Karolina Sydorowicz | Jestem wdzięczna za to, co mnie w życiu spotyka

Karolina Sydorowicz

Traumatyczne przeżycia ugruntowały jej przekonanie jak ważne są zdrowie i równowaga. Temperamentna, niebojąca się wyzwań i non stop podnosząca sobie poprzeczkę intelektualnego rozwoju. Wulkan energii. Muzyka to jej wielka pasja i sposób na życie, począwszy od muzyki klasycznej, folkloru, poprzez muzykę rozrywkową, klubową, a kończąc na romskich klimatach.

Pociągają ją dźwięki i smaki orientu. Jaka jest Karolina Sydorowicz? Przekonajcie się sami. Polecam uwadze historię o żywiołowej a jednocześnie wrażliwej kobiecie mającej w sobie wiele odwagi.

Z jakimi wykonawcami, artystami współpracowałaś i z jakimi nadal ta współpraca trwa?


KAROLINA SYDOROWICZ: W swoim dorobku mam wiele różnorodnych tematycznie i repertuarowo projektów, zarówno związanych z muzyką klasyczną, jak i jazzową. Współpracuję z wieloma restauracjami oraz hotelami, wykonuję również koncerty z twórczością Mieczysława Fogga, Zbigniewa Wodeckiego. Współpracowałam z Krzesimirem Dębskim podczas przygotowań do benefisu Jego twórczości, wykonywałam solowe show arabskie, koncerty z tradycyjną muzyką meksykańską,Zdarza się również, że grywam z latynoskimi zespołami. Można mnie również usłyszeć w klubach w całej Polsce, kiedy gram tzw. live act z DJ -ami.Aktualnie na stałe związana jestem z zespołem . Jednocześnie pracujemy nad nowym projektem związanym z muzyką klubową z DJ VonDiego.Jestem również w trakcie realizacji projektu z arabskimi artystami. Na co dzień jednak zajmuję się solistycznymi występami w formie show, gdzie wykonuję zarówno covery, jak i swoje utwory. Już niedługo pojawi się pierwsze oficjalne nagranie utworu „Ara Malikian” którego fragment można było usłyszeć w pierwszym etapie przesłuchań programu „Mam Talent”. Naprawdę wiele mnie interesuje. Rozpoczęłam teraz współpracę z Teatrem Cortique i niesamowity tajemniczy świat otwiera się przede mną, bo ja mam w sobie dużo z dziecka. (śmiech) Jestem ogromnie podekscytowana, że zostałam zaproszona do współpracy jako solistka. Mam nadzieję że niebawem rozpocznę zajęcia z baletu i akrobatyki w Teatrze Cortique, ponieważ mam marzenie, aby rozwinąć swoje występy muzyczne w formę bardziej taneczno-akrobatyczną oraz teatralną. Dużo się dzieje, dotykam różnych stylów i wariacji muzycznych. Ponadto angażuję się w przeróżne przedsięwzięcia, chociażby planuję odwiedzać dzieci na oddziałach onkologicznych, będę wcielać się w bajkowe role, aby tym małym pacjentom rozświetlić pochmurny i trudny czas. Sama zaproponowałam, że chciałabym, aby to były wizyty cykliczne.

Karolina Sydorowicz

Co Tobie daje muzyka klasyczna?

Wychowywana byłam na muzyce klasycznej, ambitnej, a zderzenie z muzyką rozrywkową – w rozumieniu muzyki popularnej, pop kultury – było dla mnie w pierwszej chwili trochę rozczarowujące i ta rola kobiety w świecie rozrywkowym, gdzie w wielu wypadkach kobieta wcale nie musi umieć grać czy śpiewać, ważne aby wyglądała i oczarowywała publiczność swoim wyglądem. Nie lubię takiego przedmiotowego traktowania, ale musiałam dojrzeć do zrozumienia i pogodzenia się z niektórymi kwestiami i odnalezienia własnej drogi kompromisu „atrakcyjności scenicznej” oraz muzycznej jakości i satysfakcji. Wszystko za sprawą spokoju i równowagi, którą sobie stworzyłam. Równowagi życia, dystansu do pewnych spraw, które są ode mnie niezależne i nie mam na nie wpływu. Musiałam zrozumieć, aby niepotrzebnie się nie irytować. (śmiech)
Niedawno podjęłam się studiów Historycznych Praktyk Wykonawczych na specjalności skrzypce barokowe na poznańskiej Akademii Muzycznej. Wykonawstwo muzyki dawnej różni się stanowczo pod wieloma względami i samo opanowanie instrumentu o obniżonym stroju czy chociażby struny jelitowe, a nie metalowe, jak we współczesnych instrumentach, to jak gdyby nauka gry na innym instrumencie. W tej materii jeszcze daleka droga przede mną, jednak miewam już okazje do koncertowania właśnie w takiej „historycznej” odsłonie. I to jest jeden z elementów mojej wewnętrznej równowagi. Tutaj czuję, że muzyka staje się czymś więcej niż tylko rozrywką. Staje się dla mnie intelektualnym wyzwaniem, wymaga wiedzy, świadomości, szerokiego kontekstu, opanowania. I jest to muzyka dla wąskiego grona odbiorców. Może zabrzmi to dość egoistycznie (śmiech), ale mam potrzebę nieustannego intelektualnego rozwoju.

