Prof. dr hab. n. med. Wojciech Golusiński | Relacja z pacjentem nadaje sens mojej pracy

Profesor Wojciech Golusiński


Nowotwory głowy i szyi należą do tych chorób, które dotykają człowieka szczególnie głęboko. Potrafią zmienić sposób mówienia, oddychania i przełykania, a co za tym idzie – także patrzenia na siebie i świat. Dlatego spotkanie z lekarzem, który potrafi przeprowadzić pacjenta przez ten proces nie tylko jako chirurg, lecz także jako partner w leczeniu, ma znaczenie fundamentalne. Prof. dr hab. n. med. Wojciech Golusiński, kierownik Katedry i Kliniki Chirurgii Głowy, Szyi i Onkologii Laryngologicznej Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, należy do najbardziej rozpoznawalnych w Europie polskich specjalistów w dziedzinie chirurgii nowotworów głowy i szyi. Jako pierwszy w Polsce wykonywał operacje tych nowotworów z wykorzystaniem robota da Vinci, współtworzył europejską kampanię profilaktyczną Make Sense i od lat rozwija system wczesnej diagnostyki w naszym kraju. Dla mnie ta rozmowa ma jednak także wymiar osobisty – jest powrotem do doświadczenia choroby widzianej z perspektywy pacjenta i przypomnieniem, jak ogromne znaczenie w procesie leczenia mają relacja, zaufanie i język, którym lekarz prowadzi chorego przez najtrudniejsze momenty jego życia.

Rozmawia: Alicja Kulbicka | Zdjęcia: Jacek Mójta, archiwum własne, Śląski Uniwersytet Medyczny w Katowicach

Panie Profesorze, co zdecydowało o tym, że wybrał Pan właśnie chirurgię głowy i szyi – jedną z najbardziej wymagających dziedzin medycyny?

PROF. WOJCIECH GOLUSIŃSKI: W dużej mierze jest to moje rodzinne dziedzictwo. Mój ojciec był laryngologiem, więc od początku dorastałem w świecie medycyny i chirurgii. Wychowywałem się w domu, w którym medycyna, a zwłaszcza chirurgia, była czymś bardzo obecnym. Codziennie słyszałem rozmowy o wyzwaniach, odpowiedzialności, o trudnościach, które czekają chirurga na sali operacyjnej. To naturalnie kierowało moje zainteresowania właśnie w tę stronę. Zresztą już wtedy czułem, że głowa i szyja to obszar szczególny – najważniejszy z punktu widzenia jakości ludzkiego życia. To tutaj znajdują się narządy zmysłów, to ten region odpowiada za oddychanie, połykanie, mowę, komunikację. Wszystko zaczyna się właśnie tutaj, w górnym odcinku drogi oddechowo-pokarmowej. Dlatego po studiach wybór był dla mnie dość oczywisty.

Poznań jest ważnym punktem na mapie polskiej chirurgii głowy i szyi przede wszystkim dzięki Pana pracy. Jak zaczęła się ta historia?

