Hanna Szumińska | Puzzle w moim życiu zawsze się układają

Hanna Szumińska - prezes Komandor Wielkopolska fot. Jakub Wittchen|Hanna Szumińska - prezes Komandor Wielkopolska fot. Jakub Wittchen|Hanna Szumińska - prezes Komandor Wielkopolska fot. Jakub Wittchen|Hanna Szumińska - prezes Komandor Wielkopolska fot. Jakub Wittchen|Hanna Szumińska - prezes Komandor Wielkopolska fot. Jakub Wittchen|Hanna Szumińska - prezes Komandor Wielkopolska fot. Jakub Wittchen|Hanna Szumińska - prezes Komandor Wielkopolska fot. Jakub Wittchen|Hanna Szumińska - prezes Komandor Wielkopolska fot. Jakub Wittchen

Wychowana w rzemieślniczej, stolarskiej rodzinie, od najmłodszych lat nauczona szacunku do pracy i prywatnej przedsiębiorczości. Analityczna, opanowana, rozważnie, ale szybko podejmująca decyzje. Jest entuzjastką kształcenia ustawicznego i kiedy tylko może swój wolny czas poświęca na naukę i szkolenia. Dziś mówi, że meble zawsze do niej wracają i choć porzuciła branżę na długie 15 lat, decyzję o powrocie podjęła w cztery i pół minuty – Hanna Szumińska – prezes Komandor Wielkopolska S.A.


Muszę na początek o to zapytać. Czy masz szafę Komandor w domu?
HANNA SZUMIŃSKA
: Oczywiście, że mam! Mam garderobę i przepiękny system Mocca, drzwi do garderoby i łazienki w systemie Lumi. Do tego wbudowaną we wnękę szafę, ale nie z drzwiami przesuwnymi, ale normalnie otwieranymi. Bo choć Komandor kojarzy się głównie z drzwiami właśnie przesuwnymi, normalnie otwierane też mamy w swojej ofercie. Cała moja kuchnia zbudowana jest z systemów Komandora – Opal, z przepięknym szkłem matowym. Z kolei w łazience mam szafę z białego akrylu, która mieści wszystkie sprzęty niezbędne przy sprzątaniu. Wszystkie te meble zostały zrobione na wymiar i dostosowane do mojego wzrostu, co szczególnie ważne jest przy projektowaniu i późniejszej budowie zabudowy kuchennej. Takie możliwości dają nasze systemy Komandora.

Zamiłowanie do stolarki wyniosłaś z domu?
Pochodzę ze Swarzędza, jestem córką stolarza. Mój Tato miał zakład rzemieślniczy i produkował przepiękne meble. I tym samym cała rodzina była zaangażowana w ten nasz rodzinny interes. Mama prowadziła tacie księgowość, ja już w wieku sześciu lat składałam fornir, a nieco później zostałam „asystentką biurową” Taty, pisałam umowy z klientami, przygotowywałam poczęstunek dla kontrahentów. Pamiętam, że szczególnym uznaniem cieszyła się wśród nich herbata z róży. (śmiech) A Tato zajmował się wszystkim – od zaopatrzenia, przez rekrutację młodych stolarzy, czeladników po wykonawstwo, transport i montaż u klienta.

Swarzędz w czasach poprzedniego ustroju był swoistą mekką meblową – jak wspominasz tamte czasy?
Biznes meblowy w tamtych czasach można podzielić na dwie grupy. Pierwszą stanowiły meble produkowane przez Swarzędzką Fabrykę Mebli, w drugiej znajdowali się rzemieślnicy, którzy prowadzili firmy, zrzeszeni w cechu stolarzy. To oni odpowiadali za kształcenie uczniów, czeladników. Tam odbywał się cały proces zawodowy. I tak jak wyglądała nasza rodzinna firma, tak wyglądał de facto cały prywatny biznes meblowy. Był to pewien model – wówczas firma produkująca meble zajmowała się całym procesem ich tworzenia. A to wymagało niezwykle rozbudowanego parku maszynowego i ludzi z umiejętnościami ich obsługi. Często wiele z tych maszyn było robionych samodzielnie, bo po prostu nie można było ich kupić. W naszym zakładzie większość z nich została wykonana przez mojego dziadka ślusarza, takie jak pucówka, frezownia, tarczówka i wyrówniarka. Prowadzenie działalności w tamtych czasach nie należało do popularnych. Wymagało ciężkiej pracy, ale też pozwalało godnie żyć. Kiedy rozpoczęły się zmiany ustrojowe – zaczęły się prawdziwe „przetasowania”. Pewne procesy okazały się nieopłacalne, pojawili się na rynku pseudohandlarze, także problemy z płatnościami, czego nie doświadczało się do tej pory, czy zupełnie nowy system podatkowy, żony stolarzy już nie były w stanie same prowadzić ksiąg rachunkowych. I stary model po prostu z dnia na dzień przestał działać w obliczu przychodzących nowych warunków rynkowych. Większość firm ratowała się i szukała nowych rozwiązań, ale fakt jest taki, że niewiele z nich działa do dzisiaj.

Hanna Szumińska - prezes Komandor Wielkopolska fot. Jakub Wittchen

Kiedy stwierdziłaś, że chcesz sprofesjonalizować swoje zainteresowania?
Szczerze powiedziawszy nigdy nie myślałam, że będę pracować w tej branży. Zajęć, które wykonywałam w ramach pomocy w rodzinie nie postrzegałam w kategoriach „pracy”. To była naturalna sprawa, że wszyscy w rodzinie zajmujemy się naszym biznesem. Na to należy nałożyć ówcześnie panujący światopogląd, że stolarstwo jest typowo męskim zajęciem. Gdyby mój ojciec miał synów, naturalnym byłoby przeświadczenie, że to oni w ramach sukcesji przejmą po nim schedę. Stety lub niestety mój Tato miał trzy córki i nikomu nie przychodziło w tamtych czasach do głowy, że kobieta może prowadzić biznes w tej profesji. To było poza zasięgiem czyjejkolwiek wyobraźni. I ja dopiero całkiem niedawno zdałam sobie sprawę, że te szafy, meble całe życie do mnie wracają. Nawet moje panieńskiego nazwisko – Szafoni, skłoniło moich kolegów z klasy do nadania mi przezwiska „Szafa”. (śmiech) I mimo wielokrotnych prób odchodzenia z moimi planami i marzeniami w inne branże, meble ciągle do mnie wracają. Meblarstwo najprawdopodobniej jest mi pisane. (śmiech)