Karolina Sydorowicz

Od wielu lat grasz również z zespołem cygańskim…

Tak, współpracuję z zespołem cygańskim, wpisując się w ich barwną i energiczną aurę. Miklosz Deki Czureja – wirtuoz skrzypiec, aranżer, kompozytor – dał mi przestrzeń do pokazania swoich umiejętności, a dodatkowo zachęcił do podążania za rytmem, brzmieniem. Tu po prostu trzeba grać bez nut! Wszystko ze słuchu! U Romów jest ogromny luz w graniu, improwizowaniu, oni to mają we krwi. Zaprzyjaźniłam się też z Sarą, jedną z córek Miklosza. Ona jest wybitną cymbalistką, mistrzynią tego instrumentu, która zaczęła koncertować w nieco zmienionym składzie, po wyjeździe swego taty do Szwecji. Wówczas Sara zaproponowała mi granie wraz z nimi, a ja nie wiedziałam, na co się decyduję. (śmiech) Na początku musiałam poznać repertuar, a to jest potwornie trudne. Rodzinny zespół przyzwyczajony był do swego taty, wirtuoza skrzypiec, wcześniej z nikim innym nie grał. Muzyka cygańska jest jedną z gałęzi muzyki, jaką gram. Tu potrzebna jest natychmiastowa reakcja, łatwość w dopasowaniu się, elastyczność i kreatywność.
Czy muzyka klasyczna z improwizacją skrzypcową i folklorem muzycznym jest dla Ciebie ciekawsza?
Od zawsze kochałam i nadal kocham muzykę klasyczną. To moja baza, podstawa, wielka wartość; często do niej powracam. Jestem zodiakalnym Skorpionem, upartym, paskudnym, (śmiech) wciąż poszukującym nowych dróg, nowych rozwiązań. Zbuntowanym, niepokornym temperamentem. We mnie jest po prostu niespożyta energia i ciekawość świata, a co za tym idzie – ciekawość wielu form muzycznych, ich połączeń, zestawień. Lubię elastyczność w muzyce, możliwość wcielania się w różne role w zależności od kolorytu muzycznego.Czasem słyszę pozytywne opiniedotyczące właśnie tego, jak wczuwam się w klimat danego wydarzenia,stylu czy muzyki, jak emocjonalnie się angażuję, naturalnie wchodzę w różne sytuacje. Bawię się muzyką, mając w sobie beztroskę dziecka, a z drugiej strony – świadomość dorosłego człowieka. Moja natura pcha mnie w nieznane, robię wiele różnych – często odmiennych – rzeczy, wchodzę w kompletnie inne projekty muzyczne, to sprawia mi radość i daje wiele pozytywów.Czuję się nieprofesjonalna, kiedy nie daję z siebie 100 procent. Mam poczucie, że nie jestem dobrym „pracownikiem”, wówczas gdy nie jestem zaangażowana w przedsięwzięcie ponad przeciętność (śmiech). Nieustannie uczę się gospodarować swoimi zasobami, uczę się naginać czasoprzestrzeń, aby realizować jak najlepiej podjęte zadania.


Tak samo jest z obowiązkami domowymi?

Oczywiście, bo mam swój balans w życiu: praca i dom. W pracy jestem „stworzeniem”, często wykreowanym na potrzeby występu, a w domu zmywam makijaż i staję się mamą i Panią domu, co bardzo lubię. Sprzątam, gotuję, troszczę się i dbam o tych, których bardzo kocham, o mojego męża, 12-letniego synka i 3-letnią córeczkę. W domu jestem ciepła i opiekuńcza, a zawodowo ludzie mnie odbierają jako silną, stanowczą osobę. Dobrze jest być szczęśliwym w życiu osobistym.

Karolina Sydorowicz

Jak najchętniej odpoczywasz?

Przyroda jest dla mnie lekarstwem na wszystko. Dodatkowo staram się wykorzystywać czas z dziećmi, być blisko i rekompensować im moje wyjazdy i nieobecności.Ostatnio na przykład postanowiłam spróbować sił w capoeirze, chodząc na zajęcia z synem, który trenuje od kilku lat. W ten sposób chciałam być blisko mego dorastającego dziecka i podjęłam wyzwanie. (śmiech) Ponadto zabieram moją rodzinę jako słuchaczy na lokalne poznańskie wydarzenia, w których uczestniczę.


