IZABELLA EFFENBERG | Nie jestem tylko wibrafonistką jazzową

IZABELLA EFFENBERG | Nie jestem tylko wibrafonistką jazzową


Jako multiinstrumentalistka poszukuje dźwięków, duchowej głębi oraz idealistycznego świata, eterycznego i estetycznego. Obecnie interesuje się intuicyjnymi i spontanicznymi improwizacjami, a także współpracą z różnymi inspirującymi ludźmi. Z każdą płytą, każdym projektem i każdym nowym instrumentem rozwija się i zmienia, dlatego nie postrzega już siebie tylko jako wibrafonistki jazzowej. Gra na szklanej harfie, dużej kalimbie, krotalesach, steeldrumie i wielu innych oryginalnych instrumentach.


Rozmawia: Magdalena Ciesielska | Zdjęcia: Mariusz Kuraszkiewicz, Jacek Brun

Inspirują Cię ludzie, ich talenty, pasje. Jaką niezwykłą osobowość miałaś okazję niedawno spotkać?

IZABELLA EFFENBERG: Szczególnym punktem kulminacyjnym były ostatnio dla mnie koncerty z norweskim pianistą Bugge Wesseltoft w radio NDR w Hamburgu, podczas których cały program improwizowaliśmy swobodnie. A każdy utwór miał zupełnie inny charakter poprzez użycie za każdym razem innego instrumentu lub grupy instrumentów. Cieszę się, że ta nasza improwizacja na temat komedowskiego „Svantetic“ znalazła się na płycie Ery Jazzu.

Poruszyłaś kwestię jazzu i improwizacji. Czy pamiętasz swoje pierwsze spotkanie z muzyką jazzową?

U nas w domu zawsze słuchaliśmy muzyki jazzowej, więc od dawna marzyłam, żeby improwizować. (śmiech) Szczególnie to marzenie ugruntowało się, kiedy poznałam Bernarda Maselego, fascynującego muzyka i wspaniałego człowieka, który potrafi podejść do instrumentu i po prostu grać „z głowy”, bez przygotowania. Wszyscy młodzi perkusiści chcieliby być tacy jak on, ponieważ jest bardzo pozytywną i wybitną osobowością, a mój kontakt z nim jest dla mnie bardzo ważny – napędza mnie do sięgania po nowe środki wyrazu, mobilizuje do dalszej wytężonej pracy, niezmiennie motywuje.

13 kwietnia br. otrzymałaś w Poznaniu podczas gali CZAS KOMEDY nagrodę z rąk Dionizego Piątkowskiego – nagrodę ERY JAZZU. Jaka była Twoja pierwsza myśl, gdy zostałaś laureatką?

Kiedy Dionizy do mnie zadzwonił z tą informacją, była to dla mnie wspaniała niespodzianka. I pomyślałam, że dla takich momentów się żyje! Artysta stale marzy o czymś wyjątkowym, ale w tej pracy jest inaczej… Pracuje się ciężko, stale poszukuje nowych inspiracji, źródeł, networkuje, ćwiczy, organizuje i jak się czasem coś niespodziewanego wydarzy, to jest to wynik wielu elementów, które składają się na dany sukces. Sukces, którego nie da się zaplanować, wyliczyć, bo czasem bardzo długo nic szczególnego się nie dzieje, jest zwyczajnie, bez przysłowiowych wzlotów.
To moja pierwsza nagroda muzyczna z Polski, co mnie bardzo ucieszyło, bo trudno mi na odległość pielęgnować kontakty i relacje w Polsce. Nawet jak w Norymberdze gram coś ciekawego albo z kimś znanym, to w Polsce nikt o tym nie wie albo nazwiska nie są znane – a gram np. ze znanym z telewizji niemieckiej astrofizykiem Haraldem Lesch. Ucieszyłam się też bardzo, że byłam pierwszą kobietą inaugurowaną tą wspaniałą nagrodą ERY JAZZU. A dzień wcześniej, przed telefonem od Dionizego Piątkowskiego, kupiłam sobie kamień przynoszący szczęście Aventurin. I faktycznie zadziałał z pełną mocą. (śmiech)

IZABELLA EFFENBERG | Nie jestem tylko wibrafonistką jazzową

Swoją edukację muzyczną zaczynałaś w Poznaniu przy ul. Solnej. Jak wspominasz te pierwsze lata w poznańskiej szkole muzycznej?