Komandor to dziś synonim szaf z drzwiami przesuwnymi, firma powstała w Polsce w 1992 roku z inicjatywy jej obecnego właściciela Jacka Kozłowskiego. Dołączyłaś do firmy niewiele później. Jak wspominasz lata 90.?
Dość szybko wyszłam za mąż, urodziłam troje dzieci. Późne lata 90. to był czas mojego powrotu na rynek po urlopach wychowawczych. A tak się stało, że Komandor tworzył wówczas swoją pierwszą sieć dealerską i prezentował nowe modele szaf na targach w Poznaniu. Modele, które wzbudzały niemało kontrowersji. Bo mało kto wówczas wierzył w sukces szafy, która nie ma klasycznie otwieranych drzwi, nie ma „pleców” czy boków. Czas pokazał, że Komandor miał rację, a ich produkty stały się hitem rynkowym i doczekały się szerokiego grona naśladowców. Drugim argumentem, jakim Komandor przyciągał potencjalnych franczyzobiorców, był brak konieczności posiadania zaplecza maszynowego. Przypomnijmy, że były to późne lata 90., a Komandor postawił na zupełnie innowacyjny model biznesu w tamtych czasach – tzn. na oprogramowanie. I pamiętam, kiedy poszłam na spotkanie dla przyszłych partnerów firmy, rozgorzała tam dyskusja, że taki schemat na polskim rynku na pewno się nie przyjmie. Że może to w Stanach lub w Niemczech, ale u nas – nie ma mowy. Po roku od wprowadzenia tego modelu na rynek okazało się, że dzięki biznesowym wskazówkom spisanym przez właściciela firmy w tzw. „żółtej książeczce” – do prowadzenia firmy wystarczy laptop, drukarka i chęci. Na pewno wielu czytelników pamięta czasy, kiedy przedstawiciel firmy pojawiał się w domu klienta, robił pomiary, rysował „od ręki” szafę z wyceną w komputerze i jeśli Klient podpisał umowę, to umawiał się już tylko na montaż. Początkowo stolarz wysyłał projekt na dyskietce, potem już poprzez Internet do działu produkcyjnego i jedyne co robił to odbierał gotowe elementy, które montował w domu u Klienta.

Hanna Szumińska - prezes Komandor Wielkopolska fot. Jakub Wittchen

Czyli zmiana modelu niosła ze sobą bunt zwolenników starego modelu?
Nie tylko to stanowiło punkt zapalny. Dość spore kontrowersje budziło też wprowadzenie płyty laminowanej jako wypełnienia szaf. Dla nas rzemieślników ze „starej szkoły” było to takie nieco urągające. Laminat nie był postrzegany jako materiał wysokiej klasy. Dzisiaj wydaje się to aż śmieszne, bo laminaty potrafią być naprawdę wysokiej jakości, ale wówczas były materiałem drugiej kategorii. Na to wszystko nakładała się obawa o proces, który dzisiaj nazywamy cyfryzacją. Nie za bardzo rozumieliśmy istotę Internetu. Przypominam, że jesteśmy w latach 90. i trudno było zaufać czemuś, czego nikt nie znał, co dopiero raczkowało. Ale traf chciał, że mniej więcej w tym samym czasie brałam udział w otwartym wykładzie profesora Wojciecha Cellarego na ówczesnej Akademii Ekonomicznej dotyczącym innowacyjności. I pamiętam, że profesor powiedział dokładnie to samo, co usłyszałam na spotkaniu Komandora, że od procesu cyfryzacji nie ma odwrotu i że tak będzie wyglądał rynek w przyszłości. To stanowiło dla mnie swoistą kropkę nad „i”, która zadecydowała o tym, że zostałam partnerem firmy Komandor. Z punktem w Tesco przy ulicy Serbskiej. Co też było zupełnym novum, istnym szaleństwem, bo kto wpadł na pomysł, aby w sklepie spożywczym sprzedawać meble?! (śmiech) Ale ten model się sprawdzał.

Byłaś w firmie kilka lat, zrobiłaś sobie przerwę na 15 lat, po to… aby ostatecznie do niej wrócić. Komandora się nie porzuca?
Myślę, że wszystko w moim życiu miało swój czas. Zawsze czułam, że w pierwszej kolejności chcę postawić na rodzinę, dzieci, a potem dopiero na tzw. karierę. Dzieci zawsze stanowiły dla mnie priorytet i chciałam im poświęcić tyle czasu, ile potrzebowały. W miarę ich dorastania, siłą rzeczy potrzebowały tego czasu coraz mniej i mogłam, kolokwialnie mówiąc, zająć się sobą i swoim rozwojem. Zawsze marzyłam o tym, aby zostać nauczycielką. Poszłam na studia o kierunku psychopedagogika pracy, swoją pracę pisałam o procesach pracy w małej firmie, chwilę później pojawiła się propozycja, aby przejść w ramach spółki Komandor do fundacji, która zajmowała się rozwojem przedsiębiorczości. Ale gdzieś podskórnie czułam, że potrzebuję zmiany. I trafiłam na rynek zarządzania nieruchomościami, aby finalnie zarządzać Centrum Wyposażenia Wnętrz przy ulicy Głogowskiej. Ta branża chyba musi mnie kochać i ja ją chyba też! (śmiech) Zawsze w moim sercu zajmowała szczególne miejsce, więc kiedy w 2019 roku o 8:15 rano zadzwonił telefon od właściciela firmy z propozycją objęcia stanowiska prezesa zarządu Komandor Wielkopolska S.A., decyzję podjęłam w cztery i pół minuty.

Szybko…
Generalnie w swoim życiu staram się szybko podejmować decyzje. I staram się być w tym wszystkim mocno analityczna. W trakcie tych czterech i pół minuty musiałam sobie odpowiedzieć na kluczowe pytania – o własne kompetencje, o to czy jestem przygotowana merytorycznie do tego, aby taki projekt przyjąć i o to, czy mam na to czas. Prowadziłam wówczas swoją działalność i przyjęcie tego stanowiska wymagało reorganizacji dotychczasowej rutyny. Na oba te pytania odpowiedziałam sobie dość szybko i pozytywnie. Tym samym w ciągu dwóch tygodni zostałam powołana na stanowisko prezesa zarządu Komandor Wielkopolska. A między nami mówiąc – chyba kiedyś przez moment o tym marzyłam…

