W świecie, w którym estetyka coraz częściej bywa przesadzona, a naturalność staje się towarem luksusowym, rośnie potrzeba powrotu do harmonii. Dr Krzysztof Madej przekonuje, że prawdziwe piękno nie potrzebuje nadmiaru – wymaga uważności, precyzji i szacunku do indywidualności. O medycynie estetycznej, która nie zmienia twarzy, lecz sposób, w jaki na siebie patrzymy – oraz o długowieczności rozumianej jako jakość życia – rozmawiamy w duchu subtelnej zmiany.
Rozmawia: Magdalena Ciesielska | Zdjęcia: Materiały prasowe
Jak zaczęła się Twoja przygoda związana z medycyną estetyczną?
DR KRZYSZTOF MADEJ: O medycynie estetycznej zacząłem myśleć, jeszcze będąc na specjalizacji z chirurgii ogólnej. Wówczas do szpitala, w którym pracowałem, trafiał przekrój pacjentów – praktycznie ze wszystkim. I jednym z wykonywanych przez nas zabiegów były operacje żylaków kończyn dolnych. Przychodziły starsze panie, ale także mnóstwo młodych dziewczyn, którym niestety nasz system opieki zdrowotnej oferuje jeden rodzaj zabiegu, tak zwany stripping, czyli mówiąc brutalnie wyrywanie głównej żyły powierzchownej, przez co noga wygląda fatalnie zanim to wszystko się zagoi. I mówiąc szczerze, po zabiegu – ta noga też nie wygląda w sposób estetyczny. To był pewnego rodzaju impuls dla mnie.
Czyli medycyna estetyczna w Twoim wydaniu rozpoczęła się głównie od potrzeby zmiany.
Faktycznie tak. Widziałem pacjentki, które poddawały się zabiegom skutecznym, ale dalekim od estetycznych. Wiedziałem, że można inaczej. Szukałem więc rozwiązań, które nie tylko leczą, ale też pozwalają zachować naturalny wygląd. I tak trafiłem na medycynę estetyczną. Sytuacja tych kobiet zainspirowała mnie, żeby poszukać czegoś, co dałoby zadowalający efekt. I znalazłem takie szkolenie u profesora Zbigniewa Rybaka, który jest chirurgiem naczyniowym, angiologiem we Wrocławiu, uczy, jak robić tzw. skleroterapię, żeby nakłuwać, podać odpowiednią substancję do środka i mieć pożądany efekt.
Jesteś zatem estetą, wrażliwym na piękno…
Rzeczywiście. (śmiech) Bardzo doceniam, kiedy efekt jest subtelny. Dziś estetyka to forma odpowiedzialności. Efekt zabiegu nie powinien dominować nad człowiekiem, tylko z nim współgrać – być niemal niewidoczny, a jednocześnie odczuwalny. To właśnie w tej delikatnej granicy kryje się prawdziwa jakość.
Perfekcjonizm to Twoje drugie imię?
Raczej uważność. Nauczyłem się jej bardzo wcześnie – szczególnie przy zabiegach, gdzie każdy detal ma znaczenie. Według mnie dobrze wykonany zabieg to taki, którego po prostu nie widać. Wspomnę tu swojego kierownika specjalizacji, Ziemowita, który nauczył mnie staranności. Np. gdy usuwaliśmy pacjentowi tarczycę, pokazał mi jak delikatnie zszyć skórę po zabiegu, żeby został jak najmniejszy ślad. Nauczyłem się wówczas, w jakim momencie ściągnąć szwy, aby blizna była minimalna, wręcz niewidoczna. I to on we mnie zaszczepił dużo dokładności i skupienia uwagi na szczegółach, co aktualnie wykorzystuję w mojej pracy zawodowej, choćby sposób zakładania szwów w blefaroplastyce.
Klinika Dr Krzysztof Madej to konsekwencja utartej drogi zawodowej. Jaka jest misja kliniki, jej główne cele?