To na pewno nie była łatwa szkoła, ale z perspektywy czasu widzę, że była w pewny sensie wyjątkowa. Tego typu szkół nie ma w Niemczech dla dzieci. Wówczas obezwładniał mnie stres, ponieważ mieliśmy egzaminy np. na fortepianie, gdzie w sali siedziało 25 dzieci i wszyscy musieli zagrać to samo. To na pewno nie było dobre dla zdrowia psychicznego. I połączenie nauki z ćwiczeniem na instrumentach w szkole także nie należało do łatwych, ale ja kochałam muzykę od zawsze i grałam też dla siebie, dla własnej satysfakcji.
Wielkim szczęściem była dla mnie zmiana instrumentu. Profesor perkusji, Marian Rapczewski, był wyjątkową osobowością w szkole – po prostu super człowiek. Do dziś mam z nim kontakt. I dzięki niemu miałam już mniej stresu niż moi koledzy i moje koleżanki grający na innych instrumentach. W tamtym czasie była to naprawdę silna klasa perkusyjna w Polsce. Kiedy zaczęłam grać na perkusji, chciałam od razu grać też na wibrafonie, instrumencie, który widywałam na szkolnym korytarzu i od razu spodobało mi się jego brzmienie. Jednak wówczas możliwe było tylko klasyczne kształcenie.
Razem z moimi przyjaciółmi byliśmy 8 lub 12 lat w tej samej szkole przy ul. Solnej w Poznaniu. Kiedy przyjeżdżam do Polski i gram koncerty, wcześniej kontaktuję się z nimi i zawsze organizujemy jakieś spotkanie. Wielu z moich kolegów zrobiło wspaniałe kariery muzyczne, np. jedna osoba nagrywa m.in. dla Zbigniewa Preisnera, inna właśnie nagrała płytę z Krystianem Zimermanem dla Deutsche Grammophon. I to uczniowie poznańskiej szkoły muzycznej.

Jakie osoby lub wydarzenia najbardziej wpłynęły na Twoją muzyczną drogę?

Na pewno wymieniony już przeze mnie Bernard Maseli. Natomiast na warsztatach w Chodzieży spotkałam niemiecką gitarzystkę – Susan Weinert, kobietę, która grała na światowym poziomie i jeździła na koncerty. Zawiązała się pomiędzy nami nić przyjaźni, która była kontynuowana dalej w Niemczech. Susan miała wyjątkowe podejście do harmonii, jej utwory są technicznie często wyzwaniem dla wibrafonu, stworzyła swoją własną, wyjątkową estetykę. Kiedy Susan była chora, grałam za nią niektóre koncerty z jej mężem Martinem. Susan i Martin tworzyli przecudowny i bardzo wyjątkowy duet, ale w 2020 roku jej zabrakło… Teraz właśnie zaczynam nowy projekt, który będzie wychodził poza ramy jazzu, właśnie z Martinem Weinert, co mnie bardzo cieszy, bo znamy się już ponad 20 lat i wciąż oboje próbujemy nowych muzycznych kierunków.
Następną osobą, która wpłynęła na mój rozwój muzyczny, jest niewątpliwie moja przyjaciółka, niemiecka saksofonista Nicole Johaenntgen. Dzięki niej zaczęłyśmy budować sieć kontaktów z kobiecymi muzykami z różnych krajów, tzw. Sisters in Jazz. Z nimi, w lutym 2026 r., będę grała duży koncert w Stockholmie. Dzięki Nicole poznałam i grałam także ze wspaniałym perkusistą szwedzkim E.S.Trio – Magnusem Ostromem, basistą Larsem Danielssonem czy puzonistą Nilsem Landgrenem. Nils zaprosił mnie na swój festiwal Jazz Baltica, a tam poznałam Bugge Wesseltoft’a. Uwielbiam tę nić powiązań i cennych znajomości.
Na pewno ważnym momentem dla mnie było stworzenie festiwalu wibrafonowego – Vibraphonissimo w moim regionie. Dzięki temu mogłam rozbudowywać moje muzyczne relacje, nauczyć się dobrej organizacji, radzenia sobie z ryzykiem i ze stresem. W tej chwili jest to już festiwal poświęcony całemu światu perkusyjnemu, nie tylko wibrafonowi. Od dziesięciu lat organizuję ten festiwal z Radosławem Szarkiem – profesorem klasycznej perkusji w Norymberdze. W tym roku przygotowujemy 13. edycję.