Hanna Szumińska - prezes Komandor Wielkopolska fot. Jakub Wittchen

Mówisz, że około 20 procent Twojej pracy to wolontariat. Rozwiniesz myśl?
To pokłosie moich marzeń związanych z byciem nauczycielem. Zarządzanie nieruchomościami, praca w Termach Maltańskich tuż przed ich otwarciem, gdzie odpowiedzialna byłam za poukładanie wszystkich procesów, które jakby nie było, pewnie z korektami, ale działają do dzisiaj. Zajmowałam się tam organizacją właściwie wszystkiego – od sprzątania, poprzez ochronę, komercjalizację powierzchni. Wszystko to sprawiło, że jeszcze bardziej pokochałam porządkowanie kompetencji w zakresie gospodarki nieruchomościami. Kiedy w 2014 roku trafiłam do ministerialnego projektu o nazwie Zintegrowany System Kwalifikacji – systemu, który daje możliwość zdiagnozowania i porównywania kwalifikacji w ponad 130 krajach na świecie, zupełnie przepadłam. Zakochałam się w tym na zabój. (śmiech) Mogłam wykorzystywać swoją wiedzę i praktykę do tego, żeby porządkować procesy w obszarze kompetencji. To była moja odskocznia od codziennej pracy zawodowej. Sporo też dowiedziałam się wówczas o sobie. Przede wszystkim odkryłam, że moją misją jest „opracowywanie”. Zupełnie nie nadaję się do prac odtwórczych, pasjonuje mnie wdrożenie, uporządkowanie, audyty, inwentaryzacje i szukanie dróg rozwoju. Kiedyś zastanawiałam się, po co mi kolejne szkolenia z rzeczy pozornie niepotrzebnych, niezwiązanych z moją branżą. Dziś już wiem, że wszystkie wykłady, w których uczestniczyłam, wszystkie szkolenia, studia podyplomowe – to wszystko okazało się przydatne. Mam całe półki segregatorów materiałów ze szkoleń, na które poświęcałam swoje wolne dni, urlopy czy weekendy. Jestem entuzjastką uczenia się przez całe życie i kształcenia ustawicznego. Puzzle w moim życiu zawsze się układają.

Jesteś prezesem Komandor Wielkopolska. Wytłumaczmy, gdzie na mapie procesu produkcyjnego czy logistycznego znajduje się właśnie Komandor Wielkopolska?
Na całą firmę składa się Zakład Produkcyjny w Radomiu, w którym projektujemy, produkujemy i testujemy systemy do drzwi przesuwnych oraz uchylnych. Dodatkowo – dział oprogramowania działający pod marką Komandor Software. To bardzo ważna część naszej działalności, gdyż firma Komandor posiada autorski program komputerowy służący do projektowania, ofertowania, przygotowywania zamówień i wysyłania ich na produkcję. A z kolei w dziesięciu miastach Polski znajdują się zakłady takie jak nasz, poznański przy ulicy Jeleniogórskiej, które zajmują się obróbką i przygotowaniem pod montaże mebli dla klienta. Posiadamy najlepsze oprogramowanie w kategorii produktów meblowych na wymiar, z którego korzystają naprawdę wszyscy – projektanci, pomiarowcy, obsługujący oferty i zamówienia, puszczający do produkcji, planiści, pracownicy produkcji czy montażyści.

Hanna Szumińska - prezes Komandor Wielkopolska fot. Jakub Wittchen

Kiedy realizowaliśmy sesję zdjęciową na potrzeby tego wywiadu w Showroomie w Galerii Polskie Meble, powiedziałaś, że to, co tam widzimy, to tylko szafa, produkt, który może być taki czy inny, ale najpiękniejszy jest proces jego tworzenia i maszyny, na których powstaje. To dość niezwykłe. Wydawało mi się, że to dzieło, które powstaje jest tym, co ostatecznie podziwiamy, zachwycamy się – niekoniecznie sam proces…
Dziadek ślusarz, tata stolarz, zapach drewna i płyty na podwórku – to moje zapachy z dzieciństwa. Może z tego to wynika…? Jednocześnie jestem z firmą Komandor związana od wielu lat, byłam przy jej narodzinach, rozwoju. Mam ogromny szacunek do jej prezesa, że potrafił tak poukładać procesy w firmie, że działa ona do dzisiaj. To wszystko powoduje, że patrzę na produkowane przez nas meble z ogromnym sentymentem, widząc nie tylko gotowy produkt, ale wszystko to, co za nim stoi, zanim powstanie.

Wspomniałaś już o wyjątkowym, autorskim oprogramowaniu, na którym bazuje firma Komandor. I to od samego początku jej istnienia. Można powiedzieć, że byliście w latach 90. pionierami cyfryzacji w branży. Opowiedz proszę, jak powstaje szafa Komandor?
Wszystko zaczyna się od pomiaru w domu klienta. Dzięki naszemu oprogramowaniu jesteśmy w stanie stworzyć najbardziej niestandardową szafę czy zabudowę. Nasze oprogramowanie precyzyjnie wyliczy, gdzie mają się znaleźć nawierty, nie pozwoli na kolizje, a do tego zorganizuje naszym partnerom całą produkcję, optymalizując wszystkie procesy produkcyjne związane z przygotowaniem finalnych produktów. To ogromny skok ewolucyjny w stosunku do tego, w jaki sposób kiedyś robiło się meble. Firma Komandor od samego początku swojego istnienia postawiła na cyfryzację, robotyzację, na procesy, które dzisiaj nazywamy Przemysłem 4.0, a dzięki którym, możemy zrobić projekt dokładnie pod zamówienie klienta. Jeśli tylko jest to technicznie do wykonania. I do tego optymalizacja tych procesów nie powoduje zwiększenia ceny finalnego produktu. Często produkty na zamówienie są droższe od standardowych, gdyż wymagają niestandardowych ustawień maszyn czy jakiś wyjątkowych zabiegów powodujących wzrost kosztów. U nas tego nie ma. Właśnie dzięki postawieniu od samego początku na cyfryzację. Dodatkowo dzięki naszemu oprogramowaniu łączymy różne działy – nie musimy biegać z karteczkami, czy przesyłać sobie arkuszy kalkulacyjnych z księgowości na produkcję czy do działu zaopatrzenia. Wszystko znajduje się w jednym systemie i dzięki temu panuje porządek.