Z Poznaniem jestem związany od początku swojej drogi zawodowej. Jeszcze w czasie studiów działałem w kole laryngologicznym, a po dyplomie trafiłem do Kliniki przy ulicy Przybyszewskiego i do profesora Zygmunta Szmei – postaci, którą do dziś uważam za jednego z najważniejszych swoich mistrzów. To on nauczył mnie nie tylko chirurgii, ale także myślenia o pacjencie z ogromną odpowiedzialnością i pokorą wobec zawodu. Dość wcześnie zrozumiałem, że jeśli chcemy rozwijać tę specjalność w Polsce naprawdę nowocześnie, trzeba patrzeć szerzej. Dlatego wyjeżdżałem do ośrodków zagranicznych – pracowałem w Londynie w ramach królewskiego stypendium z zakresu chirurgii głowy i szyi, później w Norwegii i we Włoszech. Te doświadczenia pozwoliły mi zobaczyć, w jakim kierunku rozwija się światowa medycyna i jak tę wiedzę można przenieść do Poznania. Po powrocie zdecydowałem, że moją drogą będzie chirurgia głowy i szyi rozumiana interdyscyplinarnie, łącząca elementy chirurgii onkologicznej, szczękowo-twarzowej, plastycznej i rekonstrukcyjnej. Na tej podstawie powstał na Garbarach pierwszy w Polsce tak zorganizowany ośrodek leczenia nowotworów głowy i szyi, a następnie katedra i klinika uniwersytecka przy Wielkopolskim Centrum Onkologii. Przez ponad dwadzieścia lat budowaliśmy tu miejsce, które dziś jest rozpoznawalne nie tylko w kraju, ale również w Europie. Równolegle udało się doprowadzić do wpisania chirurgii głowy i szyi jako odrębnej umiejętności w systemie szkolenia lekarzy oraz powołać Polskie Towarzystwo Nowotworów Głowy i Szyi, integrujące specjalistów różnych dziedzin. Od początku zależało mi na tym, aby leczenie tych pacjentów miało charakter rzeczywiście interdyscyplinarny, bo tylko w takim modelu można osiągać najlepsze efekty.

Profesor Wojciech Golusiński

Porusza się Pan po obszarze, który jak sam Pan wspomniał decyduje nie tylko o zdrowiu, ale często o jakości życia pacjenta – mowie, oddychaniu, wyglądzie. Czy to zmienia sposób rozmowy z pacjentem przed operacją?

Ogromnie. Komunikacja lekarza z pacjentem w tym obszarze jest absolutnie kluczowa. Z mojego doświadczenia wynika, że nawet 70 procent pacjentów nie rozumie w pełni informacji, które słyszą podczas pierwszej rozmowy. To nie wynika ze złej woli, tylko z sytuacji, w jakiej się znaleźli. Człowiek mierzący się z diagnozą onkologiczną nie jest w stanie przyjąć wszystkiego naraz. Dlatego ta rozmowa musi być etapowa. Trzeba mówić jasno, ale jednocześnie bardzo odpowiedzialnie – tak, żeby nie przytłoczyć chorego, a równocześnie nie odebrać mu poczucia sprawczości. Pacjent rozpoczynający leczenie onkologiczne musi mieć przekonanie, że warto walczyć i że ta droga ma sens. Zawsze uważałem, że pacjent powinien widzieć w lekarzu partnera – kogoś, kto przeprowadzi go nie tylko przez samą operację, ale przez cały proces leczenia i powrotu do życia. Kogoś, kto towarzyszy mu w kolejnych etapach tej drogi i pomaga odzyskać poczucie bezpieczeństwa. A moment, w którym można wreszcie powiedzieć pacjentowi: „Proszę robić to, na co ma pan, pani ochotę”, jest jednym z najważniejszych momentów w naszej pracy. To znaczy, że naprawdę osiągnęliśmy sukces. My jako osoby prowadzące to leczenie, ale to również sukces tego pacjenta, który przeszedł przez ten trudny proces.

Uśmiecham się Panie Profesorze, bo sama doświadczyłam tych poszczególnych etapów łącznie z tym, że osobom odwiedzającym mnie w szpitalu mówiłam, że nie leżę na „sali chorych”, ale na „sali zdrowiejących”. I mam silne poczucie, że język, jakim się komunikujemy w tak trudnym czasie choroby nowotworowej, jest bardzo ważny.


Prawda. Sposób, w jaki mówimy o chorobie i o leczeniu, ma ogromne znaczenie, bo wpływa na to, jak pacjent przeżywa całą tę drogę. Moment, w którym wraca poczucie sprawczości i możliwość myślenia o sobie nie tylko jako o osobie chorej, ale jako o kimś, kto wraca do życia, jest niezwykle ważny. Od tego właściwie zaczyna się kolejny etap – regularne badania kontrolne, uważność na sygnały organizmu i takie postępowanie, które pozwala utrzymać osiągnięty dobrostan. W onkologii bardzo zależy nam na tym, żeby pacjent nie tylko zakończył terapię, ale żeby mógł naprawdę wrócić do normalnego życia i to poczucie bezpieczeństwa stopniowo odbudowywać.

