Dziedzictwo

Alicja Kulbicka z ojcem Dobiesławem Wielińskim

Zmagając się z przeciwnościami losu, których apogeum wydawał się być nagły pobyt matki w szpitalu, ojciec postanowił swoim odejściem zakasować wszystkich. Zawsze lubił być w centrum uwagi. 

            Gdy byłam dzieckiem nasz dom tętnił od spotkań i rozmów. Sprzyjały temu wiecznie otwarte drzwi w mieszkaniu w bloku na Winogradach. Nikt nie odgradzał się od sąsiadów, a jako dzieciak rozróżniałam po sposobie pukania do drzwi, kto tym razem wpada do rodziców. Sąsiadki, które przychodziły do mamy pożyczyć „szklankę” cukru, pochwalić się nową fryzurą czy kostiumem i zostawały na wielogodzinnych pogaduchach. Sąsiedzi, którzy wpadali do ojca z „problemami motoryzacyjnymi”, albo z koszykiem świeżo zebranych grzybów, lub po prostu żeby na chwilę przysiąść i wymienić się opiniami na temat otaczającego świata. Ojciec uwielbiał te wizyty. I choć nierzadko stawał w opozycji do swoich rozmówców, nie zrażało to ich do kolejnych odwiedzin w kolejnym dniu. I w następnym. Byle do soboty. Bo wtedy obowiązkowo – koniaczek i wspominki. Każde pokolenie na swoje „kiedyś było jakoś fajniej”. Ojciec brylował opowieściami, anegdotami. A po każdych wakacjach wyciągał ogromny ekran i wyświetlał slajdy z podróży. Ku utrapieniu mamy, która może niekoniecznie każde swe ujęcie na plażach Bułgarii sąsiadom pokazać chciała, ale z ojcem nie było dyskusji. Z każdych wakacji przywoził dziesiątki rolek filmu ORWO, więc jakże miałoby się zmarnować?

            Był zresztą genialnym organizatorem. To dzięki jego determinacji i uporowi w czasach PRL-u zwiedziliśmy „maluchem” wszystkie kraje byłych Demoludów. Maluchem, w którym moja matka przez całą drogę do byłej Jugosławii trzymała nogi w misce, bo nie było już jej gdzie upchnąć. Miski, nie matki. Spaliśmy na campingach pod namiotem, więc zabrać musiała pół domu. Matka, nie miska. Połowę objętości „malucha” stanowiły zapasowe części, bo nigdy nie było wiadomo, kiedy nasz czerwony bolid postanowi się zepsuć. Ale i z tym ojciec sobie radził. To dzięki jego uporowi dostałam wymarzony rower, bo kiedy okazało się, że do sławetnego sklepu Rometu na Serbskiej „rzucono” trzy sztuki, a my w kolejce byliśmy może setni, ojciec prawie wrzucił mnie do „malucha” i pojechaliśmy do fabryki gdzieś pod Bydgoszcz. Na miejscu kazał mi zostać w aucie i po dobrej godzinie wrócił wściekły jak osa, ale z moim wymarzonym Jubilatem. Co prawda w fioletowym kolorze na białych oponach, no ale tylko taki był.Nigdy nie zapytałam, ile ofiar wymagała ta operacja, a sam ojciec przez całą drogę powrotną milczał jak zaklęty,co zwiastować mogło najgorsze, ale ja byłam szczęśliwa.