Hanna Szumińska - prezes Komandor Wielkopolska fot. Jakub Wittchen

Z jakich rozwiązań cyfryzacyjnych może skorzystać przysłowiowy Kowalski, a z jakich profesjonalista, jakim jest architekt wnętrz?
Dla każdej z tych grup mamy różne rozwiązania. Klientowi ostatecznemu proponujemy rozwiązanie, jakim jest konfigurator Komandor. Darmowa aplikacja, którą każdy może ściągnąć na swój telefon i zwizualizować swój mebel. Właśnie „zwizualizować”, a nie zaprojektować. Do takiej wstępnej wizualizacji potrzeba korekty projektanta, który te zmiany może nanieść w programie Komandor Professional. I ten z kolei wymaga już bardzo dużej wiedzy, mebel jest projektowany od przysłowiowej klapeczki, a samo oprogramowanie wymaga już sporej wiedzy na temat tworzenia mebli. W tej chwili wprowadzamy nowość dla architektów wnętrz i stolarzy – oprogramowanie Komandor SMART, pozwalające na projektowanie na gotowych modułach. To program, który dużą część pracy wykona za projektanta, a ten nie musi się już martwić o odpowiednie nawierty czy obrzeża meblowe. Ale w tym oprogramowaniu znajdują się także informacje o aktualnych cenach czy dostępności poszczególnych płyt, wzorów czy kolorów. To ogromne ułatwienie dla architektów i stolarzy, którzy nie muszą już do nas dzwonić, pytać i sprawdzać.

Komandor słynie z personalizacji swoich mebli. Co zatem zawiera pakiet jak sama mówisz „nieskończenie wielu rozwiązań” i jak zaprojektować szafę idealną?
Żyjemy z szafami. Jest szalenie ważne, jakie potrzeby ma konkretny klient. Dlatego tak istotne jest rozpoznanie własnych potrzeb i odpowiedzenie sobie na parę kluczowych pytań – o swój stan posiadania, ale też o styl życia. Bo istotną kwestią jest to, czy ktoś potrzebuje szafy na 50 sukienek czy 25 par butów, czy lubi szuflady czy półki wysuwane. Szafa ma ułatwiać nam życie. Codziennie ją otwieramy, zaglądamy do niej, zamykamy. To wszystko musi działać. Pamiętam czasy, kiedy nowością był podział szafy na damską i męską część. Po to, aby rano, kiedy wszyscy się spieszymy, nie było kolizji. Aby szafa nie była elementem porannego sporu. Dodatkowo takie elementy jak umiejscowienie na właściwej wysokości drążka na marynarki, aby te nie haczyły o podłogę czy inne półki. Wybór właściwej szafy zależy też od etapów naszego życia. Kiedy mamy małe dzieci potrzebujemy koszy na zabawki, półek na akcesoria i ich ubranka. W miarę dorastania naszych pociech wszystko się zmienia – potrzebujemy więcej miejsca na książki i nieco większe ubrania. Stąd tak ważne jest rozpoznanie potrzeb. Każda z nich ma znaczenie. A dodatkowo – dobrze, kiedy szafa jest ładna i estetyczna, wpasowuje się we wnętrze i po prostu nam się podoba. Bo jak wcześniej powiedziałam, każdy z nas żyje z jakąś szafą. (śmiech)

Jestem też ciekawa jak zmieniały się gusta Polaków na przestrzeni lat? Zauważyłaś jakieś trendy? Co dzisiaj jest na topie?
Specjalnie zapytałam wykonawców o to, jakie meble wykonują ostatnio najczęściej. I na przykład w kuchniach nadal panuje biel, choć powoli wracają do łask beże i brązy. Materiałowy dekor na płytach, to też nowość, która zaczyna być modna. Ale z drugiej strony – ile ludzi, tyle gustów. Jeśli ktoś dobrze czuje się w mocnych kolorach – czerwieni czy różu, to dlaczego na siłę musi mieszkać z białą szafą? Nasze rozwiązania mają tę cudowną właściwość, że aby odmienić wnętrze swojego domu, czasem wystarczy po prostu zmienić drzwi do szafy…

Hanna Szumińska - prezes Komandor Wielkopolska fot. Jakub Wittchen

Ile dziś osób pracuje w Komandor Wielkopolska?
W zakładzie przy ulicy Jeleniogórskiej zatrudnionych jest ponad 30 osób, ale oczywiście sieć naszych współpracowników jest dużo, dużo większa.

Bardzo stawiasz na ich rozwój. Stworzyłaś jako pierwsza system szkoleń dla stolarzy.
To pokłosie mojej pasji do uczenia się. Miłość do stolarstwa wyniosłam z domu i bardzo zależy mi, aby małe, prywatne zakłady tworzące ten rynek przetrwały. I bardzo mnie boli, kiedy te niejednokrotnie niewielkie firmy, pomimo ogromnych kompetencji zawodowych, nie zawsze odnajdują się w gąszczu przepisów prawnych czy podatkowych, kiedy nie zawsze nadążają za galopującą cyfryzacją, czy też nie zawsze dobrze radzą sobie z prowadzeniem działalności gospodarczej. Komandor bardzo partnersko traktuje swoich dealerów czy podwykonawców. Każdy jest tak samo ważny w tym łańcuchu, każdy pełni tak samo ważną rolę. I w żywotnym interesie firmy jest to, aby o każde ogniwo tego łańcucha dbać.

Jakie wyzwania stanęły przed firmą w tych ostatnich latach?
Na pewno czasy nie są łatwe dla nikogo. Mechanizm wojny i pandemii to nic innego jak sytuacja kryzysowa i dzięki mojej pracy w obszarze zarządzania nieruchomościami, dość dobrze opanowałam zarządzanie tym obszarem. Jak już wcześniej wspomniałam, także dość szybko analizuję sytuację. I kiedy w mojej głowie pojawiły się pytania o przyszłość, natychmiast pojawiły się też scenariusze ewentualnościowe. Sytuacje kryzysowe zdarzały się, zdarzają się i zdarzać się będą. Myślę, że my jako społeczeństwo, żyjąc wiele lat w okresie prosperity, stworzyliśmy sobie fikcyjną bańkę złudzenia, że nic złego nigdy się nie wydarzy, a my będziemy się tylko rozwijać na tej fali powodzenia. A życie to sinusoida i najważniejszym jest, aby w tych trudniejszych czasach umieć podjąć decyzję. I potem z nią żyć.

Jakie decyzje zatem przyszło Ci podjąć?
Przez pandemię udało nam się przejść suchą stopą, gdyż mądrość życiowa matki trojga dzieci, kazała zabezpieczyć towar. (śmiech) Do domu kupiłam sporo makaronu, natomiast do firmy kilka tirów płyty, okuć, akcesoriów niezbędnych nam do produkcji. Dzięki temu nie zabrakło nam towaru i firma Komandor była gwarantem stabilności w trudnych czasach. Oczywiście w pandemii wdrożyliśmy procedury bezpieczeństwa zarówno dla naszych klientów, jak i dla naszych ekip montujących, bo choć cały świat przechodził na pracę zdalną, to szafy na odległość nie da się zamontować. I to zdało egzamin. Bardzo niewiele montaży zostało wówczas przełożonych, a to także dzięki temu, że montaż w domu u klienta ze względu na przeniesienie całego procesu produkcyjnego do zakładu, trwa naprawdę krótko. Kiedyś montaż szafy w domu klienta trwał dwa dni, w tej chwili to kilka godzin. Dzisiaj stanęliśmy w obliczu nowego kryzysu, czyli spowolnienia w budowlance i branżach pokrewnych. Jesteśmy ściśle powiązani z branżą mieszkaniową i patrząc na twarde dane liczbowe, zdajemy sobie sprawę z tego, że może być trudniej w nadchodzących miesiącach. Ale wykorzystamy ten czas chociażby na szkolenia naszych współpracowników. Bo każdy kryzys kiedyś się kończy i ważne, aby kiedy znów pojawi się koniunktura, wystrzelić ze zdwojoną siłą.

