Któregoś dnia powiedziałem „dość”, musimy się nieco zdystansować i zrobić coś osobno. Wówczas zaproponowałem chłopakom stworzenie zespołu Tre Voci – to był 2015 rok. Agnieszka bardziej zajęła się operą i nauczaniem , a potem stworzyła, wspólnie z Joasią Horodko i Agnieszką Adamczak, zespół Sopranissimo. I odseparowaliśmy się na jakiś czas… 

Teraz znów zaczęliśmy razem podróżować, bo jesteśmy zapraszani, przede wszystkim do Przemyśla, przez panią dyrektor Nowakowską. Widzimy, że nasz duet ma moc i podoba się publiczności. Jest operowo i z podziałem na rolę męską i żeńską, mocniejszą i delikatniejszą. Oboje tęsknimy za muzyką klasyczną, więc nasze występy są w tym klimacie.

Szykuje nam się bardzo dużo wspólnych koncertów, małżeńskich, (śmiech) i w Polsce, i w Niemczech, w sierpniu oraz we wrześniu.

Z Tre Voci też zwiedziłeś różne kraje…

Byliśmy ostatnio w Dubaju, wcześniej w Tajlandii, Kanadzie, USA. Tre Voci jest, to trwa i tego na pewno nie zaprzepaścimy! To jest nasz złoty biznes. 

Grasz z wieloma orkiestrami. Czy komunikujecie się wcześniej, wymieniacie spostrzeżenia, wykonujecie koncert próbny?

Próba zawsze musi być, nierzadko chwilę przed koncertem. (śmiech) Nawet jakbym wskoczył na scenę i miałbym zaśpiewać z nieznaną mi wcześniej orkiestrą, nie miałbym z tym problemu. Jest percepcja, słucha się każdej nuty. Jest dyrygent, do którego śpiewak się dostosowuje lub na odwrót – dyrygent do śpiewaka. Najgorzej gdy obydwoje się szukają… i nie wiadomo, kto ma kogo słuchać. Trafiły mi się ostatnio trzy koncerty w Warszawie, które musiałem uratować (śmiech), w tym na Wiktorach 2022, z Alicją Węgorzewską w Teatrze Buffo, w zastępstwie za innego tenora, ale z moim repertuarem, dostosowując się do ich akompaniamentu, jedna próba i udało się. Dodatkowo wystąpiłem z zaprzyjaźnionym profesorem Tatarskim.

Spontaniczność jest w Twojej naturze?

Tak, przed publicznością czuję się jak ryba w wodzie, a scenariusz sam się kreuje podczas występu. Uwielbiam improwizację, nie lubię mieć wszystko wyreżyserowane, zaplanowane. Tylko repertuar wyćwiczony, a scenariusz koncertu swobodny, bez ram i odgórnych założeń. Jak jest dużo koncertów, ten sam repertuar w różnych miejscach, to musimy mieć różny program, aby ludzie się nie nudzili, że opowiadamy wciąż te same żarty. Naprawdę z Tre Voci nigdy się nie przygotowujemy, wszystko jest czystą improwizacją, uzależnioną od naszego nastroju. Z Agnieszką też tworzymy żywy kabaret (śmiech), a moje solowe występy z utworami z „Melanforii” są przesiąknięte emocjami i bardzo nastrojowe.

Na początku kwietnia wystąpiłeś ze swoim nowym repertuarem w Zamku w Poznaniu. Jakie masz plany na następne miesiące? 

Mam zapchany kalendarz, jeśli chodzi o występy z Agnieszką, z Tre Voci czy swoje solowe. Teraz do czerwca skupiam się na stworzeniu nowej płyty „Miasto”, chciałbym mieć cały materiał skończony, czyli 12 utworów. Organizuję też koncerty, to dość męcząca i wyczerpująca część mojej pracy – ale robię to od 20 lat. Nieraz mam 60 telefonów do południa i poprzez to czuję się jak manager, a nie artysta. Ale mam tę wiedzę jak zrobić, aby koncerty się odbywały. Udaje mi się znaleźć sponsorów. Ostatnio to Anna Michalska z pne.pl, Bartłomiej Rajchert z Grupy Doradztwa Strategicznego oraz ENEA Operator. Mam ich wsparcie. 

A 13 i 15 maja szykuję wielką niespodziankę w Poznaniu na Termach Maltańskich. Szczegóły ogłoszę nieco później.

Trzymam kciuki, aby wszystko się udało i nie zabrakło Ci pomysłów do improwizacji.

(śmiech) Wielkie dzięki!