            Ojciec dużą część swego życia przepracował w Fabryce Samochodów Rolniczych „Tarpan” jako redaktor naczelny gazety zakładowej „Życie FSR”, nazywanej przez moją matkę pieszczotliwe „Intymnym Życiem Tarpana”. Pamiętam porozkładane na podłodze makiety, sklejane na nich kawałki tekstów, wywoływanie zdjęć w łazience, w której pod karą śmierci lub chociażby ciężkiego okaleczenia nie wolno było wówczas zapalać światła. No, ale ten Tarpan w życiu ojca pojawić się w końcu musiał. Postawił auto tak, aby codziennie monitorować z okna, czy ktoś się na niego nie połasił. Bo własnym sumptem doposażał go na miarę możliwości późnego PRL-u. A czego tam nie było! Halogeny, dodatkowe orurowanie, nawet pomalował go na kolor kości słoniowej. Wisienką na torcie były naklejone z boku kolorowe pasy i napis „Poznań –Krym 1987”. Bo i w taką podróż się wybraliśmy. Był gadżeciarzem na miarę tamtych czasów. A i dobrze było, kiedy sąsiedzi wiedzieli, jaką kolejną podróż planuje. Centrum uwagi. Coś czuję, że dziś ojciec byłby gwiazdą Instagrama.

            Nawet w Milionerach brał udział i nawet z niejakim sukcesem, dzięki czemu w 2001 roku zwiedzili z matką Stany Zjednoczone. Samochodem, bo jakże inaczej! „Samochód to członek rodziny, który po dłuższej podróży zawsze jest z wdzięczności głaskany po kierownicy” – mawiał.

            Po upadku ustroju nie było mu łatwo. Fabrykę zlikwidowali, rynek prasy w wolnej Polsce dopiero się tworzył. Ojciec imał się każdej fuchy. Pisał to, na co było zapotrzebowanie. Od horoskopów po wymyślone na potrzeby prasy bulwarowej historyjki. Choć i poważne tematy się trafiały. Zapewne znacie te maile, w których dostajecie kupę forsy od tajemniczych milionerów z dalekiego kraju. To ojciec też dostał parę milionów. A dokładnie dwanaście. W 2003 roku od senatora z Nigerii. I choć oczywiście w żadne dolary nie uwierzył, z dziennikarskiego obowiązku postanowił się historii przyjrzeć i niczym szpieg w służbie Jej Wysokości Dziennikarstwa spotkał się w Amsterdamie z oszustami. I choć nie była to łatwa decyzja, bo nie wiadomo było co go tam czeka, pojechał. A kiedy wrócił w jednym kawałku, za historię „Nigeryjski łącznik”, o tzw. przekręcie 419 otrzymał nagrodę Grand Press. Uwielbiał sławę! Był w stanie wiele dla niej zrobić.

            Jego teksty osobiście przepisywałam na pożyczonym od sąsiada komputerze, gdzie o żadnym edytorze tekstów nawet nie było mowy. Był tylko czarny ekran, zielony kursor stawiający kropkę w miejscu spacji i Tetris, w którego namiętnie grałam po skończeniu swojej „pracy” dla ojca. I gdy któregoś dnia rzucił mi na biurko stos zapisanych ręcznie kartek, mruknął „Tetris musi poczekać”, czułam że coś się zmieniło.             „Opowieści Silver Lady” fabularyzowana opowieść o Rolls Royce’ie, którą ojciec postanowił przetłumaczyć na język polski na zawsze zmieniła jego życie. To był ogromny sukces. Zainteresowanie było tak duże, że matka robiąca za sekretariat autora zapisywała chętnych na listę kolejkową. A miłość mojego ojca do historii i motoryzacji sprawiły, że jak grzyby po deszczu pojawiały się kolejne pozycje. Tym razem jego autorskie. „Rolls Royce moja miłość”,„Papa Mobile – historia transportu watykańskiego”, „Nostalgie na czterech kołach”,„Ciężarówki – historia”, „Od Warty do Honkera”,aż po najnowsze „Mercedes w cieniu swastyki” czy „Encyklopedia poznańskiej motoryzacji”.W sumie 27 pozycji. W jego własnym, niepodrabialnym stylu. Encyklopedia” uznana została przez kapitułę prestiżowego amerykańskiego stowarzyszenia Society of Automotive Historians za najlepszą książką motoryzacyjną w 2017 roku, w kategorii książek nieanglojęzycznych. I dokładnie 7.lutego 2019w Automobile de France w Paryżu, ojciec odebrał wyróżnienie podczas europejskiej edycji tej amerykańskiej gali. Był już zbyt chory na podróż do Stanów. Ale znów był w centrum uwagi. I dokładnie pół roku później, też się tam znalazł. Tylko z innej przyczyny…