Jakie są najważniejsze ogniwa firmy Komandor?
To po pierwsze pracownicy i współpracownicy ich otwartość na zmiany i wdrożenia nowych technologii i utożsamianie z firmą. Po drugie to nasi klienci, którzy od tylu już lat kupują oryginalnego Komandora. Także ci z najmłodszego pokolenia, bo młodzież zauważa nowoczesny design i możliwość wykorzystania technologii. A po trzecie – firma Komandor funkcjonuje w ponad 40 krajach na świecie co daje zupełnie inne spojrzenie na trendy rozwojowe i siłę wynikającą z wymiany doświadczeń.

Jakie plany na kolejne lata?
Przede wszystkim kuchnie! To nasz najnowszy projekt bazujący na oprogramowaniu iKOM Kuchnie, czyli narzędziu do szybkiego projektowania pomieszczeń kuchennych na wymiar, przy wykorzystaniu gotowych i sprawdzonych mebli. Bardzo zależy nam na jego upowszechnianiu w studiach kuchennych. Dzięki technologii iKOM Kuchnie będą one mogły oferować wszechstronne zabudowy kuchenne, zgodne z najnowszymi trendami panującymi na rynku, z zachowaniem ich pełnej funkcjonalności i użyteczności. Dodatkowo wprowadzamy szeroki program rozwojowy dla stolarzy – mastermind. Tego typu inicjatywy są mocno upowszechnione w środowiskach przedsiębiorców, managerów, a w naszej branży to nowość. Przygotowaliśmy półroczny program, podczas którego porozmawiamy o bolączkach branży, możliwościach reakcji na zachodzące zmiany. Postaramy się przekazać naszą wiedzę na temat zarządzania. Aby inni mogli uczyć się na naszych błędach. Firma jest tak silna jak jej najsłabsze ogniwo. A nam bardzo zależy, aby łańcuch naszych partnerów był nierozerwalny.

REKLAMA
REKLAMA

Może cię zainteresować:

Hanna Szumińska - prezes Komandor Wielkopolska fot. Jakub Wittchen|Hanna Szumińska - prezes Komandor Wielkopolska fot. Jakub Wittchen|Hanna Szumińska - prezes Komandor Wielkopolska fot. Jakub Wittchen|Hanna Szumińska - prezes Komandor Wielkopolska fot. Jakub Wittchen|Hanna Szumińska - prezes Komandor Wielkopolska fot. Jakub Wittchen|Hanna Szumińska - prezes Komandor Wielkopolska fot. Jakub Wittchen|Hanna Szumińska - prezes Komandor Wielkopolska fot. Jakub Wittchen|Hanna Szumińska - prezes Komandor Wielkopolska fot. Jakub Wittchen
REKLAMA
REKLAMA

Marzena Roszak, PropertyForYou | Sprzedaję marzenia, nie nieruchomości

Marzena Roszak Property for U, Nieruchomości w Hiszpanii

Bliskość plaży czy widok na góry? Centrum miasta czy zaciszne wiejskie gospodarstwo? Mieszkanie pod wynajem czy drugi dom? Ilu klientów, tyle preferencji. To, co ich łączy, to chęć posiadania nieruchomości w Hiszpanii. Marzena Roszak z PropertyForYou przeprowadza potencjalnego nabywcę przez wszystkie etapy zakupu wymarzonego miejsca w kraju flamenco, paelli i La Ligi, pomagając spełniać marzenia.

Rozmawia: Alicja Kulbicka | Zdjęcia: archiwum własne MR

Jakie są główne czynniki, które przyciągają polskich nabywców do rynku nieruchomości w Hiszpanii?

MARZENA ROSZAK: Pomijając najbardziej prozaiczny czynnik, jakim jest pogoda – bo na Costa Blanca w ciągu roku jest około trzystu dni słonecznych i temperatury w zimie w okolicach 16-20 stopni – to na pewno możemy mówić o całym szeregu powodów, dla których inwestycje na rynku nieruchomości w Hiszpanii cieszą się tak dużym powodzeniem wśród naszych rodaków. Kiedy wybuchła wojna w Ukrainie, mieliśmy do czynienia z szukaniem tzw. „bezpiecznego azylu”, stosunkowo daleko od potencjalnego zagrożenia. Był to moment, w którym nie do końca wiedzieliśmy, co przyniesie przyszłość i wówczas nastąpił pierwszy boom inwestycyjny. Drugi natomiast tuż po pandemii, kiedy to nasi klienci zaczęli szukać bezpiecznych inwestycji w obawie przed negatywnymi skutkami gospodarczymi wywołanymi Covid-19. Lokowanie swoich oszczędności w hiszpańskie nieruchomości było jednym ze sposobów na ucieczkę przed spadkiem wartości pieniądza. Dodatkowo nie możemy zapominać o czynniku, jakim są ceny. Tuż przed wybuchem wojny w Ukrainie chcieliśmy kupić nieruchomość pod wynajem. Co prawda nie w Hiszpanii, a w Polsce. Ale kiedy zaczęłam porównywać ceny, okazało się, że ich poziom w Polsce i w Hiszpanii jest bardzo porównywalny. Z jednym „ale”. W tej samej cenie co w Polsce, w Hiszpanii możemy kupić mieszkanie, które jest gotowe do zamieszkania.

Czyli w pełni wyposażone? 

Możliwości mamy wiele, mieszkanie w Hiszpanii w tzw. standardzie developerskim ma wykończone podłogi, wykończone dwie łazienki, wyposażone w armaturę i szafki. Dodatkowo w takim mieszkaniu znajdują się szafy wnękowe, kuchnia jest wyposażona w meble, a często nawet w sprzęt AGD. Jest rozprowadzony system klimatyzacji, instalacja elektryczna oraz alarmowa. Pozostaje kupić meble i można mieszkać. W tej chwili około 80 proc. nieruchomości w Hiszpanii trafia w ręce obcokrajowców. Powstał więc cały sektor firm, które specjalizują się w wykończeniu mieszkań. Łącznie z przywiezieniem i skręceniem mebli oraz zainstalowaniem sprzętu RTV, a nawet lamp. Mało tego, te firmy wyposażą również naszą kuchnię w sztućce czy zastawę stołową, a sypialnię w pościele, koce i narzuty na łóżko. Z punktu widzenia nabywcy nieruchomości, który nie jest stale obecny w Hiszpanii to bardzo wygodne rozwiązanie.