Jak określiłabyś LinViolin? Jaką tworzysz muzykę?

LinViolin bez wątpienia jest dla mnie rodzajem wolności i szczęścia. Jest synonimem walki o siebie, determinacji, wytrwałości i konsekwencji w działaniu. Ale mam tu na myśli determinację nie w walce o ekspozycję swojego „ego” czy swojego artyzmu, ale o uwolnienie swojego wnętrza i wyrażenie emocji – również tych trudnych.
Często podczas występów LinViolin sugeruję własny repertuar, i delikatny, i ten porywisty, charyzmatyczny, ale gram również utwory wskazane, wymagane pod konkretną uroczystość. Np. dla delegacji chińskiej grałam polski folklor w stroju ludowym. Nie odżegnuję się od polskich korzeni, od muzycznych źródeł, wprost przeciwnie… Spędziłam wiele lat w zespole ludowym o nazwie „Poligrodzianie” i ten czas też mnie ukształtował, otworzył na granie ze słuchu oraz umożliwił liczne podróże zagraniczne. Pomysłów na tworzenie i kreowanie muzyki zawsze jest mnóstwo, a ja jestem otwarta na nowości.Wiele przypadków i znajomości zadecydowało o moich decyzjach. Pielęgnuję wciąż swoją pasję i jestem wdzięczna za to, co mnie w życiu spotkało.A szczególnie ludzi, przyjaciół, rodzinę,którzy uwierzyli we mnie, dzięki czemu po wielu latach przerwy sięgnęłam znów po skrzypce. Oni są dla mnie wsparciem i motywacją. W mojej karierze muzycznej to właśnie ludzie są najważniejsi.

Karolina Sydorowicz

Mówisz o trudnych przeżyciach, o pokonywaniu swoich słabości. To ciężkie tematy i sytuacje, z jakimi przyszło się Tobie zmierzyć.

To, że aktualnie mogę cieszyć się życiem, to jest dla mnie ogromna wygrana! Bo przeszłam wiele złego… Wychowywałam sama mojego syna. Później nastąpił czas mojej choroby i brak diagnozy, bo przez prawie dwa lata kompletnie nie wiedzieli lekarze, co mi jest, podejrzewano guzy mózgu, stwardnienie rozsiane… Miałam niedowład lewej strony, brak czucia i w rękach, i w nogach; miałam problem z oddychaniem. Ostatecznie zdiagnozowano miastenię.Skumulowało się wiele różnych czynników natury neurologicznej i psychosomatycznej, efektów ubocznych złego leczenia,a ja jako osoba niezwykle wrażliwa i przeżywająca wiele spraw nad wyraz emocjonalnie zapadałam się w sobie…Miałam zdiagnozowaną depresję, z którą stopniowo starałam się uporać. Przez prawie siedem lat toczyłam walkę ze sobą, o siebie, o aktualną moją pozycję, o to, kim teraz jestem. I cieszę się, bo mogę powiedzieć, że wygrałam. Po wszystkich moich przeżyciach i antrakcie muzycznym trudno mi było powrócić na scenę, do świata muzyków. Miałam nawet takie poczucie wstydu, że moi znajomi, koledzy z Akademii Muzycznej są już o wiele szczebli wyżej. I do tej pory często mówię o sobie „grajek”, a nie muzyk(śmiech), choć staram się nadrobić stracony czas. Mam więcej odwagi i siły w sobie niż dawnej.


A propos odwagi… Jesteś uczestniczką 14. edycji „Mam Talent”, programu telewizyjnego o ogromnej popularności. Co Cię skłoniło, aby brać udział w tym przedsięwzięciu i pokazać się milionom widzów?

Nie szukałam poklasku w programie muzycznym, nie zgłosiłam się do niego sama. To mnie wyszukano i zaproponowano mi udział. Nie myślałam nigdy o sobie, że jestem doskonała, że bezbłędnie wykonuję muzykę – wprost przeciwnie. Dlatego na propozycję odpowiedziałam pozytywnie, bo stwierdziłam, iż nie mam nic do stracenia. Wyszłam z założenia, że ja nie jestem muzykiem o wypracowanej renomie,więc nie mam nic do stracenia.Byłam gotowa na krytykę. Moja odwaga okazała się moją wygraną! Jednak mój sukces nie zmienił mojego nastawienia i nadal wydaje mi się, że podchodzę do wszystkiego z ogromną pokorą.

Karolina Sydorowicz

Czy „Mam Talent” to są dobre wspomnienia, do których lubisz wracać?

Wiele przygód towarzyszyło mi podczas przygotowań i występów w programie. Wielokrotnie były to niezbyt pozytywne zwroty akcji.Widz przed telewizorem widzi tylko mały wycinek realiów programu, jednak myślę, że dzielnie poradziłam sobie z różnymi trudnościami i wyzwaniami, które tam napotkałam.Finalnie przecież mogło mnie tam nie być, a jednak poszłam i wystąpiłam – więc wszystko biorę za cenną monetę i pozytywny czas. Udział w „Mam Talent” wzmocnił zapewne moją wiarę w siebie i możliwość autoprezentacji. To moment, w którym stwierdziłam, że faktyczne ludzie są zainteresowani tym, co robię, co sobą reprezentuję.
Dzięki temu telewizyjnemu doświadczeniu, które było dla mnie wielkim wyzwaniem, zaczęłam produkować moją własną, autorską muzykę z Mikołajem Adamskim z TreVoci. Zrobiłam progres. Jestem z siebie po prostu dumna, odbiera to jako dobry etap rozwoju. Słowa Agnieszki Chylińskiej – że odnalazła w tym moim występie wszystko, że wcześniej czegoś takiego nie było – są dla mnie niezwykle ważne i budujące. Chodziło jej oczywiście i o osobowość, charyzmę, ale i o sam utwór oraz jego prezentację.

Patrząc na Twoje zdjęcia, video czy choćby występ w „Mam Talent” można zaobserwować, że ciągnie Cię w stronę kultury arabskiej, tureckiej. Pokazujesz to w stroju, akcesoriach, biżuterii. Uczysz się ponadto języka tureckiego i arabskiego. Dlaczego?

Tak, śmieję się, że w poprzednim życiu musiałam się urodzić w jakimś kraju arabskim. Ewidentnie ciągnie mnie w stronę ich bogato zdobionych strojów, muzyki i estetyki. O dziwo, większą łatwość sprawia mi nauka języka arabskiego niż francuskiego i włoskiego. To dla mnie jest naturalne…Nie umiem od tego uciec, tu nic nie jest prowokowane czy wytwarzane na siłę, na jakiś pokaz…Niewątpliwie zafascynowana jestem muzyką i kuchnią Bliskiego Wschodu.

Karolina Sydorowicz

Z jakim artystą, muzykiem, mulitinstrumentalistą bym nie rozmawiała, zawsze z podziwem i wielkim zainteresowaniem wysłuchuję historii o początkach przygody z muzyką, która to najczęściej narodziła się we wczesnych latach dzieciństwa. Pochodzisz z rodziny o muzykalnych tradycjach?

Muzyka zawsze była u mnie w rodzinie, mój dziadek grał na akordeonie, trąbce i na skrzypcach – był samoukiem. Mój tata również grał w ramach rozrywki na akordeonie, bardzo hobbystycznie. Jestem jedyną osobą z rodziny, która poszła w tym kierunku profesjonalnie, zawodowo, choć wielu członków rodziny ma ku temu predyspozycje.
Poszłam do szkoły muzycznej, później była Akademia Muzyczna im. Ignacego Jana Paderewskiego. Gram nie tylko na skrzypcach, zdarzało się również na lirze korbowej, prowadziłam muzycznie przez jakiś czas dziecięcy zespół folklorystyczny. Nagrywałam utwory np. na altówce, na wiolonczeli, kiedy była taka
potrzeba, a w pobliżu nie było wiolonczelisty, ale skrzypce są dla mnie najważniejszym instrumentem.

I jeszcze ważne są dla Ciebie…
Zdrowie, moja rodzina i równowaga życia. I tego się trzymam!

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

Może cię zainteresować:

Karolina Sydorowicz
REKLAMA
REKLAMA

Teatr Biuro Podróży | Z Poznania na festiwal w Bagdadzie

Artykuł przeczytasz w: 7 min.

Tekst: Natalia Klupp, Teatr Biuro Podróży
Zdjęcia: Hayder Ettihad

Plenerowy spektakl „Silence. Cisza w Troi” Teatru Biuro Podroży został zaproszony do stolicy Iraku, miasta, którego blizny wojny wciąż są widoczne, a niektóre rany bolesne. Pokaz odbył się podczas 6. edycji Baghdad International Theater Festival.

