Marek i Mateusz Plucińscy | Wrażliwość przekazywana z pokolenia na pokolenie

Mateusz i Marek Plucińscy Jubiler Pluciński

Plac Wolności 5 to adres od zawsze związany z branżą jubilerską. I nie ma tu cienia przesady, bo od samego początku swego stuletniego istnienia, salon z widokiem na plac stanowi biżuteryjną kolebkę miasta. Od przeszło 30 lat jest też drugim domem dla wyjątkowej rodziny Plucińskich, która pielęgnując złotnicze tradycje zapoczątkowane przez seniora rodu Romualda, właśnie w tym miejscu prowadzi jeden z najbardziej rozpoznawalnych w Poznaniu salonów jubilerskich. Marek i Mateusz Plucińscy. Ojciec i syn w rozmowie o historii, rodzinnych wartościach, przywiązaniu do dobrych kupieckich zasad oraz pasji, która pozwoliła im pracować z największymi biżuteryjnymi markami świata.

Rozmawia: Alicja Kulbicka | Zdjęcia: Jakub Wittchen

Panie Mateuszu, jak to jest uczestniczyć w konferencji koronacyjnej Króla Karola III? 

Mateusz Pluciński: Nie ukrywam, że było to dla mnie duże zaskoczenie i wyjątkowe wyróżnienie. Przygoda z marką Fabergé jest w naszym salonie, można powiedzieć, dwuetapowa. Już 20 lat temu, na podstawie licencji uzyskanej przez firmę Victor Mayer z Pforzheim, wprowadził ją do naszego salonu mój ojciec. Licencja trwała określony czas i wraz z jej zakończeniem Fabergé przestało funkcjonować w salonie. Natomiast marka sama w sobie zyskując miano kultowej, ciągle stanowiła przedmiot pożądania naszych klientów. I kiedy nastąpiła zmiana struktury właścicielskiej i Fabergé zostało zakupione przez firmę Gemfields, postanowiła ona wskrzesić markę i uczynić ją bardziej dostępną dla różnych grup wiekowych. Bo nie ukrywajmy Fabergé cechuje się mocno imperialną stylistyką, która trafiała do tej pory raczej do starszego użytkownika. I tak powstała kolekcja Locked. Wykonane ręcznie z 18-karatowego złota medaliony z jajkami-niespodziankami Fabergé, wysadzane rubinami, szmaragdami, szafirami, diamentami i emalią giloszową. I kiedy po zmianie właściciela, powstały nowe, odmłodzone kolekcje, zdecydowaliśmy, że będziemy się starać o przedstawicielstwo marki Fabergé na Polskę. I to się udało, dzisiaj jesteśmy jedynym, oficjalnym przedstawicielem marki w kraju. To stąd nasza obecność na konferencji koronacyjnej Króla Karola. Fabergé od wielu lat wykonuje część insygniów oraz wyrobów biżuteryjnych dla rodziny królewskiej, a że czas był taki, że zbliżała się ceremonia koronacyjna króla, to jako jeden z dwudziestu przedstawicieli zostałem zaproszony na prezentację biżuterii upamiętniającej to wydarzenie.

Ale Fabergé to nie tylko insygnia królewskie, doczekały się także swoich odniesień w popkulturze. Inspirują kreatorów mody, zagrały w kilku filmach. Chociażby w Jamesie Bondzie.

Mateusz Pluciński: I to także zostało zaakcentowane podczas konferencji, a nam dealerom został zaprezentowany produkt, który „zagra” w kolejnej części przygód najsłynniejszego agenta świata. Całe to wydarzenie odbyło się naprawdę w niesłychanie podniosłej atmosferze, obecna była wnuczka samego Fabergé, Sarah, która jest w radzie nadzorczej firmy i przybliżyła nam obecnym historię marki, jej zawirowane dzieje, nieodłącznie związane z historią carskiej Rosji i jej upadkiem. Muszę też dodać, że marka Fabergé stanowi wyjątek na biżuteryjnej mapie świata, bo pozwala swojemu użytkownikowi naprawdę na wiele, zaprasza go do procesu produkcyjnego, daje możliwość personalizacji biżuterii. I to wręcz w taki sposób, że klient może wybrać się do Londynu, usiąść z designerami marki i wraz z nimi zaprojektować unikalny dla siebie przedmiot. 

fabege

Miejsce, w którym się znajdujemy, salon jubilerski przy Placu Wolności 5, od samego początku istnienia związane jest z biżuterią. Przybliżmy historię tego miejsca. 

Marek Pluciński: Przed II wojną światową, w 1923 roku, powstała tutaj firma jubilerska Szulc, która wcześniej funkcjonowała w budynku Bazaru Poznańskiego. Walerian Szulc chcąc poszerzyć zakres swojej działalności, zdecydował o kupnie kamienicy usytuowanej przy Placu Wilhelmowskim, czyli dzisiejszym Placu Wolności. Filozofia, jaka mu przyświecała, to nie tylko sprzedaż biżuterii i wyrobów jubilerskich, ale także ich serwis i naprawa. A do tego potrzebna była przestrzeń. I tak została dobudowana oficyna, której budowa rozpoczęła się od zamontowania sejfu. Krążą anegdoty o tym, że podczas II wojny światowej Rosjanie próbowali się do tego sejfu dostać, ale nie dali rady. (śmiech) Szulc prowadził swój zakład w tym miejscu do 1939 roku, potem został pracownikiem u Niemców, którzy przejąwszy jego zakład, kontynuowali biznes w tej branży. Po II wojnie światowej Pan Szulc wrócił w to miejsce, komunistyczny aparat władzy mu na to pozwolił, niestety tylko po to, aby za chwilę całość jego firmy upaństwowić i powołać w tym miejscu przedsiębiorstwo PHU Jubiler. A przypomnijmy, że w Polsce do 1989 roku istniał ustawowy zakaz obrotu dobrami luksusowymi oraz metalami szlachetnymi dla przedsiębiorców prywatnych. I kiedy w 1989 roku kamienicę odzyskali jej prawowici właściciele, do mojego ojca, jednego z najbardziej znanych złotników w Poznaniu zwrócili się przedstawiciele rodziny Szulc, właścicieli nieruchomości, z propozycją poprowadzenia przy Placu Wolności 5 salonu jubilerskiego. Więc taki wybór dla mojego ojca, jako kontynuatora tradycji jubilerskiej w tym miejscu, był dużym wyróżnieniem. Nasza rodzina prowadziła już wówczas zakład jubilerski przy ulicy Głogowskiej, a że były to czasy, kiedy do jubilera stały kolejki, to nie do końca mieliśmy głowę do tego, aby myśleć o drugiej lokalizacji. Ale z drugiej strony, historia tego miejsca związana od zawsze z jubilerstwem, nie dawała nam spokoju i zdecydowaliśmy się spróbować. I tak równolegle przez prawie 20 lat prowadziliśmy dwa salony, ten przy ulicy Głogowskiej i ten przy Placu Wolności. 