            Gdy po jego śmierci przyszło mi zmierzyć się z jego dorobkiem, poczułam się mała. W jego gabinecie do dziś stoją tony książek, z których czerpał wiedzę, stare zakurzone roczniki gazet motoryzacyjnych, albumy kupowane w antykwariatach. To autentyczne świadectwo jego pasji. I czuję dumę, kiedy spotykam jego czytelników, ludzi którzy go znali i cenili za pracę. Choć dla mnie nie był dziennikarzem motoryzacyjnym, autorem poczytnych książek – tylko Tatą od podróży maluchem, spania na campingach, załatwiania rzeczy niemożliwych, wstawania wraz ze mną o piątej rano, aby zawieźć mnie na siódmą do szkoły. Udowadniania, że niemożliwe staje się możliwe, jeśli włożysz w to wystarczająco dużo pracy. Zostawił mi ogromne dziedzictwo, za które jestem mu cholernie wdzięczna każdego dnia. A dzięki temu, co stworzył, kiedy bardzo za nim tęsknię wystarczy, że wezmę jedną z jego książek i już mam go przy sobie. To trochę tak jakby czytał mi bajkę na dobranoc.  A dokładnie 27.                                                           

Pamięci Dobiesława Wielińskiego (1944-2019)

Alicja Kulbicka

Alicja Kulbicka

Redaktor naczelna
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

Może cię zainteresować:

Alicja Kulbicka z ojcem Dobiesławem Wielińskim
REKLAMA
REKLAMA

Wybaczcie nieobecność. Byłam na naświetlaniach.

Artykuł przeczytasz w: 6 min.

Jednego dnia usłyszałam, że umrę. Następnego – że jednak nie. Trzeciego – że głos odzyskam, ale raczej w wersji „sympatyczna chrypka”, więc w razie czego zawsze mogę zostać parkingowym i wydawać bileciki z seksapilem. I nie, to nie był żart z neta, to była profesjonalna porada pani od głosu. Medycyna potrafi być rozbrajająco szczera.

To jest historia o raku krtani, który wjechał w moje życie jak źle zaparkowana śmieciarka: głośno, bez pytania i w najgorszym możliwym momencie. O ile jest dobry moment na raka. O diagnostyce, która dłużyła się jak kolejka do laryngologa na NFZ. O leczeniu, które nie było pastelową „walką z chorobą”, tylko radiochemioterapią tak nieprzyjemną, że nawet moje kubki smakowe postanowiły się wypisać z tego serialu. Nie miałam śliny, nie miałam smaku, jadłam węchem. Nos mówił: „to jest rosół”, a usta: „to jest mokre powietrze”. Jakby ktoś w kuchni wyłączył kolor i kazał się zachwycać szarością. 

I dlatego to jest też opowieść o… Magdzie Gessler. I jej odcinkach „Kuchennych rewolucji” sprzed kilkunastu lat, oglądanych o drugiej w nocy w szpitalu, kiedy nie mogłam spać, jeść, ani nawet porządnie pomarudzić. Kiedy smak wyparował ze świata, oglądanie jedzenia stało się moją terapią. Patrzyłam, jak ktoś miesza sos, kroi pomidora, wącha schabowego i mówi „to jest życie” – i myślałam: jasne, kochana, akurat. Ale to działało. Magda Gessler karmiła mnie wirtualnie, skoro kubki smakowe odmówiły współpracy.