Od zawsze, jak sięgnę pamięcią, pragnąłem wykonywać zabiegi jak najbardziej dokładnie, uważnie. To jest właśnie mój cel, niezwykle prosty – aby pacjent, wychodząc stąd, czuł się dobrze. Był zadowolony, szczęśliwy, by odszukał swoją wartość, przestał się porównywać z innymi i negatywnie oceniać. I żeby wykonany zabieg, jego finalny efekt dodawał pacjentowi siły. Przecież każdy z nas jest wartościowy, tylko nieraz trzeba tę wartość, to piękno wyeksponować.

Czy Twoja klinika działa według prostej zasady: „poprawiamy po cichu”?
To zdanie przeczytałem kiedyś w Szwajcarii i zostało ze mną na długo. Idealnie oddaje moje podejście i misję kliniki, którą stworzyłem. Pacjent nie ma wyglądać „po zabiegu”, ale ma czuć się dobrze i naturalnie. Jak pierwszy raz zobaczyłem claim zagranicznej kliniki: „poprawiamy po cichu”, bardzo mnie to hasło zaintrygowało i pomyślałem, co to mogłoby oznaczać w rzeczywistości. Bo interpretacja może być wielokierunkowa: że to, co robi pacjent, jest jego wyborem, wewnętrzną potrzebą zmian, osobistym pragnieniem. Dodatkowo, żeby pacjent czuł się komfortowo w klinice, a przede wszystkim bezpiecznie i żeby mógł zadawać pytania, wybierać, czuć się decyzyjny i sprawczy. I taka jest oferta kliniki sygnowanej moim nazwiskiem, a moją rolą jest to, aby pacjentowi pomóc, wskazać pewne rzeczy, pokazać co jest piękne i naturalne, i nie wymaga korekty, a co można upiększyć.
Czyli tłumaczysz pacjentowi, jakie ma możliwości. Patrzysz na niego holistycznie?
Oczywiście! Bo czuję takie powołanie, zgodnie z filozofią longevity, która w moim mniemaniu jest tym, w jaki sposób żyjemy. Przekazując więc misję długowieczności, przygotowujemy z zespołem kliniki e-booka dla naszych pacjentów, z bardziej szczegółowymi tematami, krok po kroku, aby pokazać, w jaki sposób możemy dbać o swoje zdrowie, kondycję psychiczną i fizyczną. Jak ważny jest ruch, niekoniecznie sporty ekstremalne, wystarczy systematyczna aktywność na świeżym powietrzu, a także odpowiednia dieta, czyli jadłospis pisany „z głową”. Często ludziom longevity kojarzy się z młodym wyglądem, z odmładzaniem, przyświeca im jedna myśl, że będą wiecznie młodo wyglądać – ale to nie jest longevity.
Za tym podejściem stoi coś więcej niż estetyka.
Zdecydowanie. Bliska jest mi filozofia longevity, czyli długowieczności rozumianej jako jakość życia. To nie tylko precyzyjnie wykonany zabieg. To również odpowiedni czas na sen, ruch, wartościowa dieta i zdrowe relacje międzyludzkie, a i nierzadko – medytacje. Możemy ulepszyć wygląd skóry, zniwelować zmarszczki, poprawić owal twarzy itp., ale jeśli pacjent nie zadba o całą resztę, efekt nigdy nie będzie pełny, idealny. Bo longevity to jest wszystko dookoła nas. Longevity to jest długość naszego życia w komforcie, w zdrowiu, dobrym samopoczuciu.

Brzmi jak filozofia życia, której powinniśmy uczyć się od Japończyków.
Naprawdę nią jest. W Japonii zobaczyłem, jak wygląda w praktyce. Ludzie żyją tam długo, ale przede wszystkim dobrze. Mają swoje ikigai i to naprawdę działa. Japończycy, którzy przechodzą na emeryturę, nadal są w społeczności, czują się potrzebni, zmotywowani do działania. To jest właśnie ikigai – japońska filozofia oznaczająca „powód do życia” lub „radość z codziennego wstawania z łóżka”. Łączy cztery filary: to, co kochamy, w czym jesteśmy dobrzy, czego potrzebuje od nas otoczenie oraz za co możemy otrzymać zapłatę. Ikigai pomaga odnaleźć równowagę, pasję i sens zarówno w pracy, jak i w małych, codziennych przyjemnościach. Polecam każdemu!