Zatem jak kształtują się ceny w Hiszpanii?

Znajdą się pośrednicy, którzy oferują mieszkania w Hiszpanii w przedziale od 30-70 tys. euro. To są ceny netto, do których należy doliczyć w przypadku rynku pierwotnego 10 proc. podatku VAT, tzw. IVA. Natomiast w przypadku rynku wtórnego tzw. ITP – czyli podatek od przeniesienia. Do wysokości 10% wartości nieruchomości w zależności od regionu i gminy oraz jeśli cena całkowita nie przekracza 1 mln euro i nie dotyczy umów sprzedaży z VAT-em. Zdarzają mi się klienci, którzy mówią, że znaleźli dom za 70 tys. euro. Jednak bardzo staram się uczulać na niskie ceny w Hiszpanii ze względu na problem tzw. ocupas, czyli dzikich lokatorów. Bo niskie ceny często wiążą się z tym, że nasze domy czy mieszkania znajdują się w dzielnicach lub regionach potencjalnie niebezpiecznych dla naszych nieruchomości, właśnie ze względu na ocupas, którzy mogą do nich wejść i zaanektować naszą nieruchomość dla własnych potrzeb. Jeśli nie zauważymy tego w ciągu 48 godzin, to niestety hiszpańskie prawo stanowi, że mogą oni się tam osiedlić. Wydostanie ich stamtąd, działając zgodnie z prawem, czyli z pomocą policji i sądu, potrafi trwać nawet kilka lat. I stąd tak ważna jest współpraca z wykwalifikowanym biurem nieruchomości, które zweryfikuje wybraną nieruchomość, przeprowadzi rzetelny audyt. Dotyczy to szczególnie rynku wtórnego, gdyż kupując taką nieruchomość właśnie na rynku wtórnym, narażamy się na jej kupno z długami poprzedniego właściciela. Oczywiście nie oznacza to, że mamy się bać kupna mieszkania z rynku wtórnego. Od lat współpracuję z lokalnymi pośrednikami i prawnikami, którzy są w stanie sprawdzić stan prawny konkretnej nieruchomości i sprawić, że transakcja będzie bezpieczna. Natomiast jeśli mówimy o cenach mieszkań nowych, od developerów, to ich ceny rozpoczynają się od 120-150 tys. euro w górę. I w ich przypadku problem ocupas właściwie nie występuje, gdyż są to mieszkania w nowych, monitorowanych budynkach z kodami dostępu, kamerami i alarmem. Developerzy, znając problem ocupas, swoje inwestycje realizują w miejscach, które z zasady dzikich lokatorów nie przyciągają. Ocupas to problem głównie dużych miast oraz mieszkań, które są własnością banków czy funduszy inwestycyjnych. Natomiast nie zwalnia nas to z zachowania ostrożności przy wyborze wymarzonej nieruchomości.

Marzena Roszak Property for U, Nieruchomości w Hiszpanii

Jakie regiony Hiszpanii są obecnie najbardziej atrakcyjne dla potencjalnych nabywców nieruchomości?

To się nie zmienia od lat. Wśród najpopularniejszych miejsc króluje Barcelona, Wyspy Kanaryjskie, Majorka, Alicante. Moje biuro specjalizuje się w regionie Costa Blanca, bo wyznaję zasadę, że nie można być dobrym we wszystkim. (śmiech) Costa Blanca wybrałam z pełną premedytacją dlatego, że z Polski do Alicante, z większości polskich miast dolecimy bez żadnych przesiadek. Rejon Alicante jest bardzo popularny wśród nas Polaków, dobrze znany i wiemy, jak się po nim poruszać.

Jakie są typowe etapy i procedury zakupu nieruchomości dla międzynarodowych klientów w Hiszpanii? Jakie dokumenty są potrzebne?

Moja droga z klientem rozpoczyna się od spotkania i wybadania jego potrzeb. Bardzo świadomie podchodzę do swojej oferty. W moim portfolio klient nie znajdzie tysiąca propozycji, bo wychodzę z założenia, że im więcej ofert, tym trudniej na coś się zdecydować. Tę praktykę wyniosłam z polskiego rynku nieruchomości, na którym od 2009 roku sprzedawałam zarówno mieszkania, domy, jak i obiekty komercyjne. I tam, kiedy klient nie znalazł satysfakcjonującej dla siebie oferty na pierwszych pięciu stronach mojego portfolio, to albo umawiał się na indywidualną konsultację, albo po prostu rezygnował. Według mnie zbyt duża ilość ofert powoduje trudność w ostatecznym wyborze i co za tym idzie opóźnienie decyzji zakupowej. Ale to nie oznacza, że jeśli klient nie znalazł na stronie biura wymarzonej nieruchomości, to nie jestem w stanie jej znaleźć. Jak najbardziej szukam dla klienta indywidualnych ofert, spełniających jego wymagania. Po drugie ustalamy budżet. I jeśli te dwa punkty mamy za sobą, wówczas procedura jest bardzo podobna jak w Polsce. Jeśli mówimy o rynku pierwotnym – podpisujemy umowę rezerwacyjną, która wiąże się z opłatą gwarantującą nam, że wybrana nieruchomość została dla nas zarezerwowana. Ta opłata jest ściśle związana z wartością wybranej przez nas nieruchomości. Drugim etapem jest przygotowanie tzw. umowy przedwstępnej i na tym etapie sugeruję klientowi wybranie prawnika, który znajduje się na miejscu w Hiszpanii. Ta praktyka wynika z mojego osobistego doświadczenia przy zakupie nieruchomości w Hiszpanii. Siłą rzeczy nie jesteśmy obecni non stop na miejscu, a będziemy potrzebowali osoby, która w naszym imieniu może podpisać dokumenty, negocjować warunki umowy czy płatności. Prawnik lub pośrednik pomoże nam też założyć konto w banku, ponieważ wszystkie płatności za mieszkanie czy dom, w przyszłości muszą być dokonywane właśnie z konta hiszpańskiego. Dodatkowo, działając na podstawie upoważnienia od nas, prawnik złoży w naszym imieniu wniosek o nadanie tzw. numeru NIE ((Número de Identificación de Extranjero – przyp. red.), czyli odpowiednika naszego numeru NIP, który jest niezbędny do tego, aby założyć konto bankowe, a także aby w ogóle na rynku hiszpańskim funkcjonować jako właściciel mieszkania. Numer NIE wymagany jest także przy podpisywaniu m.in. umowy zakupu nieruchomości, umowy o korzystanie z energii elektrycznej, wody etc. Udzielając prawnikowi odpowiedniego pełnomocnictwa, zostanie to zrobione w naszym imieniu i bez konieczności naszej obecności. Na koniec pozostaje podpisanie aktu notarialnego u notariusza w Hiszpanii, przelanie ostatniej transzy na konto developera lub właściciela nieruchomości. 

