Grudzień (nie)idealny

blank


Grudzień zawsze miał dla mnie smak świątecznych rytuałów i postanowień, ale w tym roku wszystko jest inaczej. Świąteczny czas, który kiedyś rozpędzał mnie w kierunku nieskończonych list zakupów, rodzinnych rytuałów i pospiesznego planowania, teraz łapie mnie za rękę i każe zwolnić. Patrzę na miasto tonące w lampkach, czuję zapach pieczonych pierników unoszący się z czyjegoś okna, słyszę pierwsze świąteczne piosenki i… zamiast entuzjazmu pojawia się u mnie refleksja: którą wersję siebie właśnie przeżywam?


Ktoś niedawno zapytał, jaka będzie ta nowa Alicja – czy już 2.0, a może 3.0, albo 5.0? Sama nie wiem. W chorobie nowotworowej tych „ja” było już tyle, że czasem trudno się doliczyć, a zanim ta aktualizacja się skończy, pewnie jeszcze trochę potrwa.

Jestem gdzieś pomiędzy. Pomiędzy usilną chęcią powrotu do dawnego życia a fizycznymi ograniczeniami, na które nie daję sobie zgody. Nie lubię tej niejednoznaczności, nie lubię, gdy ciało nie nadąża za głową, gdy energia rozlewa się gdzieś poza mną i zostaje tylko codzienna walka o zwykłość. Nie daję sobie zgody – ale nie mam wyjścia, bo ciało jasno się ze mną komunikuje: jeszcze nie czas.

Choroba nowotworowa jest trudna na tylu poziomach, że nie da się ich nawet wszystkich policzyć. Najprostszy jest ten fizyczny: brak siły, nieprzewidywalne ograniczenia, czasem ból – czasem (nie)zwykłe zmęczenie, nieproporcjonalne do wykonanej pracy. Głębiej jest psychika: walka z lękiem, momenty bezsilności, złość na własne ciało, frustracja, że coś znów nie wychodzi. Jeszcze głębiej są rzeczy, których nie da się pokazać: rezygnacja, czasem wstyd, czasem samotność wśród ludzi. To nie są poziomy ustawione jeden nad drugim, raczej labirynt, w którym każdego dnia można zgubić się od nowa.

A potem pojawia się grudzień. Z jednej strony pełen list rzeczy „do zrobienia”, a z drugiej – czas, kiedy karmię swoje wewnętrzne dziecko. W tym roku wyjątkowo spragnione „normalności”. Wesołych pluszaków w przebraniu św. Mikołaja, świec pachnących imbirem i piernikami, wizyty na świątecznym jarmarku (nawet z koszmarnie niesmaczną, ale za to bardzo drogą kiełbasą). I daję sobie przyzwolenie na bycie niedoskonałą.

Zamiast udawać, że wszystko jest pod kontrolą, łapię się codziennych drobiazgów: mandarynek jedzonych przed świętami (na szczęście nikt tego nie sprawdza), zapachu igliwia, rozmów przez telefon, które trwają za długo i są zupełnie o niczym. To nie jest manifest – raczej gest bezradności wobec chaosu, który święta tylko wyolbrzymiają. Raz czuję się gotowa na nowy rozdział, innym razem robię tylko to, co naprawdę konieczne. Grudniowe „muszę” i „powinnam” ścierają się z pochorobowym „nie mam siły”. Ostatecznie przestaję się tym przejmować – może to właśnie jest dorosłość: pogodzenie się z tym, że nic nie musi być na sto procent. Ani ja, ani świat, ani lista „rzeczy do zrobienia przed świętami”.

Mam swoje własne sposoby na przetrwanie tego okresu: czasem odkładam wszystko na później z absolutnie czystym sumieniem, czasem znikam pod kocem udając, że rozwiążę wszystkie problemy świata jutro, a czasem odpuszczam tak skutecznie, że sama siebie zaskakuję. Bywa jednak i tak, że nie wiadomo skąd znajduję w sobie siłę – i wtedy też siebie zaskakuję. Coraz częściej uczę się, że wszystkie te wersje mnie są w porządku.

Grudzień i zbliżające się święta uczą mnie łagodności – choć przychodzi mi to z trudem. Pozwalam sobie na niedoskonałość, na chwilę ciszy, na wolniejsze tempo, na bycie niegotową i nieperfekcyjną. Bo największe oczekiwania, którym tak trudno sprostać, są zawsze moje własne.

Może ta grudniowa łagodność przyda się i Wam – zwłaszcza wtedy, gdy świat wokół domaga się perfekcji i „magii świąt” z reklam, a Wy wolicie po prostu usiąść z kubkiem herbaty i poczuć, że nic nie musicie.

Na nadchodzące Święta życzę Wam nie perfekcji, ale zgody na własną niedoskonałość. Wyrozumiałości wobec siebie, która przychodzi nawet wtedy, gdy nie wszystko idzie zgodnie z planem. Odwagi, żeby odpuścić i radości z rzeczy drobnych – takich, które nie zawsze mieszczą się w kalendarzu, ale zostają w pamięci na długo. A jeśli z tych Świąt wyjdziesz w kilku wersjach siebie – tym lepiej. Rozmowa z kimś na poziomie zawsze jest w cenie.

Zdrowych i spokojnych Świąt!

Alicja Kulbicka

Alicja Kulbicka

Redaktor naczelna
REKLAMA
REKLAMA

Może cię zainteresować:

blank
REKLAMA
REKLAMA