Jest Pan nie tylko klinicystą, ale też współtwórcą systemowych zmian w dziedzinie nowotworów szyi i głowy w Polsce i w Europie. Czy pamięta Pan moment, w którym zrozumiał Pan, że ta specjalizacja stanie się czymś więcej niż tylko zawodem?

Myślę, że w pewnym momencie, jeśli robi się coś naprawdę intensywnie i z przekonaniem, przestaje to być tylko zawodem. Staje się pasją – czymś, z czym człowiek zasypia i z czym się budzi. I od tego momentu ta praca zaczyna być częścią sposobu myślenia o świecie i o sobie samym. Z czasem ta pasja zaczęła się przekładać także na działania wykraczające poza pracę kliniczną – na budowanie środowiska współpracy, rozwój tej specjalności w Polsce i aktywność międzynarodową.
Miałem zaszczyt pełnić funkcję Prezydenta European Head and Neck Society, a dziś jako Past President, nadal uczestniczę w pracach tej organizacji. Zaproponowano mi również objęcie funkcji dyrektora do spraw kontaktów międzynarodowych, co traktuję jako możliwość dalszego współtworzenia środowiska ludzi, którzy wyznaczają kierunki rozwoju tej specjalności w Europie. Jednym z ważnych obszarów tych działań była także europejska kampania edukacyjna Make Sense, zwracająca uwagę na znaczenie wczesnego wykrywania nowotworów głowy i szyi. Równolegle ogromną satysfakcję daje mi stworzenie i rozwijanie Ogólnopolskiego Programu Profilaktyki Nowotworów Głowy i Szyi, który pozwala przenosić tę wiedzę i doświadczenie na poziom realnych działań w całym kraju. Zawsze wracam też myślą do słów mojego dziadka, poznańskiego kupca, który miał pierwszy dom towarowy na Starym Rynku w Poznaniu i powtarzał: „Musisz z tego żyć i tym żyć”. I dokładnie tak jest. Ta pasja z biegiem lat wcale się nie wypala – przeciwnie, pomysłów jest coraz więcej. Kiedy ma się wizję, pojawiają się wciąż nowe obszary do zagospodarowania i kolejne drzwi do otwarcia.

W rozmowach o Pana pracy najczęściej pojawiają się osiągnięcia, funkcje i projekty o dużej skali. Rzadziej mówi się o tym, że za taką drogą stoi także zwyczajne życie i ludzie, którzy są obok. Czy ta zawodowa intensywność miała swoją cenę?

Nie jest łatwo zachować właściwy balans, bo ta praca bardzo wciąga i właściwie cały czas jest coś do zrobienia, a jednocześnie w domu czeka rodzina. I człowiek musi tych wyborów dokonywać. Wiele rzeczy odbywa się więc kosztem życia rodzinnego… Gdyby nie moja żona, która wzięła na siebie ciężar wychowania trójki naszych dzieci – dziś świetnie wykształconych i realizujących się zawodowo na bardzo wysokim poziomie – wiele z tego, co udało mi się zrobić, nie byłoby możliwe. Bo ta praca oznaczała ciągłe wyjazdy: albo za granicę, albo do kliniki, albo na konferencje i spotkania naukowe. I choć zawsze starałem się być z nimi obecny, to nie zawsze w takim stopniu, w jakim bym chciał… To jest właśnie ta cena…

Chirurgia onkologiczna to także ogromna odpowiedzialność i codzienne decyzje, które podejmuje się w sytuacjach granicznych. Czy takiej odporności psychicznej można się nauczyć?