Marzena Roszak Property for U, Nieruchomości w Hiszpanii

Z jakiego rzędu kosztami dodatkowymi musimy się liczyć, decydując się na zakup nieruchomości w Hiszpanii?

Oscylują one w granicach 13-15 proc. wartości nieruchomości. W ich skład wchodzi obsługa prawna i notarialna, 1,5 proc. podatku od czynności cywilno-prawnych, tzw. AJD (impuesto de Actos Juridicos Documentados), a także koszty wpisu do księgi wieczystej, czyli Rejestru Własności Nieruchomości (El Registro de la Propiedad) ustalane na podstawie wartości nieruchomości.
Jeśli nieruchomość jest finansowana z kredytu, koszt wyceny w banku wynosi od 300 do 600 euro w zależności od wielkości nieruchomości. Jako biuro jesteśmy także w stanie pomóc w uzyskaniu takiego kredytu. Hiszpańskie banki umożliwiają kredytowanie do 70 proc. wartości nieruchomości, a zakres dokumentów niezbędnych do przeprowadzenia procedury uzyskania tego typu finansowania jest podobny jak w Polsce. Niezbędne jest dostarczenie wyciągów z konta, weryfikacja w BIK, oświadczenie o majątku oraz formie zatrudnienia. W tej chwili kredyt w hiszpańskim banku oprocentowany jest przez pierwszy rok 2,75 proc. W kolejnych latach wzrasta o wskaźnik Euribor + 0,60%. W chwili obecnej koszt uzyskania kredytu wynosi ok. 1-1,5% wnioskowanej kwoty.

Jeśli zdecydujemy się na zakup nowego mieszkania w Hiszpanii, jak długo będziemy czekać na odbiór? I czy zakup przysłowiowej „dziury w ziemi” jest bezpieczny?

Współpracuję z developerami, którzy na rynku nieruchomości są obecni od co najmniej 20 lat. Przeżyli kryzys finansowy w 2008 roku, pandemię i zawirowania gospodarcze z nią związane. I ciągle funkcjonują na rynku i wciąż budują nowe mieszkania. Stąd nie ma obaw o to, aby nagle zniknęli z rynku. Warto także dodać, że mieszkania w Hiszpanii w tej chwili przeżywają boom inwestycyjny, a około 80 proc. z nich trafia w ręce obcokrajowców. A to oznacza, że ceny rosną. Od momentu przedstawienia przez developera wizualizacji do momentu wbicia pierwszej łopaty, cena potrafi wzrosnąć o 30 proc. Stąd spore zainteresowanie nieruchomościami już na początkowym etapie. Na gotowe mieszkanie – czyli od „dziury w ziemi” do jego odbioru, poczekamy od roku do dwóch lat. Jeśli się ktoś spieszy, na rynku dostępne są mieszkania tzw. „key ready”, ale wybór tych mieszkań jest ograniczony, no i są po prostu droższe.

Marzena Roszak Property for U, Nieruchomości w Hiszpanii

Mieszkanie do odbioru i mieszkanie do zamieszkania? To tożsamy termin?

To dwie różne rzeczy. Po tym jak mieszkanie zostanie wykończone przez developera, musi zostać wpisane do ksiąg wieczystych, czyli Rejestru Własności Nieruchomości (El Registro de la Propiedad). Musi zostać w nich zarejestrowane i ta procedura trwa od miesiąca do dwóch. I dopiero, kiedy ten element zostanie spełniony oraz będziemy mieć podpisane umowy ze wszystkimi mediami, możemy zacząć w nim mieszkać. 

A jak wyglądają opłaty za mieszkanie w Hiszpanii?

Podobnie jak w Polsce, właściciel płaci czynsz administracyjny i jest on uzależniony od standardu budynku oraz całego osiedla. I kształtuje się od ok. 60 euro. Jeśli mamy mieszkanie na osiedlu, na którym znajdują się baseny, strefa SPA, sporo terenów zielonych, place zabaw dla dzieci, mini golf czy siłownia dla mieszkańców, to oczywistym jest, że czynsz za takie mieszkanie będzie wyższy, niż za takie na osiedlu, które takich udogodnień nie ma. Z moich obserwacji wynika, iż czynsze kształtują się wtedy od 100-150 euro w górę. Warto jednak wspomnieć, że tzw. czynsz administracyjny funkcjonuje w Hiszpani w podobnym zakresie i wysokościach jak w Polsce.

Marzena Roszak Property for U, Nieruchomości w Hiszpanii

Czy możesz podać przykłady trendów w rynku nieruchomości w Hiszpanii? Jakie rodzaje nieruchomości są najbardziej popularne wśród kupujących?

Trendy oczywiście są widoczne w nowo powstających inwestycjach i są to wszystkie te wspomniane przeze mnie wcześniej udogodnienia. Jednak dla mnie ważniejsze od trendów są potrzeby klienta. Klientem z Polski jest klient najczęściej w wieku 45+. Nie jest to zatem klient, który ma małe dzieci, ale taki, który jest na pewnym stabilnym etapie swojego życia, z zabezpieczoną finansowo przyszłością. Jego priorytetem przy zakupie nieruchomości w Hiszpanii jest chęć odpoczynku. Bardzo często pada wówczas pytanie, w jakiej odległości proponowana przeze mnie nieruchomość jest usytuowana od morza. I tu rozpoczyna się dyskusja. Bo choć oczywiście, mam w swojej ofercie nieruchomości położone bezpośrednio nad morzem, jednak czy bezpośrednio nad morzem klient będzie miał szansę wypocząć? Musimy sobie zdawać sprawę, że Hiszpania jest szalenie popularnym kierunkiem wakacyjnym dla ludzi z całego świata i każdego roku odwiedza ją kilkadziesiąt milionów turystów. Od października do marca czy nawet kwietnia Hiszpanię odwiedzają ludzi starsi z Niemiec, Belgii, Holandii czy Polski, szukający kolokwialnie mówiąc ciepła. Latem przyjeżdżają młodzi Skandynawowie z dziećmi, Polacy z dziećmi i nie ukrywajmy – jest głośno i tłoczno. Więc powstaje pytanie, czy to bezpośrednie sąsiedztwo morza jest tak bardzo wskazane, jeśli chcemy naszą nieruchomość traktować jako typowy dom wakacyjny? Czy nie lepszy będzie pas w odległości 5-10 kilometrów od morza, z łatwym do niego dostępem, ale jednak nie w pierwszej, bardzo turystycznej linii? Na te pytania musimy sobie odpowiedzieć, zanim zdecydujemy się na zakup wymarzonego domu czy mieszkania.

