Zuzanna Babiak | Jak współpracować ze swoim głosem?

Zuzanna Babiak|

Przepełniona pozytywną energią i ciepłem, stawiająca na samorozwój, samoświadomość i odpowiedzialność w muzyce. Nie znosi sztampy i rutyny, a wprost przeciwnie ceni dojrzałość emocjonalną i otwartą głowę. Wie, że na niektóre rzeczy warto poczekać, coś przeżyć, doświadczyć i poznać wartościowe osoby na swojej drodze. Kim jest Zuzanna Babiak? Dowiedzcie się, bo może i Was skuszą lekcje śpiewu.

Zuza, Ty jesteś charakterną kobietą?

ZUZANNA BABIAK: Doceniam partnerstwo i poczucie, że ktoś może mnie wesprzeć, ale faktycznie – jestem silną babką (śmiech), z wypracowanym charakterem. Dawniej byłam mało asertywna. Jak wspominam moje lata szkoły podstawowej czy liceum, to widzę siebie jako osobę mającą zero asertywności. Zawsze mama i babcia ciągnęły mnie do pionu. Nauczyłam się więc większej świadomości siebie.


A decyzyjności też się nauczyłaś?

Zawsze traktowano mnie w domu jako partnera do rozmowy, przegadywano wiele kwestii. Nie byłam tylko dzieckiem, które ma słuchać i ma narzucony kierunek myślenia, tylko dawano mi pole do manewru. Tworzyłam i nadal tworzę spójną trójcę: babcia – mama – ja. Teraz z perspektywy czasu doceniam takie traktowanie, bo bardziej świadomie patrzę na świat.


Przez 6 lat uczyłaś się gry na fortepianie w Ogólnokształcącej Szkole Muzycznej I stopnia im. Henryka Wieniawskiego w Poznaniu, następnie w Ogólnokształcącej Szkole Muzycznej II st. im. M. Karłowicza przez kolejnych 6 lat zgłębiałaś tajniki nauki na klarnecie. Zmieniłaś instrument klawiszowy na dęty, a ostatecznie zainteresowałaś się wokalistyką. Dlaczego taka zmiana?

Wszystko było niespodziewanym zbiegiem okoliczności, począwszy od pójścia do szkoły muzycznej. Nie miałam za sobą żadnego przedszkola muzycznego, żadnego przygotowania, dodatkowych lekcji muzycznych. Zawsze jednak lubiłam muzykę, doceniałam jej wartość. Moja babcia gra na pianinie, mama za młodu śpiewała w chórze, a ja dużo słuchałam muzyki, jeszcze z kaset. Babcia uczyła mnie grania prostych melodii na pianinie, które otrzymała od swojego taty, czyli mojego pradziadka. To pianino ma ponad sto lat i ma swoją duszę, a moja babcia ma 89 lat i w każde święta ukradkiem gra chociaż raz zestaw ulubionych kolęd. Rytuały muzyczne od zawsze były u mnie w domu, ale nikt mnie nie pchał do muzyki. To był mój wybór, chciałam zdawać do szkoły muzycznej, uparłam się i znalazłam się na liście przyjętych. Moja gra na pianinie była żenująca – trzeba to jasno powiedzieć! (śmiech) Zawsze ładnie frazowałam, miałam muzykalność, wolne utwory, które grałam – zachwycały słuchaczy, ale muszę się przyznać, że nie ćwiczyłam na fortepianie, tyle, ile było trzeba, dlatego zbyt wolno pracowały moje palce podczas grania. Pod kątem muzycznym dawałam zawsze dużo serca, dźwiękowo byłam całkiem dobra, ale jeśli chodzi o technikę – to dramat. (śmiech) Moja mama też mnie nie zaganiała do grania, bo w domu była duża dowolność i swoboda. Chciała, abym szła do przodu i uczyła się, ale nigdy nie stała nade mną i nie groziła palcem, abym trenowała. Ufała mi i powtarzała „to jest w Twojej intencji, musisz mieć motywację do tego”. Pytała się mnie czy chcę kontynuować tę muzyczną drogę, a ja uparcie kiwałam głową, że tak.
Moja nauczycielka, pani Anna Paluszkiewicz, do której mam ogromny sentyment, gdy byłam w 5 klasie, zaproponowała mi klarnet. Poznałam wówczas mojego profesora Roberta Błoszyka, który zmienił moje patrzenie na muzykę. Pierwszy rok jakoś dobrze mi poszedł, zrobiłam szybki progres. Już w 6 klasie podstawówki grałam na klarnecie. Okazało się, że dęty instrument mi przypasował. Barwa też super, podobnie jak na fortepianie. Dawałam radę z utworami wolnymi, romantycznymi, gorzej już było z tymi szybkimi, skocznymi. Mam swój klarnet, różne ustniki, chociażby kryształowe, czy stroiki, po które jeździłam do pana Henia z Lukserwisu na Osiedlu Rusa. (śmiech) Jako nastolatka słuchałam jazzu. Zafascynowała mnie wolność, którą słyszałam w jazzowych solówkach. Prof. Błoszyk gra również na saksofonie, działa w jazzowym świecie i to on nauczył mnie, jak słuchać ludzi dookoła siebie. Bardzo dużo w moje życie wniósł właśnie ten profesor od klarnetu, bo dzięki niemu zrozumiałam muzyczne niuanse, wartości muzyczne. Nauczył mnie szacunku do ludzi od strony muzycznej, ale i życiowej, dużo ładnych i wartościowych rzeczy mi wpoił… właśnie o życiu… I dzięki temu tak mile wspominam ten klarnet, z którym nie zawsze miałam po drodze. (śmiech) Na pewno nie byłabym w tym punkcie życia, w którym jestem, jak nie poznałabym tego wykładowcę.