Teatr Biuro Podróży opowiada o losach uchodźców. Przygląda się sytuacji z punktu widzenia mieszkańca oblężonego miasta, na które spadły bomby, człowieka, któremu jeszcze kilka lat temu nie przyszłoby do głowy, że stanie się uchodźcą. Bohaterami spektaklu są dzieci – niewinni świadkowie śmierci bliskich, ofiary tułaczki, głodu i przemocy. Dla tych dzieci i ich przyszłego spokoju, aktorzy próbują choć na chwilę postawić się w roli uchodźcy. Teatr Biuro Podróży wykorzystując środki teatru plenerowego: symboliczną scenografię, ogień, szczudła oraz lalki – postaci dzieci i przejmującą muzykę autorstwa Krzysztofa Wiki Nowikowa, opowiada o ludziach, którzy znaleźli się w zawierusze wojennej i którym pozostały już tylko marzenia o ucieczce. – Jechaliśmy do Bagdadu nie bez obaw. Najtrudniej jest grać spektakl o wojnie dla ludzi, którzy tej wojny doświadczyli bezpośrednio. Świadomość, że my tak naprawdę mamy wojnę tylko w swoim mentalnym i międzypokoleniowym doświadczeniu jest krępująca.

Jednak, podobnie jak z „Carmen Funebre” i tym razem spektakl „Silence” nie stał się tylko eufemistycznym opisem a priori. Obrazy spektaklu, metafory wojny i przemocy zostały przyjęte przez widzów Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego w Bagdadzie z szacunkiem i uznaniem – tak relacjonował całe przedsięwzięcie Paweł Szkotak, reżyser i dyrektor Teatru Biuro Podróży.
A propos samego miasta i jego mieszkańców wypowiadał się bardzo ciepło i pochlebnie. – Bagdad, miejsce podnoszące się z ruin wojny z terroryzmem, a później wojny domowej z Daesh, chce wejść na drogę ku międzynarodowej społeczności. Miasto jest tętniące życiem, ludzie ciekawi  obcokrajowców, których jeszcze stale prawie nie ma. W herbaciarni, wysadzonej przez ISIS kilka lat temu w powietrze, spotykamy młodą programistkę z ojcem. Opowiada nam ona o życiu w Bagdadzie, które nie różni się wiele od naszego. Inni młodzi ludzie dzielą się z nami informacjami o swoich marzeniach i ulubionych filmach. Pijemy wspaniałą cytrynową herbatę. I my, i oni czujemy się dobrze, jak spełnieni obywatele świata. Mimo trudów codzienności Irakijczycy chcą nam pokazać, że żyją normalnie. My grając dla nich spektakl teatralny, chcemy pokazać, że też tak właśnie czujemy.

Teatr Biuro Podrózy w Bagdadzie

„Silence. Cisza w Troi” spotkał się z entuzjastycznym i pełnym wzruszenia przyjęciem ze strony festiwalowej publiczności. Pokaz odbił się też szerokim echem wśród działaczy i krytyków teatralnych, których analizy przedstawiają interesujące ścieżki interpretacyjne.
Abbas Azeez Ali, Członek Federacji Tłumaczy Irackich i Członek Związku Pisarzy Irackich, w recenzji „Silence: Cichy krzyk w symfonii chaosu” napisał: „(…) Autobus, niegdyś symbol życia i łączności, staje się płonącą pułapką, grobowcem na kółkach. To nie tylko atak na ludzi; to atak na pamięć, na przyszłość, na samą tkankę społeczeństwa. Akcja sztuki osadzona na „Baghdad’s Celebration Square” ma głębokie znaczenie. Zakorzenia abstrakcyjną tragedię w bardzo realnym, historycznym kontekście Gazy, miasta, które wielokrotnie doświadczało niszczącej radość wojny. Wybierając tę lokalizację, sztuka przekracza alegorię i staje się konkretnym, bolesnym echem wydarzeń rzeczywistych. Jest hołdem dla wszystkich publicznych placów, rynków i autobusów od Bagdadu po Gazę, od Ukrainy po Jemen, które zmieniono z przestrzeni życia w miejsca masakry. Tytuł „Autobus” staje się zatem wiecznym symbolem. To szkolny autobus, autobus codziennego dojazdu, autobus uchodźców – zawsze nośnik ludzkich historii, a coraz częściej cel ataku. Podsumowując, „Autobus” to monumentalne dzieło sztuki protestu. Jego cichy format jest jego najpotężniejszą bronią, zmuszając widza do zaangażowania się nie w retorykę, lecz w surowe ludzkie emocje. Trzyma ciemne lustro nad naszym światem, ukazując absurd i brutalność używania zaawansowanej siły militarnej wobec bezbronnych cywilów. W ostatniej, druzgocącej scenie cisza nie jest już pusta; jest ciężka od echa utraconego śmiechu i wypełniona krzykiem, który rezonuje długo po opadnięciu kurtyny. To bolesne, konieczne i niezapomniane doświadczenie teatralne, które nie potępia słowami, lecz głębokim, uniwersalnym językiem ludzkiego cierpienia i żywotności.” [Tłumaczenie: Teatr Biuro Podróży]

20251120 Teatr Biuro Podrozy Silence photo Hayder Ettihad 5

Zaś Ali Raheem Obayes (Ali_Bakrri) w publikacji „Czytanie obrazu poetyckiego i jego zastosowanie w przestrzeni teatralnej” zamieścił odnośnie „Silence” w reż. Pawła Szkotaka takie oto słowa:

„(…) Spektakl nie unikał odważnych tematów ani nawiązywania do religijnych tabu. Posąg niesiony i wciągany  przez żołnierzy i uchodźców na dach autobusu przypominał wizerunek Chrystusa w zachodniej myśli chrześcijańskiej – „Boga, który umarł” w filozofii Nietzschego – którego twarz w produkcji Szkotaka pozostawała zasłonięta przed tragedią uchodźców. Wybrzmiało to jak zakodowany przekaz dotyczący  głębokiej samotności  i egzystencjalnej pustki odczuwanej przez osoby przesiedlone. Spektakl przedstawiał również surowe i  do bólu fizyczne obrazy przemocy, ukazując brutalność władz i represyjnych systemów wobec uchodźców – sceny, w których ciało było ciągnięte ulicą przez motocykl, oraz wiele innych uderzających momentów. Jednocześnie pokazywał obrazy czci i pamięci, przypominające unikalne irackie metafory kulturowe: w jednej ze scen aktor umieszcza kwiat w bucie ofiary – czyn głęboko zakorzeniony w irackich tradycjach oddawania hołdu męczennikom, zwłaszcza po niedawnej wojnie z terroryzmem. Spalenie autobusu przy użyciu tych samych pojazdów, które kiedyś były używane przez egzekutorów do terroryzowania ofiar, symbolizowało koło czasu i historii, echo słów Mahmouda Darwisha: Historia kpi zarówno ze swoich bohaterów, jak i ofiar; rzuca na nich okiem – a potem idzie dalej. Te i wiele innych obrazów wzmacniało humanitarny przekaz spektaklu – przekaz, który nie dziwi, ponieważ jest wynikiem artystycznej chęci eksplorowania najtrudniejszego aspektu ludzkiej natury: stanu wojny.  Możemy powiedzieć, że ten spektakl został stworzony przez człowieka, dla człowieka i o człowieku. Udało mu się przekazać przesłanie wszystkim, którzy byli jego świadkami – bez zbędnej symboliki czy nadmiernej abstrakcji, polegając zamiast tego na precyzyjnym rytmie, wierze w kondycję ludzką oraz estetycznych obrazach służących głęboko humanistycznym celom.”[Tłumaczenie: Teatr Biuro Podróży]

Spektakl „Silence. Cisza w Troi” powstał w 2016 roku na zamówienie Greenwich+Docklands International Festival / London oraz Hull UK City of Culture 2017 / Freedom Festival, w koprodukcji z GDIF. Był grany niemal 150 razy w Polsce, Anglii, Szkocji, Hiszpanii, Bułgarii, Rumunii, Czechach, Niemczech, Iranie, Indiach oraz Iraku.

  • * *
    Teatr Biuro Podróży istnieje od 1988 roku. Jego założycielem i reżyserem jest Paweł Szkotak. W ciągu ponad trzydziestu pięciu lat poszukiwań artystycznych teatr wypracował własną metodę pracy nad spektaklem oraz rozpoznawalny styl teatralny, przygotował 25 autorskich spektakli, w tym piętnaście widowisk plenerowych. Teatr Biuro Podróży był uczestnikiem największych światowych festiwali teatralnych. Spektakle teatru zaprezentowane zostały w blisko 60 krajach świata, na sześciu kontynentach (m.in. w Argentynie, Australii, Brazylii, Chinach, Kolumbii, Kubie, Egipcie, Indiach, Iranie, Izraelu, Jordanii, Korei, Libanie, Meksyku, Palestynie, Singapurze, Taiwanie, USA oraz w większości krajów europejskich). Otrzymał wiele prestiżowych nagród na międzynarodowych festiwalach, m.in. w Edynburgu, Teheranie, Atenach, Brześciu, Kairze.

Natalia Klupp

Teatr Biuro Podróży
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

Szafa przesuwna do sypialni: porządek i miejsce tam, gdzie go brakuje

Artykuł przeczytasz w: 3 min.


Szafa przesuwna to nadal najprostszy sposób, by zyskać przestrzeń i porządek w sypialni. Mieści więcej niż klasyczna, a jej drzwi nie blokują przejścia ani ustawienia mebli. Jak zatem wybrać ją dobrze, aby służyła nam przez lata?


Tekst: Hanna Szumińska | Zdjęcia: Komandor

Szafa przesuwna to rozwiązanie, które łączy pojemność z czystą linią wnętrza. Drzwi przesuwne pracują w płaszczyźnie frontu, więc nie kolidują z łóżkiem, stolikami nocnymi czy ciągiem komunikacyjnym co jest szczególnie ważne w mniejszych pokojach. O jakości decydują stabilny korpus, dobre płyty oraz prowadnice i okucia, które zapewniają cichą, równą pracę przez lata. Atutem jest także pełna personalizacja: wymiary, wykończenia i układ środka dobierasz do własnych potrzeb. Szafa przesuwna to także oszczędność miejsca na co dzień. Sypialnia zyskuje wygodniejszy układ, bo nie trzeba rezerwować przestrzeni na otwarcie skrzydeł. Łatwiej zaplanować ciągi komunikacyjne, a przechowywanie staje się przewidywalne: drążki na rzeczy wieszane, półki na swetry, płytkie szuflady na dodatki. To ogranicza bałagan i skraca poranne wybory.

Jak wybrać dobrą szafę przesuwną?

Najpierw dopasuj wymiary do ściany i wysokości pomieszczenia, tak aby mebel nie przytłaczał i nie zostawiał przypadkowych przerw. Potem wybierz wykończenie, które współgra z resztą: lakier dla nowoczesnego efektu, drewno dla ocieplenia, lustro dla rozjaśnienia i optycznego powiększenia pokoju. Zwróć uwagę na kulturę pracy systemu jezdnego – to on przesądza o komforcie użytkowania – oraz na sensowny podział stref wewnątrz.

20251117 szafa3

Style, które łatwo dopasować

Szafa może pozostać tłem albo grać pierwszoplanowo. W nowoczesnych aranżacjach sprawdzają się gładkie fronty i dyskretne podziały. W przytulnych – drewno o wyraźnym rysunku. W loftowych – ciemne profile i szkło. Kluczem jest spójność z wystrojem sypialni, nie sama efektowność.

20251117 szafa2

Gdzie szukać sprawdzonych rozwiązań?

Komandor to marka, która od ponad 30 lat projektuje, produkuje i montuje w Polsce i w 42 krajach szafy, garderoby i zabudowy, przeszklenia i kuchnie na wymiar. Marka rozpoczęła działalność od systemu drzwi przesuwnych. Teraz można zamawiać wszystko na dokładny wymiar z obsługą premium od doradztwa po montaż. Własne oprogramowanie Komandor Software jest jednym z najnowocześniejszych na rynku. Może dlatego, że zostało napisane przez firmę, która produkuje i wykonuje wszystko na wymiar i w sposób spersonalizowany. To polska firma, polska produkcja i polskie usługi. A już wkrótce akcja „Na 30 lecie – zmień fronty”. Szczegóły niebawem. Więcej na www.komandorpoznan.pl.

Hanna Szumińska

Hanna Szumińska

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

Legenda w cieście zawinięta, czyli historia Rogala Świętomarcińskiego

Artykuł przeczytasz w: 5 min.
Rogale świętomarcińskie


Każdego roku, 11 listopada, kiedy w całym kraju rozbrzmiewają hymny z okazji Święta Niepodległości, w Poznaniu słychać coś jeszcze – śmiech na ulicy Święty Marcin i zapach świeżo pieczonych rogali. To właśnie wtedy stolica Wielkopolski świętuje swoje wyjątkowe imieniny, Imieniny Świętego Marcina. Tradycja, która łączy duchowość, legendę oraz wyjątkowy smak, trwa tu nieprzerwanie od ponad wieku. Rogal Świętomarciński stał się nie tylko przysmakiem, ale i symbolem poznaniaków. A jego historia? Zawiła jak ciasto, z którego jest zrobiony i pełna smaku jak makowe nadzienie.

Tekst: Zuzanna Kozłowska | Zdjęcia: Adobe Stock

Święty Marcin – patron, legenda i symbol dobroci


Święty Marcin z Tours był rzymskim żołnierzem, który przeszedł do historii nie z powodu bitew, lecz gestu miłosierdzia. Gdy pewnego mroźnego dnia spotkał zziębniętego żebraka, rozciął mieczem swój płaszcz i podzielił się nim z nieznajomym. Tę opowieść przez lata powtarzano w poznańskich kościołach, szczególnie w parafii pw. św. Marcina. Właśnie tam, w 1891 roku, proboszcz ks. Jan Lewicki podczas odpustu wezwał wiernych, by na wzór świętego, wsparli potrzebujących. Ta przypowieść o dobroci i współczuciu zapaliła iskrę, z której narodziła się tradycja, dziś już nierozerwalnie związana z tożsamością Poznania.