Dla wibrafonu i dalszego kształcenia obrałaś kierunek – Norymbergię, gdzie aktualnie mieszkasz i pracujesz.

W tamtym czasie nie było jeszcze takich możliwości, żeby przez Internet znaleźć miejsce, gdzie można studiować wibrafon. A jak już się Internet pojawił, to nie było łatwo znaleźć wszystkie informacje. Kiedy pojechałam do mojej przyjaciółki do Berlina, okazało się, że na Akademii można studiować do 26. roku życia, więc już nie mogłam tam zacząć. W Norymberdze, na szczęście, nie było takich obostrzeń. (śmiech) Bardzo dobrze czuję się w Norymberdze. Zostałam tu od samego początku zaakceptowana jako artystka. Już w 2018 roku otrzymałam nagrodę kulturalną miasta Norymbergii, a w 2020 r. nagrodę kulturalną okręgu środkowej Frankonii. Zostałam też wyróżniona jako artystka regionu. To bardzo dużo dla mnie znaczy.
Staram się też mieć indywidualny kontakt z publicznością, czy to przez email, czy to na koncertach. To wspaniałe uskrzydlające uczucie, jak ludzie przychodzą, aby zobaczyć, posłuchać, co tym razem sobie „wymyśliłam“. (śmiech)

IZABELLA EFFENBERG | Nie jestem tylko wibrafonistką jazzową

Czy trudniej było zdobywać uznanie jako kobieta grająca na wibrafonie jazzowym, instrumencie raczej kojarzonym z mężczyznami?

To raczej był plus, ponieważ mało kobiet gra na wibrafonie i marimbie w muzyce improwizowanej. Kiedy zaczynałam, było tak, że w Polsce mało kto poważnie traktował kobiece jazzowe granie. Nie mam tu na myśli wokalistek… W Niemczech było już wówczas inaczej. Podobne uczucia mają moje koleżanki w tym samym wieku, co ja. Zatem generacja 15 lat młodsza ode mnie ma zupełnie inne doświadczenia. Przede wszystkim łatwiej im dostać się na wymarzone uczelnie i znaleźć różne stypendia, dofinansowania na projekty muzyczne, wyjazdy. Mają szeroki, wręcz nieograniczony dostęp do informacji.

Podczas tegorocznego CZASU KOMEDY zagrałaś na szklanej harfie. To było absolutne zaskoczenie dla publiczności zgromadzonej w CK Zamek w Poznaniu. Grasz na niezwykłych instrumentach – od kalimby po szklaną harfę, wykorzystujesz krotale czy array mbira. Skąd pomysł na tak szeroki wachlarz dźwięków?

Lubię też trochę ryzykować (śmiech), więc chciałam zobaczyć jak publiczność zareaguje na coś, co nie widziała do tej pory, na instrumenty niekonwencjonalne, niestandardowe. Nie zawsze to jest łatwe, ponieważ ludzie często muszą się przyzwyczaić do jakiegoś brzmienia, aby im się to spodobało. Przed koncertem miałam też warsztaty na Akademii Muzycznej w Poznaniu i mogłam pokazać studentom perkusji, a także uczniom szkoły muzycznej na Solnej te niezwykłe instrumenty perkusyjne oraz bardziej niekonwencjonalne podejście do improwizacji.
Inwestowanie w tak wiele instrumentów było zarazem naturalnym procesem, ale i ryzykiem. Często doświadczałam, że wielu moich kolegów i koleżanek nie bardzo potrafiło zrozumieć mojego stylu gry czy brzmień – dla nich to było „niewystarczająco jazzowe”. Według mnie instrumenty, na których ja gram, wymagają indywidualnego podejścia do grania czy do kompozycji. Nie ma tutaj sensu, aby wykonywać to, co było napisane np. na fortepian i oczekiwać tego samego efektu. Często to są też „ciche“ instrumenty, które giną w dużej grupie bez odpowiedniego przemyślenia ich roli. Ich budowa także narzuca określony sposób grania. Mnie zawsze irytuje, jak ktoś powie, że nie można na nich zagrać „wszystkiego“. Taki sposób podejścia nie ma sensu. Poza tym po co grać wszystko na wszystkim…
Nie chcę już być widziana w tradycyjnej roli jako wibrafonistka jazzowa, pragnę tworzyć inspirujące projekty, grać utwory, które harmonizują z moją osobowością. Ale jestem świadoma, że jeszcze długa droga przede mną. Muszę pokazać, że takie oryginalne instrumenty istnieją i naprawdę pasują do różnych projektów, stwarzając kompletnie inny brzmieniowo „świat“.

IZABELLA EFFENBERG | Nie jestem tylko wibrafonistką jazzową

Izo, czy potrafisz wskazać jeden instrument, który jest najbliższy Twemu sercu?

To bardzo trudne, ponieważ co jakiś czas się to zmienia. (śmiech) Aktualnie najbardziej lubię grać na szklanej harfie, bo oferuje naprawdę wyjątkowy, sferyczny i nierzeczywisty świat dźwięków. Zwana jest „organami anielskimi”, składa się z ręcznie wykonanych i wydmuchiwanych kryształowych kielichów, w trzech długich rzędach. Kompletnie różnie brzmi z towarzyszeniem innych instrumentów i głosu ludzkiego. Do tej pory była mało wykorzystana na świecie w sferze improwizacji, dlatego widzę tam wielki potencjał.

Oprócz szklanej harfy grasz również na innych, bardzo oryginalnych i mało znanych instrumentach. Opowiedz, proszę, o nich.

Potrafię grać na pięciu większych instrumentach, które mają zupełnie różne systemy ułożenia dźwięków, czyli jest to też trening umysłowy (śmiech); moja głowa musi nadążać, kiedy zmieniam instrumenty na koncercie. Poza wspomnianą harfą szklaną, gram też na array mbira – jest to wielka kalimba, nowoczesny, chromatyczny instrument o skali obejmującej pięć oktaw. Posiada aż 150 lameli, ułożonych zgodnie z kołem kwintowym, w grupach po cztery tony oktawowe jedna nad drugą. Gram również na metalowym steeldrum z Trynidadu, ale posiadam też unikat „Big Mama“ wykonany przez Eckharda Schulza, który jest połączeniem sopranu i altu. Od niedawna uczę się na bawarskich cymbałach, czyli instrumencie strunowym uderzanym pałeczkami. Istnieje wiele różnych rodzajów cymbałów – Jankiel z „Pana Tadeusza” grał na zupełnie innych niż ja. (śmiech)
Gram na wibrafonie, xylofonie czy marimbie, krotalesach oraz szklanym ksylofonie. Jestem szczęśliwą posiadaczką 5-oktawowej marimby Yamaha. Do tego wszystkiego dochodzą także mniejsze instrumenty jak waterphone, sundrum, szklane obiekty znajomego artysty z Norymbergii, szklane misy od szklanej harmonijki czy inne cuda, których nieustannie szukam. (śmiech)

IZABELLA EFFENBERG | Nie jestem tylko wibrafonistką jazzową

Wszystkich tych wspomnianych instrumentów używasz podczas nagrań?