Ostatnie pół roku to także lekcja lingwistyki. Zajmowana przeze mnie sala w szpitalu dumnie nosiła nazwę „sali chorych”, którą konsekwentnie poprawiałam na „salę zdrowiejących”, bo nie zamierzałam spędzać pięciu tygodni pod szyldem smutku. Patrzyli na mnie jak na osobę w fazie euforii pourazowej, ale trudno – ktoś musiał w tym szpitalu pilnować narracji. Był cudowny personel pielęgniarski, który robił rzeczy wielkie: zmieniał opatrunki na poparzonej szyi jakby to była bułka z masłem i mówił „pani Alicjo, zaraz przejdzie”, kiedy wszystko w środku wrzeszczało „nie przejdzie”. Był ból – taki, którego nie zrównał nawet najsilniejszy lek. I były rzeczy absolutnie heroiczne jak umycie głowy po chemii. Nigdy nie przypuszczałam, że umycie głowy może być aktem odwagi na miarę wejścia na Mount Everest w trampkach. Dlatego to też opowieść o godności, która wraz z wejściem do szpitala magicznie zniknęła, ustępując miejsca chęci przetrwania. Godność osobista opuściła ten czat, bo zastąpiły ją rzeczy ważniejsze: żeby nie bolało, żeby się zagoiło, żeby przeżyć kolejny dzień naświetlań, żeby po prostu przeżyć… Mam poczucie, że to całkiem uczciwa zamiana.

To jest także opowieść o mojej matce, która w trzydziestostopniowym upale przychodziła do szpitala z miną „robimy to” i tym jednym swoim pojawieniem się przywracała porządek wszechświata. Był też mój mąż, który bardzo szybko przestał żartować z naszego od lat naczelnego domowego żartu, „jak by to było być młodym wdowcem”, bo to nagle przestało być śmieszne. Przygarnął za to kolejnego kota. Gwoli ścisłości kot sam się wprowadził, ale dostawił mu miseczkę i powiedział „no dobra, zostań”. Mąż powiedział. Nie kot. Ja byłam w szpitalu, a w domu powiększył się stan osobowy. To jest miara miłości liczona w dodatkowych miskach i kotach przyjętych bez konsultacji z główną administracją domu.

To też zapis prawdziwej przyjaźni, bo były i one – przyjaciółki: z kompotem, z t-shirtami, bo potrzebowałam, z głupim serialem, z kremem do ust, ze świeżym jaśkiem, z „chcesz pogadać?” i z „to nie gadaj”. Im bardziej odczuwałam skutki uboczne terapii, tym mniej potrzebowałam słów, a bardziej obecności. I one to wyczuły. Bo prawdziwe wsparcie polega też na tym, żeby w którymś momencie zamknąć jadaczkę. I one to wiedziały. To jest liga mistrzyń.

Był psycholog, który – ku mojemu rozczarowaniu – nie powiedział: „ojej, jaka tragedia, to straszne”. Popatrzył, posłuchał i stwierdził, że za dużo ironii we mnie, żeby się posypać. Że to się trzyma. Że to wszystko jest wkurzające, ale do przejścia. I to też było potrzebne – ktoś, kto nie przestraszył się mojego zaczepnego „nie, k…, nie boję się”, tylko zobaczył, że to jest sposób, żeby nie oszaleć.

To jest też zapis o uldze i łzach, które polały się na wiadomość, że uzyskano remisję i że leczenie zadziałało tak jak założono. Bo jak powiedziała moja pani radioterapeuta, „to jest onkologia – tu nikt nie da sobie za nikogo ręki uciąć”. Na szczęście wszystkie ręce zaangażowanych w moje leczenie pozostały na miejscu. To jest też opowieść o nauce i jej spokojnym triumfie nad wariatami, którzy kazali mi „natychmiast przerwać tę chemię i iść w naturalne metody”. Tak. I tacy się zdarzali. Dla nich znalazłam specjalne miejsce w moim sercu. Tuż obok folderu „spam”.

I wreszcie – to jest też opowieść o tych, którzy trzymali w ryzach redakcję, kiedy ja trzymałam kroplówkę. O zespole, który normalnie pracował, bo tak trzeba było. I o klientach, którzy nie pytali „to kiedy?”, tylko powiedzieli: „najpierw zdrowie”. I pomogli wydawać kolejne wydania beze mnie w roli redaktor naczelnej.  Ciche, normalne gesty, bez fajerwerków – a właśnie takie zostają w pamięci najdłużej.

Ostatnie pół roku to jest w gruncie rzeczy opowieść o ludziach. O tych, którzy byli. Którzy wiedzieli, kiedy napisać długiego sms-a, a kiedy tylko wysłać serce. Którzy potrafili przyjść do szpitala w 32 stopniach, bo „musiałam zobaczyć, że żyjesz”. I o tych, którzy „nie wiedzieli, co powiedzieć”, więc nie powiedzieli nic. Mamy 2025 rok, Google zna odpowiedź na pytanie „jak rozmawiać z osobą chorą na raka?”. Można było sprawdzić. Szkoda. A może i nie… 

Wszystkim Wam chcę powiedzieć „DZIĘKUJĘ”. Tym, którzy dźwigali za mnie, kiedy moje ciało zajmowało się przeżywaniem. Tym, którzy poczekali zawodowo, aż wrócę. Tym, którzy wysłali jedną wiadomość i ona wystarczyła. Bez was te pięć tygodni byłoby tylko „salą chorych”. Z Wami – było „salą zdrowiejących”. Mogę wracać do życia! 

Tylko ktoś niech mi zabierze tego dodatkowego kota z klawiatury komputera. Tak się nie da pracować! 

Alicja Kulbicka

Alicja Kulbicka

Redaktor naczelna
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

Nie jestem twoją matką – czyli o społecznym macierzyństwie, którego nikt nie nazywa po imieniu

Artykuł przeczytasz w: 4 min.


26 maja. Dzień Matki. Święto czułości, ciepła, laurek i filiżanek z napisem Najlepsza Mama na świecie. Ale z jakiegoś powodu od rana odbierasz wiadomości z życzeniami, mimo że nie masz dzieci, nie planujesz ich mieć, a jedyną istotą, którą aktualnie dokarmiasz, jest roślina na parapecie.


Dlaczego? Dlatego, że w tym kraju nie trzeba być matką biologiczną, żeby funkcjonować jak matka. Wystarczy być kobietą. A już najlepiej kobietą, która ogarnia rzeczy, zauważa cudze nastroje i umie zorganizować święta bez wojny domowej. Taka dostaje awans społeczny. Matka emocjonalna. Matka organizacyjna. Matka kolektywu.

Społeczne macierzyństwo nie dostaje zasiłku. Dostaje za to niekończące się oczekiwania. Masz współczującą minę, potrafisz wyczuć napięcie w powietrzu i zażegnać katastrofę jeszcze zanim się zacznie? Witaj w gronie tych, które „przejmą”, „zorganizują” i „załatwią”. To ty pamiętasz, kto nie je mięsa, kto ma lęk społeczny, a kto właśnie się rozwodzi i nie chce siedzieć koło byłego. To ty wiesz, kto z rodziny nie rozmawia z kim od 2016 roku i tak ustawisz stół, żeby nie wybuchła wojna. Nie masz dzieci, ale obsługujesz emocje całego towarzystwa, jakbyś prowadziła emocjonalne pogotowie – dostępne 24/7, bez kolejki i z uśmiechem? Gratulacje. Jesteś matką społeczną.

Choć nie znajdziesz jeszcze hasła „macierzyństwo społeczne” w słownikach socjologii, samo zjawisko jest aż nadto obecne w życiu codziennym. To ukryta, niedookreślona rola, którą kobiety pełnią z rozpędu – bo „potrafią”, bo „tak jakoś wyszło”, bo „ktoś musi”. W praktyce to społeczna zgoda na to, że kobieta będzie nie tylko emocjonalnym zapleczem, ale też organizacyjnym trzonem otoczenia – niezależnie od tego, czy urodziła dzieci. Macierzyństwo zostaje więc oderwane od biologii i przypisane do cech: ciepła, empatii, zaradności, gotowości do działania. To forma niewidzialnej pracy emocjonalnej – rozproszonej, rozmytej, często nieuświadomionej. Ale systemowo oczekiwanej. I nagradzanej… głównie milczeniem.

Ale dlaczego właściwie mamy się na to godzić? Dlaczego cudzy spokój, wygoda i dobrostan mają być naszym codziennym obowiązkiem, wpisanym w płeć, charakter albo społeczne przyzwyczajenie, że kobieta zrobi więcej, ale ciszej. Opiekowanie się kimś to akt woli, nie domyślna funkcja. Można być czułą, troskliwą, wspierającą – ale tylko wtedy, gdy się tego chce, a nie dlatego, że świat automatycznie przypisuje nam rolę strażniczki wszystkiego co boli, zawstydza i przeszkadza w spokoju innych. Tyle, że kiedy zaczynamy stawiać granice, świat krzywi się z niesmakiem. Bo przecież zawsze byłaś taka miła. Taka pomocna. Taka… dostępna. Stawianie granic odbierane jest jak zdrada wspólnego komfortu. A przecież to tylko próba odzyskania siebie – kawałek po kawałku.

Od pokoleń sankcjonujemy ten stan rzeczy, pielęgnując mit, który z jednej strony wzrusza, a z drugiej skutecznie knebluje potrzeby kobiet. Matka Polka. Cierpliwa. Oddana. Gotowa nieść na plecach rodzinę, naród i wszystkie emocjonalne niedobory otoczenia. Zawsze pod ręką, zawsze w służbie, zawsze do dyspozycji. Nawet jeśli nie miała własnych dzieci – miała przecież „czyjeś”. Choćby symboliczne. Bo Matka Polka nie musi urodzić, żeby matkować – wystarczy czułość, odpowiedzialność, odruch, by „zająć się tym, czym nikt inny się nie zajmie”, a świat już mianuje ją opiekunką. Bez pytania, bez kontraktu.

A kiedy w końcu próbuje się z tej roli wypisać – okazuje się, że nie ma gdzie oddać etatu, którego nikt jej oficjalnie nie przyznał. Jesteś kobietą i już samo to wystarcza, żeby świat oczekiwał od ciebie empatii, miękkości i gotowości przyjmowania cudzych emocji – jakby każdy był dzieckiem z gorączką, któremu należy się herbata i termometr.

Tylko że ja nie mam termometru. I nie jestem twoją matką.

Alicja Kulbicka

Alicja Kulbicka

Redaktor naczelna
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

Czytaj mądrze, nie szybko

Artykuł przeczytasz w: 4 min.


Mój dziadek, księgarz, mawiał, że należy umieć odróżnić książkę od zadrukowanego papieru. Zawsze mówił to z tym swoim półuśmiechem i błyskiem w oku, który pojawiał się, gdy wręczał mi kolejną książkę – odpowiednio dobraną do wieku i nastroju. Najpierw były baśnie braci Grimm czy Andersena – czytane przy zgaszonym świetle, tylko przy nocnej lampce, jakby opowieści były zbyt potężne, by dzielić je z całym światem. Potem „Mały Książę”, który uczył, że „najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”. A później coraz poważniejsze lektury – bo według dziadka „literatura powinna dorastać razem z tobą”.

tekst: Alicja Kulbicka, zdjęcia: Adobe Stock

I dorastała. A świat? Świat jakby przyspieszył za bardzo. Wyprzedził naturalne tempo poznawania wartości, sensów, emocji. Zamiast dojrzewać razem z nami, wrzucił nas na skróty – wprost w wir treści szybkich, krzykliwych, bez kontekstu i głębi. Wszystko, wszędzie, naraz – ale bez czasu na zrozumienie. Dziś jesteśmy otoczeni słowami. Leją się strumieniami z ekranów, gazet, podcastów, komentarzy, powiadomień, stories. Krzyczą, szepczą, skaczą w feedach i wyskakują z lodówek. Niosą sens – albo tylko jego pozory. Można je chłonąć bezrefleksyjnie, jak fast food w biegu, albo smakować jak dobrą kawę – powoli, świadomie, z namysłem.