I co się stało z Głogowską?

Marek Pluciński: Po 20 latach prowadzenia salonu na Głogowskiej, zdecydowaliśmy o jego zamknięciu, gdyż podupadła sama ulica, ale też Poznań jest tym miastem, w którym zniszczono, zdeprecjonowano handel w jego centrum. To, co historycznie mogłoby być perełką, jego wizytówką jak chociażby ulica Paderewskiego, gdzie mogłyby znajdować się największe światowe marki, zostało stłamszone poprzez decyzje włodarzy o budowaniu galerii handlowych. I to niestety zniszczyło jakość prywatnego handlu detalicznego.

A czy zatem nie mieliście pokusy, aby otworzyć lokal w którejś z galerii handlowych?

Mateusz Pluciński: Mieliśmy krótki epizod w Starym Browarze, chcieliśmy spróbować handlu galeryjnego i w zasadzie tylko Stary Browar pasował nam koncepcyjnie. Tam wszystko się, kolokwialnie mówiąc, spinało. Architektura, dobór marek, a także osoba pani Grażyny Kulczyk, która pełniła pieczę nad całością koncepcji galerii. Zależało nam na dotarciu do osób spoza Poznania, którzy czas na zakupy mają tylko w weekendy, a wówczas handel odbywał się przez wszystkie siedem dni w tygodniu.

3F3A2291

Marek Pluciński: Za wyborem Starego Browaru stała też jego lokalizacja, jeśli czegoś akurat zabrakło w salonie, w ciągu kilkunastu minut mogliśmy ten towar tam dowieźć. Jednak chyba byliśmy zbyt przyzwyczajeni do bardzo indywidualnej obsługi klienta w salonie, do osobistego ściskania im ręki, żebyśmy dobrze czuli się z tym, że w salonie w Starym Browarze nie jesteśmy w stanie tego robić. I ostatecznie zrezygnowaliśmy z obecności tam. To chyba taka stara szkoła handlu, że jeśli się chce jak najlepiej, to trzeba samemu w tym procesie uczestniczyć. 
Mateusz Pluciński: Dodatkowo sprzedajemy produkty naprawdę drogie, unikalne, wartościowe, więc i podejście do klienta musimy zapewnić wyjątkowe. Mamy też tę przewagę nad innymi markami, że sami jesteśmy użytkownikami tych dóbr. Możemy „wejść w buty” klienta i zrozumieć jego wahanie, odpowiedzieć na zastrzeżenia czy wątpliwości, bo znamy te produkty od podszewki. Przez te wszystkie lata naszej działalności wytworzyliśmy z naszymi klientami, gośćmi relacje często wręcz przyjacielskie i bardzo często wpadają oni do nas porozmawiać czy po prostu napić się kawy. Zachęcamy też naszych klientów, aby przynieśli do nas swoją złotą piękną biżuterię, abyśmy mogli ją przejrzeć, czasem naprawić, bo element pielęgnacji jest również bardzo ważny.

Dzisiaj współpracujecie Państwo z największymi, najbardziej renomowanymi markami jubilerskimi na świecie. Jak do tego doszło?  

Marek Pluciński: Mój ojciec miał taką maksymę „lepiej mało a dobrze, niż dużo a średnio”, więc moim założeniem było od zawsze pracować z największymi i najlepszymi. Co wcale z początku nie było łatwe. Jesteśmy jednoadresowym salonem, bez rozbudowanej sieci punktów handlowych, dodatkowo w Poznaniu, co czasem wywoływało konsternację u naszych partnerów i nasze długie tłumaczenia, gdzie ten nasz Poznań leży na mapie Polski. (śmiech) Na szczęście dla nas firmy, z którymi mamy zaszczyt dzisiaj pracować, szukają takich szaleńców emocjonalnych jak my. (śmiech) Ludzi, którzy mają prawdziwą pasję do tego, co robią i swoją głową ręczą za jakość obsługi w salonie. A dodatkowo nasze przygotowanie warsztatowe pozwala nam opowiadać o produkcie w najdrobniejszych szczegółach. 

3F3A2431

Panie Mateuszu, czy wejście w rodzinny biznes było oczywistym wyborem, czy bywały chwile wahania?

Mateusz Pluciński: Moje życie od małego oparte było o tę branżę. Mieszkaliśmy w domu bliźniaczym razem z dziadkiem, w ogrodzie była jego pracownia, więc ta filozofia życia była dla mnie codziennością. Ludzie, którzy nas odwiedzają w salonie, czy też nasi pracownicy znają mnie często dłużej niż ja ich. (śmiech) Bo oni często pamiętają mnie jako tego małego dzieciaka, który kręcił się po salonie w towarzystwie ojca. 

Dogadujecie się?