Oczywiście! Ostatnia moja płyta, nagrana w radio bawarskim, pt. „Impressions in colours“ feat. Yumi Ito, była ważniejsza od płyty „IZA“, ponieważ powstała jako zapis muzykowania na różnych instrumentach. W studio znalazły się 22 moje instrumenty, od małych dzwonków aż do marimby. Wcześniej nagrałam jeszcze u znajomego Marcina Górnego płytę na array mbira „Crystal silence“ tylko na tej wielkiej mbirze. W czasie pandemii koronawirusa miałam czas na różne eksperymenty dźwiękowe w domu, a w studio mogłam za pomocą techniki „overdub“ – co oznacza dodatkowe nagranie na już istniejącą ścieżkę dźwiękową – nagrać wiele moich instrumentów, żeby je usłyszeć jednocześnie, a także z towarzyszeniem wybitnej wokalistki ze Szwajcarii, Polko-Japonki Yumi Ito, harfisty i flecisty Antona Mangolda czy pianisty Jochen Pfister’a.

Wiele Twoich kompozycji ma osobiste tło, a utwór „Szukanie” to swoiste credo artystyczne. Czy traktujesz muzykę jako formę opowieści o własnym życiu?

Tak… „Szukanie“ to moje credo życiowe, czasem bardzo męczące. (śmiech) Uwielbiam muzykę skandynawską – nie tylko jazz. Odnajduję w niej więcej spokoju, odprężenia i eterycznych brzmień, które dobrze współgrają z moimi instrumentami. Oczywiście poprzez muzykę, odpowiednie dźwięki, opowiadam o sobie, swoich przeżyciach, nastrojach, doświadczeniach życiowych – tych dobrych i tych złych.
Obecnie szczególnie chętnie słucham muzyki islandzkiej, a także wciąż wracam do twórczości Björk. Chciałabym zaoferować publiczności na koncertach również doświadczenie estetyczne i wizualne – nie tylko muzyczne. Ostatni projekt Teatr Dźwięku „Soundscape“ to była taka pierwsza próba, a dalej będę ją kontynuowała z Martinem Weinertem w projekcie „Sound Sculpture“.

Wspomniałaś o projektach artystycznych, wizualnych, przyciągających wzrok. Jakie masz muzyczne marzenie, które będziemy odbierać zmysłem słuchu, które czeka na swój odpowiedni czas, na realizację? Nad czym obecnie pracujesz i czego możemy się spodziewać w najbliższej przyszłości?

Teraz przygotowuję nową płytę, złożoną z moich różnych nagrań radiowych z muzykami ze Skandynawii – Janem Lundgrenem, Bugge Wesseltoft, Larsem Danielssonem i Magnusem Ostromem. Od 2018 powstało dużo takich nagrań, które są odbiciem mojej muzycznej drogi i rozwoju artystycznego. Chciałabym też więcej prowadzić pokazów instrumentów, związanych z warsztatami, oraz jeszcze więcej grać koncertów w Polsce i w samym Poznaniu, do którego zawsze wracam z sentymentem. I mam marzenie, aby kupić jeszcze kilka oryginalnych instrumentów. (śmiech)

Magda Ciesielska

Magdalena Ciesielska

redaktor prowadząca
REKLAMA
REKLAMA

Może cię zainteresować:

IZABELLA EFFENBERG | Nie jestem tylko wibrafonistką jazzową
REKLAMA
REKLAMA