Ktoś mógłby powiedzieć, że to błąd i zmarnowałaś 12 lat życia, grając na instrumentach.

Uważam, że bez tych lat spędzonych w szkole, bez tych wszystkich osób, które spotkałam na swojej życiowej drodze, byłabym uboższa. Uboższa w doświadczenia, w naukę. Bardzo rozwinęłam się emocjonalnie.

Zuzanna Babiak

Jak wystartowałaś w wokalu?

Poszłam na pierwszy casting na wokalistki w liceum i było to dla mnie duże przeżycie. Zawsze coś sobie podśpiewywałam w domu, ale to chodziło o wyćwiczony śpiew przed publicznością. Moja pewność siebie była na poziomie zero, ale stwierdziłam „lubię, to spróbuję”. Potem mój śpiew się rozhulał, napotkałam na świetną nauczycielkę, Martę Podulkę. To cudowny człowiek o pięknych wartościach, który zaszczepił mi wiarę w siebie i przekazał dużo pozytywnej energii. Miałam indywidualne lekcje z Martą, które wiele dobrego mi przyniosły…I pierwszy raz wówczas nagrałam utwór; to był „Georgia on My Mind”, jazzowy numer i tak już poszło… Później trafiłam na Izę Polit, która przygotowywała mnie na egzaminy wstępne, Janusza Szroma, Barbarę Włodarską-Fabisiak i Łukasza Rynkowskiego, instruktora warsztatów wokalnych, który nauczył mnie pielęgnować swoją indywidualność, aby nie dać się zaszufladkować.
Zawzięłam się, podeszłam do egzaminów i dostałam się. Zaprzyjaźniłam się z dziewczynami z wokalistyki, byłyśmy cztery na roku, każda dobra w innych rewirach muzycznych. Dużo dał mi też wyjazd zagraniczny w ramach projektu Erasmus, znalazłam się w Bolonii. Poczułam się tam, że jestem z czystą białą kartą, po latach funkcjonowania w poznańskim hermetycznym środowisku muzycznym – i to mnie jakoś oczyściło, pomogło mi. Wyjazd na Erasmusa wiele mnie nauczył, przełamałam barierę językową, miałam nowych nauczycieli, byłam na zajęciach u Diany Torto. Był to dobry czas na naukę, i trudny, i piękny jednocześnie.


Uczestniczyłaś też w warsztatach wokalnych Hanza Jazz w Koszalinie, a przede wszystkim Cho-Jazz w Chodzieży. Co mogłabyś polecić osobom startującym w wokalu, pragnącym udoskonalać swój śpiew; od czego powinny zacząć?

Należy wyjść poza swoje ramy, spróbować tego typu warsztatów muzycznych, z różnymi nauczycielami – artystami muzykami. Można tam poznać wiele ciekawych osób, co bardzo motywuje. Każde nowe warsztaty, koncerty, czy Jam Session dają możliwość zawiązywać zespoły muzyczne, rozwijać się, kształcić. Pamiętam muzyków jazzowych, którzy obecnie są top of the top, oni też jeździli na takie warsztaty do Puław, do Chodzieży, do Leszna. Aktualnie wykładają, prowadzą szkolenia, nauczają i grają, spełniając się w tym, co lubią i co czują.
Warsztaty pozwalają nam poznać się od strony mniej formalnej, tu chodzi o czystą integrację międzyludzką, o przekazywanie nie tylko wiedzy, ale również intrygujących historii o życiu. Dobrze jest też jeździć na Jam Session, doświadczyć spotkań, atmosfery, wspólnego muzykowania. Co roku organizowane są spotkania z cyklu Jam Session w gorzowskim Jazz Clubie „Pod Filarami”; tam działa Marek Konarski oraz Bogusław Dziekański, dyrektor tegoż klubu, animator kultury i propagator jazzu. Te spotkania to złoto, zjeżdżają się tam ludzie z całej Polski. Rekomenduję też odwiedzanie Jazzu nad Odrą, tu nie ma warsztatów, ale ważne jest samo wsłuchanie się w zaprezentowane utwory, poznanie wykonawców. To wszystko otwiera umysł, uczy innego spojrzenia.


Z perspektywy czasu, co było dla Ciebie najtrudniejszym wyzwaniem?

Sukcesem dla mnie jest, gdy śpiewam i kogoś to poruszy, wzruszy. Jestem daleka od konkursów, nie interesuje mnie rywalizacja ani weryfikacja, które tak naprawdę są często bardzo subiektywne. Uczestnictwo w Blue Note Poznań Competition 2020 było dla mnie dużym przeżyciem, ale nauczyło to mnie pokory i doświadczania nowych dla mnie sytuacji muzycznych. Mam taki dysonans między konkursami a swoim rozumieniem rozwoju osobistego, muzycznego. To było dla mnie osobiste wyzwanie, bezsprzecznie!
Natomiast muzycznym wyzwaniem było dla mnie przeżycie pierwszego roku na Akademii Muzycznej w Poznaniu. Bardzo emocjonalnie do tego podeszłam i wiedziałam, że muszę zasłużyć, aby tam być. Sama sobie stworzyłam ogromną presję i takim momentem zwrotnym był dla mnie koncert wokalistek, na którym zagrałam razem z prof. Katarzyną Stroińską-Sierant. Była moją akompaniatorką, a ja czułam, że grając razem „Georgia On My Mind”, mamy dobry kontakt na scenie.


Jaki koncert, jakie przedsięwzięcie muzyczne, w którym brałaś udział, wspominasz najcieplej?

Staram się robić klatki w pamięci z takich dobrych momentów. Pamiętam jak na 1 roku Akademii miałam przyjemność pracować z Januszem Szromem i uwielbiałam te zajęcia. Złoty człowiek, skarbnica wiedzy, zacięty w poszukiwaniu materiałów do książek. Na jednym z zajęć powiedział do mnie: „Ty będziesz śpiewać, Zuzia”. Te szczere słowa dały mi wielki impuls do działania. Właśnie wspólne granie z innymi muzykami, gdy czuję zrozumienie i ich sympatię, połączenie duchowe, to mnie uskrzydla – tu chciałabym przywołać chociażby współpracę z pianistą Patrykiem Matwiejczukiem. Naprawdę natrafiłam na cudownych ludzi, grając z nimi, poznając ten świat. Na ten moment zajęłam się bardziej uczeniem, niż graniem ale czerpię z tego ogromną satysfakcję. Nie skupiam się na liczbie grań, według mnie warto budować swoją świadomość, bo pewność siebie może się wycierać. Samoświadomość to akceptowanie siebie i tego, w jakim jesteśmy punkcie. Byłoby czymś strasznym stwierdzić, że „zjadłam wszystkie mądrości i umiem już wszystko!”. Mam cały czas motywację, aby się rozwijać, zagłębiać w temat i dostrzegać to, w czym jestem dobra. Im więcej spotykamy ludzi na swojej drodze, im bardziej doświadczamy, im więcej koncertów przeżyjemy, im więcej warsztatów będzie naszym miejscem wspomnień, tym łatwiej jest zbudować tę świadomość i stać się dzięki temu bogatszym wewnętrzne.


Mówimy o jazzie – w nim czujesz się mocna i lubisz śpiewać jazz. Jakie jeszcze inne gatunki muzyczne są Tobie bliskie?

Kocham jazz, ale weszłam też w tematy musicalowe, uczę aktualnie w Studio Piosenki Metro, prywatnie w mojej salce i w Performance Music Studio. Uwielbiam pracować z ludźmi i dodawać im energię do działania. Zapewne nie byłabym w stanie doświadczać tylu wspaniałości, jeśli nie poznałabym siebie. Musimy znać swój pion, swoje potrzeby, w tym, w czym jesteśmy dobrzy i sprawni. Wiele działamy z repertuarem Studia Buffo. Według mnie są to utwory ponadczasowe, pracujemy w grupach i powstaje spektakularna mieszanka osobowości.
Oczywiście, w większości to słucham mojego ulubionego jazzu i klimatów okołojazzowych, także soulu. Zawsze bliskie są mojemu sercu: Ella Fitzgerald, Etta James oraz Aretha Franklin. Polska alternatywa poszła naprzód i to też mnie interesuje. Ostatnio dużo uwagi poświęcam polskiej twórczości z dawnych lat: Agnieszce Osieckiej, Kabaretowi Starszych Panów czy Mieczysławowi Foggowi – to mnie bardzo ujmuje. Doceniam ponadczasową wartość piosenek i ich klasę. „W małym kinie” grałam na obronie swojego licencjackiego dyplomu.


W Poznaniu powraca się do muzyki Krzysztofa Komedy, inspiruje się jego twórczością, wspomina z rozrzewnieniem i wielkim szacunkiem. I Dionizy Piątkowski podczas Ery Jazzu organizuje koncerty poświęcone temu wybitnemu twórcy, i wykładowcy Akademii Muzycznej, i Stowarzyszenie Jazz Poznań, z inicjatywy którego wzięłaś udział w Maratonie Komedy. Czym dla Ciebie jest muzyka tego utalentowanego kompozytora, pianisty jazzowego, pioniera jazzu nowoczesnego w Polsce?

Z szacunkiem odnoszę się do jego twórczości. Podoba mi się przestrzeń, jaka jest w jego utworach i ten sznyt muzyki filmowej. Przełomowy moment, w którym poczułam muzykę Komedy, to kiedy pierwszy raz obejrzałam film z 1960 roku pt. „Do widzenia, do jutra” w reżyserii Janusza Morgensterna. Ze swoją muzyką zadebiutował na dużym ekranie Krzysztof Komeda i ten film mnie rozczulił. Scena Zbigniewa Cybulskiego – monolog przy zgaszonym świetle z dwoma ogarkami papierosów – to dla mnie majstersztyk. Natomiast „Rosemary’s Lullaby” (Kołysanka Rosemary) inaczej zwana „Sleep Safe and Warm” to kompozycja muzyczna Krzysztofa Komedy, którą wielu artystów zna i stara się zagrać unikatowo, a jest to bardzo trudne, przy tak wielu wykonaniach.
Dodatkowo, ogromną wartość mają dla mnie wszystkie utwory, które Komeda stworzył z Agnieszką Osiecką, np. „Nie mów nic”, „Nie jest źle”, piękne ballady z tak ujmującym tekstem. A „Szara kolęda” ze słowami Wojciecha Młynarskiego i muzyką Komedy? Ten utwór mnie bardzo porusza, nawet jakby usunąć słowa… Uwielbiam u Komedy melodyjność, brak sztampy – jego twórczość pokazuje nam, co to znaczy dojrzałość muzyczna! To tyczy się i jazzu, i wokalu, że często mniej znaczy więcej.


Od kiedy jesteś nauczycielem śpiewu?

Zajmuję się profesjonalnie uczeniem już od siedmiu lat i zawsze wprowadzam to, do czego sama jestem przekonana. Dzięki temu jestem świadoma odpowiedzialności, jaka jest w byciu nauczycielem i zwyczajnie w przekazywaniu wiedzy.


W jakim wieku są osoby, które uczysz?

Przekrój wiekowy to najczęściej od 10 lat do 50 plus. Większość uczniów jest z przełomu liceum, początku studiów, osób tak do 30. roku życia.


Czego ich uczysz?

Chciałabym więcej jazzu, bo aktualnie dużo jest muzyki stricte rozrywkowej. Przygotowuję kilka uczennic na tegoroczne egzaminy wstępne na wokalistykę jazzową. Uczę też soulu, neo soulu – co już jest mi bliższe niż mainstreamowa muzyka. Nie podejmuję się nauki utworów złych, które negatywnie wpływają na mój układ nerwowy (śmiech). Staram się być otwarta na propozycje uczniów, to zapewne wynika z mojego dzieciństwa, jaki miałam dom i jak mnie zapraszano do dyskusji. Uważam, że to jest dobre, bo to uczy niezależności wszystkich, którzy do mnie przychodzą na lekcje. Jest u mnie duża dowolność – robimy playlistę na spotify, uczniowie wrzucają swoje ulubione utwory, a ja im swoje propozycje.


Jerzy Stuhr aktorsko wyśpiewywał nam przed laty „śpiewać każdy może, jeden lepiej lub trochę gorzej, ale nie o to chodzi jak co komu wychodzi”. Czy faktycznie śpiewać każdy może?

Prowadzę zajęcia z osobami, które śpiewają już wybitnie, inni amatorsko, ale przychodzą na zajęcia z pasji, z chęci odreagowania od codziennych obowiązków, od pracy. Mam też takich uczniów, którzy śpiewają, ale kompletnie nie wiążą swojej pasji ze światem muzycznym, z zawodem. Mam jako uczniów osoby na etacie, pielęgniarki, prawników, pracowników z branży IT, optyków – naprawdę osoby z różnych dziedzin, które po prostu kochają śpiewać i chcą śpiewać.
Jak ktoś do mnie przychodzi i już na wstępie twierdzi, że nie umie śpiewać, to ja wtedy mam misję (śmiech) i postanawiam zmienić jego podejście do swojego głosu, do muzyki. Jeśli ktoś śpiewa nieczysto, to nie znaczy, że w ogóle nie umie śpiewać, widocznie na ten moment nie potrafi trafiać w dźwięki, co często wiąże się z napięciami organizmu. Warto wspomnieć w tym miejscu o świadomości głowy, świadomości ciała i świadomości muzycznej. Są to trzy najważniejsze części i każdy z elementów musi być na satysfakcjonującym poziomie, aby nie blokować innych. Często spotykam się z uczniami, którzy są bardzo muzykalni, uzdolnieni, ale się bardzo spinają. Działamy wtedy nad rozluźnieniem ciała, aparatu mowy, nad zdrowym oddychaniem i czuciem ciała, co nie jest oczywiste. W sytuacjach, gdy potrzebuję działać z uczniami od strony logopedycznej posiłkuję się wtedy pomocą Joli Kosickiej, Mówki Sztuki. Jest to osoba, której ufam bezgranicznie w kwestiach logopedycznych. Nauka pracowania ze swoim ciałem – jak to jest istotne! Warto uczyć się masażu języka, masażu buzi przed śpiewaniem, techniki mówienia. Nie można się blokować, trzeba krzyknąć, śpiewać, niech nasze domy tętnią muzyką. Nie mogę stwierdzić, że nauczę śpiewać każdego, kto do mnie przyjdzie, bo musiałbym skończyć takie kierunki, jak: psychologia, logopedia, fizjoterapia, a każdy uczeń przychodzi z zupełnie innym „zestawem bagaży”, ale mogę stwierdzić, że nauczę współpracować ze swoim głosem, a nie z nim walczyć.
Każdemu polecam przyjść na lekcję śpiewu i chociaż spróbować wykorzystać swój potencjał i zobaczyć jak złożona jest praca nad głosem, a co za tym idzie praca ze sobą. Dzięki motywacji i systematyczności można osiągnąć wiele, czego jestem świadkiem, gdy patrzę na moich uczniów.

Magda Ciesielska

Magdalena Ciesielska

redaktor prowadząca
REKLAMA
REKLAMA

Może cię zainteresować:

Zuzanna Babiak|
REKLAMA
REKLAMA

DIONIZY WINCENTY PŁACZKOWSKI | Musimy ufać naszej intuicji

Dionizy Wincenty Płaczkowski

Utalentowany, tajemniczy, chwytający szczególne okazje w życiu, zgodnie z maksymą „żyje się tylko raz”. Nieposkromiony a zarazem wrażliwy. Występował na międzynarodowych scenach muzycznych, choć w życiu próbował różnych dróg, które poszerzyły jego krąg przyjaciół i znajomych. Dionizy Wincenty Płaczkowski – tenor, kolekcjoner sztuki, z poznańską żyłką do przedsiębiorczości.

Rozmawia: Magdalena Ciesielska | Zdjęcia: Robby Cyron

Dionizy, czy talent muzyczny da się oszukać i wybrać inny zawód?