Mateusz Pluciński: Od kiedy zapadła decyzja o moim współdziałaniu w biznesie, trzeba było na nowo poukładać kompetencje, bo Tato traktuje firmę i salon jak respirator niezbędny do przeżycia. (śmiech) Dzień bez pracy, to dzień stracony!  Na szczęście mam wyjątkowego sojusznika w osobie mojej mamy, która potrafi tupnąć nogą i każe Tacie trochę odpocząć. (śmiech)
Marek Pluciński: Zaakceptowałem sytuację i zyskałem niesamowitego partnera w biznesie, który podobnie jak ja ma pasję do tej pracy i duma mnie rozpiera, kiedy widzę jak doskonale wszedł w branżę i z jakim powodzeniem rozwija biznes. 
Mateusz Pluciński: Przede wszystkim szanujemy się nawzajem. Wiemy, że gramy do jednej bramki. Mój syn jest jeszcze mały, ale marzyłbym o takiej relacji z nim w przyszłości, jaką ja mam ze swoim Tatą. 

Mówicie Panowie dużo o bardzo indywidualnej obsłudze, o swoich klientach mówicie per „goście”. Jak zatem odnajdujecie się w nowym świecie handlu internetowego. Czy tak luksusowe dobra, jakie oferujecie, da się w ogóle sprzedać przez Internet? 

Marek Pluciński: Trochę już wspomniałem o tym, że bardzo żałuję, że w centrum Poznania tak mało zostało prywatnych biznesów handlowych. Jestem pod tym kątem trochę staromodny. (śmiech) I nie wyobrażam sobie nie usiąść z klientem, nie porozmawiać, nie podzielić się swoją wiedzą, nie odpowiedzieć na nurtujące go pytania. Nie za bardzo mogę sobie wyobrazić przysłowiowe „wrzucenie do koszyka” zegarka Chopard, zupełnie tak samo jak wrzuca się chociażby proszek do prania. Choć są tacy klienci. 
Mateusz Pluciński: Bardzo podzielam tu opinię Taty, bo osobiście zupełnie nie rozumiem, jak zobaczenie zdjęcia w Internecie może mnie zainspirować do zakupu, a nie potrzeba, którą mam. To jest dla mnie trudne, bo dzielenie się wiedzą z klientami, doradzanie, bycie swego rodzaju przewodnikiem po tym świecie, jest stałym elementem naszej pracy. 
Marek Pluciński: Pracownicy, którzy z nami pracują, są z nami od wielu, wielu lat, często od samego początku istnienia salonu. I od zawsze powtarzam im, żeby obsługiwali klientów tak, jak sami chcieliby zostać obsłużeni. Dzisiaj jesteś po tej stronie lady, jutro będziesz po drugiej u kogoś innego, więc zastanów się, czego oczekujesz. Elegancji? Profesjonalizmu? Jeśli sam tego pragniesz, daj to swojemu klientowi, to przecież takie proste. Nie ma u nas zgody na bylejakość. 

4K

Ale standardy w salonie Jubiler Pluciński nie ograniczają się tylko do obsługi, bardzo dbacie też o jakość produktów, które sami wytwarzacie. 

Mateusz Pluciński: Od początku postawiliśmy na jakość. W Atelier Pluciński zatrudniamy wykwalifikowanych mistrzów złotnictwa, którzy tworzą luksusową biżuterię najwyższej jakości. Nie zależy nam na tym, aby klient wyszedł od nas z produktem, na którym jako salon najwięcej zarabiamy, ale z takim, który będzie faktyczną odpowiedzią na jego potrzeby. 
Marek Pluciński: To nasze podejście do klientów, nasza misja i filozofia działania, którą od wielu lat praktykujemy umożliwiła nam współpracę z tymi największymi. I to właśnie nas wybrali na swoich partnerów. W przypadku diamentów staramy się nie obniżać ich jakości, jeśli chodzi o inkluzję i szlify, bo choć oczywiście można na rynku kupić podobne wyroby biżuteryjne w różnych cenach, to jednak są one podobne tylko na pierwszy rzut oka. Bardzo zwracamy uwagę na jakość kamieni, z których wykonujemy biżuterię. Dzisiaj technologie pozwalają na użycie kamieni w jakości  EEE (Excellent, Excellent, Excellent – przyp.red) oraz IF (Internally Flawless), VVS ( Very Very Very Small Inclusion) i VS  (Very Small Inclusion – przyp. red), a także powyżej pewnej masy nasze kamienie posiadają zewnętrzne certyfikaty potwierdzające ich jakość. Podobnie jest w złocie. Nie wykonujemy złotej biżuterii w próbie 333. Mało tego, odchodzimy powoli od próby 585, ponieważ dzisiaj żadna firma premium nie wykonuje już złotej biżuterii poniżej 18. karatowego złota, więc w próbie 750. Czy to Chopard, Cartier czy Tiffany. I my chcąc trzymać ten sam poziom, dostosowujemy się do trendu światowego. 

Zatem produkty jakich marek można znaleźć w salonie?