Od pogańskich ofiar do poznańskiego przysmaku

Zanim Rogal Świętomarciński trafił na stoły poznaniaków, jego kształt pojawił się już w dużo starszych obrzędach. Pierwsze wzmianki o zawijanym cieście przypominającym rogi pochodzą jeszcze z czasów pogańskich. Podczas jesiennych świąt składano w ofierze bogom ciasto uformowane w kształt bawolich rogów, jako symbol siły i urodzaju.
Z biegiem stuleci ta forma przetrwała, zmieniając znaczenie, lecz zachowując swój charakterystyczny kształt. Z ofiary dla bóstw uczyniono ofiarę z serca, gest dobroci i dzielenia się z innymi. I właśnie ta przemiana, z pogańskiego rytuału w chrześcijański symbol hojności, sprawia, że Rogal Marciński jest tak wyjątkowy.

Rogale świętomarcińskie

Sen cukiernika i narodziny tradycji

Legenda głosi, że w przeddzień odpustu świętomarcińskiego piekarz Walenty nie mógł zasnąć, myśląc o słowach proboszcza, który nawoływał do pomocy biednym. Modlił się o znak i w nocy przyśnił mu się sam św. Marcin, jadący konno przez śnieg. Rano przed domem piekarza leżała podkowa. Walenty zrozumiał przesłanie. Całą noc wypiekał ciasteczka w kształcie końskiej podkowy, nadziewane makiem i bakaliami. Następnego dnia rozdał je ubogim po mszy.

Tak narodził się słynny rogal!

Z czasem legendę przejął rzeczywisty cukiernik Józef Melzer, który, według źródeł historycznych, w 1891 roku naprawdę namówił swojego szefa do wypieku rogali z okazji odpustu. Zamożni poznaniacy kupowali je, a biedni otrzymywali za darmo. Pomysł okazał się tak trafiony, że wkrótce dołączyły kolejne cukiernie, a w 1901 roku tradycję przejęło Stowarzyszenie Cukierników. Tak rozpoczęła się historia, która trwa do dziś.

Prawda ukryta w archiwach

Choć legenda o piekarzu Walentym porusza serca, fakty są równie fascynujące. W archiwach zachowały się ogłoszenia z „Dziennika Poznańskiego” z 1860 roku, w których reklamowano już „Rogalik Św. Marciński”. Oznacza to, że tradycja wypieku istniała wcześniej, zanim pojawiła się słynna historia z 1891 roku. Badacze, w tym dr Wojciech Mania z Poznańskiej Lokalnej Organizacji Turystycznej, wskazują, że rogal mógł mieć wiele źródeł. Jedne z nich łączą go z pogańskimi rytuałami, inne z triumfami Jana III Sobieskiego pod Wiedniem. Jednak wspólny mianownik jest jeden – Poznań od wieków potrafił łączyć historię, legendę i smak w coś, co dziś stało się jego kulinarną wizytówką.

Rogale świętomarcińskie

Rogal dziś – duma Poznania

Współczesne Imieniny Świętego Marcina to święto radości i wspólnoty. Ulicami miasta przechodzi barwny korowód z postacią świętego na białym koniu, słychać muzykę, a w powietrzu unosi się zapach świeżo pieczonych rogali. Szacuje się, że w listopadzie poznaniacy i turyści zjadają nawet milion rogali!
Oryginalne rogale przygotowywane są wyłącznie w certyfikowanych cukierniach na terenie
Wielkopolski, zgodnie z tradycyjną recepturą i pod ścisłą kontrolą. W 2008 roku Rogal Świętomarciński uzyskał unijny certyfikat „Produktu o Chronionej Nazwie Pochodzenia”, co oficjalnie potwierdziło jego wyjątkowość.

Jak rozpoznać prawdziwego Rogala Świętomarcińskiego?

Prawdziwy Rogal Marciński to nie zwykły rogalik z makiem. Jego sekret tkwi w szczegółach.
W cieście półfrancuskim, lekkim, a jednocześnie wilgotnym. W nadzieniu z białego maku, migdałów, orzechów, rodzynek i kandyzowanej skórki pomarańczowej, słodkim lukrze i chrupiących orzeszkach na wierzchu, a na końcu w jego wadze. Waga prawdziwego rogala świętomarcińskiego musi mieścić się między 150 a 250 gramów – nie mniej, nie więcej.

Każdy z tych elementów musi być zgodny z recepturą zatwierdzoną przez unijnych inspektorów.
Tylko wtedy rogal może nosić dumne miano „Świętomarcińskiego”.
W żadnym innym miejscu w Polsce listopad nie pachnie tak słodko jak w Poznaniu. Rogal
Świętomarciński to coś więcej niż deser, to oznaka hojności, tradycji i dumy z lokalnych korzeni. Gdy w jesienny poranek nad miastem unosi się zapach ciepłego ciasta, wiadomo, że nadszedł czas Imienin Świętego Marcina – dnia, w którym Poznań staje się najsłodszym miastem w kraju.

Zuzanna Kozłowska

Zuzanna Kozłowska

REKLAMA
REKLAMA
Rogale świętomarcińskie
REKLAMA
REKLAMA