Będąc w Japonii, widziałem wielu stulatków, którzy wyglądali o wiele młodziej niż wskazywałaby na to ich metryka, ich skóra twarzy była napięta, bez większych zmarszczek, a przede wszystkim byli pogodni, radośni. I taki dziadek często szedł szybciej niż ja. (śmiech) To jest konsekwencja życia według prostych zasad filozofii longevity. W całej Japonii jest ok. 100 tysięcy stulatków. To jest ewenement na skalę światową.
Odnośnie długowieczności chciałam jeszcze zahaczyć jednego wątku – należysz do Polskiego Towarzystwa Medycyny Długowieczności.
Tak, jestem członkiem Polskiego Towarzystwa Medycyny Długowieczności. Naszym głównym celem jest rozwijanie wiedzy naukowej i przekładanie jej na praktyczne działania, które pozwolą Polakom żyć dłużej w zdrowiu, w dobrej kondycji psychofizycznej. Promujemy długowieczność w wielu jej aspektach, wspieramy badania, edukację i innowacje. Wierzymy, że proces starzenia można opóźnić.
Zatem filozofia longevity idealnie wpisuje się w trend nowoczesnej medycyny prewencyjnej.
Niewątpliwie! Jej celem jest wydłużanie życia Polek i Polaków przy zachowaniu pełnego zdrowia, a także przybliżanie nas do zrozumienia, dlaczego się starzejemy i jak możemy to starzenie spowolnić, by żyć zdrowiej. Prof. Marek Postuła, współzałożyciel i przewodniczący Polskiego Towarzystwa Medycyny Długowieczności, podkreśla, że „medycyna długowieczności to nie fanaberia, ale nowoczesna gałąź nauki, która łączy zaawansowaną technologię, wiedzę o procesach starzenia i praktyczne rozwiązania na rzecz zdrowia.” Określenie longevity jest bardzo głębokie, wielokierunkowe. I to bezsprzecznie ogromne wyzwanie, jakie stoi przed lekarzami oraz całym społeczeństwem.
Czy wciąż pokutuje stereotypowe myślenie, że medycyna estetyczna jest przeznaczona tylko dla kobiet? Czy mężczyźni już bardziej świadomie dbają o swój wygląd i komfort psychiczny?
Obserwuję od lat pozytywny trend wśród mężczyzn, jeśli chodzi o dobrostan, wygląd, samopoczucie, sport – po prostu o całą koncepcję longevity. I to napawa optymizmem! Nawet były takie badania robione, czego najbardziej mężczyźni obawiają się przed pierwszym pójściem do gabinetu medycyny estetycznej w porównaniu z kobietami. U kobiet największym problemem jest strach, że efekt końcowy da przerysowany, nienaturalny wygląd, że kobieta po takim zabiegu będzie miała niewłaściwe proporcje, będzie za dużo ostrzyknięta, zbyt sztywna po botoksie. A mężczyzna boi się prostego następstwa zdarzeń, czyli, że będzie wyglądał jak kobieta, że ktoś go sfeminizuje i będzie wyglądać zbyt „delikatnie”. Kobiety najczęściej obawiają się utraty naturalności, a mężczyźni – utraty swojej tożsamości.

W jaki sposób rozwiewasz obawy pacjentów?
Wielokrotnie powtarzam, że przychodząc do kliniki, pacjent nic nie musi robić. My możemy sobie zwyczajnie porozmawiać, bo po to są konsultacje, aby podczas nich przedstawić różne możliwości i etapy leczenia lub warianty, które mogą wpłynąć na wizerunek pacjenta. Naprawdę taka szczera rozmowa daje najlepsze efekty – wtedy rozwiewam wątpliwości i strach. Ponadto pacjent zawsze ma czas, aby móc się zastanowić. Mam taką dewizę, którą przedstawiam nowo poznanym pacjentom: „Pani/Pan nic nie musi. Tylko może. Pani/Pan może chcieć.” I takie podejście naprawdę działa.
