Dobrego lepienia

|Marta Kabsch|Marta Kabsch

Coraz mniej pamiętam ze starego mieszkania Dziadków na Jeżycach. Wśród tych najbardziej żywych wspomnień są scenki z dużej kuchni. Siedzimy z Babcią przy stole i wałkujemy. U Niej robiło się pierniki „na bogato”. Kolorowe lukry, posypki. Musiałyśmy piec ich setki, bo ostatnia puszka opróżniana była zwykle, kiedy na dworze robiło się już ciepło. W wysokim kamienicznym mieszkaniu przy Słowackiego mieściła się ogromna choinka – jak z bajki. Obok kolorowych bombek i anielskiego włosia wisiały podłużne cukierki w kolorowych celofanowych opakowaniach i, moje ulubione, galaretki w czekoladzie. Babcia z dobrotliwym uśmiechem ulegała moim namowom, żeby kilka z nich zjeść jeszcze przed Świętami. Jeśli Wigilię spędzaliśmy u Dziadków na Jeżycach, moja rezolutna kuzynka zamykała nas w jednym z pokoi i z zapałem reżyserowała jasełka. Dorośli cierpliwie oklaskiwali później nasze teatralne popisy.

Kiedy podrosłam, awansowałam do nowej roli w procesie przedświątecznych przygotowań. Zostałam pierogową asystentką Babci z Łazarza. Sesje lepienia odbywały się w wigilijny poranek. Mama podwoziła mnie do Dziadków zaraz po śniadaniu. W przytulnej, pachnącej barszczem kuchni czekało już moje stanowisko i „materiały” do pracy: farsz z kapusty i grzybów, szklanka ciepłej wody do zwilżania krawędzi ciasta (dzięki temu lepiej się zalepia!) i pierwsze krążki wykrojone przez Babcię. Może ze dwadzieścia sztuk powstawało w skupieniu. Później wpadałyśmy w pierogowy trans. Ręce lepiły same, a my mogłyśmy oddać się rozmowie. Na przykład – o Prababci. Podobno była pierogową mistrzynią. W dwie godziny potrafiła sama, od zera, przygotować kilkaset pierogów z jagodami dla grupy na koloniach. Nasz skromny duet tych rekordów nigdy nie pobił. Miałyśmy za to inną miarę sukcesu – żaden pierożek nie mógł się rozkleić podczas gotowania. To udawało się zawsze.

Babć nie ma już z nami. Cały rok tęsknię za Nimi, w te przedświąteczne dni – szczególnie mocno. Najlepsze pierniki robi teraz moja Siostra. Tradycję pierogowych poranków pielęgnujemy razem. 24 grudnia o 11:00 przyjeżdżamy do Rodziców. Na stole czeka już farsz przygotowany przez Mamę. Bez pośpiechu i ambicji bicia prababcinych rekordów zabieramy się za wyrabianie ciasta i lepienie. Chichoczemy upaprane mąką. Siostra włącza świąteczną playlistę. „All I want for Christmasisyouuuuuuuu” – wyjemy wspólnie z Mariah. Koło 14:00 dołącza nasz Brat, rozsiada się obok i zabawia nas anegdotkami. Mama krząta się przy innych potrawach, Tata serwuje wszystkim świąteczną szklaneczkę piwa albo lampkę wina. A pierogi? Czasem wyjdzie 120, czasem 160 sztuk. Żaden nie rozkleja się przy gotowaniu. Oficjalna Wigilia zaczyna się koło 16:00. Siadamy ładnie ubrani do stołu, jest opłatek, piękny obrus, pyszne jedzenie, prezenty. Bardzo lubię nasze rodzinne ucztowanie z choinką w tle. Ale to pierogowe przedpołudnie jest moim ukochanym momentem Świąt. Życzę Wam radości z tych mniej oczywistych elementów Bożego Narodzenia. I żeby pierogi nigdy się nie rozklejały. Pięknych, spokojnych Świąt!

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

Może cię zainteresować:

|Marta Kabsch|Marta Kabsch
REKLAMA
REKLAMA

Lubię

Artykuł przeczytasz w: 3 min.