Międzynarodowy Dzień Wolności Prasy to dobra okazja, by się nad tym na chwilę zatrzymać. Bo wolność słowa to nie tylko prawo do mówienia. To również – a może przede wszystkim – obowiązek mądrego słuchania i rozumienia. Możemy pisać, co chcemy – i dobrze. To fundament wolności. Ale możemy też czytać, co chcemy – i tu zaczynają się schody. Bo skoro wszystko wolno dziś powiedzieć, równie łatwo można słowami manipulować. Wymyślić sensacyjny „news”, obłożyć go krzykliwym nagłówkiem, podpisać tajemniczym „ekspertem” i wypuścić w świat, który nie pyta – tylko lajkuje.

Dezinformacja, fake newsy, postprawda – to już nie są hasła z podręczników dziennikarstwa, które omawia się przy okazji egzaminu z etyki mediów. To nasza codzienność. Nasze poranne scrollowanie. Nasz wieczorny doomscrolling. Ale największe zagrożenie nie tkwi w samych fake newsach. Ono zaczyna się w nas – kiedy przestajemy zadawać pytania. Gdy klikamy odruchowo, przewijamy bezmyślnie i chłoniemy bez cienia refleksji. Bo szybciej. Bo łatwiej. Bo „wszyscy tak robią”.
A przecież mądra treść wymaga czegoś więcej – uważności, wysiłku, dociekliwości. Umiejętności rozróżniania: fakt czy opinia? Informacja czy manipulacja? Treść czy tylko głośna forma? To nie jest wygodne. To praca – czasem żmudna, czasem zniechęcająca. Ale potrzebna jak tlen. Bo to już nie tylko kwestia intelektualnego komfortu. To kwestia bezpieczeństwa. Fake newsy nie są tylko irytujące – one są niebezpieczne. Mogą rodzić uprzedzenia, podsycać nietolerancję, napędzać agresję, wpływać na decyzje polityczne, zdrowotne, społeczne. Potrafią dzielić ludzi skuteczniej niż mury i granice. Kłamstwo powtórzone tysiąc razy może stać się „prawdą” – zwłaszcza jeśli nikt nie zada sobie trudu, by je sprawdzić.

Dlatego jeśli sami nie zaczniemy czytać mądrze, nikt nie zrobi tego za nas. A jeśli przestaniemy wymagać jakości – zostanie nam to, co najtańsze: powierzchowność, banał, krzyk bez znaczenia. A potem może się okazać, że słowa przestaną znaczyć cokolwiek. A jeśli wszystko znaczy wszystko – to w gruncie rzeczy nie znaczy już nic.
Przy okazji tego, jakże ważnego święta, jakim jest Międzynarodowy Dzień Wolności Prasy – zróbmy coś dla siebie. Zatrzymajmy się na chwilę. Otwórzmy coś, co nie krzyczy, nie błyska, nie mami. Coś, co wymaga chwili ciszy, myśli, uważności. Bo w świecie, który nieustannie mówi – warto szukać tych, którzy naprawdę mają coś do powiedzenia. Bo wolność słowa to przywilej. Ale wolność myślenia – to prawdziwa moc.

Mój dziadek mówił, że dobra książka to nie ta, którą się szybko czyta, ale ta, którą długo się pamięta. Mój dziadek nie doczekał czasów mediów społecznościowych, fake newsów i newsfeedów aktualizowanych co pięć sekund. Ale gdyby żył dziś, pewnie znów podałby mi jakąś książkę. Usiadłby obok, jak kiedyś, i powiedział spokojnie: czytaj uważnie – tu chodzi o coś więcej niż słowa.

I może właśnie to jest dziś najważniejsze. Nie ilość przeczytanych treści, ale to, co z nami zostaje, kiedy gasną ekrany.

Alicja Kulbicka

Alicja Kulbicka

Redaktor naczelna
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA