Weronika Hołowczyc | Butikowa kancelaria rozwodowa

Weonika Hołowczyc Butikowa kancelaria rozwodowa, Kancelaria w Poznaniu od rozwodów, prawniczka od rozwodów, Poznań rozwody|Weonika Hołowczyc Butikowa kancelaria rozwodowa, Kancelaria w Poznaniu od rozwodów, prawniczka od rozwodów, Poznań rozwody|Weonika Hołowczyc Butikowa kancelaria rozwodowa, Kancelaria w Poznaniu od rozwodów, prawniczka od rozwodów, Poznań rozwody|Weonika Hołowczyc Butikowa kancelaria rozwodowa, Kancelaria w Poznaniu od rozwodów, prawniczka od rozwodów, Poznań rozwody|Weonika Hołowczyc Butikowa kancelaria rozwodowa, Kancelaria w Poznaniu od rozwodów, prawniczka od rozwodów, Poznań rozwody|Weonika Hołowczyc Butikowa kancelaria rozwodowa, Kancelaria w Poznaniu od rozwodów, prawniczka od rozwodów, Poznań rozwody


Jako adwokat dużą uwagę przywiązuje do detali, bo doskonale wie, że „diabeł tkwi w szczegółach”. Profesjonalnie i rzetelnie podchodzi do spraw swoich klientów, nie pozwala, aby jej emocje wzięły górę, posiłkuje się literą prawa i racjonalizmem. Weronika Hołowczyc stworzyła kancelarię na miarę naszych czasów, gdzie bezpośrednio pomaga osobom w trudnych sytuacjach życiowych. Praca daje jej satysfakcję, jest pełna wyzwań, ale i odpowiedzialności.

Dlaczego – według Pani – mamy tak zatrważająco dużą liczbę rozwodów? Skąd taki trend? Czy ludzie się za szybko poddają w konfrontacji z problemami, za szybko się sobą nudzą, w porównaniu z pokoleniami naszych rodziców, naszych dziadków, czy jednak samoświadomość jest większa?

WERONIKA HOŁOWCZYC: Nie chciałabym nazywać tego zjawiska „trendem”, bo trend to coś, do czego pragniemy dążyć, co nam się podoba. W odniesieniu do rozwodów to niezbyt pasuje. Bardziej odpowiednim słowem jest w tym wypadku „świadomość” i to zarówno po stronie kobiet, jak i po stronie mężczyzn. Pary, dochodząc do momentu, w którym zdają sobie sprawę, że ich związek nie funkcjonuje prawidłowo, najczęściej po kilku próbach jego ratowania, ostatecznie podejmują decyzję o rozstaniu. I to, że potrafią zdobyć się na taki krok, jest rozwiązaniem o wiele bardziej dojrzałym i świadomym niż trzymanie się pozorów, udawanie, że wszystko gra i poddawanie się oczekiwaniom rodziny, przyjaciół, znajomych. Jeszcze do niedawna tak przecież właśnie było, bo problemy w związku, to coś, o czymś nie wypadało mówić. Przed decyzją o rozstaniu powstrzymywały nas oceny innych, obawa przed reakcją rodziny, fakt, że mamy dzieci, czy też liczba lat przeżytych razem. Natomiast w dzisiejszych czasach ludzie są bardziej świadomi, że po rozwodzie, po nieudanym związku, mogą być jeszcze szczęśliwi, że mogą ułożyć sobie życie na nowo. I czasami to rozstanie jest najlepszym wyjściem – dla wszystkich, nie tylko dla małżonków, ale wbrew pozorom także i dla dzieci.

Czy kobiety częściej składają pozew o rozwód, podejmują pierwszy krok?

Nie powiedziałabym tego, mam wrażenie, że w tym zakresie proporcje są wyrównane. Natomiast wynika to na pewno z faktu, że kobiety mają coraz większą odwagę w podejmowaniu tego rodzaju decyzji, jednocześnie, mówiąc wprost, coraz częściej mogą sobie na to pozwolić, także pod względem finansowym. Dzięki temu, że są aktywne zawodowo, budują własne kariery, nie muszą się obawiać, czy poradzą sobie same po rozwodzie. Jednocześnie, są na tyle silne, pewne siebie, że są w stanie podjąć taki krok, nawet gdy wiąże się to z krytycznymi głosami z ich najbliższego otoczenia lub z rozczarowaniem i niezrozumieniem drugiej strony, która niekoniecznie jest na taką decyzję gotowa.

Weonika Hołowczyc Butikowa kancelaria rozwodowa, Kancelaria w Poznaniu od rozwodów, prawniczka od rozwodów, Poznań rozwody

Jak to się stało, iż z mnogości tematów wybrała Pani prawo rodzinne i postanowiła się tym zajmować?

Na początku studiów kompletnie nie wiedziałam, jaką dziedziną prawa chciałabym się w przyszłości zajmować. Byłam po prostu zachwycona tym, że dostałam się na wymarzone studia prawnicze na UAM w Poznaniu. Było to dla mnie ogromnym przywilejem, radością i dumą. Czas nauki na studiach nie do końca odzwierciedla to, co dzieje się na co dzień w pracy w kancelarii. Także w trakcie pierwszych praktyk zawodowych, powierzane nam czynności i zadania niekoniecznie należą do tych ważnych. Cała droga zazwyczaj rozpoczyna się więc w momencie podjęcia aplikacji – w moim przypadku – adwokackiej. Kancelaria, w której pracowałam podczas aplikacji, miała bardzo szeroki wachlarz usług. I dzięki temu, byłam w stanie poznać przeróżne dziedziny prawa, sprawdzić się w nich – co teraz z perspektywy czasu, bardzo sobie cenię. To właśnie w czasie aplikacji przyszedł taki moment, gdy poczułam, że sprawy rodzinne to są te tematy, które mi najbardziej odpowiadają. Choć miałam wcześniej do czynienia ze sprawami karnymi, prawem pracy czy sprawami stricte z zakresu prawa cywilnego, to jednak ten aspekt emocjonalny, z jakim wiąże się prowadzenie spraw rodzinnych, najbardziej przypadł mi do gustu. Dzięki niemu mam wrażenie, że mogę komuś naprawdę pomóc, że moja praca ma realne znaczenie dla innych osób. Jedna z Klientek, którą reprezentowałam w postępowaniu o rozwód, po zakończonej sprawie powiedziała do mnie: „Pani Weroniko, była Pani ze mną w najtrudniejszych momentach mojego życia”. I faktycznie pomyślałam sobie, że to duży przywilej, odpowiedzialność, ale również to, co daje mi ogromną satysfakcję. To, że mogę realnie pomóc, zaopiekować się klientami oraz ich rodzinami w bezdyskusyjnie trudnym dla nich okresie. To ma dla mnie nieocenioną wartość i sprawia, że ta praca jest dla mnie stale niezwykle ciekawa i wciąż daje mi mnóstwo motywacji i wyzwań.

W nazwie Pani kancelarii pojawia się słowo „butikowa”, które implikuje nastrój kameralny, przyjazną atmosferę, ale najczęściej stosowane jest w odniesieniu np. do hoteli, ośrodków spa itp. Skąd pomysł na taką nazwę?

Kiedy zakładałam swoją kancelarię, po zdaniu egzaminu adwokackiego, zastanawiałam się, co chciałabym i co powinnam zapewnić moim klientom, żeby oni zechcieli zwrócić się do mnie ze swoją sprawą, ze swoim problemem. Już wtedy – gdy miałam do czynienia ze sprawami rodzinnymi – wiedziałam, jak ważny jest ten osobisty kontakt pomiędzy klientem a jego pełnomocnikiem, adwokatem. W toku prowadzenia sprawy dowiaduję się bardzo dużo o moim kliencie, często są to rzeczy prywatne, intymne. Wiedziałam, że klientom będzie zależeć na tym, aby mieli bezpośredni kontakt ze mną, żeby ich sprawa nie była przerzucana od jednego prawnika w kancelarii do drugiego. Zależało mi na tym, aby moi klienci darzyli mnie zaufaniem i abym to właśnie ja była tą osobą, z którą odbędą pierwsze spotkanie w kancelarii i która będzie im później towarzyszyć na każdym etapie sprawy, w szczególności zaś podczas tej najtrudniejszej rozgrywki, jaką zazwyczaj jest sama rozprawa. Stąd też mój pomysł na nazwę – Kancelaria butikowa i jej hasło przewodnie: Twój osobisty adwokat. Chciałam także poprzez nazewnictwo podkreślić mój personalny stosunek do każdej prowadzonej przeze mnie sprawy i do moich klientów.

Weonika Hołowczyc Butikowa kancelaria rozwodowa, Kancelaria w Poznaniu od rozwodów, prawniczka od rozwodów, Poznań rozwody

Co w Pani kancelarii najbardziej cenią sobie klienci?

Myślę, że otwartość i szczerość. Zawsze staram się być bardzo racjonalna. Patrzę na sprawy kompleksowo, oceniam co może wydarzyć się na każdym ich etapie i o tych moich przemyśleniach od razu klientów informuję. Dzięki mojemu doświadczeniu, w większości przypadków jestem w stanie przewidzieć końcowy rezultat danej sprawy i zależy mi na tym, aby klienci tych moich przewidywań również byli świadomi. Nigdy – choć jest to duża pokusa – nie kieruję się życzeniowym myśleniem moich klientów i nigdy nie utwierdzam ich w przekonaniach i oczekiwaniach, których wiem, że nie osiągniemy. Oczywiście moje założenia także nie mają stuprocentowej gwarancji, jednak staram się nie mydlić oczu i nie obiecywać, rzeczy, co do których wiem, że się nie wydarzą, tylko dlatego, że takie jest wyobrażenie mojego klienta. Stawiam na profesjonalizm i racjonalne podejście do sprawy. Dzięki temu wiem, w jaką stronę powinnam prowadzić postępowanie i w którym momencie szukać kompromisu. Bo sprawy rozwodowe to także sztuka negocjacji i kompromisu, do którego bardzo często zachęcam klientów. Pragnę podkreślić, że rozwód nie musi być traumą, nie musi być ciężkim, niekończącym się stresem i do tego także powinniśmy w swoich działaniach dążyć, zwłaszcza gdy ze związku małżeńskiego pochodzą dzieci. Zdaję sobie przy tym sprawę, że pójście na ugodę, na kompromis jest często bardzo trudne, ale tłumaczę moim klientom, że to zaprocentuje w przyszłości. Wypowiedzianych słów, wykonanych gestów nie będziemy mogli cofnąć, a taka jest niestety ludzka natura, że często pozwalamy, aby emocje brały górę nad zdrowym rozsądkiem. Moim zadaniem, jako profesjonalnego pełnomocnika, jest to, aby te emocje tonować i w żadnym razie nie pozwalać sobie, aby i mnie się one udzielały. Klienci mają do tego pełne prawo, to są ich osobiste, prywatne dramaty. Ja muszę być buforem, który te emocje neutralizuje, więc jak tylko widzę szansę, aby strony się porozumiały, aby odpuścić pewne rzeczy, które ostatecznie i tak nie będą miały większego znaczenia, to staram się realnie i szczerze rozmawiać o tym z moimi klientami. Oczywiście, ostateczna decyzja należy zawsze do klienta, natomiast ja staram się przekonywać klientów do tego, aby zatrzymać się na chwilę, spojrzeć na sprawę trochę z innej perspektywy, bardziej na spokojnie. Nie ukrywam, że upływ czasu też robi swoje – gdy sprawa się przeciąga, strony są bardziej skłonne do porozumienia i zawarcia kompromisu, bo są całym postępowaniem po ludzku zmęczone.

Czy zdarzyły się w Pani karierze takie przypadki, że podczas postępowania rozwodowego małżonkowie postanowili się pojednać, powrócić do siebie, dać sobie ostatnią szansę? Czy nie ma już takich sytuacji, to tylko idylla?

Taka sytuacja zdarzyła mi się tylko raz. Zazwyczaj jest tak, że, gdy powiemy przysłowiowe „A”, to konsekwentnie już dążymy do powiedzenia „B”, zrobienia kolejnego kroku, tym bardziej, że decyzja o rozwodzie nie jest decyzją, którą podejmujemy z dnia na dzień. To cały proces przesłanek, walka z własnymi emocjami, myślami, wyobrażenie o naszej przyszłości itp. To, z czym mam do czynienia dość często, to sytuacja, w której klienci przychodzą do mnie po poradę, po wstępną konsultację, w momencie, w którym jeszcze zastanawiają się nad rozstaniem, odejściem. Potem okazuje się, że pewne sprawy udało się poukładać i małżonkowie wracają do siebie. Jeżeli jednak konkretnych elementów poskładać się nie da, gdy ten upływ czasu, który sobie daliśmy, okazał się bezskuteczny, decyzja o rozwodzie nierzadko okazuje się być tą najlepszą. I to także jest w porządku, trzeba jednak mieć odwagę, aby to sobie uświadomić.

Weonika Hołowczyc Butikowa kancelaria rozwodowa, Kancelaria w Poznaniu od rozwodów, prawniczka od rozwodów, Poznań rozwody

W dzisiejszym świecie, gdy każdy każdemu coś chce udowodnić, jaka forma rozwodu jest najbardziej popularna: z orzekaniem o winie czy bez orzekania o winie, ten kompromis, o którym Pani wspomniała?

Coraz częściej zdarza się, że strony odpuszczają sobie temat obwiniania się, postanawiają zakończyć związek polubownie, na zasadzie kompromisu. Natomiast z orzekaniem o winie mamy jednak zazwyczaj do czynienia w sytuacjach skrajnych, gdy doszło do zdrady, do aktów przemocy, wobec małżonka czy wobec dzieci. Co ciekawe, rozwody częściej orzekane są z winy mężczyzn – potwierdza to nie tylko moja praktyka, ale chociażby statystyki Głównego Urzędu Statystycznego.

Z jakimi problemami – oprócz kwestii rozwodowych – najczęściej przychodzą do Pani klienci?

Punktem zapalnym na pewno są alimenty na rzecz dzieci, a w dalszej kolejności wykonywanie władzy rodzicielskiej, choć widzę tendencję wśród klientów, aby szukać porozumienia także i w tych kwestiach. W przypadku alimentów, jest to jednak zadanie dość trudne. Z jednej strony mamy bowiem do czynienia z określonymi oczekiwaniami rodzica, który zajmuje się dziećmi na co dzień, a nierzadko także jego obawą, co do tego jak samodzielnie sprosta on ich utrzymaniu. Bardzo często zatem takie a nie inne żądanie w zakresie ustalenia wysokości świadczenia jest po prostu dążeniem do zapewnienia i sobie, i dzieciom poczucia bezpieczeństwa. Z drugiej zaś strony, oczekiwania te konfrontowane są z możliwościami i wyobrażeniami rodzica zobowiązanego do alimentacji, który z kolei nierzadko obawia się, czy przekazywane przez niego środki faktycznie przekazywane są na utrzymanie małoletnich. Jednocześnie bierze na siebie stałe i istotne zobowiązanie finansowe, które w jakimś stopniu może determinować i inne aspekty jego życia (jak choćby możliwość uzyskania kredytu). W takiej sytuacji warto wspólnie zastanowić się nad tym, jakie wydatki związane z wychowywaniem dzieci musimy co miesiąc pokryć i proporcjonalnie do osobistego wkładu, jaki każdy z rodziców wkłada w opiekę nad nimi, obliczyć także nasz wkład finansowy. Jeśli nie uda nam się tego zgodnie zrobić, o wysokości alimentów rozstrzygnie sąd.

Z Pani doświadczenia, najtrudniejsze kwestie w sferze rodzinnej jakiego dotyczą tematu?

Właśnie wspólnych dzieci/dziecka. Sprawy o rozwód dotyczące związków, z których nie ma małoletnich dzieci, zazwyczaj należą do najprostszych i najczęściej kończą się na jednej rozprawie. Zdarza się nawet, że w takich sytuacjach małżonkowie zgłaszają się do mnie wspólnie, choć formalnie wolno mi reprezentować tylko jedną ze stron. Takie przypadki ja sobie bardzo cenię, bo to świadczy o dużej dojrzałości emocjonalnej małżonków i wzajemnym szacunku. To, że potrafimy rozejść się z klasą, podziękować za wspólnie spędzone lata i nie żywić przy tym urazy, jest naprawdę wyjątkowe.
Natomiast kwestie związane z dziećmi są najtrudniejszymi, w szczególności w sytuacji, gdy któryś z małżonków zaczyna traktować dzieci jako „kartę przetargową”, na przykład uzależniając liczbę spotkań dzieci z drugim rodzicem, od wysokości przekazywanych przez niego alimentów. Takie momenty są bardzo przykre, bo ostatecznie ich negatywne konsekwencje będą w największym stopniu odczuwać właśnie najmłodsi członkowie rodziny. Często jest też tak, że każdy z rodziców uważa, że to on ma lepsze kompetencje rodzicielskie, lepiej wie, co dla dzieci jest właściwe. Rodzice prześcigają się w obrzucaniu się zarzutami, starają wzajemnie się upokorzyć. Nie zapominajmy, że takie dziecko, uwikłane w konflikt rodziców, także ma swoje emocje, przemyślenia, potrzebuje poczucia bezpieczeństwa, które już i tak zostało zachwiane podczas decyzji o rozstaniu rodziców. Dodatkowe kłótnie nie poprawiają ich sytuacji. Staram się zawsze o tym pamiętać i przypominać o tym swoim klientom.

Weonika Hołowczyc Butikowa kancelaria rozwodowa, Kancelaria w Poznaniu od rozwodów, prawniczka od rozwodów, Poznań rozwody

A co jeśli rodzice postanawiają się rozstać, w związku jest dziecko, ale związek jest nieformalny? Jak uregulować opiekę nad dzieckiem?

Jeżeli para nie pozostaje w związku małżeńskim, nie mówimy w tym przypadku o rozpadzie rodziny i uporządkowaniu tych kwestii w toku sprawy rozwodowej. Nadal jednak rodzic ma prawo zwrócić się do sądu o uregulowanie władzy rodzicielskiej, uregulowanie kontaktów oraz o zasądzenie należnych alimentów. W przeciwieństwie do rozwodu i rozpadu małżeństwa – te sprawy w przypadku związków nieformalnych toczą się jednak w osobnych postępowaniach. I tak, jeśli pozostawaliśmy w związku partnerskim, niesformalizowanym, po rozstaniu nasze uprawnienia w stosunku do dziecka pozostają niezmienione – każdy z rodziców zachowuje pełnię władzy rodzicielskiej. To, co jest istotne w takim przypadku, to ustalenie sposobu jej wykonywania i formalne określenie miejsca zamieszkania dziecka. Najczęściej wygląda to tak, że rodzicowi, z którym dziecko zamieszkuje na co dzień, sąd powierza wykonywanie bieżącej władzy rodzicielskiej, ustalając tym samym miejsce zamieszkania dziecka/dzieci przy tym właśnie rodzicu. Jeśli jednak zapewnimy sąd o naszej pełnej współpracy, najlepiej za pomocą pisemnego porozumienia, wykonywanie władzy rodzicielskiej w dalszym ciągu może zostać pozostawione obojgu rodzicom, nawet jeśli miejsce zamieszkania dziecka jest przy jednym z nich. Istnieje także możliwość, aby uregulować kontakty drugiego rodzica z dzieckiem – jeśli oczywiście jest taka potrzeba. Takie rozwiązanie nie zawsze się bowiem sprawdza – sztywne uregulowane dni i godziny odwiedzin najczęściej mają sens, gdy rodzice nie potrafią się dogadać. Jeśli jesteśmy w stanie dojść na tym polu do porozumienia, o spotkaniach możemy decydować na bieżąco, dowolnie. W przypadku uregulowania tej kwestii przez sąd, pamiętajmy o tym, że to, co sąd orzeknie w wydanym postanowieniu, to jest pewne minimum, podstawa, która powinna być dla nas wytyczną, ale nie musi wcale zamykać drogi do rozszerzania tych kontaktów, jeśli tylko jest ku temu wola rodzica i dziecka. Życie wszystko weryfikuje.

Miała Pani w swojej karierze zgłoszenie Child Alert?

Na szczęście do tego nie doszło w sytuacjach moich klientów, ale coraz częściej zdarzają się sprawy z tzw. konwencji haskiej, dotyczące uprowadzenia dziecka za granicę. Są to przypadki, gdy jeden z rodziców wyjeżdża na stałe do innego kraju, zabierając ze sobą dziecko, nie powiadamiając o takim zamiarze, nie uzgadniając tego wcześniej z drugim rodzicem. W tej kwestii liczy się jednak przede wszystkim dobro dziecka i w takiej sytuacji rodzice decyzję muszą podjąć wspólnie. Gdy porozumienia brak, w momencie zainicjowania sprawy z konwencji, kraj, do którego dziecko zostało uprowadzone, nie bada żadnych innych okoliczności, jak tylko takie, że doszło do wyjazdu bez zgody drugiego rodzica. I najczęściej nakazuje powrót. Wtedy ewentualna kwestia przesłanek przemawiających za takim wyjazdem może zostać zbadana przez sąd w Polsce.

Zdrada, kłamstwo, prywatny detektyw… rysuje się życie jak scenariusz jakiegoś filmu. Czy Pani bądź Pani klienci podejmujecie współpracę z prywatnym detektywem?

Oczywiście, gdy jest podejrzenie zdrady, bardzo często w sprawę zostaje zaangażowany detektyw. Zdarza się, że klienci przychodzą do mnie już z gotowym materiałem, zebranym właśnie przez biuro detektywistyczne. Klienci decydują się zlecić detektywowi śledzenie małżonka, kiedy pojawiają się u nich podejrzenia co do niewierności. W momencie, kiedy zjawiają się u mnie z takim materiałem dowodowym, wiem, że oznacza to, że są już gotowi, aby zacząć sprawę o rozwód. Rzeczywiście wtedy taki materiał załączamy do pozwu o rozwód i zazwyczaj drugiej stronie trudno z nim dyskutować. Bardzo często zdjęciom wykonanym przez detektywów towarzyszą wiadomości, często w formie smsów lub wiadomości wymienianych przez social media, do których klienci także uzyskali dostęp. Taki sposób dowiedzenia się o zdradzie oraz sam fakt niewierności powoduje zazwyczaj długotrwały ból i ogromne rozczarowanie, z którymi klienci nierzadko radzą sobie za pomocą psychoterapii. W takich przypadkach wspieram moich klientów w dążeniu do orzeczenia o winie – zdaję sobie sprawę, że uzyskanie wyroku o takiej właśnie treści może mieć dla nich istotne znaczenie – jest potwierdzeniem ich przeżyć i odczuwanych emocji.
Nie zawsze jednak do takich wspomnień chcemy wracać i przeżywać je ponownie na sali sądowej. Niejednokrotnie zdarza się, że nawet pomimo udowodnionej zdrady, klienci decydują się nie dochodzić winy, co także doskonale rozumiem. Każdy człowiek jest inny, podobnie jak sposób odczuwania naszych emocji i radzenia sobie z nimi.

Z jakiej prowadzonej ostatnio sprawy jest Pani dumna?

To z pewnością sprawa, w której udało nam się uzyskać orzeczenie sądu o opiece naprzemiennej, w sytuacji, w której stroną wnioskującą był ojciec. Klient zwrócił się do mnie w 2020 roku, zaś postanowienie kończące sprawę sąd wydał dopiero w roku 2023, a więc po niemal trzech latach postępowania. Klient chciał sprawować nad dzieckiem opiekę w systemie tydzień na tydzień, na co nie zgadzała się matka dziecka, próbując wykazać, że pomiędzy rodzicami jest konflikt i że ten konflikt uniemożliwia harmonijne wykonywanie władzy rodzicielskiej. Mój klient od zawsze był bardzo zaangażowanym ojcem i spędzał z dzieckiem sporo czasu, ale zależało mu także na tym, aby uczestniczyć w codzienności dziecka – odrabiać z nim lekcje, podawać kolację, kłaść spać, budzić rano itp. To są detale, które jednak stanowią bardzo ważny element dzieciństwa i w których ojcowie często nie uczestniczą w takim wymiarze jak matki. W naszej sprawie wypowiadali się biegli, którzy potwierdzili, że kompetencje obojga rodziców są bardzo dobre, co otworzyło nam drogę do uzyskania oczekiwanego przez nas rezultatu. Jestem szczęśliwa, bo udało nam się osiągnąć rozstrzygnięcie, które mój klient sobie wymarzył. To była sprawa, co do wyniku której absolutnie nie byłam pewna. Mam jednak przekonanie, że wydane orzeczenie jest sprawiedliwe i poza uwzględnieniem interesu mojego klienta, uwzględnia interes dziecka.

Wspomniała Pani o roku 2020. Od kiedy zajmuje się Pani stricte tematami rodzinnymi?

Od roku 2017, bo to był ten moment, kiedy otworzyłam swoją kancelarię. Jeszcze przez rok po zdaniu egzaminu adwokackiego, który zdałam w 2015 roku, pracowałam w kancelarii, w której odbywałam aplikację. Kiedy już poczułam, że czuję się na siłach, aby otworzyć własną działalność, wiedziałam, że chcę skupić się tylko na sprawach rodzinnych. Zdawałam sobie sprawę z tego, że zakładając kancelarię samodzielnie, nie będę w stanie zajmować się wszystkimi tematami, choć mogłoby to być kuszące i na początku tej samodzielnej drogi dawać większe poczucie bezpieczeństwa finansowego. Mimo wszystko, nie chciałam tego robić i z tej decyzji dziś bardzo się cieszę. Wierzyłam, że mi się uda i że dzięki ciężkiej, rzetelnej pracy, utrzymam się na rynku – ta moja konsekwencja i wiara doprowadziły mnie do miejsca, w którym obecnie jestem. Zależało mi także na jakości moich usług. Zajmując się wyłącznie prawem rodzinnym, stale pogłębiam swoją wiedzę w tej jednej dziedzinie, a zdobytą w ten sposób naukę wykorzystuję w każdej kolejnej sprawie. Wiem, że moi klienci są ze mną bezpieczni, a to poczucie w naszym zawodzie jest niezwykle cenne.

Jakby nie była Pani adwokatem, jaki zawód by Pani wykonywała?

Byłabym podróżniczką, zwiedzałabym świat, choć nie wiem, za co bym żyła. (śmiech) Podróże są moją największą pasją i odskocznią od obowiązków. Cieszę się nawet z krótkich, kilkudniowych wyjazdów, gdzieś niedaleko, w Europie. Mam to szczęście, że prowadząc własną firmę, jestem w stanie tak sobie poukładać swoje obowiązki, aby moje wyjazdy nie kolidowały z żadną z prowadzonych przeze mnie spraw. Zdarza się, że na wyjazdy zabieram ze sobą laptopa i pracuję zdalnie, jestem dostępna dla moich klientów pod telefonem czy pod mailem i taką możliwość połączenia pracy z przyjemnością także bardzo sobie cenię. Korzystam z takich momentów, bo to daje mi siłę i energię do dalszego działania. Przecież świat nie kręci się tylko wokół sal sądowych i pism procesowych. (śmiech) Trzeba potrafić żyć i czerpać z życia to, co najpiękniejsze. Podróże dają mi szersze spojrzenie na wiele spraw i możliwość przyjrzenia się im, a także sobie, z zupełnie innej perspektywy.

W jakim innym miejscu mogłaby Pani mieszkać?

Moim ukochanym miejscem jest Lizbona i ogromnie cieszę się na loty z Ławicy. To przepiękne, słoneczne miasto, z cudownymi, uśmiechniętymi ludźmi. Pełne kolorytu, pełne smaku, z niezwykłą atmosferą, która do mnie przemawia i w której bardzo dobrze się czuję. Lizbona jest mniej oblegana turystycznie niż Paryż czy Rzym, jest spokojniejsza, co jest jej ogromną zaletą. Tam czuję się szczęśliwa.

To może za jakiś czas otworzy Pani filię kancelarii w Lizbonie. Tego Pani życzę.

Kto wie, może tak się stanie. (śmiech)

REKLAMA
REKLAMA

Może cię zainteresować:

Weonika Hołowczyc Butikowa kancelaria rozwodowa, Kancelaria w Poznaniu od rozwodów, prawniczka od rozwodów, Poznań rozwody|Weonika Hołowczyc Butikowa kancelaria rozwodowa, Kancelaria w Poznaniu od rozwodów, prawniczka od rozwodów, Poznań rozwody|Weonika Hołowczyc Butikowa kancelaria rozwodowa, Kancelaria w Poznaniu od rozwodów, prawniczka od rozwodów, Poznań rozwody|Weonika Hołowczyc Butikowa kancelaria rozwodowa, Kancelaria w Poznaniu od rozwodów, prawniczka od rozwodów, Poznań rozwody|Weonika Hołowczyc Butikowa kancelaria rozwodowa, Kancelaria w Poznaniu od rozwodów, prawniczka od rozwodów, Poznań rozwody|Weonika Hołowczyc Butikowa kancelaria rozwodowa, Kancelaria w Poznaniu od rozwodów, prawniczka od rozwodów, Poznań rozwody
REKLAMA
REKLAMA

Beata i Mariusz Cieślukowscy | Zamieszkaj na zachwycającym Costa del Sol

Plano Spain nieruchomości w Hiszpanii Beata Cieślukowska


Oboje pochodzą z Mazur, ich plany zawodowe połączyła stolica Wielkopolski. Tu w Poznaniu wykrystalizował się pomysł na wspólny rodzinny biznes, który był impulsem do zmiany życia o 180 stopni. Beata i Mariusz Cieślukowscy, właściciele PlanoSpain, od lat działają na hiszpańskim rynku nieruchomości. Polecają wybrzeże Costa del Sol, gdzie osiedlili się, rozwijając firmę i spełniając często niełatwe życzenia klientów z najodleglejszych regionów świata.

Rozmawia: Magdalena Ciesielska | Zdjęcia: Maciej Sznek Escargofoto | Makeup Artist: Kiuru Visage | zdjęcia nieruchomości: archiwum prywatne PlanoSpain

Jak zaczęła się Wasza przygoda w branży nieruchomości?

BEATA CIEŚLUKOWSKA: Mówiąc nieskromnie (śmiech), rozpoczęła się ode mnie. Już ponad 15 lat zajmuję się nieruchomościami inwestycyjnymi. W pierwszym etapie mojej pracy zawodowej, tu na poznańskim rynku, pracowałam u największego pośrednika nieruchomości w Polsce – była to firma Home Broker. Wiele kontaktów oraz przyjaźni branżowych mam do teraz właśnie z tego miejsca.
MARIUSZ CIEŚLUKOWSKI: Przez ponad 12 lat zdobywałem doświadczenie w największych światowych bankach, bankowość korporacyjno-inwestycyjna, co dało mi dużą swobodę w poruszaniu się w świecie wielkich liczb oraz projektów budowlano-inwestycyjnych. Obydwoje mieliśmy duże doświadczenie zawodowe i dlatego postanowiliśmy połączyć nasze siły, umiejętności i wiedzę, co klienci w pełni docenili.

Dlaczego właśnie Hiszpania stała się dla Was atrakcyjnym rynkiem nowych inwestycji?

B.C.: Największym impulsem do tego typu poszukiwań był jeden z moich klientów, który miał już wiele zakupionych nieruchomości, za moim pośrednictwem, zarówno w polskich górach, nad Morzem Bałtyckim, jak i na Mazurach, ale zapragnął czegoś więcej, poza granicami kraju. Zainspirował mnie miejscem o wdzięcznej nazwie Marbella na hiszpańskim wybrzeżu Costa del Sol. „Jak Pani znajdzie dla mnie coś ciekawego, to ja tam kupię” – powiedział. Poleciałam więc, zaczęłam szukać, oglądać poszczególne miejsca, aby złożyć korzystną ofertę klientowi. Bardzo mi się tam spodobało, krajobrazy, klimat, pozytywne myślenie i przepięknie położone apartamenty. Znalazłam dla klienta nieruchomość według jego wytycznych i oczekiwań i tak to się zaczęło…
M.C.: Potem lataliśmy już wspólnie, szukając odpowiednich nieruchomości dla innych klientów. Ale – nie ukrywam – że przy dwójce małych dzieci i obowiązkach prywatnych taki układ wylotów biznesowych bardzo nam doskwierał. Zaczęliśmy więc rozważać inne wyjście z tej sytuacji…

Plano Spain nieruchomości w Hiszpanii Beata Cieślukowska
Beata Cieślukowska

Aż zdecydowaliście się na przeprowadzkę na Costa del Sol…

M.C.: Tak, życie nas do tego popchnęło, podsuwając taki scenariusz. (śmiech)
B.C.: Analizując miejsca na południowym wybrzeżu Costa del Sol, nasz wybór padł na piękną słoneczną Marbellę, którą polecam wszystkim. Spakowaliśmy więc swoje rzeczy, zabraliśmy dzieci i rozpoczęliśmy nowy etap naszego życia i wspólnej pracy.

Z takim zapałem i uśmiechem opowiadacie o Waszym nowym miejscu zamieszkania, więc muszę zapytać, czym tak naprawdę uwiodła Was Marbella? Co Was zauroczyło w tym miejscu?

B.C.: Marbella jest bardzo międzynarodowa, na tym terenie mieszają się różne kultury i tradycje.
M.C.: Warto podkreślić, że w Hiszpanii jest ogromna różnica pomiędzy Costa del Sol a innymi wybrzeżami. Zupełnie inne osoby przyjeżdżają na południe Hiszpanii, do Benalmadeny czy właśnie do Marbelli, gdzie mieszkamy. Tu jest też inny klient niż np. w Alicante. Jedno wybrzeże, ale konkretne miejscowości i przebywający tam turyści różnią się od siebie i to znacznie. Marbella ma niską zabudowę i od razu wygląda to bardziej luksusowo. Co chwilę są parki, zielone skwerki, palmy, po prostu przeważa dużo zieleni. Dla ciekawostki – to było pierwsze zagospodarowane wybrzeże w całej Hiszpanii, więc roślinność miała dużo czasu, aby wybujać i wzbogacić swoim pięknem okolicę. Specyfiką Marbelli jest też posiadanie i morza, i gór. Nawet jeśli w Sewilli jest latem 45 st. w cieniu, to u nas – dzięki takiemu idealnemu położeniu – jest zawsze minimum 10 stopni mniej. W ubiegłe lato przeważała temp. 32-33 stopnie, a najwięcej pokazały termometry 36 st. w cieniu. To w Polsce często jest bardziej gorąco. Marbella ma swój mikroklimat – latem nie jest upalnie, a zimą jest przyjemnie ciepło. Ponadto w tym nadmorskim mieście nie znajdzie się tzw. „betonozy”, jaka przeważa w tego typu lokalizacjach, gdzie deweloperzy prześcigają się w stawianiu coraz to wyższych apartamentowców.

Plano Spain nieruchomości w Hiszpanii Beata Cieślukowska
Mariusz Cieślukowski

W PlanoSpain rynek pierwotny przeważa nad wtórnym?

M.C.: Na naszej stronie są również oferty z rynku wtórnego, ale jako PlanoSpain specjalizujemy się w szczególności w rynku pierwotnym. To ponad 80 procent naszej oferty sprzedażowej.
B.C.: Edukujemy też naszych klientów, którzy kontaktują się z nami z zamiarem zakupu nieruchomości na rynku wtórnym. Studzimy ich zapał i często po prostu tłumaczymy, że nie warto… Klient już za sam apartament z rynku wtórnego płaci bardzo dużo, do tego trzeba doliczyć koszty remontu. Ponadto części wspólne tych miejsc z rynku wtórnego są w niskim standardzie. To jest budownictwo np. z lat 2009-2010 lub wcześniejsze, gdzie widać ząb czasu, brak renowacji i remontu klatek, brak odnowy wspólnych basenów. Akustyka w takich miejscach szwankuje, hałasy i odgłosy zza ściany słychać bardzo dobrze, a dodatkowo odgłosy w pionie – ze względu na gorszej jakości wykorzystane materiały budowlane. Naprawdę jest wiele zalet kupna nieruchomości z rynku pierwotnego, do czego szczerze namawiamy.
M.C.: W 2010 roku wiele się zmieniło w hiszpańskim ustawodawstwie, w prawie budowlanym, wzięto pod uwagę normy cieplne, zaczęto stosować lepsze i korzystniejsze dla inwestorów materiały budowlane. Wstawiać wyższej jakości okna, izolować ściany. Rozpoczął się cały proces budowy z większymi benefitami dla kupujących, co w Polsce od wielu lat jest standardem i normą, a w Hiszpanii dopiero zaczęło to kiełkować. Zatem bez namysłu polecamy nieruchomości z rynku pierwotnego. Przede wszystkim korzystna jest cena za nowe mieszkanie, a przy tym plan płatności, który rozłożony jest w czasie. Bo nawet jeśli trzeba wydać 500 tys. Euro, czym innym jest wyjęcie ich dzisiaj i położenie na stół, a czym innym gdy harmonogram płatności jest rozbity na 30 % przy umowie przedwstępnej, a reszta następuje dopiero przy odbiorze kluczy w perspektywie do 1,5 roku. Ponadto kupujący ma wybór, oglądając plany, rzuty apartamentów od dewelopera, czyli kupuje to, co chce, a nie to, co zostało na rynku.

Sprzedaż z rynku pierwotnego odbywa się, gdy jest tylko przysłowiowa dziura w ziemi?

M.C.: Głównie właśnie na tak wczesnym etapie. W Polsce jesteśmy przyzwyczajeni, że jest dużo wybudowanych budynków, mieszkań, które czekają na swoich właścicieli. Nierzadko ceny można jeszcze negocjować u dewelopera. W Marbelli czy innych częściach Costa del Sol na etapie stojących już murów wszystkie mieszkania są wykupione. Zakup rozpoczyna się wraz z wbiciem łopaty w ziemię, czyli właśnie wraz z robieniem przysłowiowej dziury.

W swojej ofercie macie nieruchomości o różnej powierzchni, od mniejszych 50- czy 60-metrowych, przez ponad 100-, 200-, 300-metrowe apartamenty, aż po luksusowe wille np. ponad 1400 metrów kw. Jaka powierzchnia mieszkalna jest najbardziej poszukiwana, jaka jest najbardziej na topie wśród zainteresowanych kupnem?

B.C.: Mały metraż w Hiszpanii oznacza co innego niż w Polsce. 40-, 50-metrowe mieszkanie to swoisty ewenement, czegoś takiego się po prostu nie buduje na rynku hiszpańskim. Standardem przy dwóch sypialniach jest ok. 80 m kw., a przy trzech sypialniach – ok. 130 m kw.
M.C.: Co istotne, w Hiszpanii – podobnie jak w USA – najważniejsza jest ilość sypialni. 60-metrowe mieszkania można na palcach jednej ręki przedstawić w naszej ofercie.
Polacy są przyzwyczajeni zadawać pytanie, „ile za metr kwadratowy?”, a na rynku hiszpańskim funkcjonuje inna wytyczna, czyli liczba sypialni. Cena uzależniona jest od ich ilości, oraz usytuowania apartamentu w danej inwestycji.

Kto jest Waszym głównym klientem?

M.C.: W 90 procentach są to Polacy, ale nie tylko Polacy mieszkający w Polsce, również ci ze Szwecji, z Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych, Kanady. Aktualnie mamy kilku Holendrów zainteresowanych naszymi ofertami. Wchodzimy też na rynek niemiecki, stale poszerzając nasz target.
Podchodzimy do naszej pracy z wielkim profesjonalizmem, a do klientów z ogromnym szacunkiem. Skupiamy się na konkretnym miejscu, jakim jest Costa del Sol – i robimy to najlepiej, jak tylko potrafimy, szukając dla klientów nieruchomości skrojonych pod ich oczekiwania i portfel. Postawiliśmy na wyspecjalizowanie się w tym regionie. To jest podobnie jak z restauracyjnym menu – lepiej mieć w karcie mniej dań, ale dobrej jakości niż szeroką kartę menu z byle jakimi potrawami.
B.C.: I co niezwykle istotne, mamy klientów najczęściej z polecenia. W naszej branży działa stary sposób przekazywania dobrych wiadomości i to nas bardzo cieszy. (śmiech) Miło słuchać pozytywnych opinii i rekomendacji na temat naszej pracy, wiedząc, że marketing tzw. szeptany ma sens.

Czy Polak w Hiszpanii może łatwo otrzymać kredyt?

M.C.: Wielu z naszych klientów, kupując nieruchomość w Hiszpanii, posiłkuje się kredytem, ponieważ jest on zdecydowanie tańszy niż w Polsce. Ja osobiście nadzoruję cały proces związany z ubieganiem się o kredyt, pilnuję wszelkich dokumentów, terminów itp. W PlanoSpain staramy się przeprowadzić tak sprzedaż, aby była ona jak najmniej czasochłonna i stresogenna dla naszego klienta. Do ubiegania się o kredyt potrzebujemy PIT za zaszły rok, zaświadczenie z BIKu i wyciąg z konta przynajmniej z 6 miesięcy.

A jak klient jest zaopiekowany pod kątem prawnym w PlanoSpain?

B.C.: Współpracujemy z wybitną prawniczką, której usług absolutnie nie narzucamy naszym klientom, jedynie rekomendujemy. Klient sam wybiera do jakiej kancelarii prawnej chce się udać. Ze względu na nasze doświadczenie i długoletnią współpracę z czystym sercem polecamy tę właśnie osobę do obsługi kwestii prawnych.
M.C.: Klient musi głównie wybrać apartament, wpłacić zaliczkę, a resztą już zajmujemy się my – osoby do zadań specjalnych. (śmiech) Współpracujemy z doskonałą prawniczką Marią Ruiz Lopez. Ma ona rozeznanie zarówno na rynku polskim, jak i hiszpańskim. I oczywiście świetnie mówi po polsku. Ma licencję prawną na obu rynkach, polskim i hiszpański. Posiada szeroką wiedzę i uprawnienia, doradza klientom, co warto zrobić, jakie są obwarowania prawne, na co warto zwrócić uwagę podczas kupna czy wynajmu itp.

Plano Spain nieruchomości w Hiszpanii Beata Cieślukowska

Klienci kupują hiszpańską nieruchomość najczęściej z myślą o sobie, swojej przyszłości, czy jednak pod wynajem, aby mieć źródło dochodu?

M.C.: To zależy… W zdecydowanej większości klienci kupują apartament, żeby dla nich zarabiał i był lokatą kapitału. To też świetna dywersyfikacja portfela o nieruchomość w walucie Euro. Nie ma co też ukrywać, że w okresie naszej polskiej zimy chcą przyjeżdżać i korzystać z własnego apartamentu.
B.C.: Ponadto widzimy taki trend, że nasi klienci meblują i aranżują mieszkania z myślą o sobie, pod swój gust, więc później jest im szkoda oddawać to wynajmującym. Choć jest określona grupa klientów, którzy od samego początku wiedzą, że zakupiona nieruchomość będzie ich inwestycją pod wynajem. Co bardzo ważne – my jako PlanoSpain również zajmujemy się wynajmem lokali. Wiemy, że większość agencji nieruchomości tego nie robi, my jednak wzięliśmy na swoje barki to zadanie, aby sprostać wymaganiom i oczekiwaniom klientów. Budujemy poprzez to relacje i zaufanie z naszymi partnerami biznesowymi, dając im szerokie spectrum usług i możliwości wyboru. Jestem bardzo dokładna, zatem skrupulatnie doglądam wszystkich detali, które mogą umknąć kupującym. Doradzam też klientom jak urządzić nieruchomość pod wynajem bądź pod odsprzedaż, bo z doświadczenia wiem, co się dobrze sprzedaje, z dużym potencjałem wzrostu cen.

Bierzecie na siebie dużo różnych obowiązków, jak czasowo dajecie radę? Czy Wasza doba trwa więcej niż 24 godziny, jest bardziej elastyczna?

M.C.: Dobre pytanie! (śmiech) Nieustannie poszerzamy nasz zespół, dobieramy zaufane osoby. Aktualnie zatrudniliśmy kolejną osobę, która odciąży nas w temacie najmu.
B.C.: Mamy team, który zajmuje się zarządzaniem nieruchomościami pod wynajem, czyli uzgadnia pracę np. pań sprzątających, wydawania i odbierania kluczy do posesji. Cała logistyka jest przez nas opracowana, co w dużej mierze ułatwia pracę już na innych etapach.

Czyli pomagacie klientom w wynajmie, ale również w odświeżaniu powierzchni mieszkalnej oraz w generalnym remoncie.

M.C.: Tworzymy z naszymi partnerami pakiety pod każdą inwestycję. Prezentujemy klientom zazwyczaj trzy wersje, trzy propozycje umeblowania oraz finalne wykończenie z tapetami, obrazami, dekoracjami wypełniającymi wnętrze. Mamy również pakiety dostosowane dla klientów wynajmujących konkretne mieszkanie, tzn. czajniki, małe AGD, sztućce itd. Dla klienta cały proces jest nieinwazyjny – to my zajmujemy się wszystkim. Klient ma jedynie wybrać lokum i podpisać umowę oraz wpłacić zaliczkę.
B.C.: Jeśli chodzi o wynajem – kiedyś braliśmy apartamenty z rynku, teraz tylko opiekujemy się apartamentami naszych klientów. Mocno się angażujemy, aby zrobić jak najwyższą rentowność dla klientów. Jeśli u nas kupią nieruchomość pod wynajem, to mają pewność, że zajmiemy się wszystkim, co związane z formalnościami i dopracowaniem szczegółów, dopieszczeniem wnętrz. Mamy dużo klientów-golfistów, klientów kulturalnych, na poziomie, którzy u nas wynajmują apartamenty. Są to klienci głównie z polecenia.
M.C.: Nie wynajmujemy brytyjskim imprezowiczom (śmiech), po których trzeba często organizować remont mieszkania. U nas na szczęście ich nie ma.

Costa del Sol czy nasz polski Bałtyk – gdzie nieruchomość można kupić taniej?

M.C.: Naprawdę w Hiszpanii można kupić taniej nieruchomość niż nad Morzem Bałtyckim. Oczywiście, bierzemy pod uwagę lokalizację, okolicę, odległość od linii brzegowej, dodatkowo wyposażenie mieszkania, pomieszczenia wspólne, komórkę lokatorską, miejsca parkingowe – bo to jest w cenie oferty w stanie deweloperskim. Jedynie trzeba wstawić swoje meble i można zamieszkać. Myślę, że na rynku pierwotnym można w Hiszpanii zaoszczędzić nawet ok. 100 tys. Euro, kupując podobną powierzchnię nad wybrzeżem Costa del Sol niż nad Bałtykiem.

Polecacie Costa del Sol, w szczególności Marbellę, ale macie też kompletnie inny kierunek na hiszpańskie wyjazdy…

B.C.: Oprócz wybrzeża Costa del Sol próbujemy zainteresować klientów również atrakcyjnym terenem górskim, idealnym na narty, o czym mało kto wie… Sierra Nevada jest pominięta i mało znana jako górska alternatywa. W okresie tegorocznej Wielkanocy było tam mnóstwo śniegu.
M.C.: Najwyżej położony ośrodek narciarski w Hiszpanii znajduje się w Andaluzji, dwie godziny drogi od Malagi. Jest to pasmo górskie Sierra Nevada z najwyższym szczytem Mulhacen 3478 m n.p.m. Znajduje się tam wiele możliwości dla turystów, zarówno idealnie przygotowane stoki, kolejki linowe, jak i wiele ofert zakwaterowania z niezbędnymi usługami.
B.C.: Jest tam 96 km tras i co najważniejsze, że nie ma kolejek na stokach, jak w innych krajach europejskich.

Wspomnieliście, że macie klientów z różnych stron świata. Każdy z nich ma inny gust, inne upodobania. Od czego zaczynacie rozmowę, aby poznać ich oczekiwania?

M.C.: Jeszcze przed przylotem konkretnego klienta dużo z nim rozmawiamy, zaznajamiamy z rynkiem nieruchomości na Costa del Sol, organizujemy video konferencje.
B.C.: Przygotowujemy zawsze agendę spotkania, zaznaczamy na mapie miejsca, które będziemy oglądać, które chcemy pokazać naszemu klientowi. Staramy się zrobić wywiad/rozeznanie dużo wcześniej przed przylotem klienta na Costa del Sol. Dlatego przekazujemy zdjęcia i krótkie informacje nt. proponowanych przez nas nieruchomości, które na ten moment są idealne dla klienta, spełniają jego oczekiwania.
M.C.: Zależy nam na tym, aby klient był zorientowany w temacie, znał lokalizację, mógł zerknąć sobie na Google Maps, a nieruchomość zawsze się do jego preferencji dobierze. Pokazujemy kilka nieruchomości w jeden dzień, to takie zdrowe podejście i standard, aby nie przeciążyć kupującego informacjami. Choć mieliśmy ostatnio klienta, który koniecznie w jeden dzień chciał obejrzeć aż 12 nieruchomości (śmiech), a potem miał problem z oceną każdej zaprezentowanej lokalizacji.

Czy można Was nazwać butikową agencją nieruchomości?

B.C.: Bez wątpienia tak! Naszym mottem nie jest sprzedaż za wszelką cenę. Sprzedać byle sprzedać i mieć z głowy, wprost przeciwnie – sprzedajemy, aby klient był zadowolony. Aby do nas powrócił, dał dobrą rekomendację wśród rodziny, znajomych i przyjaciół. Tworzymy przyjazną, wręcz rodzinną atmosferę, aby każdy czuł się przez nas dobrze zaopiekowany.
M.C.: Kluczem jest relacja z naszymi klientami. Odbieramy od nich wiadomości i telefony z podziękowaniami. Rekomendują nas dalej, to bardzo budujące i mobilizujące do dalszej pracy.
Polecamy tylko takie lokalizacje, gdzie deweloperzy są przez nas sprawdzeni. Sprzedajemy klientom tam, gdzie też sami kupiliśmy – to jest kolejna nasza wartość dodana do oferty i budująca zaufanie.

Plano Spain nieruchomości w Hiszpanii Beata Cieślukowska
EscargoFoto.pl

Oprócz nieruchomości pasjonujecie się golfem, dziedziną sportu bardzo popularną w Hiszpanii. Czy to kolejny atut wybrzeża Costa del Sol?

B.C.: W ogóle całe wybrzeże Costa del Sol jest zielone dzięki swoim polom golfowym. Jest energetyczne, przyjazne mieszkańcom i turystom. Przepełnione pozytywną energią, duchem optymizmu i chilloutu. Marbella ma swój specyficzny klimat, ma dobrą aurę, można wręcz rzec, że jest tam pewna magia (śmiech), która przyciąga ludzi do tego miejsca, ale i do siebie. Naprawdę ludzie są uśmiechnięci, pogodni, uprzejmi – to dużo pozytywów!
M.C.: Costa del Sol to jest po prostu mekka dla golfistów. Na tak niedużym terenie jest ponad 100 pól golfowych, więc często turyści nazywają go Costa del Golf. (śmiech) Jesteśmy zakochani w tym sporcie. Miłość do golfa staramy się rozpowszechniać w Polsce, organizując wyjątkowe wyjazdy golfowe. Współpracujemy również z polem golfowym Black Water Links w Tarnowie Podgórnym, gdzie jesteśmy partnerem driving range. Byłoby naprawdę dobrze, żeby jak najwięcej osób dowiedziało się, że to nie jest sport dla elit i każdy może grać bez względu na wiek czy możliwości fizyczne.

Reasumując, dlaczego warto inwestować w nieruchomości na Costa del Sol?

M.C.: Jest wiele powodów, ale jeśli mówimy o ekonomicznych, to po pierwsze dywersyfikacja swego majątku, bo jednak polskie PKB stanowi ułamek światowego procenta. Obecnie mamy w Polsce najniższy kurs Euro, co jeszcze bardziej jest korzystne do zakupu nieruchomości w Hiszpanii.
Costa del Sol ze względu na swoje walory ma dwa sezony idealne na wynajem, tzn. jeden letni, który jest w większości regionów, a drugi – zimowy, bo wówczas przyjeżdżają tu golfiści, aby pograć i spędzić miło czas. W tym zimowym okresie na Costa del Sol przybywają naprawdę dziesiątki tysięcy dodatkowych turystów. Na skalę Hiszpanii tego nie ma nigdzie indziej! Zatem jeśli myślimy o dobrym najmie i szybkim zwrocie zainwestowanych pieniędzy, to powinniśmy wybrać to wybrzeże. Na Costa del Sol wynajem trwa bezustannie cały rok, a nie tylko 4 m-ce.
B.C.: Ponadto od kwietnia br. uruchomiono bezpośrednie loty z Poznania do Malagi, co nas ogromnie cieszy! Poznaniacy mogą zatem w krótkim czasie i w bardzo dobrych cenach biletów zmienić otoczenie i wylądować na hiszpańskim wybrzeżu przepełnionym słońcem oraz pozytywną energią do życia.
Costa del Sol to jest bardzo międzynarodowe wybrzeże, więc jeśli zechcemy sprzedać nasz apartament, to w tym regionie mamy nieustannie duże grono zainteresowanych kupnem nieruchomości. Tu kupuje i sprzedaje cały świat.

Magda Ciesielska

Magdalena Ciesielska

redaktor prowadząca
REKLAMA
REKLAMA
Plano Spain nieruchomości w Hiszpanii Beata Cieślukowska
REKLAMA
REKLAMA