Lubię, kiedy ludzie czytają książki w pociągu. Kiedy bez powodu uśmiechną się na ulicy do innego przechodnia. Gdy wdają się w pogawędki przy kasie w sklepie. Lubię, kiedy dbają o uprzejme pozdrowienia w mailach. Kiedy, przychodząc w odwiedziny, przynoszą drobny upominek albo coś słodkiego. Lubię, kiedy wpuszczają inny samochód w korku i kiedy migają w podziękowaniu.

Lubię, kiedy rodzice jadący w autobusie z małymi dziećmi przez całą drogę z nimi rozmawiają. Lubię, kiedy pani w bibliotece zapyta, jak podobała mi się książka i opowie o tym, co sama ostatnio czytała. Lubię, kiedy ludzie dbają o otoczenie swojej działki – także za płotem. Lubię, kiedy pracowniczki i pracownicy urzędu z zaangażowaniem pomagają rozwiązać sprawy petentów. I cieszą się, że mogli pomóc. Lubię, kiedy pani w delikatesach poleci mi szynkę albo ser i okazują się naprawdę pyszne. Lubię, kiedy spiker w radiu ma staranną dykcję. Lubię, kiedy właściciele psów pogrążają się w spontanicznych rozmowach o swoich pupilach. Lubię obserwować grupki seniorów w kawiarniach. Lubię, kiedy ludzie stoją z prawej strony na schodach ruchomych.

Lubię, kiedy ktoś dba o ładne opakowanie prezentów. I jak patrzy – z radością i oczekiwaniem – kiedy obdarowana osoba otwiera upominek. Lubię, kiedy ludzie pieką ciasto bez okazji – „do kawy”. Lubię, że w niedziele starsze osoby ubierają się elegancko. Lubię, kiedy ktoś umie zajmująco i dowcipnie opowiadać o tym, co mu się przydarzyło. Lubię obserwować, jak ludzie witają się na dworcu. Lubię kolorowe dekoracje w oknach szkół i przedszkoli. Lubię, kiedy w sklepie, oprócz „do widzenia”, mówi się „dobrego dnia”. Lubię, kiedy ludzie słuchają z uwagą na służbowych spotkaniach i prezentacjach.

Lubię, kiedy ktoś napisze długą pozytywną recenzję na portalu do rezerwacji noclegów. Lubię, kiedy ludzie idą chodnikiem niespiesznym krokiem. Lubię, kiedy obca osoba powie „na zdrowie”, jak kichnę w pociągu albo na ulicy. Lubię, kiedy ludzie przychodzą punktualnie. Lubię, kiedy kelner, stawiając przed gościem danie, mówi „przyjemności”. Lubię, kiedy ludzie przytulają się na powitanie. Lubię, kiedy przepuszcza się w kolejce osobę, która ma mało rzeczy. Lubię, gdy ktoś napisze SMS z podziękowaniem za miłe spotkanie. Lubię, kiedy ludzie przytrzymują drzwi windy. Lubię, gdy kilka osób na raz rzuca się do pomocy kobiecie z wózkiem w tramwaju.

Lubię, gdy ludzie wysyłają pocztówki z wakacji. Lubię rozmowy o pogodzie z sąsiadami. Lubię, kiedy pani w warzywniaku powie, żebym wymieniła truskawki, bo „tamte są słodsze”. Lubię, gdy ktoś zwraca uwagę obcej osobie, że ma rozpięty plecak. Lubię, kiedy ludzie pod koniec stycznia nadal życzą sobie „szczęśliwego Nowego Roku”. Lubię, kiedy napiszą wiadomość zaczynającą się od: „myślałam, myślałem dziś o Tobie”.

A Ty?

Marta Kabsch

PR Manager Starego Browaru, współwłaścicielka marki papierniczej Suska & Kabsch
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

I co dalej?

Artykuł przeczytasz w: 4 min.


Przypomniałam sobie scenę z filmu jak Bridget Jones weszła na ogrodowe przyjęcie w stroju króliczka Playboya, bo nikt jej nie powiedział, że przebierankę anulowano. Patrząc na jej czerwieniące się policzki, wsłuchując się w myśli przerażenia i chęć zapadnięcia się pod ziemię – miałam podobnie. Wstydziłam się za nią, oglądając przed laty tę romantyczną komedię. Wstydzę się też w naszym świecie rzeczywistym, gdy ktoś mówi coś niestosownego, ordynarnego, chamskiego w przestrzeni publicznej, w bliższym czy dalszym otoczeniu.