A jeśli chcemy kupić mieszkanie na wynajem?

Wówczas lokalizacja i często wykończenie czy umeblowanie mieszkania odgrywa nieco mniejszą rolę. Mam klientów, którzy zdecydowali się na zakup mieszkania w Hiszpanii stricte pod wynajem długo- i krótkoterminowy. Ale w samym procesie wynajmu ja już nie biorę udziału. Od tego są wyspecjalizowane firmy, które zajmują się zarządzaniem takimi nieruchomościami i ich bieżącym administrowaniem na miejscu oraz lokalni pośrednicy, którzy poszukają klientów. Ale co ważne dla wszystkich, którzy posiadają nieruchomości w Hiszpanii pod wynajem, albo myślą o takiej inwestycji – potrzebna jest tam na miejscu lokalna księgowość, ponieważ powstają wówczas obowiązki podatkowe dla nierezydentów.
Co doradziłabyś klientom, którzy przymierzają się do kupna swojej pierwszej nieruchomości w Hiszpanii?
Przede wszystkim, aby odpowiedzieli sobie na pytanie o cel i potrzeby. To punkt wyjścia do dalszych poszukiwań. Musimy mieć świadomość, że jeśli kupujemy mieszkanie na wynajem wakacyjny, w tym okresie sami z niego nie skorzystamy, a jego stan po jednym sezonie może wymagać remontu. Po drugie cena – podejrzanie niska powinna wzbudzić naszą czujność. Po trzecie lokalizacja, która jest ważna, chociażby właśnie ze względu na ocupas. Ale to już moja rola, aby nieruchomość, a także całość transakcji była bezpieczna i nieobarczona ryzykiem.

Marzena Roszak Property for U, Nieruchomości w Hiszpanii

Czyli korzystając z usług agencji nieruchomości, możemy być pewni, że jesteśmy zabezpieczeni?

W Polsce zarówno na rodzimym rynku nieruchomości, jak i na rynkach zagranicznych pokutuje przeświadczenie, że pośrednik jest zbędnym ogniwem procesu zakupowego. Bo to za co trzeba mu zapłacić, można przecież zrobić samemu. To jednak nie do końca prawda, na rynku hiszpańskim niepisaną zasadą dobrych biur pośrednictwa w obrocie nieruchomościami jest niepobieranie opłat za usługę od strony kupującej. Moje wynagrodzenie pochodzi od developera lub pośrednika, od którego ściągam ofertę. Pośrednik z założenia zna lokalny rynek nieruchomości i jego zadaniem jest zapewnić jak największe bezpieczeństwo transakcji. Pośrednik zweryfikuje dostępne oferty, pomoże wybrać odpowiednią lokalizację, znaleźć prawnika oraz przejść przez ścieżki administracyjne, a co za tym idzie pozwoli oszczędzić czas i stres. Dodatkowo współpracuję z lokalnymi biurami pośrednictwa oraz prawnikami, którzy na miejscu zweryfikują i sprawdzą wybraną nieruchomość.

Jedziesz z klientem oglądać wybrane przez niego nieruchomości?

Kiedy jesteśmy już na etapie wybierania z konkretnych ofert, oczywiście lecimy do Hiszpanii, oglądamy, obwożę klienta po nieruchomościach. I ta jedna podróż jest wliczona w cały proces. Jeśli klient życzy sobie, abym brała udział w kolejnych etapach, pojechała do prawnika, banku czy notariusza, wówczas ustalamy koszty mojego tam dojazdu.

Marzena Roszak Property for U, Nieruchomości w Hiszpanii

Dużo mówisz o dokładnym poznaniu potrzeb swoich klientów. A co jeśli te potrzeby w obrębie rodziny, która poszukuje domu w Hiszpanii, są rozbieżne?

Zdarzają się takie sytuacje! Bardzo często pierwszy wybór jednego z małżonków zupełnie nie odpowiada preferencjom drugiego. Żona czy partnerka chce mieszkać blisko morza, ale też mieć blisko do centrum miasta, mieć w pobliżu sklepy i restauracje, a mąż czy partner marzy o częstych wypadach w góry i ciszy. Moim zadaniem jest wypośrodkować te potrzeby, znaleźć kompromis. Mam klienta, który marzy o miejscu blisko mariny, bo ma skutery wodne i takiego miejsca mu szukam. Inny chciałby realizować swoje hobby, jakim jest jazda na rowerze szosowym i dla niego idealnym miejscem jest rejon Calpe, mniej więcej 40 minut od Alicante w stronę Walencji, piękny, górzysty, będący mekką europejskiego kolarstwa. Kolejny myśli o zakupie jachtu morskiego, więc szukam jemu miejsca, gdzie mariny żeglarskie spełnią jego oczekiwania. Ważnym aspektem dla wielu klientów jest ilość i jakość restauracji w danym regionie. Więc jadąc do Hiszpanii, zwiedzam restauracje, aby mieć pełen obraz tego, co może interesować klienta. Uwielbiam odkrywać nowe miejsca i szukać tych nieoczywistych, bo ilu klientów, tyle potrzeb. Poznaję hiszpańskie święta, festiwale, zwyczaje, aby prezentować klientowi nie tylko mieszkanie czy dom. Zależy mi na tym, aby poznał on tamtejszą kulturę, zwyczaje czy kuchnię. Aby zamieszkując w Hiszpanii, pokochał tamten styl bycia i aby ten styl bycia był zbieżny z jego potrzebami. Sprzedając nieruchomości, sprzedaję marzenia. W momencie, gdy nabywamy nieruchomość, dokonujemy więcej niż tylko transakcji finansowej. To nie jest jedynie zakup ścian i dachu. To moment, w którym stajemy się częścią społeczności, regionu, tworzymy przestrzeń do życia, zbliżamy się do spełnienia marzeń. I ta filozofia przyświeca mi od początku mojej przygody z hiszpańskim rynkiem nieruchomości.

REKLAMA
REKLAMA
Marzena Roszak Property for U, Nieruchomości w Hiszpanii
REKLAMA
REKLAMA