To jest bardzo trudne pytanie, bo w naszej pracy bardzo często podejmujemy decyzje w sytuacjach, w których nie ma już miejsca na wahanie. Pacjent po operacji najczęściej pyta: „Panie profesorze, czy operacja się udała?”. Ja zawsze mówię moim asystentom, że operacja udaje się wtedy, kiedy jest dobrze zaplanowana. Najpierw musi powstać koncepcja leczenia oparta na badaniach, diagnozie i rozmowie z pacjentem. Trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, jaka metoda będzie najlepsza: czy operacja powinna być klasyczna, endoskopowa, robotowa, z jakiego dostępu i w jakim zakresie. To wszystko musi być przemyślane jeszcze przed wejściem na salę operacyjną. Najtrudniejszy moment pojawia się wtedy, kiedy w trakcie operacji trzeba tę koncepcję zmienić. Wtedy chirurg zostaje z decyzją sam. Nikt nie jest w stanie go w tym momencie zastąpić ani podpowiedzieć właściwego rozwiązania. I właśnie tutaj zaczyna się rola doświadczenia. Tego nie można nauczyć się z książek – to przychodzi z latami pracy i z gotowością do wzięcia pełnej odpowiedzialności za pacjenta. Są też momenty szczególnie trudne w rozmowie z chorym, kiedy trzeba powiedzieć: musimy usunąć krtań, fragment języka, żuchwy czy oczodołu. To są operacje okaleczające i zmieniające życie, a ich skutków nie da się ukryć. Dlatego nie zgadzam się z określeniem, że chirurg jest tylko rzemieślnikiem. Chirurg musi być także artystą. Tak jak dobry malarz ma wizję obrazu i pewną kreskę, tak chirurg musi mieć koncepcję operacji i lekką rękę, a przede wszystkim zdolność przewidywania jej efektu jeszcze zanim rozpocznie zabieg.

Profesor Wojciech Golusiński

Co technologia z wykorzystaniem robota da Vinci realnie zmieniła w chirurgii?

Byłem pierwszym chirurgiem w Polsce, który wykonywał operacje nowotworów głowy i szyi z wykorzystaniem robota da Vinci, i do dziś mam ich najwięcej na swoim koncie. Przeprowadziłem ponad 280 zabiegów z wykorzystaniem robota da Vinci. Żaden ośrodek ani żaden chirurg w Polsce nie ma takiego doświadczenia w tym zakresie. Dzięki temu uczestniczę również w pracach europejskich i amerykańskich gremiów zajmujących się rozwojem chirurgii robotowej, współtworząc kierunki jej dalszego zastosowania w leczeniu nowotworów głowy i szyi.
Chirurgia robotowa całkowicie zmieniła sposób pracy operatora. Dzięki niej możemy poruszać się w polu operacyjnym tak, jakbyśmy znajdowali się w jego wnętrzu. Wizualizacja jest niezwykle precyzyjna – widzimy guz, tkanki otaczające, przebieg naczyń i nerwów, co pozwala operować bardzo dokładnie i jednocześnie maksymalnie je chronić. Możemy koagulować, preparować i usuwać zmiany w sposób niezwykle delikatny, pracując w bardzo ograniczonej przestrzeni anatomicznej.

Zatem co można dziś operować robotem w dziedzinie laryngologii?

Dziś chirurgia robotowa pozwala nam operować m.in. gardło środkowe, migdałki, górną część krtani, węzły chłonne czy tarczycę. A rozwój tej technologii cały czas postępuje. Do tej pory operowaliśmy systemami wieloramiennymi, w których oddzielnie wprowadzano kamerę i narzędzia chirurgiczne. Obecnie pojawia się nowa generacja robotów typu Single Port – system oparty na jednym ramieniu, przez które wprowadza się jednocześnie kamerę i instrumenty operacyjne. To rozwiązanie pozwala pracować jeszcze precyzyjniej w trudno dostępnych obszarach, zmniejsza zakres ingerencji chirurgicznej i otwiera nowe możliwości leczenia w miejscach, które wcześniej były znacznie trudniejsze do operowania. Co istotne, rozwój tej technologii odbywa się również w ścisłej współpracy ze środowiskiem chirurgów. Producenci systemów robotowych korzystają z naszych doświadczeń i obserwacji z sal operacyjnych, dlatego można powiedzieć, że rozwój chirurgii robotowej dokonuje się wspólnie – równolegle z rozwojem praktyki klinicznej.