Robi mi się gorąco z nerwów, choć to wcale nie moja wina. Nie moje słowa, cięta riposta czy pseudo żart, nie moje zachowanie, skandaliczne, wulgarne, obrażające drugą stronę – ale to ja czuję się, jakbym dostała uderzenie z łokcia… Spuszczam wzrok, chce mi się płakać z bezsilności, z ludzkiej głupoty, z zasłyszanych kłamstw wielokrotnie powtarzanych, które dla innych są jak objawienie prawdy, czystej prawdy… Po prostu wstydzę się… A ostatnie dni, tygodnie i miesiące były tego najlepszym przykładem.

Zadziwiające debaty polityczne, konfrontacje kandydatów na najwyższy urząd w państwie, szokujące informacje, szkalujące wpisy internetowe, spięcia zwolenników i przeciwników politycznych, wiece, parady, pochody. Do tego historie sprzed lat o niebezpiecznych ustawkach, kibolskich zaplanowanych starciach, kontaktach z mafijnym półświatkiem, pomocy nastawionej na zysk i sutenerstwie. A w tle nieprzyzwoite i nieeleganckie gesty, uchwycone przez kamery, wypierane i przekręcane przez oponentów politycznych… Naprawdę wstyd. Upadek godności, klasy, uczciwości…
Z przerażeniem obserwuję naszą rzeczywistość. I wciąż mnie ona czymś nowym zaskakuje. Jak bardzo potrafimy przeżywać cudze kompromitacje? Wstydzimy się, gdy ktoś zachowuje się nie na miejscu? Ignorancko odjeżdża na hulajnodze elektrycznej, nie zwracając uwagi na zapytania z tłumu, czy krzyczy o antysemityzmie, nagonce na „innych”, w jednej ręce trzymając gaśnicę, a w drugiej krzyż i mówiąc „szczęść Boże”.

Coś się kończy w życiu, coś się zaczyna. Tylko na razie jeszcze nie wiem co… Są takie momenty, które smakują jak ostatni łyk gorzkiej kawy – zwiastujący koniec. Zostaje cisza, odrobina żalu i pytanie: „co dalej?”. Życie, jak stary zegar, odmierza cykle nieustannie – i choć niektóre z tych etapów kończą się z hukiem, inne po cichu odchodzą w cień. Wstyd za kogoś to nic innego jak echo zdziwienia, niezrozumienia pomieszane z oczekiwaniami. A jest też druga strona. Ten wstyd – choć nieprzyjemny – uczy pokory. Przypomina, że nie kontrolujemy świata, że ludzie są różni i nie zawsze będą działać zgodnie z naszym scenariuszem. I że czasem jedyne, co możemy zrobić, to wziąć głęboki oddech. Czy to łatwe? Nie. Czy to konieczne? Tak – dla zdrowia psychicznego.

Jako typ zadaniowca lubię mieć plan, mapę, odhaczać, co już wykonane, a co dopiero przede mną. Tymczasem rzeczywistość działa na innych zasadach – czasem coś się kończy zanim jesteśmy gotowi, czasem zaczyna zanim zdążymy się pożegnać. I choć brzmi to jak frazes z książki motywacyjnej, to jednak prawdą jest, że koniec bywa początkiem. Nie chodzi o to, żeby każde zakończenie widzieć w czarnych barwach, choć bywają straty, które bolą latami i nie chcą przynieść niczego w zamian. Ale nawet w tych historiach – a może zwłaszcza w nich – tkwi pewna mądrość. Przypomnienie, że życie nie stoi w miejscu, że jesteśmy w nieustannym ruchu.

Trzeba mieć odwagę, żeby żegnać się z tym, co było, ale i cierpliwość, żeby przyjąć to, co przyjdzie. Bo życie to nie linia prosta, ale znana nam sinusoida. Często trudna opowieść – z niewiarygodnymi rozdziałami, zwrotami akcji, czasem jako dreszczowiec momentami trzymający w napięciu, zagadka lub łamigłówka… I każdy koniec to po prostu znak, że trzeba przewrócić stronę.

Magda Ciesielska

Magdalena Ciesielska

redaktor prowadząca
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

Miasto wolnego słowa, czyli o tym jak Poznań walczył o niezależne dziennikarstwo

Artykuł przeczytasz w: 3 min.


Jeśli wolność w ogóle coś znaczy, oznacza prawo do mówienia ludziom tego, czego nie chcą słyszeć.
W czasach powszechnego kłamstwa mówienie prawdy jest aktem rewolucyjnym.

George Orwell

Międzynarodowy Dzień Wolnej Prasy obchodzimy 20 kwietnia. To święto, które przypomina nam, jak wielką wartością jest swoboda wypowiedzi. W czasach, gdy wiadomości docierają do nas szybciej niż kiedykolwiek, trudno ocenić wiarygodność danej informacji, a media przechodzą dynamiczne zmiany, warto spojrzeć wstecz i zadać sobie pytanie: jak wyglądała droga do wolnej prasy w Polsce?
A jeśli szukać symbolu tej walki, to stolica Wielkopolski jest jednym z najlepszych miejsc, by zacząć tę opowieść.

tekst: Zuzanna Kozlowska


Poznań zawsze miał w historii coś do powiedzenia, dosłownie. Już w XIX wieku tutejsze redakcje walczyły o to, by polski język i polska sprawa nie zniknęły z kart gazet. „Dziennik Poznański”, założony przez Hipolita Cegielskiego oraz wydawany od 1859 roku, to przykład gazety, która mimo pruskiej cenzury kształtowała świadomość mieszkańców Wielkopolski. Wtedy drukarnie były niczym ukryte bastiony oporu, a każde kolejne wydanie niosło w sobie ducha niezależności.

Podobnie było w okresie PRL, gdy oficjalne media mówiły jedno, a ulica drugie. W 1921 roku ukazywał się „Dwutygodnik Sportowy”, niezależne pismo poświęcone sprawom sportu. W latach 80. niezależne pisma, takie jak „Obserwator Wielkopolski”, powielały informacje, których próżno było szukać w państwowych gazetach. Cenzorzy próbowali blokować publikacje, ale Poznań, miasto, które już w 1956 roku pokazało, że nie boi się walczyć, nie zamierzało milczeć.

Co ciekawe, stolica Wielkopolski była też jednym z pierwszych miast, w którym zaczęto eksperymentować z lokalną telewizją – już w 1957 roku powstał tu Ośrodek Telewizji Poznań, mający ogromny wpływ na rozwój mediów w regionie.

Drukowano niezależne pisma w garażach i piwnicach, a rozprowadzano je ukradkiem, ryzykując wiele. Potem nadeszła upragniona wolność 1989 roku oraz prawdziwy rozkwit gazet, lokalnych periodyków, a dziś także portali, blogów czy niezależnych mediów społecznościowych. Każda z tych publikacji to nie tylko historia lokalnego dziennikarstwa, ale też żywy dowód na to, że Poznań zawsze stał po stronie prawdy. Wolność słowa przetrwała.

Warto o tym pamiętać, bo wolna prasa to nie tylko wielkie hasła z podręczników historii. To codzienna praca dziennikarzy, którzy piszą o naszym mieście, o sprawach bliskich każdemu z nas. To także nasza, czytelników, odpowiedzialność, by wybierać media rzetelne, uczciwe i lokalne. Dziś w Poznaniu wolność słowa ma się dobrze, chociaż, jak zawsze, wymaga czujności. Internet zmienił zasady gry, ale jedno pozostało niezmienne: wolne słowo jest fundamentem demokracji. A prasa, mimo że dynamicznie zmienia formę, wciąż jest jej strażnikiem.

Dlatego warto zatrzymać się na chwilę, wziąć do ręki gazetę i docenić to, że możemy czytać, pisać i mówić – wolno. Poznań od zawsze miał coś do powiedzenia. I niech tak zostanie.

Zuzanna Kozłowska

Zuzanna Kozłowska

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA