Voytek Soko Sokolnicki | Uwielbiam improwizację

Wojtek Soko Sokolnicki|Wojtek Soko Sokolnicki|Wojtek Soko Sokolnicki|Wojtek Soko Sokolnicki|Wojtek Soko Sokolnicki|Wojtek Soko Sokolnicki|Wojtek Soko Sokolnicki|

Szarmancki, zdolny, z poczuciem humoru i dystansem do siebie. Tenor rozkochany w klasycznym repertuarze, występujący na międzynarodowych scenach, teraz otwiera nowy rozdział artystycznej kariery. Voytek Soko Sokolnicki zaprasza nas w podróż przy wtórze pięknych melodii i wartościowych słów. Ta muzyczna przygoda niejednego słuchacza wzruszy do łez…

Wojtku jesteś ogromnie zajętym i rozchwytywanym artystą: współtworzysz Tre Voci, występujesz w duecie z małżonką Agnieszką i na dodatek rozpocząłeś nowy artystyczny rozdział. W jakiej roli najlepiej się czujesz?

VOYTEK SOKO SOKOLNICKI: Zaczynałem od kariery solowej i teraz do niej powróciłem na większą skalę. Poza koncertami z Tre Voci przewijały się moje występy solowe. Jednak teraz stworzyłem własną muzykę, wydałem płytę „Melanforia” oraz płytę LIVE. Organizuję koncerty, reżyseruję – przykładam do tego dużą wagę. Wszystko musi być takie, jak sobie życzę. Jak śpiewam solo, to zarządzam wszystkim. (śmiech) Jestem sterem, żeglarzem i okrętem. Wynajmuję muzyków, którzy razem ze mną grają podczas koncertów. Płytę nagrałem sam, więc jest to tylko moja indywidualna praca i wielka satysfakcja, uwielbiam śpiewać solo. Zawsze gdy tworzę jakiś koncert solo, przeróżne myśli krążą mi głowie, „czy ludzie będą chcieli mnie słuchać, czy wolą mnie w zespole Tre Voci?” Taka ambiwalencja uczuć i myśli. Jednak wielokrotnie przekonałem się, że publiczność mnie lubi i moją solową muzykę, ona jest inna niż utwory wykonywane wspólnie z Mikołajem i Miłoszem. Występuję solo zarówno w operowym repertuarze, jak i tym znanym z „Melanforii”. Nie umiem hierarchizować, co bardziej lubię. Z Tre Voci jest dobra zabawa na scenie, znamy się już od tylu lat, łapiemy wspólne żarty. Nigdy nie reżyserujemy naszych występów. Jeden coś powie, drugi kontynuuje. Większość to spontaniczność. Wyczuwamy się na wzrok. (śmiech)

Koncert solowy pochłania więcej Twojego czasu i energii?

Rzeczywiście, bo wczuwam się bardzo emocjonalnie. Przeszywa mnie dreszcz emocji, który przechodzi przez najgłębsze rewiry mojej psychiki. To są moje teksty, moja muzyka. Jeśli chodzi o repertuar solowy operowy – to powiem nieskromnie (śmiech) – uwielbiam popisywać się głosem. Zawsze robię to dla ludzi, żeby czerpali z koncertu radość. 

Wiele osób powtarza, iż ćwicząc w domu, wybiera na miejsce łazienkę. Ty również?

Łazienka jest doskonałą przestrzenią, płytki tu rezonują, doskonale słychać dźwięki. Tam mam poczucie, że nikt mnie widzi. 

Nie znoszę sytuacji, gdy mam mało czasu na naukę nowego tekstu. Czas goni, a ja się stresuję czy zdążę opanować słowa. To dla mnie katorżnicza praca, dlatego korzystam z czasu spędzonego pod prysznicem, aby przyswajać repertuar. Jak z nowymi utworami wystąpię już jeden raz, to następny raz nie potęguje tyle stresu. Mózg rejestruje nowe teksty – to tak jak zapis na twardym dysku. 

Wojtek Soko Sokolnicki

Czy masz geny muzyczne?

Moja prababcia była nauczycielem gry na fortepianie. Piękny głos mieli moja babcia i mój dziadek – umieli głośno śpiewać. Moja mama ma piękną barwę głosu, ale zawsze się wstydzi, choć w szkole śpiewała wszystkimi głosami w chórze, bo do tego typowali ją pedagodzy. Jest bardzo skromną osobą i nigdy nie wystąpiła publicznie. W mojej rodzinie zawsze były słuchane i śpiewane dobre gatunki muzyczne, radio, płyty, kasety. I wszyscy mieli (i nadal mają) bardzo dobre głosy. Tu chodzi o aparat, bo każdy może śpiewać, ale niektóre ciała predysponowane są do śpiewu przez układ kości, mięśni, budowę głowy, czaszki. Mało kto zdaje sobie z tego sprawę. Ja miałem z natury impostowany głos operowo, o czym nie wiedziałem do 20. roku życia. Piosenek nie umiałem śpiewać, bo mój głos chciał wskoczyć w rewir mocno operowy. Przez przypadek zostało odkryte szersze spectrum moich możliwości głosowych. Przypadek zarządził zmianą od 26. roku mojego życia. 

Nikt mnie nie zmuszał, abym szedł na medycynę czy na prawo – u mnie w domu sztuka była zawsze numerem 1. Szeroko pojęta sztuka, muzyka jest czymś wybitnym i nigdy nie żałowałem, że wybrałem taką drogę życia. Zawsze byłem wspierany przez rodzinę, a to bardzo ważne – po dziś dzień wspólnie celebrujemy ważne artystyczne momenty. To dodaje sił i motywacji. Tata – jak tylko mógł wziąć urlop – przyjeżdżał z Niemiec na moje koncerty, kilka razy w miesiącu. 

Spuentowałeś swój utwór „Dom”, że jest prostą kompozycją, opartą na 4 akordach. Liczą się słowa, emocje. Czy tak właśnie podchodzisz do tworzenia utworów? Wartościowe słowa są wyznacznikiem?

Prawda jest przede wszystkim fundamentem dobrego utworu. Jeśli autor pisze z serca, nie według wyznaczonych kanonów piękna, nie według mód i trendów, to potrafi złapać styl muzyczny. Uprawiając muzykę od dziecka, wiemy, co jest dobre, a co złe. Potem już odbiór uzależniony jest od gustu słuchaczy. 

Emocje w muzyce są bardzo ważne, ale dla mnie również – technika. Uwielbiam tworzyć, jak mam bazę, tzw. rzemiosło artystyczne. Jestem owładnięty klasyką – w dobrym tego słowa znaczeniu – i musi być wszystko wykonane perfekcyjnie. Wówczas gdy mam zbudowane już dzieło, wtedy wkładam w to emocje.  A w słowach i emocjach pokazuję prawdę. Głosem wyrażam swój dynamizm, mój charakter, nie lubię szeptać. Doceniam dźwięki piano, delikatne, ale bardziej preferuję mocne uderzenie, silny głos. Solo lubię pofrazować, pobawić się dynamiką piano, a jak śpiewam w Tre Voci wolę „przyrąbać” (śmiech) głosem.

Wojtek Soko Sokolnicki

Twoje utwory „Dom”, „Czas”, „Jezioro snów” są liryczne, piękne w wyrazie i proste w przekazie. Bez zbędnych ubarwień. Prostota wygrywa?

Oczywiście, że tak. Uwielbiam przeróżne style muzyczne: jazz, klasykę, współczesne dźwięki, ale dla mnie zawsze główną rolę gra melodia. Musi być ona piękna, wpadająca w ucho, pozwalająca rozmarzyć się, a innym razem skłonić do refleksji. Może jestem zbyt tradycyjny, ale im melodia prostsza, tym według mnie lepiej, a na bazie takiej melodii można zbudować naprawdę piękne emocje. Chodzi mi o piękną frazę, piękną kantylenę. Bo melodie chwytają za serce, wpadają w uszy, chętnie je nucimy, do nich powracamy. A im prostsza, tym bardziej piękna. Jestem wielkim zwolennikiem piękna w sztuce, minimalizmu, prostoty. Podziwiam minimalizm w architekturze, to dla mnie królowa sztuk, robiących wrażenie. Proste formy zachwycają – to samo jest w muzyce.

U Ciebie melancholia zamieniła się w „Melanforię”. Jak powstała ta płyta? 

Z chęci połączenia wszystkiego, co dotychczas robiłem w życiu. Nagrałem na tej płycie i saksofon, chórki, wszystkie instrumenty. „Melanforia” jest uwieńczeniem moich marzeń muzycznych, mojej pracy przez wszystkie lata. Zastanawiałem się, do czego przyda mi się saksofon, Akademia Sztuk Pięknych, różne szkoły, a okazało się, że podczas realizacji tej płyty nastąpiła konsolidacja wszystkich moich doświadczeń, talentów, umiejętności. To szerokie spojrzenie na sztukę. Kumulacja wszystkiego, bo na fortepianie sam zagrałem, na saksofonie i wyreżyserowałem cały koncert, od wizualizacji, przez wejścia, ustawienie całej sceny. To jest niezwykłe! Teraz wykorzystuję to, co wypracowałem sobie w życiu. Bardzo się z tego cieszę. Spróbowałem i faktycznie spełniło się marzenie. Wytwórnia DUX to wydała i jest to dla mnie prestiżowe. Cieszę się jako klasyk, że mogłem nagrać autorską muzykę i została wydana właśnie przez tę wytwórnię. Cieszę się też ogromnie z nowej płyty LIVE, którą niedawno wydałem.

 „Melanforia” to zlepek różnych emocji, sztuk, dźwięków. A nowa płyta „Miasto” to nowe rewiry, jeszcze dotąd nieodkrytej muzyki?

„Miasto” miało wiele inspiracji. Sam nie wiedziałem czy nagrać covery w swoich aranżacjach, na tle różnych miast. Czy nagrać płytę o ludziach, relacjach, o tym, co widzę, co przeżywam w mieście. Ona cały czas się buduje z moich pomysłów i rozmyślań. Już mam czwarty utwór do kompletu. Kolejny nagrywam w C2 Studio z Bartkiem Napieralskim. Uważam, że jest on moim współproducentem, wymyśla mi barwy, kolory muzyczne. Świetnie się dogadujemy, jeśli chodzi o tę moją solową twórczość. Płyta ta będzie miała kilka tytułów – nazw miast, ale głównie mi tu chodzi o ujęcie życia, emocji ludzkich, ich zachowań. Bo ta pierwsza płyta „Melanforia” była bardziej oparta o moje życie, moje emocje, wspomnienia, oparta na rozmowach z ludźmi, przeżyciach. A w „Mieście” będzie bardziej ogólnie. Tworzę zawsze na bazie moich doświadczeń, nie kreuję siebie na kogoś, kim nie jestem. Nie podążam ślepo młodzieżowym stylem muzycznym. Płyta „Miasto” będzie emocjonalnie widziana moimi oczami. Obserwuję w niej ludzi, miejsca, interakcje. Mam nadzieję, że będzie ciekawa!

Wojtek Soko Sokolnicki

Kompozycja „Ludzie”, którą mi podesłałeś do odsłuchu, opowiada o braku czasu, zagonionym społeczeństwie, który wpadł w życiowy pęd, wciąż za czymś gna. Jak Ty radzisz sobie z tą życiową pogonią, nadmiarem obowiązków? 

Jestem zwierzęciem stadnym i bardzo rodzinnym. Kocham ludzi, ale potrzebuję mieć własną przestrzeń. Nie umiem być cały czas w tłumie, muszę pobyć też w ciągu dnia sam, sam ze swoimi myślami, pytaniami. Biznes, kariera, śpiewanie, uczenie się, zabieganie, podróżowanie – pośród tego wszystkiego zawsze potrzebuję mieć czas dla siebie. Odpoczywam też od zgiełku w podróżach. Podróżuję często sam, bo chłonę ciszę. Relaksuję zmysły. 

Nieraz jest mi ciężko odnaleźć się w życiowym harmidrze. Mam jednak wyrozumiałą rodzinę i wyrozumiałych przyjaciół, dlatego separuję się jak mogę, nawet w hotelach mieszkam sam. Wynajmuję takie hotele, jak chcę. To moja decyzja i indywidualność. 

Nie jestem zagorzałym użytkownikiem Internetu i social mediów. Oczywiście, wrzucam coś dla fanów, informuję o koncertach, ale nie lubię tracić czasu na bezmyślnym surfowaniu; jestem daleki od inwigilowania innych. Czasem wrzucę na Facebooka jakieś prywatne zdjęcie, np. z kawą czy z siłowni, choć tego nie lubię.

Często ucieczką przed zwariowaną rzeczywistością jest jakaś pasja. Oprócz muzyki co Cię inspiruje, wciąga, pochłania?

Sztuka. Kocham podróżować, ruszać się, poznawać piękno świata. Uwielbiam zwiedzać nowe miejsca, co jest mi dane dzięki muzyce. Kocham jedzenie, kulinaria, smakowanie dań, poznawanie ludzi, nowych smaków, widoków. Moją pasją też jest plastyka, malowanie, rysowanie, szkicowanie. Ukończyłem plener malarski. Często chodzę do kina, najczęściej w południe, wraz z nachosami. (śmiech) i lubię też mieć czas na spacer z samym sobą. Delektuję się kawą. Celebruję czas wolny. Obłędnie słucham muzyki, jednego utworu np. przez miesiąc. Wyłapuję każdy dźwięk, każdą nutkę.

Ostatnio jakiego wykonawcę słuchasz nagminnie?

Adele i jej piosenki „Hold on”. Wsłuchuję się w każdy chórek, w każdy dźwięk, analizuję. Kiedyś Korteza słuchałem maniakalnie – więc znam jego utwory od A do Z. (śmiech) Także Coldplay – uchwycę się jakiegoś utworu i powtarzam, powtarzam… 

Wiem, że 24 kwietnia byłeś z Agnieszką w Krotoszynie na koncercie na rzecz Ukrainy. 29 kwietnia w pięknym Teatrze Zdrojowym w Szczawnie-Zdroju wystąpiłeś w duecie z żoną. Czy to dla Ciebie wyzwanie artystyczne, wspólny śpiew z małżonką?

Przed zespołem Tre Voci i Agnieszki – Sopranissimo koncertowaliśmy wspólnie i stworzyliśmy projekt „Opera Night”, gdzie śpiewaliśmy z naszą przyjaciółką Dorotą Grzywaczyk, również z Iloną Krzywicką i innymi muzykami. I to był bardzo ciekawy projekt oparty o muzykę operową i filmową, niezwykła przygoda. Jednak rzeczywiście zaczęliśmy czuć przesyt przebywania ze sobą: w domu, w pracy, na koncertach. Mieszkaliśmy razem, uczyliśmy się, ćwiczyliśmy, podróżowaliśmy razem. Któregoś dnia powiedziałem „dość”, musimy się nieco zdystansować i zrobić coś osobno. Wówczas zaproponowałem chłopakom stworzenie zespołu Tre Voci – to był 2015 rok. Agnieszka bardziej zajęła się operą i nauczaniem , a potem stworzyła, wspólnie z Joasią Horodko i Agnieszką Adamczak, zespół Sopranissimo. I odseparowaliśmy się na jakiś czas… 

Teraz znów zaczęliśmy razem podróżować, bo jesteśmy zapraszani, przede wszystkim do Przemyśla, przez panią dyrektor Nowakowską. Widzimy, że nasz duet ma moc i podoba się publiczności. Jest operowo i z podziałem na rolę męską i żeńską, mocniejszą i delikatniejszą. Oboje tęsknimy za muzyką klasyczną, więc nasze występy są w tym klimacie.

Szykuje nam się bardzo dużo wspólnych koncertów, małżeńskich, (śmiech) i w Polsce, i w Niemczech, w sierpniu oraz we wrześniu.

Z Tre Voci też zwiedziłeś różne kraje…

Byliśmy ostatnio w Dubaju, wcześniej w Tajlandii, Kanadzie, USA. Tre Voci jest, to trwa i tego na pewno nie zaprzepaścimy! To jest nasz złoty biznes. 

Wojtek Soko Sokolnicki

Grasz z wieloma orkiestrami. Czy komunikujecie się wcześniej, wymieniacie spostrzeżenia, wykonujecie koncert próbny?

Próba zawsze musi być, nierzadko chwilę przed koncertem. (śmiech) Nawet jakbym wskoczył na scenę i miałbym zaśpiewać z nieznaną mi wcześniej orkiestrą, nie miałbym z tym problemu. Jest percepcja, słucha się każdej nuty. Jest dyrygent, do którego śpiewak się dostosowuje lub na odwrót – dyrygent do śpiewaka. Najgorzej gdy obydwoje się szukają… i nie wiadomo, kto ma kogo słuchać. Trafiły mi się ostatnio trzy koncerty w Warszawie, które musiałem uratować (śmiech), w tym na Wiktorach 2022, z Alicją Węgorzewską w Teatrze Buffo, w zastępstwie za innego tenora, ale z moim repertuarem, dostosowując się do ich akompaniamentu, jedna próba i udało się. Dodatkowo wystąpiłem z zaprzyjaźnionym profesorem Tatarskim.

Spontaniczność jest w Twojej naturze?

Tak, przed publicznością czuję się jak ryba w wodzie, a scenariusz sam się kreuje podczas występu. Uwielbiam improwizację, nie lubię mieć wszystko wyreżyserowane, zaplanowane. Tylko repertuar wyćwiczony, a scenariusz koncertu swobodny, bez ram i odgórnych założeń. Jak jest dużo koncertów, ten sam repertuar w różnych miejscach, to musimy mieć różny program, aby ludzie się nie nudzili, że opowiadamy wciąż te same żarty. Naprawdę z Tre Voci nigdy się nie przygotowujemy, wszystko jest czystą improwizacją, uzależnioną od naszego nastroju. Z Agnieszką też tworzymy żywy kabaret (śmiech), a moje solowe występy z utworami z „Melanforii” są przesiąknięte emocjami i bardzo nastrojowe.

Na początku kwietnia wystąpiłeś ze swoim nowym repertuarem w Zamku w Poznaniu. Jakie masz plany na następne miesiące? 

Mam zapchany kalendarz, jeśli chodzi o występy z Agnieszką, z Tre Voci czy swoje solowe. Teraz do czerwca skupiam się na stworzeniu nowej płyty „Miasto”, chciałbym mieć cały materiał skończony, czyli 12 utworów. Organizuję też koncerty, to dość męcząca i wyczerpująca część mojej pracy – ale robię to od 20 lat. Nieraz mam 60 telefonów do południa i poprzez to czuję się jak manager, a nie artysta. Ale mam tę wiedzę jak zrobić, aby koncerty się odbywały. Udaje mi się znaleźć sponsorów. Ostatnio to Anna Michalska z pne.pl, Bartłomiej Rajchert z Grupy Doradztwa Strategicznego oraz ENEA Operator. Mam ich wsparcie. 

A 13 i 15 maja szykuję wielką niespodziankę w Poznaniu na Termach Maltańskich. Szczegóły ogłoszę nieco później.

Trzymam kciuki, aby wszystko się udało i nie zabrakło Ci pomysłów do improwizacji.

(śmiech) Wielkie dzięki!

REKLAMA
REKLAMA

Może cię zainteresować:

Wojtek Soko Sokolnicki|Wojtek Soko Sokolnicki|Wojtek Soko Sokolnicki|Wojtek Soko Sokolnicki|Wojtek Soko Sokolnicki|Wojtek Soko Sokolnicki|Wojtek Soko Sokolnicki|
REKLAMA
REKLAMA

DIONIZY WINCENTY PŁACZKOWSKI | Musimy ufać naszej intuicji

Dionizy Wincenty Płaczkowski

Utalentowany, tajemniczy, chwytający szczególne okazje w życiu, zgodnie z maksymą „żyje się tylko raz”. Nieposkromiony a zarazem wrażliwy. Występował na międzynarodowych scenach muzycznych, choć w życiu próbował różnych dróg, które poszerzyły jego krąg przyjaciół i znajomych. Dionizy Wincenty Płaczkowski – tenor, kolekcjoner sztuki, z poznańską żyłką do przedsiębiorczości.

Rozmawia: Magdalena Ciesielska | Zdjęcia: Robby Cyron

Dionizy, czy talent muzyczny da się oszukać i wybrać inny zawód?

DIONIZY WINCENTY PŁACZKOWSKI: Każdy kto zasmakuje euforii performatywnej – zwłaszcza w świecie muzyki poważnej jako wokalista dysponujący głosem o wolumenie wypełniającym całą salę – widząc jak to steruje ludzkimi emocjami, nie odnajdzie nigdy tego samego uczucia poza sceną. Tego nie da się niczym zastąpić. (śmiech)

Wiesz, dlaczego zadałam to pierwsze pytanie… Nie wiązałeś przyszłości z muzyką. Straciłeś głos, wybrałeś studia na stosunkach międzynarodowych, a jednak życie napisało kolejny zaskakujący scenariusz…

Gdy miałem 15 i nadeszła mutacja, która zabrała bezpowrotnie mój sopran dyszkantowy – po blisko 800 koncertach – postanowiłem, że spróbuję pożyć inaczej. Nie poszedłem do liceum muzycznego, a potem zacząłem studia, które nie prognozowały mojego powrotu na scenę. Był to czas mi potrzebny, na refleksję, rozważenie dotychczasowych osiągnięć. Mogłem wówczas skonfrontować siebie z życiem, które na pewno nie generowało tyle presji i stresu. Pracowałem też kilka lat w marketingu prężnie rozwijającej się marki Red Bull. Tu pojawiły się pierwsze stresogenne sytuacje w energicznej i drapieżnej stolicy, w której finalnie zamieszkałem, studiując na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina. 

Do 15. roku życia grałeś już ponad 100 koncertów rocznie w Europie i Azji oraz nagrałeś wówczas 7 płyt. To ogromne osiągnięcie i wyróżnienie dla tak młodej osoby. Jakie wspomnienia zachowałeś z tego okresu? Do jakiego występu najczęściej powracasz w myślach?

Dzieciństwa właściwie nie miałem. Była to nieustanna praca nad rozczytywaniem coraz trudniejszego repertuaru, a następnie nad przygotowywaniem go na możliwie najwyższym poziomie wykonawczym. Muzyka od zawsze była – i jest – moją miłością! Natomiast szkoła była na drugim planie, co później dało się we znaki w liceum, zwłaszcza jeśli chodzi o przedmioty ścisłe. (śmiech) Okres kariery przed mutacją był dla mnie czasem intensywnej i wzmożonej pracy indywidualnej. Często śpiewałem w kwartetach solowych takich oratoriów jak: Pasja Janowa i Mateuszowa J.S. Bacha, Msza Koronacyjna, Nieszpory czy Requiem W.A. Mozarta, a także Mesjasz Haendla i wiele innych dzieł baroku oraz klasycyzmu. Dostawałem nuty od dyrygenta i miałem się po prostu nauczyć partii. Potem pierwsza próba, a ja byłem już przygotowany. (śmiech) Z perspektywy czasu patrzę na małego Dionizego i zadaję sobie pytanie, skąd tyle determinacji i oddania w tak młodym wieku, skoro to okres, gdy beztroska jest raczej naturalna i właściwa dynamice życia. Dlaczego to było dla mnie tak ważne? Chyba urodziłem się po to, by to robić. (śmiech) Może dlatego też lata później poprosiłem o te chwile odpoczynku od sceny…
Jeśli zaś chodzi o wspomnienia sceniczne, na pewno nie zapomnę koncertu z Chichester Psalmami Bernsteina w Termę di Caracalla. To miejsce, gdzie 7 lat wcześniej odbywał się sławny koncert Trzech Tenorów. Rozpoznałem wtedy, że koncertmistrz Orchestra Opera di Roma to ta sama osoba. Koncert transmitowany był przez Rai Uno oraz Duo. Nigdy nie zapomnę tego ciepłego rzymskiego wieczoru w otoczeniu ogromu muzyki Bernsteina pod batutą Daniela Orena! Monumentalny chór i potężny skład symfoniczny, by móc zaśpiewać delikatne frazy w duecie z harfą „Adonai ro’i lo echsar”. Miałem wtedy tylko 11 lat! To kompozycja zamykająca piękny film Maestro, który niedawno pojawił się na Netflix.

Dionizy Wincenty Płaczkowski

Miałeś przyjemność śpiewać u boku Roberta Alagni i jego żony, Aleksandry Kurzak, w słynnej inscenizacji Madame Butterfly Giacoma Pucciniego. Alagna to Twój autorytet muzyczny. Za co cenisz tego artystę?

Traktuję Roberto Alagne jako ostatniego reprezentanta tej przepięknej ery wybitnych głosów pokroju Di Stefano, Corelliego, Carrerasa, Pavarottiego czy Mario del Monaco. To nie chodzi o to, że dziś nie ma tej jakości głosów. Zmieniają się trendy i dynamika rynku operowego. Pewien archaizm wychodzącego śpiewaka, aby dał popis czystej wirtuozerii wokalnej, czasem spada na drugi plan w stosunku do teatralnej strony sceny operowej. Od głosu wymaga się obecnie większej elastyczności. Teatry zaczynają być dogłaśniane nowoczesną technologią, a przecież to te same sceny, na których niegdyś śpiewał Enrico Caruso i głos jego intensywnie dzwonił po ostatnie rzędy. 

Poznałeś również wybitnego tenora Angelo Loforese, który zadziwiał wszystkich, gdy wykonywał najtrudniejsze arie tenorowe w wieku 90 lat. Rozumiem, że on też dla Ciebie jest wielkim wzorem do naśladowania. A inne Twoje autorytety muzyczne?

Spotkanie Maestro Loforese to było dla mnie coś bardzo wyjątkowego, pamiętam też, że brał za lekcję 40 euro, gdy ceny u szanowanych pedagogów sięgały nawet 150 euro w Mediolanie. W tej profesji owe konsultacje często bierze się stricte networkingowo i nie oczekuje się nawet od nich eurek wokalnych. Trudno też na kilku lekcjach zrobić konkretne korekty techniki wokalnej. Natomiast te godziny spędzone z Maestro były dla mnie czymś niezwykle ważnym. Wracam do nich często i inaczej rozumiem uwagi, które wtedy nie były dla mnie aż tak klarowne. Przed laty nie znałem tak dobrze siebie jako wokalisty, a co za tym idzie swojego głosu i jego możliwości. Nierzadko odbiegam w inne nurty muzyczne, aby nakarmić się po prostu dobrą muzyką. W świecie klasyki archiwalne nagrania są wzorem wykonań wielu dzieł muzycznych. Koncerty fortepianowe Rachminova z Horowitzem, koncerty skrzypcowe 17-letniej Anne Sophie Mutter pod Karajanem, pierwsze recitale z fortepianem młodego Luciano Pavarottiego z Salzburga czy Los Angeles. Boska Maria Callas czy Birgit Nilsson. Mamy dziś ogromną bibliotekę legendarnych, wzorowych nagrań najwybitniejszych kompozycji, a do tego powstaje nowa fascynującą muzyka, którą ciężko śledzić, aby być na bieżąco.

Bardzo cenię Thoma Yorke’a i Jonny’ego Greenwooda niezależnie czy to Radiohead czy The Smile. Dla mnie to są muzycy tak ze sobą rezonujący, tak siebie rozumiejący performatywnie i brzmieniowo. Moja wrażliwość muzyczna ucieka też w stronę elektroniki, od James Blake’a po Maxa Coopera czy Solomuna. Wracam do wczesnych nagrań Tony Bennetta z The Ed Sullivan Show, gdzie tak samo występowali śpiewacy operowi. Tom Jones to w ogóle ewenement wokalistyki, nie ma do dziś w rozrywce męskiego głosu, który w całej szerokiej skali śpiewa tak otwartym, dużym i pięknym dźwiękiem. Niewątpliwie ważnym dla mnie gatunkiem jest jazz, rap i r&b. Regularnie słucham Wu-Tang Clanu czy Notoriousa BIG. Amerykańską wokalistkę Robertę Flack, niezastąpioną czy niezrównaną Ninę Simone, powalającą Janis Joplin. Długo by wymieniać jak wielu artystów mnie unosi muzycznie, zwłaszcza, że mamy dziś dostęp do każdego nagrania tych szalenie zdolnych postaci. Moim ukochanym śpiewakiem jest niewątpliwie Franco Corelli, który na zawsze pozostanie dla mnie wzorem prawdziwego tenora.

Dionizy Wincenty Płaczkowski

Wspominamy tu międzynarodowe nazwiska, wielkie sławy. A z jakimi wybitnymi wokalistami i artystami polskiej sceny muzycznej, teatralnej miałeś przyjemność współpracować?

Miałem wielki zaszczyt śpiewać główną rolę tenorową w Hrabinie Stanisława Moniuszki w reżyserii legendarnej Krystyny Jandy. Myślę, że było to trochę wcześnie jak na moje ówczesne doświadczenie sceniczne, ale na pewno mnie rozwinęło na wielu płaszczyznach i nauczyło pokory wobec tej bardzo oceniającej profesji. Dziś na pewno zdecydowana większość moich występów to koncerty czy recitale. Małymi krokami do celu, aby śpiewać swoje wymarzone, dramatyczne partie na takim poziomie, jakiego od siebie oczekuję. Autokrytyka mam silnego, (śmiech) więc pomaga mi to w determinacji i wyznaczeniu sobie realnych celów. Miałem też miłą współpracę z Sylwią Grzeszczak, którą bardzo cenię za jej piękny głos. Nasz sylwestrowy występ zobaczyło pod katowickim Spodkiem ok. 150 tysięcy ludzi i blisko 4 miliony przed telewizorami telewizji Polsat. Wielką radość odczuwałem również, mogąc wykonać po raz pierwszy kompozycje genialnego polskiego kompozytora Stefana Wesołowskiego. Był to Mesjasz do słów Bruna Szulca, który wykonaliśmy na warszawskim festiwalu Eufonie. 

Jakie cechy charakteru są potrzebne, aby funkcjonować w międzynarodowym środowisku muzycznym?

Przede wszystkim pewność siebie, ale taką głęboką poprzedzoną wielką dedykacją wobec sztuki wokalnej, do tego dochodzi ogromna świadomość swojego instrumentu głosowego i jego możliwości. Dalej można wymieniać: pracowitość, profesjonalizm muzyczny, bardzo dobrą pamięć, silne zdrowie, również psychiczne (śmiech), bo wciąż jest się ocenianym… Na pewno osoby, które sięgają rynku międzynarodowego, muszą być gotowe na różne blaski i cienie, pochwały i zarzuty skierowane w ich stronę od ludzi zarządzających najważniejszymi instytucjami w tej branży. Umieć znieść tę presję i w każdym sezonie śpiewać coraz lepiej, umiejętnie planując repertuar – to już sport wyczynowy na najwyższym poziomie. 

Często mówimy, że w życiu trzeba mieć intuicję, kierować się emocjami, sercem, nie tylko racjonalizmem. Jaką zatem rolę w muzyce odgrywa intuicja?

Najważniejszą! Trzeba umieć ocenić samego siebie, na jakim się jest etapie i w jakie projekty aktualnie można się angażować. Co jest dobre dla naszego głosu i co go rozwinie, a co – wręcz na odwrót. To samo z doborem nauczyciela czy korepetytora. Musimy ufać naszej intuicji i umieć ocenić, na co w danym momencie nas stać. Również psychicznie. Głos to nie wszystko. 

Talent i umiejętności wokalne, nieustanny rozwój to jedno, ale kontakt z publicznością, wyjście na scenę to kolejny aspekt Twojego zawodu. Czy Ty na scenie czujesz się jak przysłowiowa „ryba w wodzie”? Czy obycie sceniczne ma się w genach, czy jednak stale się trzeba tego uczyć?

Czuję się jak ryba w wodzie w repertuarze, który jest predestynowany na mój głos i na który jestem obecnie gotowy. Każda konfrontacja z publicznością, w innej akustyce i innych warunkach to zawsze sprawdzian naszych możliwości technicznych. Pokazujemy to, co wypracowaliśmy i nie ukrywając, chcemy zrobić to jak najlepiej. A głos to instrument organiczny i wiele zależy od naszego stanu psychicznego, od naszego nastroju konkretnego dnia i nie zawsze mamy na to wpływ… Niezmiennie daję z siebie wszystko, niezależnie gdzie śpiewam, w jakim miejscu, na większej czy mniejszej sali.

Ubiegły rok miałeś wypełniony koncertami, ale i ten 2024 zapowiada się imponująco. Gdzie występowałeś, w jakie role się wcielałeś? I co aktualnie przed Tobą?

Końcówka roku była intensywna! Miałem swój solowy recital z pieśniami Karłowicza i Moniuszko w Centrum Kultury Kielce, występ otwierał ich festiwal, na którym Teatr Wielki z Łodzi kilka dni później pięknie wykonał Straszny Dwór. Wykonywałem też pisane dla mnie pieśni Artura Banaszkiewicza do słów poety Dominika Górnego. Rok 2024 rozpocząłem intensywnie z nagranym występem do TVP Kultura, który był eksponowany w sylwestra i pierwszy dzień nowego roku. Skończyłem właśnie wielkie tournée 24 koncertów noworocznych. Niezwykle wytężony i emocjonujący czas – koncerty m.in. w Filharmonii Krakowskiej, Filharmonii Poznańskiej, Rzeszowskiej, Łódzkiej czy w Operze i Filharmonii Podlaskiej. Odwiedziłem również piękne sale jak Polskie Radio Wrocław czy Miasto Ogrodów w Katowicach, poprzednia siedziba NOSPR. Pierwszy raz od czasów kariery dziecięcej miałem taki ogrom codziennych występów z zaledwie jednym dniem przerwy. (śmiech) Był to sprawdzian czy temu podołam, okazało się, że mnie to bardzo rozwinęło, a każdy następny występ miałem pewniejszy. Zaraz rozpoczynam kolejne tournée 10 koncertów organizowane przez dyrektorkę Warszawskiej Opery Kameralnej Alicję Węgorzewską. Mam dosłownie 4 dni na regenerację. (śmiech) Cieszy mnie bardzo solowa partia w cudnym oratorium Francka „Ostatnie słowa Chrystusa na Krzyżu”, którą wykonam w kwietniu. Dostałem też propozycję debiutu w czerwcu w partii Edwina w Księżniczce Czardasza Lehara w Krakowie. W tym samym miesiącu zaśpiewam dla Fundacji Beksińskiego Requiem Alfreda Schnittke w zjawiskowej sali koncertowej Cavatina Hall w Bielsku. 

Dionizy Wincenty Płaczkowski

Oprócz Warszawy, z którą wiele Cię wiąże, Poznań jest Twoim rodzinnym miastem. Jakie masz wspomnienia związane ze stolicą Wielkopolski? Czy masz swoje ulubione miejsca w Poznaniu?

Zawsze chętnie wracam do wszystkich odsłon poznańskiej Werandy, zaprzyjaźnionych i bliskich mi Ponińskich. Uwielbiam spędzać czas w Weranda Home choć to już kawałek od centrum Poznania. Doceniam chwile relaksu w City Parku w otoczeniu wybitnej sztuki z kolekcji Wojciecha Fibaka, który zaraził mnie kolekcjonowaniem. Ostatnio zajrzałem do Blue Note na wybitny koncert jazzowy. Lubię spacery w Parku Sołackim czy na Cytadeli, lubię odwiedzać piękny dom mojej byłej partnerki Karoliny Pytlakowskiej, z którą założyliśmy markę DECOLOVE. Sentymentem darzę Starą Drukarnię, czyli Concordia Design, projekt finezyjnie prowadzony przez Ewę Voelkel, już z drugą odsłoną we Wrocławiu. Zawsze gdy jestem w Poznaniu, muszę zjeść sushi w ulubionym Kyokai. (śmiech) Zachwyciła mnie ostatnio odsłona kolekcji sztuki współczesnej Muzeum Narodowego w Poznaniu, zawsze tam wracałem dla Malczewskiego, ale ostatnio podziwiałem świetne prace Fangora, Dobkowskiego, Kantora, Nowosielskiego i wielu innych. Lubię wpaść do skateshopu Miniramp przy ulicy Długiej, który zawsze kreował poznańską społeczność sceny skejtowej. Tak więc miejsc w Poznaniu mamy wiele, do których powracam, ale nie ma nic lepszego niż obiad czy śniadanie u Mamy. (śmiech)
Nie ma już, niestety, moich ukochanych klubów SQ czy Kukabara, ale za to świetnym miejscem spotkań jest dla mnie winiarnia Czarny Kot – choć nie piję już 1,5 roku, to lubię tam spotkać znajomych i zjeść coś dobrego. 

Oprócz koncertów i muzycznego życia masz w zanadrzu również talent biznesowy, można rzec żyłkę poznańskiej przedsiębiorczości. Wypromowałeś markę akcesoriów, czyli działałeś również w branży fashion. Nawiązałeś współpracę z marką biżuteryjną. Tenor a z drugiej strony biznesmen – jak to można sprawnie połączyć?

Gdy poznałem Karolinę Pytlakowską, która dziś jest też fotografem, nie umiałem stać obojętnie obok jej rękodzielniczego talentu, który pokochałem, tak jak i ją. Talent to coś, co mi zawsze najbardziej imponowało u ludzi, zwłaszcza kobiet. Myślę, że ona potrzebowała tego, aby ktoś ją zmotywował, by w ogóle powstało DECOLOVE. Czasem talent trzeba pchnąć. Marka istnieje do dziś, to na pewno nasze dziecko, z którego jesteśmy dumni. Wiele się nauczyłem, dostrzegłem zarówno swoje silne, jak i słabsze strony funkcjonowania w biznesie. Te silne strony dostrzegł ówczesny prezes YES Mateusz Madelski, a że był to dla mnie też czas poszukiwania siebie, to pracę na scenie połączyłem z lobbowaniem marki YES. Robiłem to aż 10 lat, doprowadzając do bardzo silnej ekspozycji wzorów marki wśród znacznej części socjety warszawskiej. Poznawałem wtedy wiele fascynujących aktorek, artystek czy innych postaci świata mediów, literatury i blogosfery. Z częścią z nich zawiązały się wspaniałe przyjaźnie trwające do dziś. YES pojawiał się na najważniejszych eventach w Polsce i za granicą jak Oscary czy Cannes. Bardzo znane osoby brały śluby z silną ekspozycją biżuterii na social media i w prasie. Przychodziło mi to łatwo, docierałem do ciekawych postaci, które nie zawsze były powszechnie znane z nadużywania swoich zasięgów w połączeniu z markami, zwłaszcza sieciowymi. Zawsze ceniłem sobie jakość. Bardzo kocham ludzi, więc lubię z nimi spędzać czas, zwłaszcza jeśli możemy się inspirować intelektualnie i artystycznie. Nie byłem gotowy jeszcze w pełni oddać się tylko scenie, a chciałem też sobie udowodnić, że mogę robić inne rzeczy w życiu.

Dionizy Wincenty Płaczkowski

Kolekcjonujesz dzieła sztuki. Pochwal się swoimi zdobyczami.

Zarobione pieniądze skromnie inwestowałem w sztukę, dzięki czemu mam dziś płótna Radka Szlagi czy prace na papierze Berdyszaka, Ziemskiego, Lebensteina, Beksińskiego, Tarasina, Dobkowskiego, który ostatnio narysował dla mnie dedykowane prace w prezencie po swojej wystawie w Krakowie – co jest dla mnie ogromnym wyróżnieniem. Mam również prace Agaty Kus, która mnie bardzo zachwyciła, gdy ujrzałem jej prace po raz pierwszy w krakowskim MOCAK-u. Posiadam również przykłady twórczości Janka Możdżyńskiego czy Lery Dubitskaya, Misha Waks, Gossi Zielaskowskiej, fotografie operatora Wojtka Zielińskiego, Macieja Jędrzejewskiego i innych młodych artystów. Bardzo cenię naszą poznańską artystkę Alicję Białą, której prace są mi bliskie i mam ich sporo w kolekcji.
Ponadto kolekcjonuję retro zabawki Star Wars, He-Man, GI-JOE, Transformers i mam sporą kolekcję retrogamingową.

Jak wypełniasz swój wolny czas?

W ostatnich dwóch latach gram w fenomenalną i uważaną za najbardziej skomplikowaną na świecie grę karcianą Magic The Gathering. Nie wstydzę się tej mojej strony tzw. nerda (śmiech). Tak po ludzku po prostu potrzebuję się czasem odciąć, aby za bardzo nie myśleć o kolejnych zobowiązaniach. Trochę pobyć tu i teraz. To też świetny trening umysłowy, zwłaszcza że gra łączy ze sobą elementy szachów, pokera i gier rpg. 

Przed nami walentynki, dzień zakochanych, dzień, w którym można miło zaskoczyć wybrankę swego serca. Co Ty najczęściej śpiewasz z repertuaru pieśni miłosnych?

Uwielbiam wykonywać emocjonujące pieśni neapolitańskie, również pieśni francuskie czy niemieckie. Ostatnio mogłem zaśpiewać w TVP Kultura duet „Z tobą chcę oglądać świat” śp. Zbigniewa Wodeckiego pod batutą wybitnego Zygmunta Kukli z jego bandem – i też sprawiło mi to wiele radości. To naprawdę wyjątkowy utwór. Dziś bym z chęcią zaśpiewał „Mów do mnie jeszcze” Karłowicza, piękną kompozycję miłosną do słów Tetmajera. Jestem bardzo melancholijny. W repertuarze, który dobieram, jest tyle samo cierpienia co ekstazy. To mój ulubiony duet skrajnych, często ponętnie razem tańczących emocji.

Magda Ciesielska

Magdalena Ciesielska

redaktor prowadząca
REKLAMA
REKLAMA
Dionizy Wincenty Płaczkowski
REKLAMA
REKLAMA