Profesor Wojciech Golusiński

Robot na sali operacyjnej budzi jeszcze emocje?

Tak, nadal budzi emocje, bo w chirurgii głowy i szyi takich ośrodków wciąż nie ma wiele. Ja sam podchodzę do tego spokojniej, jeśli mam dobrze dobranego pacjenta i znam warunki anatomiczne. I każdy nowy zabieg daje satysfakcję, a największą radość – gdy widzę później tych pacjentów. Malarz sprzedaje obraz i nie wie, co się z nim w przyszłości dzieje. A my widzimy człowieka po leczeniu, widzimy, jak wraca do życia, jak funkcjonuje, jak odzyskuje radość. To daje ogromne poczucie sensu.

Porozmawiajmy chwilę o profilaktyce i czynnikach ryzyka nowotworów głowy i szyi. Na co trzeba być szczególnie wyczulonym, aby wszelkie zmiany wychwycić na wczesnym etapie?

Nowotwory głowy i szyi to szeroka grupa chorób zlokalizowanych w obrębie struktur od obojczyków wzwyż – z wyłączeniem mózgu i gałki ocznej. Obejmują m.in. jamę ustną, gardło, krtań, nos i zatoki przynosowe, tarczycę oraz ślinianki. Problem polega na tym, że ich objawy przez długi czas są mało charakterystyczne i często przypominają zwykłe infekcje, dlatego chorzy trafiają do specjalisty zbyt późno. Tymczasem wczesne rozpoznanie ma kluczowe znaczenie. W Polsce pod względem zachorowalności na te nowotwory zajmujemy około 20. miejsce w Europie, ale pod względem umieralności już drugie. To pokazuje wyraźnie, jak duży mamy problem z diagnostyką na wczesnym etapie. Dlatego stworzyliśmy program profilaktyczny oparty na prostej zasadzie „1 przez 3”. Jeśli co najmniej jeden z objawów – ból gardła, chrypka, jednostronna niedrożność nosa, guz na szyi, krwawienie z nosa lub pieczenie języka – utrzymuje się dłużej niż trzy tygodnie, należy zgłosić się do lekarza. To bardzo prosty sygnał alarmowy, który może uratować zdrowie, a czasem życie. Równolegle zainicjowaliśmy europejską kampanię Make Sense – to ma sens, w ramach której co roku, we wrześniu, w trzecim tygodniu miesiąca organizowany jest Europejski Tydzień Profilaktyki Nowotworów Głowy i Szyi. Jej celem jest zwiększenie świadomości społecznej i skrócenie czasu od pojawienia się pierwszych objawów do rozpoczęcia leczenia. W onkologii właśnie czas ma znaczenie decydujące. Pierwszy cios się liczy.

Polscy pacjenci nadal trafiają do lekarza zbyt późno?

Niestety tak. I często to są osoby, które już wcześniej gdzieś były, ale nie dostały właściwej ścieżki postępowania. Mamy w Polsce pięć, może sześć naprawdę dobrych ośrodków, ale to wciąż za mało jak na kraj liczący 38 milionów mieszkańców. Powinno ich być mniej więcej dwanaście. Dlatego tak ważne jest nie tylko samo rozpoznanie, ale też umiejętność poprowadzenia pacjenta dalej. Zawsze staram się dawać choremu coś w rodzaju mapy drogowej – jasny plan, co robimy, w jakiej kolejności i po co. To bardzo porządkuje sytuację i daje pacjentowi poczucie bezpieczeństwa.