Jednak wiele osób ma problem z wyartykułowaniem swoich potrzeb i pragnień dotyczących zmiany w wyglądzie.
A jeszcze bardziej – gdy dochodzi do tego sfera intymna, seksualna. Patrząc na tę barierę mentalną w naszym społeczeństwie, która często jest wynikiem takich, a nie innych uwarunkowań rodzinnych, towarzyskich – zdecydowałem się na poszerzenie mojej wiedzy, aby w pełni móc wesprzeć pacjenta. Jestem w trakcie studiów podyplomowych z seksuologii klinicznej, to studia 2,5-letnie, na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. I muszę przyznać, że dużo tematów na uczelni pokrywa się z tym, co myślę, jak podchodzić do życia, do sfery seksualnej w ogóle. I widzę, jak jeszcze w Polsce jesteśmy zawstydzeni, nieśmiali, opowiadając o swoich komplikacjach, rozterkach, przypadłościach z tego zakresu. A seksualność to przecież nieodłączna część naszego życia. To sfera, która wciąż bywa przemilczana, a ma ogromny wpływ na to jak żyjemy, odczuwamy, jak jesteśmy dowartościowani itp.
W związku z poszerzaniem wiedzy, nieustannym rozwojem, byłeś ostatnio w Dubaju.
Rzeczywiście. I tam bardzo duży nacisk kładziony był na temat osocza bogatopłytkowego, które bardzo często stosowane jest w jednej z delikatniejszych męskich przypadłości – przedwczesnym wytrysku. Tutaj mówimy o jakości samego stosunku, który możemy poprawić, stosując właśnie osocze bogatopłytkowe, które daje bardzo dobre efekty.
A inna substancja – botoks. Jak ważny jest w szeroko rozumianej medycynie?
Botoks wywołał efekt domino i pewnego rodzaju szaleństwo. Wiadomo jak wyglądają za duże usta po kwasie hialuronowym lub policzki nienaturalnie podniesione, gdy zamazują się, a wręcz zniekształcają rysy twarzy. Natomiast botoks, co pragnę podkreślić, daje bardzo dobre efekty typowo upiększające, jeśli jest wykonywany przez doświadczonego lekarza, a także w przypadku leczenia takich przypadłości jak: nadpotliwość dłoni, pach, pachwin, czy samego worka mosznowego. Ponadto botoks jest też niezbędny w leczeniu migren i bruksizmu, czyli wchodzimy w kwestie stomatologiczne, ortodontyczne, a nawet neurologiczne. I botoks ostatnio zaczął być stosowany, jako postępowanie off-label, jako środek, który może poprawić jakość erekcji. Czyli u pacjentów, którzy mają na przykład niepełny wzwód.
Kwas hialuronowy, kwas polimlekowy, toksyna botulinowa i z ogromnym sukcesem stosowane PRP, czyli osocze bogatopłytkowe. Współczesna medycyna szybko się zmienia. Dlaczego coraz częściej łączy ona elementy urologii, medycyny regeneracyjnej i estetycznej?
Sam podchodzę do konkretnego przypadku wielowątkowo, przed zabiegiem rozpatruję wskazania typowej urologii, zastosowanie regeneracji – osocza bogatopłytkowego, bo osocze ma bardzo wysoki potencjał regeneracyjny. I trzeci ważny czynnik to estetyka, poprawa, upiększanie. Obecnie zabiegi nie tylko poprawiają wygląd, ale też rozwiązują konkretne problemy zdrowotne. To zupełnie nowy wymiar medycyny.
Odwiedziłeś również kolebkę medycyny estetycznej…
Tak, zeszłoroczny wyjazd do Korei Południowej na Targi KIMES (Korea International Medical & Hospital Equipment Show) pokazał nam zdobycze technologiczne, nowinki z interesującego nas tematu, medycyny estetycznej. Oglądaliśmy z zaciekawieniem wszystkie nowe preparaty, urządzenia, wszelkie innowacje, które z Korei Południowej do Europy docierają z pewnym opóźnieniem.

Jak medycyna estetyczna wpływa na samopoczucie i pewność siebie pacjentów?
Udany zabieg daje ogromnie dużo satysfakcji. Po prostu cieszy. I dlatego medycyna estetyczna poprawia jakość życia pacjentów, wpływa na ich psychikę, samoocenę i hierarchię ważności. Bo z natury ludzie lubią się porównywać do innych, lubią konkurować i rywalizować pomiędzy sobą – a w dobie wszechobecnych mediów społecznościowych to często robi się dramat.
Dlatego powtarzam moim pacjentom sentencję Alfreda Adlera, który mówił: „Każdy z nas jest równy, ale inny. Każdy z nas jest równy w wartościach, ale jest inny i każdego trzeba z tego powodu szanować.” Staram się więc tłumaczyć zarówno kobietom, jak i mężczyznom, aby nie byli zbyt krytyczni dla samych siebie, że każdy ma swoje zalety, wartości i pozytywne cechy, pomimo że nie jesteśmy idealni. A jeżeli pacjenci uważają, że coś może tę wartość im podbić, spowodować, że poczują się bardziej pewnie, to ja mogę im w tym pomóc. Tzn. nie zawsze mogę, ale staram się tak zrobić, aby byli zadowoleni, a przede wszystkim zawsze przedstawiam im różne możliwości do wyboru.
Czy zdarzają się też osoby z wyimaginowanymi problemami?
Są sytuacje, kiedy problem nie leży w wyglądzie, tylko w postrzeganiu siebie. Wtedy zabieg niczego nie rozwiąże. Wśród kobiet jest większy odsetek pacjentów z tak zwaną dysmorfofobią. Czyli to są pacjenci, którzy nakręcają się na konkretny problem i zajmuje im to większość czasu w ciągu dnia. Patrzenie na wyimaginowany defekt w lustrze, drapanie, pocieranie – to już jest problem rzeczywiście bardziej złożony, szczególnie dla psychiatry. I wtedy odmawiam wykonania jakiegokolwiek zabiegu.
Według mnie odpowiedzialnością lekarza jest umieć powiedzieć „nie”, wiedzieć, kiedy postawić granicę. Gdyż charakterystyczne u pacjenta z dysmorfofobią jest to, że cokolwiek by się nie zrobiło i tak będzie źle. Niewystarczająco.
Nieraz na pierwszy rzut oka nie widzę defektów, o których mi mówią pacjenci. Dlatego, że często jest to wyolbrzymione. Dopiero konkretne pytania dają mi lepszy pogląd, bo wtedy pojawiają się kolejne dość niewygodne tematy: Ile pani śpi? Ile pani pije wody? Co pani je? Czy pani pali papierosy? Jak z alkoholem? Jakieś inne używki? I zaczynam to łączyć w całość. Nie należę do tych, którzy każdemu pacjentowi wstrzykują kwas hialuronowy i modelują policzek – choć mógłbym. Dlatego często jest tak, że proponuję techniki łączone i wskazuję, aby zacząć od zewnątrz, czyli od skóry. Skóra jest naszym największym organem, jaki mamy. I o tę skórę trzeba dbać, bo ona stanowi też funkcję obronną, ochronną i wizerunkową. Skóra ma swoją grubość, ale każdy współcześnie wykonywany zabieg jest w stanie spełnić oczekiwanie pacjenta i dokonać poprawy. Mogę zastosować np. laser frakcyjny, ablacyjny i zadziałać zewnętrznie, ale do pewnej głębokości, między milimetr a dwa milimetry.
A co z głębszą warstwą skóry?
Możemy połączyć laser z radiofrekwencją mikroigłową i wejść w głąb nawet do trzech i pół milimetra. A jak chcemy jeszcze głębiej, to mamy ultradźwięki HIFU. Więc łączenie technologii i tworzenie cyklu skutecznych zabiegów jest tu bardzo zasadne. Wystarczy, jak poprawimy jakość skóry, bo wówczas połowa trosk pacjenta znika samoistnie. I dopiero wtedy rzeczywiście można – aby jeszcze wzmocnić efekt tego pierwszego zabiegu z użyciem urządzenia – zastosować stymulator, np. kwas hialuronowy z hydroksyapatytem, naturalnym, biozgodnym minerałem z grupy fosforanów, który w medycynie estetycznej stosowany jest właśnie jako stymulator tkankowy do liftingu i produkcji kolagenu.