DIONIZY WINCENTY PŁACZKOWSKI: Każdy kto zasmakuje euforii performatywnej – zwłaszcza w świecie muzyki poważnej jako wokalista dysponujący głosem o wolumenie wypełniającym całą salę – widząc jak to steruje ludzkimi emocjami, nie odnajdzie nigdy tego samego uczucia poza sceną. Tego nie da się niczym zastąpić. (śmiech)

Wiesz, dlaczego zadałam to pierwsze pytanie… Nie wiązałeś przyszłości z muzyką. Straciłeś głos, wybrałeś studia na stosunkach międzynarodowych, a jednak życie napisało kolejny zaskakujący scenariusz…

Gdy miałem 15 i nadeszła mutacja, która zabrała bezpowrotnie mój sopran dyszkantowy – po blisko 800 koncertach – postanowiłem, że spróbuję pożyć inaczej. Nie poszedłem do liceum muzycznego, a potem zacząłem studia, które nie prognozowały mojego powrotu na scenę. Był to czas mi potrzebny, na refleksję, rozważenie dotychczasowych osiągnięć. Mogłem wówczas skonfrontować siebie z życiem, które na pewno nie generowało tyle presji i stresu. Pracowałem też kilka lat w marketingu prężnie rozwijającej się marki Red Bull. Tu pojawiły się pierwsze stresogenne sytuacje w energicznej i drapieżnej stolicy, w której finalnie zamieszkałem, studiując na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina. 

Do 15. roku życia grałeś już ponad 100 koncertów rocznie w Europie i Azji oraz nagrałeś wówczas 7 płyt. To ogromne osiągnięcie i wyróżnienie dla tak młodej osoby. Jakie wspomnienia zachowałeś z tego okresu? Do jakiego występu najczęściej powracasz w myślach?

Dzieciństwa właściwie nie miałem. Była to nieustanna praca nad rozczytywaniem coraz trudniejszego repertuaru, a następnie nad przygotowywaniem go na możliwie najwyższym poziomie wykonawczym. Muzyka od zawsze była – i jest – moją miłością! Natomiast szkoła była na drugim planie, co później dało się we znaki w liceum, zwłaszcza jeśli chodzi o przedmioty ścisłe. (śmiech) Okres kariery przed mutacją był dla mnie czasem intensywnej i wzmożonej pracy indywidualnej. Często śpiewałem w kwartetach solowych takich oratoriów jak: Pasja Janowa i Mateuszowa J.S. Bacha, Msza Koronacyjna, Nieszpory czy Requiem W.A. Mozarta, a także Mesjasz Haendla i wiele innych dzieł baroku oraz klasycyzmu. Dostawałem nuty od dyrygenta i miałem się po prostu nauczyć partii. Potem pierwsza próba, a ja byłem już przygotowany. (śmiech) Z perspektywy czasu patrzę na małego Dionizego i zadaję sobie pytanie, skąd tyle determinacji i oddania w tak młodym wieku, skoro to okres, gdy beztroska jest raczej naturalna i właściwa dynamice życia. Dlaczego to było dla mnie tak ważne? Chyba urodziłem się po to, by to robić. (śmiech) Może dlatego też lata później poprosiłem o te chwile odpoczynku od sceny…
Jeśli zaś chodzi o wspomnienia sceniczne, na pewno nie zapomnę koncertu z Chichester Psalmami Bernsteina w Termę di Caracalla. To miejsce, gdzie 7 lat wcześniej odbywał się sławny koncert Trzech Tenorów. Rozpoznałem wtedy, że koncertmistrz Orchestra Opera di Roma to ta sama osoba. Koncert transmitowany był przez Rai Uno oraz Duo. Nigdy nie zapomnę tego ciepłego rzymskiego wieczoru w otoczeniu ogromu muzyki Bernsteina pod batutą Daniela Orena! Monumentalny chór i potężny skład symfoniczny, by móc zaśpiewać delikatne frazy w duecie z harfą „Adonai ro’i lo echsar”. Miałem wtedy tylko 11 lat! To kompozycja zamykająca piękny film Maestro, który niedawno pojawił się na Netflix.

Dionizy Wincenty Płaczkowski

Miałeś przyjemność śpiewać u boku Roberta Alagni i jego żony, Aleksandry Kurzak, w słynnej inscenizacji Madame Butterfly Giacoma Pucciniego. Alagna to Twój autorytet muzyczny. Za co cenisz tego artystę?

Traktuję Roberto Alagne jako ostatniego reprezentanta tej przepięknej ery wybitnych głosów pokroju Di Stefano, Corelliego, Carrerasa, Pavarottiego czy Mario del Monaco. To nie chodzi o to, że dziś nie ma tej jakości głosów. Zmieniają się trendy i dynamika rynku operowego. Pewien archaizm wychodzącego śpiewaka, aby dał popis czystej wirtuozerii wokalnej, czasem spada na drugi plan w stosunku do teatralnej strony sceny operowej. Od głosu wymaga się obecnie większej elastyczności. Teatry zaczynają być dogłaśniane nowoczesną technologią, a przecież to te same sceny, na których niegdyś śpiewał Enrico Caruso i głos jego intensywnie dzwonił po ostatnie rzędy. 

Poznałeś również wybitnego tenora Angelo Loforese, który zadziwiał wszystkich, gdy wykonywał najtrudniejsze arie tenorowe w wieku 90 lat. Rozumiem, że on też dla Ciebie jest wielkim wzorem do naśladowania. A inne Twoje autorytety muzyczne?

Spotkanie Maestro Loforese to było dla mnie coś bardzo wyjątkowego, pamiętam też, że brał za lekcję 40 euro, gdy ceny u szanowanych pedagogów sięgały nawet 150 euro w Mediolanie. W tej profesji owe konsultacje często bierze się stricte networkingowo i nie oczekuje się nawet od nich eurek wokalnych. Trudno też na kilku lekcjach zrobić konkretne korekty techniki wokalnej. Natomiast te godziny spędzone z Maestro były dla mnie czymś niezwykle ważnym. Wracam do nich często i inaczej rozumiem uwagi, które wtedy nie były dla mnie aż tak klarowne. Przed laty nie znałem tak dobrze siebie jako wokalisty, a co za tym idzie swojego głosu i jego możliwości. Nierzadko odbiegam w inne nurty muzyczne, aby nakarmić się po prostu dobrą muzyką. W świecie klasyki archiwalne nagrania są wzorem wykonań wielu dzieł muzycznych. Koncerty fortepianowe Rachminova z Horowitzem, koncerty skrzypcowe 17-letniej Anne Sophie Mutter pod Karajanem, pierwsze recitale z fortepianem młodego Luciano Pavarottiego z Salzburga czy Los Angeles. Boska Maria Callas czy Birgit Nilsson. Mamy dziś ogromną bibliotekę legendarnych, wzorowych nagrań najwybitniejszych kompozycji, a do tego powstaje nowa fascynującą muzyka, którą ciężko śledzić, aby być na bieżąco.

Bardzo cenię Thoma Yorke’a i Jonny’ego Greenwooda niezależnie czy to Radiohead czy The Smile. Dla mnie to są muzycy tak ze sobą rezonujący, tak siebie rozumiejący performatywnie i brzmieniowo. Moja wrażliwość muzyczna ucieka też w stronę elektroniki, od James Blake’a po Maxa Coopera czy Solomuna. Wracam do wczesnych nagrań Tony Bennetta z The Ed Sullivan Show, gdzie tak samo występowali śpiewacy operowi. Tom Jones to w ogóle ewenement wokalistyki, nie ma do dziś w rozrywce męskiego głosu, który w całej szerokiej skali śpiewa tak otwartym, dużym i pięknym dźwiękiem. Niewątpliwie ważnym dla mnie gatunkiem jest jazz, rap i r&b. Regularnie słucham Wu-Tang Clanu czy Notoriousa BIG. Amerykańską wokalistkę Robertę Flack, niezastąpioną czy niezrównaną Ninę Simone, powalającą Janis Joplin. Długo by wymieniać jak wielu artystów mnie unosi muzycznie, zwłaszcza, że mamy dziś dostęp do każdego nagrania tych szalenie zdolnych postaci. Moim ukochanym śpiewakiem jest niewątpliwie Franco Corelli, który na zawsze pozostanie dla mnie wzorem prawdziwego tenora.

Dionizy Wincenty Płaczkowski

Wspominamy tu międzynarodowe nazwiska, wielkie sławy. A z jakimi wybitnymi wokalistami i artystami polskiej sceny muzycznej, teatralnej miałeś przyjemność współpracować?

Miałem wielki zaszczyt śpiewać główną rolę tenorową w Hrabinie Stanisława Moniuszki w reżyserii legendarnej Krystyny Jandy. Myślę, że było to trochę wcześnie jak na moje ówczesne doświadczenie sceniczne, ale na pewno mnie rozwinęło na wielu płaszczyznach i nauczyło pokory wobec tej bardzo oceniającej profesji. Dziś na pewno zdecydowana większość moich występów to koncerty czy recitale. Małymi krokami do celu, aby śpiewać swoje wymarzone, dramatyczne partie na takim poziomie, jakiego od siebie oczekuję. Autokrytyka mam silnego, (śmiech) więc pomaga mi to w determinacji i wyznaczeniu sobie realnych celów. Miałem też miłą współpracę z Sylwią Grzeszczak, którą bardzo cenię za jej piękny głos. Nasz sylwestrowy występ zobaczyło pod katowickim Spodkiem ok. 150 tysięcy ludzi i blisko 4 miliony przed telewizorami telewizji Polsat. Wielką radość odczuwałem również, mogąc wykonać po raz pierwszy kompozycje genialnego polskiego kompozytora Stefana Wesołowskiego. Był to Mesjasz do słów Bruna Szulca, który wykonaliśmy na warszawskim festiwalu Eufonie. 

Jakie cechy charakteru są potrzebne, aby funkcjonować w międzynarodowym środowisku muzycznym?

Przede wszystkim pewność siebie, ale taką głęboką poprzedzoną wielką dedykacją wobec sztuki wokalnej, do tego dochodzi ogromna świadomość swojego instrumentu głosowego i jego możliwości. Dalej można wymieniać: pracowitość, profesjonalizm muzyczny, bardzo dobrą pamięć, silne zdrowie, również psychiczne (śmiech), bo wciąż jest się ocenianym… Na pewno osoby, które sięgają rynku międzynarodowego, muszą być gotowe na różne blaski i cienie, pochwały i zarzuty skierowane w ich stronę od ludzi zarządzających najważniejszymi instytucjami w tej branży. Umieć znieść tę presję i w każdym sezonie śpiewać coraz lepiej, umiejętnie planując repertuar – to już sport wyczynowy na najwyższym poziomie. 

Często mówimy, że w życiu trzeba mieć intuicję, kierować się emocjami, sercem, nie tylko racjonalizmem. Jaką zatem rolę w muzyce odgrywa intuicja?

Najważniejszą! Trzeba umieć ocenić samego siebie, na jakim się jest etapie i w jakie projekty aktualnie można się angażować. Co jest dobre dla naszego głosu i co go rozwinie, a co – wręcz na odwrót. To samo z doborem nauczyciela czy korepetytora. Musimy ufać naszej intuicji i umieć ocenić, na co w danym momencie nas stać. Również psychicznie. Głos to nie wszystko. 

Talent i umiejętności wokalne, nieustanny rozwój to jedno, ale kontakt z publicznością, wyjście na scenę to kolejny aspekt Twojego zawodu. Czy Ty na scenie czujesz się jak przysłowiowa „ryba w wodzie”? Czy obycie sceniczne ma się w genach, czy jednak stale się trzeba tego uczyć?

Czuję się jak ryba w wodzie w repertuarze, który jest predestynowany na mój głos i na który jestem obecnie gotowy. Każda konfrontacja z publicznością, w innej akustyce i innych warunkach to zawsze sprawdzian naszych możliwości technicznych. Pokazujemy to, co wypracowaliśmy i nie ukrywając, chcemy zrobić to jak najlepiej. A głos to instrument organiczny i wiele zależy od naszego stanu psychicznego, od naszego nastroju konkretnego dnia i nie zawsze mamy na to wpływ… Niezmiennie daję z siebie wszystko, niezależnie gdzie śpiewam, w jakim miejscu, na większej czy mniejszej sali.

Ubiegły rok miałeś wypełniony koncertami, ale i ten 2024 zapowiada się imponująco. Gdzie występowałeś, w jakie role się wcielałeś? I co aktualnie przed Tobą?

Końcówka roku była intensywna! Miałem swój solowy recital z pieśniami Karłowicza i Moniuszko w Centrum Kultury Kielce, występ otwierał ich festiwal, na którym Teatr Wielki z Łodzi kilka dni później pięknie wykonał Straszny Dwór. Wykonywałem też pisane dla mnie pieśni Artura Banaszkiewicza do słów poety Dominika Górnego. Rok 2024 rozpocząłem intensywnie z nagranym występem do TVP Kultura, który był eksponowany w sylwestra i pierwszy dzień nowego roku. Skończyłem właśnie wielkie tournée 24 koncertów noworocznych. Niezwykle wytężony i emocjonujący czas – koncerty m.in. w Filharmonii Krakowskiej, Filharmonii Poznańskiej, Rzeszowskiej, Łódzkiej czy w Operze i Filharmonii Podlaskiej. Odwiedziłem również piękne sale jak Polskie Radio Wrocław czy Miasto Ogrodów w Katowicach, poprzednia siedziba NOSPR. Pierwszy raz od czasów kariery dziecięcej miałem taki ogrom codziennych występów z zaledwie jednym dniem przerwy. (śmiech) Był to sprawdzian czy temu podołam, okazało się, że mnie to bardzo rozwinęło, a każdy następny występ miałem pewniejszy. Zaraz rozpoczynam kolejne tournée 10 koncertów organizowane przez dyrektorkę Warszawskiej Opery Kameralnej Alicję Węgorzewską. Mam dosłownie 4 dni na regenerację. (śmiech) Cieszy mnie bardzo solowa partia w cudnym oratorium Francka „Ostatnie słowa Chrystusa na Krzyżu”, którą wykonam w kwietniu. Dostałem też propozycję debiutu w czerwcu w partii Edwina w Księżniczce Czardasza Lehara w Krakowie. W tym samym miesiącu zaśpiewam dla Fundacji Beksińskiego Requiem Alfreda Schnittke w zjawiskowej sali koncertowej Cavatina Hall w Bielsku. 

Dionizy Wincenty Płaczkowski

Oprócz Warszawy, z którą wiele Cię wiąże, Poznań jest Twoim rodzinnym miastem. Jakie masz wspomnienia związane ze stolicą Wielkopolski? Czy masz swoje ulubione miejsca w Poznaniu?

Zawsze chętnie wracam do wszystkich odsłon poznańskiej Werandy, zaprzyjaźnionych i bliskich mi Ponińskich. Uwielbiam spędzać czas w Weranda Home choć to już kawałek od centrum Poznania. Doceniam chwile relaksu w City Parku w otoczeniu wybitnej sztuki z kolekcji Wojciecha Fibaka, który zaraził mnie kolekcjonowaniem. Ostatnio zajrzałem do Blue Note na wybitny koncert jazzowy. Lubię spacery w Parku Sołackim czy na Cytadeli, lubię odwiedzać piękny dom mojej byłej partnerki Karoliny Pytlakowskiej, z którą założyliśmy markę DECOLOVE. Sentymentem darzę Starą Drukarnię, czyli Concordia Design, projekt finezyjnie prowadzony przez Ewę Voelkel, już z drugą odsłoną we Wrocławiu. Zawsze gdy jestem w Poznaniu, muszę zjeść sushi w ulubionym Kyokai. (śmiech) Zachwyciła mnie ostatnio odsłona kolekcji sztuki współczesnej Muzeum Narodowego w Poznaniu, zawsze tam wracałem dla Malczewskiego, ale ostatnio podziwiałem świetne prace Fangora, Dobkowskiego, Kantora, Nowosielskiego i wielu innych. Lubię wpaść do skateshopu Miniramp przy ulicy Długiej, który zawsze kreował poznańską społeczność sceny skejtowej. Tak więc miejsc w Poznaniu mamy wiele, do których powracam, ale nie ma nic lepszego niż obiad czy śniadanie u Mamy. (śmiech)
Nie ma już, niestety, moich ukochanych klubów SQ czy Kukabara, ale za to świetnym miejscem spotkań jest dla mnie winiarnia Czarny Kot – choć nie piję już 1,5 roku, to lubię tam spotkać znajomych i zjeść coś dobrego. 