To podsumujmy jeszcze czynniki ryzyka nowotworów w obrębie szyi i głowy.

Do klasycznych czynników ryzyka należą papierosy, alkohol, ryzykowne zachowania seksualne, zaniedbania w higienie jamy ustnej i wirusy onkogenne: HPV oraz Epstein-Barr (EBV). Dziś wiemy już bardzo dobrze, że HPV jest nowym, istotnym czynnikiem prognostycznym, szczególnie w nowotworach gardła środkowego. W Europie około 47% raków gardła środkowego jest HPV-dodatnich. Dlatego tak ważne są szczepienia. W Polsce poziom zaszczepienia jest nadal bardzo niski, podczas gdy w krajach skandynawskich przekracza 90 procent. Tu wciąż mamy ogromną pracę do wykonania.

A jak będzie wyglądała chirurgia głowy i szyi za 10-15 lat?

Widzę ją jako chirurgię małoinwazyjną, ale jednocześnie radykalną onkologicznie. Leczenie powinno być coraz skuteczniejsze i coraz mniej okaleczające. Do tego jednak potrzebujemy pacjentów diagnozowanych wcześniej, a więc skutecznej profilaktyki. W przypadkach bardziej zaawansowanych ogromne nadzieje wiążę z immunoterapią. Zdarzają się dziś sytuacje, w których po dwóch cyklach leczenia nie widzimy już guza. To z jednej strony fascynujące, z drugiej rodzi zupełnie nowe pytania kliniczne. Każdy pacjent staje się osobną historią, osobną otwartą księgą.

Sztuczna inteligencja stanie się realnym wsparciem chirurgów?

Tak, ale przede wszystkim w diagnostyce – radiologicznej, laboratoryjnej czy w ocenie zmian skórnych. Natomiast doświadczenia i ludzkiej wrażliwości sztuczna inteligencja nie zastąpi. Ona może wspierać, analizować, podpowiadać, ale nie zastąpi tego, co w medycynie bierze się z doświadczenia, intuicji i odpowiedzialności.

A co z diagnostyką molekularną?

Diagnostyka molekularna w nowotworach głowy i szyi wciąż pozostaje dużym wyzwaniem. W około 90 procentach przypadków mamy do czynienia z rakiem płaskonabłonkowym, który jest nowotworem bardzo heterogennym biologicznie. Przez wiele lat nie dysponowaliśmy markerem molekularnym, na którym moglibyśmy oprzeć skuteczną, precyzyjną diagnostykę czy dobór leczenia. Pewnym światełkiem w tunelu są dziś badania nad mikroRNA oraz tzw. liquid biopsy, czyli diagnostyka oparta na analizie materiału nowotworowego krążącego we krwi pacjenta. To bardzo obiecujący kierunek, ale nadal jesteśmy na etapie intensywnych badań i nie mamy jeszcze narzędzi, które spełniałyby wszystkie nasze oczekiwania kliniczne. Rak płaskonabłonkowy głowy i szyi jest nowotworem stosunkowo „niemym” molekularnie – nie daje tak jednoznacznych sygnałów diagnostycznych jak inne typy nowotworów. Dlatego leczenie chirurgiczne wciąż odgrywa w jego terapii rolę kluczową. Przy mojej klinice stworzyliśmy również specjalistyczne laboratorium badawcze, w którym prowadzimy wspólne projekty z prof. Masternakiem z Florydy. Na poziomie komórkowym dzieje się dziś bardzo dużo i widzimy wyraźnie kierunki przyszłych zmian, ale na przełomowe rozwiązania, które realnie zmienią codzienną praktykę kliniczną, musimy jeszcze poczekać.