Marek Pluciński: Żeby zrozumieć genezę tego, dlaczego dzisiaj w naszym salonie znajdują się takie, a nie inne marki, cofnę się nieco w czasie, do momentu, w którym mój Tata, wybitny, uznany złotnik w Poznaniu zgrzytał zębami. (śmiech) A dlaczego? Najważniejsza dla niego zawsze była jakość, a dostępne wówczas w Polsce narzędzia – niezbędne do wytwarzania jakościowej biżuterii – wołały o pomstę do nieba. Były po prostu siermiężne. Tata wykorzystując swoją pozycję, wszelkimi dostępnymi metodami starał się pozyskiwać jakościowe pilniki czy papier ścierny zza granicy. A że czasy były takie jakie były i na wyjazd za granicę trzeba było mieć zaproszenie, to odświeżał swoje znajomości z Niemcami, z którymi jako dziecko bawił się na jednym podwórku i prosił ich o zaproszenie do siebie. Te wyjazdy wykorzystywał do tego, aby kupować lepszej jakości narzędzia niezbędne w procesie produkcji. I kiedy okazało się, że dzięki narzędziom pozyskanym na zachodzie Europy, możemy wytwarzać lepszą biżuterię, zaczęły nam się podobać zupełnie inne jakościowo rzeczy. I kiedy jako szesnastolatek pojechałem z ojcem do dawnego NRF (Niemcy Zachodnie), to jak urzeczony stałem z nosem przyklejonym do wystawy sklepowej, oglądając niedostępne wówczas dla nas produkty, powietrze wydawało mi się czystsze, pogoda lepsza, a stacje benzynowe były niczym luksusowe sklepy. Nieprawdopodobnym było dla mnie, że niemieckie sklepy jubilerskie sprzedawały wówczas pierścionki! Całe, gotowe pierścionki! Bo w Polsce wówczas mogliśmy jedynie przerabiać obrączkę na pierścionek lub na odwrót. I tam chyba narodziła się moja miłość do luksusowych marek biżuteryjnych, napatrzyłem się na nie wystarczająco, żeby wiedzieć, że one w ogóle istnieją. Lata później, kiedy w naszej ofercie była głównie nasza własna biżuteria i srebrne sztućce, udało mi się nawiązać współpracę z firmą Seiko, która miała w swoim portfolio takie marki jak Lorus, Pulsar czy Jean Lassale. I z tym zaczęliśmy. Potem pojawiła się Omega, Longines i Rado. Wprowadzenie tych marek wiele zmieniło. Aby sprostać wizerunkowo, przebudowaliśmy salon, szybko zrezygnowaliśmy ze srebra. I wtedy pojawiło się zaproszenie z Genewy. Od króla jubilerów – firmy Cartier. Na to spotkanie pojechałem przygotowany jak nigdy wcześniej. Nauczyłem się historii każdego produkowanego przez Cartier zegarka, kupiłem garnitur od najlepszych krawców i… udało się. Cartier zawitał w naszym salonie. No i Chopard – ogromna firma, rodzinna, wielopokoleniowa, założona w 1860 roku, z którą połączyły nas te same wartości. Oprócz tego wspomniana już marka Fabergé, mało znana w Polsce firma Niessing, jeden z największych w Europie producentów obrączek, biżuteria raczej ascetyczna, ale coraz częściej znajdująca swojego konesera w Polsce. Dodatkowo w zegarkach jesteśmy dealerem marki Czapek, a w perłach australijskiej firmy Autore. Jesteśmy także jedynym w Polsce dystrybutorem bardzo luksusowej biżuterii marki Rota e Rota, której ceny sięgają niejednokrotnie setek tysięcy złotych. Oferujemy również bogatą gamę produktów naszego własnego wyrobu, które powstają w Atelier Pluciński. Przyjmujemy także indywidualne zamówienia na kamienie, także te, które nie znajdują się obecnie w naszej ofercie.
Mateusz Pluciński: Wracamy do korzeni, wywodzimy się ze złotnictwa i bardzo chcielibyśmy być kojarzeni także z naszymi własnymi wyrobami, bo to, co sami możemy zaoferować naszym klientom, jest absolutnie unikatowe i inne niż produkcja masowa. 

A jakie macie plany na przyszłość?

Mateusz Pluciński: Bijemy się dzisiaj z myślami o otwarciu kolejnego salonu w innym dużym mieście. Poznań jest naszą kolebką, ale nie ukrywam, że tak jak Tata wspomniał, nasza lokalizacja właśnie tutaj, w stolicy Wielkopolski czasem stanowi przeszkodę we współpracy z największymi. Choć już dzisiaj nasza działalność wykracza daleko poza nasze miasto, bo mamy klientów w całym kraju. Nie jest dla mnie problemem wsiąść w samochód i przejechać w nocy pół Europy, po to, aby rano być w Wiedniu, odebrać biżuterię i dostarczyć ją klientowi z Krakowa. Ale też pomni jesteśmy wcześniejszych doświadczeń z dwoma lokalizacjami. Znamy siebie i swoje podejście do jakości oraz nadzoru właścicielskiego. A być w dwóch lokalizacjach jednocześnie, jest niestety niemożliwym. Więc te decyzje jeszcze przed nami. Ale na pewno chcemy się rozwijać w markach niszowych, bo widzimy trend poszukiwania wyrobów nieoczywistych. Szczególnie widać to w zegarkach, gdzie trend dyskretnego luksusu jest dzisiaj wiodącym. I klienci poszukują alternatywy dla dość już często widywanych Rolexów czy Breitlingów. Jubiler Pluciński ma być butikowym miejscem, z najlepszą w mieście obsługą i produktami z najwyższej półki. 
Marek Pluciński: Nasz salon firmujemy własnym nazwiskiem, a co za tym idzie czujemy się odpowiedzialni za każdy aspekt procesu sprzedaży. To może jest trochę staromodne, ale tacy jesteśmy. Jakość jest dla nas najważniejsza. 

Alicja Kulbicka

Alicja Kulbicka

Redaktor naczelna
REKLAMA
REKLAMA

Może cię zainteresować:

Mateusz i Marek Plucińscy Jubiler Pluciński
REKLAMA
REKLAMA

Beata i Mariusz Cieślukowscy | Zamieszkaj na zachwycającym Costa del Sol

Plano Spain nieruchomości w Hiszpanii Beata Cieślukowska


Oboje pochodzą z Mazur, ich plany zawodowe połączyła stolica Wielkopolski. Tu w Poznaniu wykrystalizował się pomysł na wspólny rodzinny biznes, który był impulsem do zmiany życia o 180 stopni. Beata i Mariusz Cieślukowscy, właściciele PlanoSpain, od lat działają na hiszpańskim rynku nieruchomości. Polecają wybrzeże Costa del Sol, gdzie osiedlili się, rozwijając firmę i spełniając często niełatwe życzenia klientów z najodleglejszych regionów świata.

Rozmawia: Magdalena Ciesielska | Zdjęcia: Maciej Sznek Escargofoto | Makeup Artist: Kiuru Visage | zdjęcia nieruchomości: archiwum prywatne PlanoSpain

Jak zaczęła się Wasza przygoda w branży nieruchomości?

BEATA CIEŚLUKOWSKA: Mówiąc nieskromnie (śmiech), rozpoczęła się ode mnie. Już ponad 15 lat zajmuję się nieruchomościami inwestycyjnymi. W pierwszym etapie mojej pracy zawodowej, tu na poznańskim rynku, pracowałam u największego pośrednika nieruchomości w Polsce – była to firma Home Broker. Wiele kontaktów oraz przyjaźni branżowych mam do teraz właśnie z tego miejsca.
MARIUSZ CIEŚLUKOWSKI: Przez ponad 12 lat zdobywałem doświadczenie w największych światowych bankach, bankowość korporacyjno-inwestycyjna, co dało mi dużą swobodę w poruszaniu się w świecie wielkich liczb oraz projektów budowlano-inwestycyjnych. Obydwoje mieliśmy duże doświadczenie zawodowe i dlatego postanowiliśmy połączyć nasze siły, umiejętności i wiedzę, co klienci w pełni docenili.

Dlaczego właśnie Hiszpania stała się dla Was atrakcyjnym rynkiem nowych inwestycji?

B.C.: Największym impulsem do tego typu poszukiwań był jeden z moich klientów, który miał już wiele zakupionych nieruchomości, za moim pośrednictwem, zarówno w polskich górach, nad Morzem Bałtyckim, jak i na Mazurach, ale zapragnął czegoś więcej, poza granicami kraju. Zainspirował mnie miejscem o wdzięcznej nazwie Marbella na hiszpańskim wybrzeżu Costa del Sol. „Jak Pani znajdzie dla mnie coś ciekawego, to ja tam kupię” – powiedział. Poleciałam więc, zaczęłam szukać, oglądać poszczególne miejsca, aby złożyć korzystną ofertę klientowi. Bardzo mi się tam spodobało, krajobrazy, klimat, pozytywne myślenie i przepięknie położone apartamenty. Znalazłam dla klienta nieruchomość według jego wytycznych i oczekiwań i tak to się zaczęło…
M.C.: Potem lataliśmy już wspólnie, szukając odpowiednich nieruchomości dla innych klientów. Ale – nie ukrywam – że przy dwójce małych dzieci i obowiązkach prywatnych taki układ wylotów biznesowych bardzo nam doskwierał. Zaczęliśmy więc rozważać inne wyjście z tej sytuacji…

Plano Spain nieruchomości w Hiszpanii Beata Cieślukowska
Beata Cieślukowska

Aż zdecydowaliście się na przeprowadzkę na Costa del Sol…

M.C.: Tak, życie nas do tego popchnęło, podsuwając taki scenariusz. (śmiech)
B.C.: Analizując miejsca na południowym wybrzeżu Costa del Sol, nasz wybór padł na piękną słoneczną Marbellę, którą polecam wszystkim. Spakowaliśmy więc swoje rzeczy, zabraliśmy dzieci i rozpoczęliśmy nowy etap naszego życia i wspólnej pracy.

Z takim zapałem i uśmiechem opowiadacie o Waszym nowym miejscu zamieszkania, więc muszę zapytać, czym tak naprawdę uwiodła Was Marbella? Co Was zauroczyło w tym miejscu?

B.C.: Marbella jest bardzo międzynarodowa, na tym terenie mieszają się różne kultury i tradycje.
M.C.: Warto podkreślić, że w Hiszpanii jest ogromna różnica pomiędzy Costa del Sol a innymi wybrzeżami. Zupełnie inne osoby przyjeżdżają na południe Hiszpanii, do Benalmadeny czy właśnie do Marbelli, gdzie mieszkamy. Tu jest też inny klient niż np. w Alicante. Jedno wybrzeże, ale konkretne miejscowości i przebywający tam turyści różnią się od siebie i to znacznie. Marbella ma niską zabudowę i od razu wygląda to bardziej luksusowo. Co chwilę są parki, zielone skwerki, palmy, po prostu przeważa dużo zieleni. Dla ciekawostki – to było pierwsze zagospodarowane wybrzeże w całej Hiszpanii, więc roślinność miała dużo czasu, aby wybujać i wzbogacić swoim pięknem okolicę. Specyfiką Marbelli jest też posiadanie i morza, i gór. Nawet jeśli w Sewilli jest latem 45 st. w cieniu, to u nas – dzięki takiemu idealnemu położeniu – jest zawsze minimum 10 stopni mniej. W ubiegłe lato przeważała temp. 32-33 stopnie, a najwięcej pokazały termometry 36 st. w cieniu. To w Polsce często jest bardziej gorąco. Marbella ma swój mikroklimat – latem nie jest upalnie, a zimą jest przyjemnie ciepło. Ponadto w tym nadmorskim mieście nie znajdzie się tzw. „betonozy”, jaka przeważa w tego typu lokalizacjach, gdzie deweloperzy prześcigają się w stawianiu coraz to wyższych apartamentowców.

Plano Spain nieruchomości w Hiszpanii Beata Cieślukowska
Mariusz Cieślukowski

W PlanoSpain rynek pierwotny przeważa nad wtórnym?