Oprócz koncertów i muzycznego życia masz w zanadrzu również talent biznesowy, można rzec żyłkę poznańskiej przedsiębiorczości. Wypromowałeś markę akcesoriów, czyli działałeś również w branży fashion. Nawiązałeś współpracę z marką biżuteryjną. Tenor a z drugiej strony biznesmen – jak to można sprawnie połączyć?

Gdy poznałem Karolinę Pytlakowską, która dziś jest też fotografem, nie umiałem stać obojętnie obok jej rękodzielniczego talentu, który pokochałem, tak jak i ją. Talent to coś, co mi zawsze najbardziej imponowało u ludzi, zwłaszcza kobiet. Myślę, że ona potrzebowała tego, aby ktoś ją zmotywował, by w ogóle powstało DECOLOVE. Czasem talent trzeba pchnąć. Marka istnieje do dziś, to na pewno nasze dziecko, z którego jesteśmy dumni. Wiele się nauczyłem, dostrzegłem zarówno swoje silne, jak i słabsze strony funkcjonowania w biznesie. Te silne strony dostrzegł ówczesny prezes YES Mateusz Madelski, a że był to dla mnie też czas poszukiwania siebie, to pracę na scenie połączyłem z lobbowaniem marki YES. Robiłem to aż 10 lat, doprowadzając do bardzo silnej ekspozycji wzorów marki wśród znacznej części socjety warszawskiej. Poznawałem wtedy wiele fascynujących aktorek, artystek czy innych postaci świata mediów, literatury i blogosfery. Z częścią z nich zawiązały się wspaniałe przyjaźnie trwające do dziś. YES pojawiał się na najważniejszych eventach w Polsce i za granicą jak Oscary czy Cannes. Bardzo znane osoby brały śluby z silną ekspozycją biżuterii na social media i w prasie. Przychodziło mi to łatwo, docierałem do ciekawych postaci, które nie zawsze były powszechnie znane z nadużywania swoich zasięgów w połączeniu z markami, zwłaszcza sieciowymi. Zawsze ceniłem sobie jakość. Bardzo kocham ludzi, więc lubię z nimi spędzać czas, zwłaszcza jeśli możemy się inspirować intelektualnie i artystycznie. Nie byłem gotowy jeszcze w pełni oddać się tylko scenie, a chciałem też sobie udowodnić, że mogę robić inne rzeczy w życiu.

Dionizy Wincenty Płaczkowski

Kolekcjonujesz dzieła sztuki. Pochwal się swoimi zdobyczami.

Zarobione pieniądze skromnie inwestowałem w sztukę, dzięki czemu mam dziś płótna Radka Szlagi czy prace na papierze Berdyszaka, Ziemskiego, Lebensteina, Beksińskiego, Tarasina, Dobkowskiego, który ostatnio narysował dla mnie dedykowane prace w prezencie po swojej wystawie w Krakowie – co jest dla mnie ogromnym wyróżnieniem. Mam również prace Agaty Kus, która mnie bardzo zachwyciła, gdy ujrzałem jej prace po raz pierwszy w krakowskim MOCAK-u. Posiadam również przykłady twórczości Janka Możdżyńskiego czy Lery Dubitskaya, Misha Waks, Gossi Zielaskowskiej, fotografie operatora Wojtka Zielińskiego, Macieja Jędrzejewskiego i innych młodych artystów. Bardzo cenię naszą poznańską artystkę Alicję Białą, której prace są mi bliskie i mam ich sporo w kolekcji.
Ponadto kolekcjonuję retro zabawki Star Wars, He-Man, GI-JOE, Transformers i mam sporą kolekcję retrogamingową.

Jak wypełniasz swój wolny czas?

W ostatnich dwóch latach gram w fenomenalną i uważaną za najbardziej skomplikowaną na świecie grę karcianą Magic The Gathering. Nie wstydzę się tej mojej strony tzw. nerda (śmiech). Tak po ludzku po prostu potrzebuję się czasem odciąć, aby za bardzo nie myśleć o kolejnych zobowiązaniach. Trochę pobyć tu i teraz. To też świetny trening umysłowy, zwłaszcza że gra łączy ze sobą elementy szachów, pokera i gier rpg. 

Przed nami walentynki, dzień zakochanych, dzień, w którym można miło zaskoczyć wybrankę swego serca. Co Ty najczęściej śpiewasz z repertuaru pieśni miłosnych?

Uwielbiam wykonywać emocjonujące pieśni neapolitańskie, również pieśni francuskie czy niemieckie. Ostatnio mogłem zaśpiewać w TVP Kultura duet „Z tobą chcę oglądać świat” śp. Zbigniewa Wodeckiego pod batutą wybitnego Zygmunta Kukli z jego bandem – i też sprawiło mi to wiele radości. To naprawdę wyjątkowy utwór. Dziś bym z chęcią zaśpiewał „Mów do mnie jeszcze” Karłowicza, piękną kompozycję miłosną do słów Tetmajera. Jestem bardzo melancholijny. W repertuarze, który dobieram, jest tyle samo cierpienia co ekstazy. To mój ulubiony duet skrajnych, często ponętnie razem tańczących emocji.

Magda Ciesielska

Magdalena Ciesielska

redaktor prowadząca
REKLAMA
REKLAMA
Dionizy Wincenty Płaczkowski
REKLAMA
REKLAMA