Jest Pan laureatem wielu nagród i wyróżnień, w tym tytułu doktora honoris causa Śląskiego Uniwersytetu Medycznego, a ostatnio także Nagrody Specjalnej Wizjonerzy Zdrowia 2026 przyznawanej za realny wpływ na system ochrony zdrowia. Czego dziś – z Pana perspektywy – najbardziej potrzebuje polska medycyna, aby ten system rzeczywiście zmieniał się na korzyść pacjentów?

Uważam, że polska medycyna stoi dziś na bardzo wysokim poziomie, jeśli chodzi o kompetencje ludzi pracujących w ochronie zdrowia. Mamy świetnych lekarzy, pielęgniarki i specjalistów wielu dziedzin. Tym, czego najbardziej potrzebujemy, jest jednak nieustanna edukacja – na każdym poziomie systemu. Od pracownika rejestracji po profesora. Medycyna rozwija się tak szybko, że jeśli ktoś przestaje się uczyć choćby na dwa lata, zaczyna pozostawać w tyle. Sam tytuł naukowy nie wystarcza – potrzebna jest stała otwartość na wiedzę i zmiany. Drugim kluczowym wyzwaniem jest stworzenie ponadpolitycznego porozumienia dotyczącego przyszłości ochrony zdrowia. Potrzebujemy wspólnie wypracowanych zasad organizacji systemu, racjonalnej dystrybucji środków oraz rozwoju nowoczesnego, interdyscyplinarnego leczenia wysokospecjalistycznego. Dziś często słyszymy, że nakłady na ochronę zdrowia rosną, ale pacjent nie zawsze odczuwa realną poprawę – kolejki do specjalistów pozostają długie, a czas wizyty bywa zbyt krótki. Problemem jest również rozproszenie odpowiedzialności za system. W przypadku szpitali mamy do czynienia z wieloma organami założycielskimi, będącymi ich właścicielami – od uczelni medycznych, przez samorządy i miasta, po różnego rodzaju struktury branżowe i każdy z tych podmiotów działa według własnych priorytetów. Tymczasem system wymaga spójności i jasno określonych reguł. Jednocześnie warto podkreślić, że w ostatnich latach warunki pracy młodych lekarzy, zwłaszcza rezydentów, wyraźnie się poprawiły. Nigdy wcześniej sytuacja płacowa wielu grup zawodowych w ochronie zdrowia nie była tak dobra jak dziś. To jednak naturalnie rodzi oczekiwanie wysokiej jakości leczenia – i słusznie, bo pacjent powinien być w centrum całego systemu. Jest wiele konkretnych rozwiązań, które mogłyby poprawić jego funkcjonowanie, ale wymagają one stabilnego, ponadpolitycznego wsparcia. Ochrona zdrowia nie powinna być obszarem doraźnych sporów, bo w ostatecznym rozrachunku zawsze najbardziej odczuwa je pacjent.

Profesor Wojciech Golusiński

Panie Profesorze, to na koniec. Co dzisiaj daje Panu największe poczucie sensu w zawodzie lekarza?

Niezmiennie – kontakt z pacjentem i cała wspólna droga, od diagnozy aż po moment, kiedy możemy cieszyć się z efektów leczenia. Bez tej relacji nie da się naprawdę uprawiać medycyny. To właśnie pacjenci nauczyli mnie, jak z nimi rozmawiać i co jest dla nich najważniejsze. W onkologii więź między lekarzem a pacjentem jest szczególna – oparta na zaufaniu, ale też na wspólnym przechodzeniu przez bardzo trudne doświadczenia. Kiedy po stronie pacjenta pojawia się wdzięczność, a po stronie lekarza – odpowiedzialność. Trzeba umieć ją unieść tak, żeby nie przytłaczała, tylko pozwalała działać spokojnie i skutecznie. I właśnie w tej relacji odnajduję największy sens swojej pracy.

Alicja Kulbicka

Alicja Kulbicka

Redaktor naczelna
REKLAMA
REKLAMA

Może cię zainteresować:

Profesor Wojciech Golusiński
REKLAMA
REKLAMA