M.C.: Na naszej stronie są również oferty z rynku wtórnego, ale jako PlanoSpain specjalizujemy się w szczególności w rynku pierwotnym. To ponad 80 procent naszej oferty sprzedażowej.
B.C.: Edukujemy też naszych klientów, którzy kontaktują się z nami z zamiarem zakupu nieruchomości na rynku wtórnym. Studzimy ich zapał i często po prostu tłumaczymy, że nie warto… Klient już za sam apartament z rynku wtórnego płaci bardzo dużo, do tego trzeba doliczyć koszty remontu. Ponadto części wspólne tych miejsc z rynku wtórnego są w niskim standardzie. To jest budownictwo np. z lat 2009-2010 lub wcześniejsze, gdzie widać ząb czasu, brak renowacji i remontu klatek, brak odnowy wspólnych basenów. Akustyka w takich miejscach szwankuje, hałasy i odgłosy zza ściany słychać bardzo dobrze, a dodatkowo odgłosy w pionie – ze względu na gorszej jakości wykorzystane materiały budowlane. Naprawdę jest wiele zalet kupna nieruchomości z rynku pierwotnego, do czego szczerze namawiamy.
M.C.: W 2010 roku wiele się zmieniło w hiszpańskim ustawodawstwie, w prawie budowlanym, wzięto pod uwagę normy cieplne, zaczęto stosować lepsze i korzystniejsze dla inwestorów materiały budowlane. Wstawiać wyższej jakości okna, izolować ściany. Rozpoczął się cały proces budowy z większymi benefitami dla kupujących, co w Polsce od wielu lat jest standardem i normą, a w Hiszpanii dopiero zaczęło to kiełkować. Zatem bez namysłu polecamy nieruchomości z rynku pierwotnego. Przede wszystkim korzystna jest cena za nowe mieszkanie, a przy tym plan płatności, który rozłożony jest w czasie. Bo nawet jeśli trzeba wydać 500 tys. Euro, czym innym jest wyjęcie ich dzisiaj i położenie na stół, a czym innym gdy harmonogram płatności jest rozbity na 30 % przy umowie przedwstępnej, a reszta następuje dopiero przy odbiorze kluczy w perspektywie do 1,5 roku. Ponadto kupujący ma wybór, oglądając plany, rzuty apartamentów od dewelopera, czyli kupuje to, co chce, a nie to, co zostało na rynku.

Sprzedaż z rynku pierwotnego odbywa się, gdy jest tylko przysłowiowa dziura w ziemi?

M.C.: Głównie właśnie na tak wczesnym etapie. W Polsce jesteśmy przyzwyczajeni, że jest dużo wybudowanych budynków, mieszkań, które czekają na swoich właścicieli. Nierzadko ceny można jeszcze negocjować u dewelopera. W Marbelli czy innych częściach Costa del Sol na etapie stojących już murów wszystkie mieszkania są wykupione. Zakup rozpoczyna się wraz z wbiciem łopaty w ziemię, czyli właśnie wraz z robieniem przysłowiowej dziury.

W swojej ofercie macie nieruchomości o różnej powierzchni, od mniejszych 50- czy 60-metrowych, przez ponad 100-, 200-, 300-metrowe apartamenty, aż po luksusowe wille np. ponad 1400 metrów kw. Jaka powierzchnia mieszkalna jest najbardziej poszukiwana, jaka jest najbardziej na topie wśród zainteresowanych kupnem?

B.C.: Mały metraż w Hiszpanii oznacza co innego niż w Polsce. 40-, 50-metrowe mieszkanie to swoisty ewenement, czegoś takiego się po prostu nie buduje na rynku hiszpańskim. Standardem przy dwóch sypialniach jest ok. 80 m kw., a przy trzech sypialniach – ok. 130 m kw.
M.C.: Co istotne, w Hiszpanii – podobnie jak w USA – najważniejsza jest ilość sypialni. 60-metrowe mieszkania można na palcach jednej ręki przedstawić w naszej ofercie.
Polacy są przyzwyczajeni zadawać pytanie, „ile za metr kwadratowy?”, a na rynku hiszpańskim funkcjonuje inna wytyczna, czyli liczba sypialni. Cena uzależniona jest od ich ilości, oraz usytuowania apartamentu w danej inwestycji.

Kto jest Waszym głównym klientem?

M.C.: W 90 procentach są to Polacy, ale nie tylko Polacy mieszkający w Polsce, również ci ze Szwecji, z Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych, Kanady. Aktualnie mamy kilku Holendrów zainteresowanych naszymi ofertami. Wchodzimy też na rynek niemiecki, stale poszerzając nasz target.
Podchodzimy do naszej pracy z wielkim profesjonalizmem, a do klientów z ogromnym szacunkiem. Skupiamy się na konkretnym miejscu, jakim jest Costa del Sol – i robimy to najlepiej, jak tylko potrafimy, szukając dla klientów nieruchomości skrojonych pod ich oczekiwania i portfel. Postawiliśmy na wyspecjalizowanie się w tym regionie. To jest podobnie jak z restauracyjnym menu – lepiej mieć w karcie mniej dań, ale dobrej jakości niż szeroką kartę menu z byle jakimi potrawami.
B.C.: I co niezwykle istotne, mamy klientów najczęściej z polecenia. W naszej branży działa stary sposób przekazywania dobrych wiadomości i to nas bardzo cieszy. (śmiech) Miło słuchać pozytywnych opinii i rekomendacji na temat naszej pracy, wiedząc, że marketing tzw. szeptany ma sens.

Czy Polak w Hiszpanii może łatwo otrzymać kredyt?

M.C.: Wielu z naszych klientów, kupując nieruchomość w Hiszpanii, posiłkuje się kredytem, ponieważ jest on zdecydowanie tańszy niż w Polsce. Ja osobiście nadzoruję cały proces związany z ubieganiem się o kredyt, pilnuję wszelkich dokumentów, terminów itp. W PlanoSpain staramy się przeprowadzić tak sprzedaż, aby była ona jak najmniej czasochłonna i stresogenna dla naszego klienta. Do ubiegania się o kredyt potrzebujemy PIT za zaszły rok, zaświadczenie z BIKu i wyciąg z konta przynajmniej z 6 miesięcy.

A jak klient jest zaopiekowany pod kątem prawnym w PlanoSpain?

B.C.: Współpracujemy z wybitną prawniczką, której usług absolutnie nie narzucamy naszym klientom, jedynie rekomendujemy. Klient sam wybiera do jakiej kancelarii prawnej chce się udać. Ze względu na nasze doświadczenie i długoletnią współpracę z czystym sercem polecamy tę właśnie osobę do obsługi kwestii prawnych.
M.C.: Klient musi głównie wybrać apartament, wpłacić zaliczkę, a resztą już zajmujemy się my – osoby do zadań specjalnych. (śmiech) Współpracujemy z doskonałą prawniczką Marią Ruiz Lopez. Ma ona rozeznanie zarówno na rynku polskim, jak i hiszpańskim. I oczywiście świetnie mówi po polsku. Ma licencję prawną na obu rynkach, polskim i hiszpański. Posiada szeroką wiedzę i uprawnienia, doradza klientom, co warto zrobić, jakie są obwarowania prawne, na co warto zwrócić uwagę podczas kupna czy wynajmu itp.

Plano Spain nieruchomości w Hiszpanii Beata Cieślukowska

Klienci kupują hiszpańską nieruchomość najczęściej z myślą o sobie, swojej przyszłości, czy jednak pod wynajem, aby mieć źródło dochodu?

M.C.: To zależy… W zdecydowanej większości klienci kupują apartament, żeby dla nich zarabiał i był lokatą kapitału. To też świetna dywersyfikacja portfela o nieruchomość w walucie Euro. Nie ma co też ukrywać, że w okresie naszej polskiej zimy chcą przyjeżdżać i korzystać z własnego apartamentu.
B.C.: Ponadto widzimy taki trend, że nasi klienci meblują i aranżują mieszkania z myślą o sobie, pod swój gust, więc później jest im szkoda oddawać to wynajmującym. Choć jest określona grupa klientów, którzy od samego początku wiedzą, że zakupiona nieruchomość będzie ich inwestycją pod wynajem. Co bardzo ważne – my jako PlanoSpain również zajmujemy się wynajmem lokali. Wiemy, że większość agencji nieruchomości tego nie robi, my jednak wzięliśmy na swoje barki to zadanie, aby sprostać wymaganiom i oczekiwaniom klientów. Budujemy poprzez to relacje i zaufanie z naszymi partnerami biznesowymi, dając im szerokie spectrum usług i możliwości wyboru. Jestem bardzo dokładna, zatem skrupulatnie doglądam wszystkich detali, które mogą umknąć kupującym. Doradzam też klientom jak urządzić nieruchomość pod wynajem bądź pod odsprzedaż, bo z doświadczenia wiem, co się dobrze sprzedaje, z dużym potencjałem wzrostu cen.

Bierzecie na siebie dużo różnych obowiązków, jak czasowo dajecie radę? Czy Wasza doba trwa więcej niż 24 godziny, jest bardziej elastyczna?

M.C.: Dobre pytanie! (śmiech) Nieustannie poszerzamy nasz zespół, dobieramy zaufane osoby. Aktualnie zatrudniliśmy kolejną osobę, która odciąży nas w temacie najmu.
B.C.: Mamy team, który zajmuje się zarządzaniem nieruchomościami pod wynajem, czyli uzgadnia pracę np. pań sprzątających, wydawania i odbierania kluczy do posesji. Cała logistyka jest przez nas opracowana, co w dużej mierze ułatwia pracę już na innych etapach.

Czyli pomagacie klientom w wynajmie, ale również w odświeżaniu powierzchni mieszkalnej oraz w generalnym remoncie.

M.C.: Tworzymy z naszymi partnerami pakiety pod każdą inwestycję. Prezentujemy klientom zazwyczaj trzy wersje, trzy propozycje umeblowania oraz finalne wykończenie z tapetami, obrazami, dekoracjami wypełniającymi wnętrze. Mamy również pakiety dostosowane dla klientów wynajmujących konkretne mieszkanie, tzn. czajniki, małe AGD, sztućce itd. Dla klienta cały proces jest nieinwazyjny – to my zajmujemy się wszystkim. Klient ma jedynie wybrać lokum i podpisać umowę oraz wpłacić zaliczkę.
B.C.: Jeśli chodzi o wynajem – kiedyś braliśmy apartamenty z rynku, teraz tylko opiekujemy się apartamentami naszych klientów. Mocno się angażujemy, aby zrobić jak najwyższą rentowność dla klientów. Jeśli u nas kupią nieruchomość pod wynajem, to mają pewność, że zajmiemy się wszystkim, co związane z formalnościami i dopracowaniem szczegółów, dopieszczeniem wnętrz. Mamy dużo klientów-golfistów, klientów kulturalnych, na poziomie, którzy u nas wynajmują apartamenty. Są to klienci głównie z polecenia.
M.C.: Nie wynajmujemy brytyjskim imprezowiczom (śmiech), po których trzeba często organizować remont mieszkania. U nas na szczęście ich nie ma.

Costa del Sol czy nasz polski Bałtyk – gdzie nieruchomość można kupić taniej?

M.C.: Naprawdę w Hiszpanii można kupić taniej nieruchomość niż nad Morzem Bałtyckim. Oczywiście, bierzemy pod uwagę lokalizację, okolicę, odległość od linii brzegowej, dodatkowo wyposażenie mieszkania, pomieszczenia wspólne, komórkę lokatorską, miejsca parkingowe – bo to jest w cenie oferty w stanie deweloperskim. Jedynie trzeba wstawić swoje meble i można zamieszkać. Myślę, że na rynku pierwotnym można w Hiszpanii zaoszczędzić nawet ok. 100 tys. Euro, kupując podobną powierzchnię nad wybrzeżem Costa del Sol niż nad Bałtykiem.

Polecacie Costa del Sol, w szczególności Marbellę, ale macie też kompletnie inny kierunek na hiszpańskie wyjazdy…

B.C.: Oprócz wybrzeża Costa del Sol próbujemy zainteresować klientów również atrakcyjnym terenem górskim, idealnym na narty, o czym mało kto wie… Sierra Nevada jest pominięta i mało znana jako górska alternatywa. W okresie tegorocznej Wielkanocy było tam mnóstwo śniegu.
M.C.: Najwyżej położony ośrodek narciarski w Hiszpanii znajduje się w Andaluzji, dwie godziny drogi od Malagi. Jest to pasmo górskie Sierra Nevada z najwyższym szczytem Mulhacen 3478 m n.p.m. Znajduje się tam wiele możliwości dla turystów, zarówno idealnie przygotowane stoki, kolejki linowe, jak i wiele ofert zakwaterowania z niezbędnymi usługami.
B.C.: Jest tam 96 km tras i co najważniejsze, że nie ma kolejek na stokach, jak w innych krajach europejskich.

Wspomnieliście, że macie klientów z różnych stron świata. Każdy z nich ma inny gust, inne upodobania. Od czego zaczynacie rozmowę, aby poznać ich oczekiwania?

M.C.: Jeszcze przed przylotem konkretnego klienta dużo z nim rozmawiamy, zaznajamiamy z rynkiem nieruchomości na Costa del Sol, organizujemy video konferencje.
B.C.: Przygotowujemy zawsze agendę spotkania, zaznaczamy na mapie miejsca, które będziemy oglądać, które chcemy pokazać naszemu klientowi. Staramy się zrobić wywiad/rozeznanie dużo wcześniej przed przylotem klienta na Costa del Sol. Dlatego przekazujemy zdjęcia i krótkie informacje nt. proponowanych przez nas nieruchomości, które na ten moment są idealne dla klienta, spełniają jego oczekiwania.
M.C.: Zależy nam na tym, aby klient był zorientowany w temacie, znał lokalizację, mógł zerknąć sobie na Google Maps, a nieruchomość zawsze się do jego preferencji dobierze. Pokazujemy kilka nieruchomości w jeden dzień, to takie zdrowe podejście i standard, aby nie przeciążyć kupującego informacjami. Choć mieliśmy ostatnio klienta, który koniecznie w jeden dzień chciał obejrzeć aż 12 nieruchomości (śmiech), a potem miał problem z oceną każdej zaprezentowanej lokalizacji.

Czy można Was nazwać butikową agencją nieruchomości?

B.C.: Bez wątpienia tak! Naszym mottem nie jest sprzedaż za wszelką cenę. Sprzedać byle sprzedać i mieć z głowy, wprost przeciwnie – sprzedajemy, aby klient był zadowolony. Aby do nas powrócił, dał dobrą rekomendację wśród rodziny, znajomych i przyjaciół. Tworzymy przyjazną, wręcz rodzinną atmosferę, aby każdy czuł się przez nas dobrze zaopiekowany.
M.C.: Kluczem jest relacja z naszymi klientami. Odbieramy od nich wiadomości i telefony z podziękowaniami. Rekomendują nas dalej, to bardzo budujące i mobilizujące do dalszej pracy.
Polecamy tylko takie lokalizacje, gdzie deweloperzy są przez nas sprawdzeni. Sprzedajemy klientom tam, gdzie też sami kupiliśmy – to jest kolejna nasza wartość dodana do oferty i budująca zaufanie.

Plano Spain nieruchomości w Hiszpanii Beata Cieślukowska
EscargoFoto.pl

Oprócz nieruchomości pasjonujecie się golfem, dziedziną sportu bardzo popularną w Hiszpanii. Czy to kolejny atut wybrzeża Costa del Sol?

B.C.: W ogóle całe wybrzeże Costa del Sol jest zielone dzięki swoim polom golfowym. Jest energetyczne, przyjazne mieszkańcom i turystom. Przepełnione pozytywną energią, duchem optymizmu i chilloutu. Marbella ma swój specyficzny klimat, ma dobrą aurę, można wręcz rzec, że jest tam pewna magia (śmiech), która przyciąga ludzi do tego miejsca, ale i do siebie. Naprawdę ludzie są uśmiechnięci, pogodni, uprzejmi – to dużo pozytywów!
M.C.: Costa del Sol to jest po prostu mekka dla golfistów. Na tak niedużym terenie jest ponad 100 pól golfowych, więc często turyści nazywają go Costa del Golf. (śmiech) Jesteśmy zakochani w tym sporcie. Miłość do golfa staramy się rozpowszechniać w Polsce, organizując wyjątkowe wyjazdy golfowe. Współpracujemy również z polem golfowym Black Water Links w Tarnowie Podgórnym, gdzie jesteśmy partnerem driving range. Byłoby naprawdę dobrze, żeby jak najwięcej osób dowiedziało się, że to nie jest sport dla elit i każdy może grać bez względu na wiek czy możliwości fizyczne.

Reasumując, dlaczego warto inwestować w nieruchomości na Costa del Sol?

M.C.: Jest wiele powodów, ale jeśli mówimy o ekonomicznych, to po pierwsze dywersyfikacja swego majątku, bo jednak polskie PKB stanowi ułamek światowego procenta. Obecnie mamy w Polsce najniższy kurs Euro, co jeszcze bardziej jest korzystne do zakupu nieruchomości w Hiszpanii.
Costa del Sol ze względu na swoje walory ma dwa sezony idealne na wynajem, tzn. jeden letni, który jest w większości regionów, a drugi – zimowy, bo wówczas przyjeżdżają tu golfiści, aby pograć i spędzić miło czas. W tym zimowym okresie na Costa del Sol przybywają naprawdę dziesiątki tysięcy dodatkowych turystów. Na skalę Hiszpanii tego nie ma nigdzie indziej! Zatem jeśli myślimy o dobrym najmie i szybkim zwrocie zainwestowanych pieniędzy, to powinniśmy wybrać to wybrzeże. Na Costa del Sol wynajem trwa bezustannie cały rok, a nie tylko 4 m-ce.
B.C.: Ponadto od kwietnia br. uruchomiono bezpośrednie loty z Poznania do Malagi, co nas ogromnie cieszy! Poznaniacy mogą zatem w krótkim czasie i w bardzo dobrych cenach biletów zmienić otoczenie i wylądować na hiszpańskim wybrzeżu przepełnionym słońcem oraz pozytywną energią do życia.
Costa del Sol to jest bardzo międzynarodowe wybrzeże, więc jeśli zechcemy sprzedać nasz apartament, to w tym regionie mamy nieustannie duże grono zainteresowanych kupnem nieruchomości. Tu kupuje i sprzedaje cały świat.

Magda Ciesielska

Magdalena Ciesielska

redaktor prowadząca
REKLAMA
REKLAMA
Plano Spain nieruchomości w Hiszpanii Beata Cieślukowska
REKLAMA
REKLAMA