Czyli należy być i konsekwentnym, i cierpliwym jednocześnie…
Dokładnie, bo medycyna estetyczna zmusza nas, aby poczekać na satysfakcjonujące rezultaty, aby dobrze wyglądać i dobrze czuć się we własnym ciele. Chodzi o to, żeby wydobyć własne piękno. Gdy wspominam coś o wolumetrii, od razu kojarzy się to z napompowanymi policzkami, kocimi oczami przy uśmiechu, ale to wcale nie musi tak wyglądać. Wystarczy wykorzystać znajomość anatomii, aby wiedzieć, gdzie co podać, żeby nie spłynęło, a zostało w konkretnym miejscu i podkreśliło czyjeś naturalne rysy. Naprawdę ja również nie znoszę efektu przerysowania.
Jak w tym wszystkim ważny jest balans i zdrowy rozsądek?
Trzeba uważać, aby zachować naturalny, nieprzerysowany wygląd. Dlatego nierzadko mówię, że lepiej czoła nie poprawiać albo zrobić je naprawdę delikatnie, żeby ono jednak się trochę ruszało. Bo to jest nasza naturalność, nasza mimika, nasze gesty – to jest szczególnie ważne w przypadku mężczyzn. U kobiety można zrobić gładkie czoło, bez zmarszczek i ruszania brwiami. Natomiast u mężczyzny to może dać fatalny efekt – zbyt mocno zbotoksowanego pacjenta. Efekt maski.
Poza czołem, tak samo jest z ustami. Nie lubię wielkich ust u kobiet, aczkolwiek muszę powiedzieć, że usta to jest proporcja do twarzy. One mogą być duże, jeżeli pasują do reszty. Przychodzą do kliniki coraz częściej mężczyźni, żeby zrobić korektę ust, głównie górnej wargi. Zdarza się, że panowie noszą brody, wąsik, bo wstydzą się swoich zbyt małych i cienkich ust. Usta poprawiam w takich sytuacjach przede wszystkim po to, żeby były widoczne.
Czy zaczęły się nagminne poprawy twarzy, w szczególności zbyt dużych, nienaturalnych ust?
Faktycznie, przychodzą do mnie kobiety z prośbą o korektę zbyt dużych ust lub z powikłaniami po źle wykonanych zabiegach, np. po kwasie polimlekowym pod oczami. Niestety też wiele pacjentek przychodzi po zabiegach wykonanych u osób do tego nieuprawnionych, które podają preparaty w miejsca niebezpieczne, bez wystarczającej wiedzy anatomicznej i bez wyobraźni, jaką krzywdę mogą wyrządzić pacjentce czy pacjentowi. Nierzadkim następstwem takich zabiegów jest migracja nici np. z policzka do wargi czy ropnie skóry po wstrzykniętym kwasie hialuronowym.
Co ciebie najbardziej motywuje w pracy?
Aby pomagać pacjentom się dowartościować, sprawić, że poczują się lepiej. Pamiętam młodego pacjenta, który, powiedział, że bardzo długo zastanawiał się, czy w ogóle przyjść na ten pierwszy zabieg, ale teraz z perspektywy czasu wie, że to był najlepszy jego wybór. Takie proste słowa mnie wzruszyły, bo znaczą dla mnie naprawdę bardzo dużo.
Naturalność to dziś luksus?
Trochę tak. W świecie filtrów i idealnych zdjęć łatwo zatracić proporcje. Dlatego dla mnie najważniejsze jest podkreślenie tego, co już jest – a nie tworzenie nowej twarzy.
Czym więc dla Ciebie jest piękno?
Balansem między tym, co widzimy na zewnątrz, a tym, jak się czujemy. Jeśli jedno wspiera drugie – wtedy wszystko ma sens.



