Zakup nieruchomości w Hiszpanii to dopiero początek historii. Prawdziwe życie zaczyna się później – na etapie urządzania wnętrz, podejmowania dziesiątek decyzji, kompletowania ekip, pilnowania terminów i godzenia lokalnych realiów z własną wizją miejsca, do którego chce się wracać. To moment, w którym marzenie o drugim adresie zderza się z codziennością: odległością, językiem, inną kulturą pracy i koniecznością zaufania ludziom na miejscu. O tym, jak przejść ten etap spokojnie i z głową, dlaczego projekt i dobra organizacja są ważniejsze niż impulsywne decyzje oraz jakie założenia stoją za usługą Artpin Concierge stworzoną w ramach biura projektowego Artpin, opowiada Tymon Kupczyk.
Rozmawia: Alicja Kubicka | Zdjęcia: Artpin
Coraz częściej mówi się o inwestycji w nieruchomość w Hiszpanii nie jako o „apartamencie wakacyjnym”, ale o drugim adresie do codziennego życia. Jak dziś patrzycie na motywacje klientów i co sprawia, że ta decyzja wykracza poza czystą inwestycję?
Coraz wyraźniej obserwujemy zmianę motywacji klientów. Hiszpania przestaje być „apartamentem wakacyjnym” albo szybką inwestycją pod wynajem, a coraz częściej staje się drugim adresem do życia. Klienci chcą mieć tam swój azyl – własną, stałą przestrzeń, do której mogą regularnie wracać, spędzać jesień i zimę poza sezonem, kiedy pogoda w Polsce nie sprzyja, a docelowo często planują płynne przeniesienie części życia, a nawet przeprowadzkę na stałe. W związku z tym zmienia się także podejście do samej nieruchomości. To już nie jest zakup „pod rynek”, tylko decyzja „pod siebie” – szyta na miarę, dopasowana do stylu życia, pracy zdalnej i codziennego komfortu. Kluczowe stają się jakość, funkcjonalność, trwałość i spójność procesu, a nie wyłącznie potencjalny zwrot z wynajmu.
Zakładam, że skoro zdecydujemy się na zakup domu czy apartamentu w Hiszpanii, w pakiecie z nieruchomością dostajemy cały pakiet wyzwań związanych z jej zaprojektowaniem i wykończeniem.
Coś w tym jest. Inny kraj, inne procedury, lokalni wykonawcy, odmienna kultura pracy i konieczność zarządzania inwestycją na odległość – to wszystko wiąże się z dużym poziomem stresu dla klientów. Logistyka, koordynacja projektu, nadzór nad realizacją, kwestie techniczne i administracyjne potrafią być przytłaczające, zwłaszcza gdy celem jest stworzenie miejsca do życia, a nie jedynie produktu inwestycyjnego. Dlatego wprowadziliśmy usługę Artpin Concierge – bo ona odpowiada właśnie na potrzebę bezpieczeństwa i spokojnej realizacji na wysokim poziomie.

Czyli niczym konsjerż w hotelu dbacie o każdy detal procesu, zanim klient w ogóle zdąży poczuć, że coś jest skomplikowane?
To dobre porównanie. Konsjerż nie robi wokół siebie hałasu – po prostu sprawia, że rzeczy dzieją się we właściwej kolejności. My w Artpin Concierge robimy podobnie: spinamy projekt, wykonawców, komunikację i decyzje tak, żeby klient nie musiał funkcjonować w trybie ciągłego „ogarniam”.
Przejmujemy kompleksowo cały proces: od uporządkowania założeń i koncepcji, przez projekt, realizację i koordynację wykonawców, aż po finalne przygotowanie przestrzeni do zamieszkania. Dzięki temu klient nie musi operować w nieznanym systemie ani podejmować dziesiątek decyzji pod presją i na odległość. W efekcie całość przestaje być źródłem napięcia, a staje się przewidywalnym, uporządkowanym procesem tworzenia drugiego domu – miejsca projektowanego świadomie pod życie, a nie pod krótkoterminowy zysk.
Twoje doświadczenie zawodowe jest mocno osadzone w projektowaniu i nadzorach realizowanych w ramach Artpin. W którym momencie zobaczyłeś, że potrzeby klientów zaczynają się dużo wcześniej niż na etapie wykończenia?
Moje doświadczenie faktycznie rozpoczęło się od projektowania restauracji, lokali sieciowych i hoteli – miejsc, które mają nie tylko dobrze wyglądać, ale przede wszystkim działać i zarabiać. Bardzo szybko okazało się, że taki lokal to nie „ładna aranżacja”, tylko precyzyjnie zorganizowana fabryka. Wszystko musi się spinać: funkcja, logistyka, rytm pracy, zachowania ludzi. To uświadomiło mi, że projektowanie zaczyna się dużo wcześniej niż na etapie rysunków czy wyboru materiałów. Klienci często mają wyobrażenie, że gastronomia działa prosto: ludzie wchodzą, zostawiają pieniądze i wychodzą. Rzeczywistość jest znacznie bardziej złożona – i właśnie wtedy pojawia się psychologia. Trzeba zrozumieć nie tylko miejsce, ale też inwestora: jego oczekiwania, sposób myślenia, obawy i momenty rozczarowania, które pojawiają się w trakcie procesu.

Czyli to było Twoje pierwsze zderzenie z psychologią inwestora?
Tak – i bardzo ważna lekcja. Nauczyła nas, jako zespół, zadawania właściwych pytań: o sens miejsca, realne potrzeby, o to, co klient chce osiągnąć, a czego sam jeszcze nie potrafi nazwać. Pandemia tylko to pogłębiła. Pokazała, jak kruche bywają wcześniejsze założenia, jak bardzo zmieniają się modele funkcjonowania przestrzeni i jak dużą rolę w decyzjach zaczynają odgrywać emocje, poczucie bezpieczeństwa i potrzeba kontroli nad całym procesem.
Rozwiń myśl…
Naturalnie przeszliśmy wtedy w stronę luksusowych domów i apartamentów, bo dla wielu właścicieli biznesów dom nagle stał się centrum życia. A tam psychologia okazała się jeszcze bardziej złożona. Dom dotyczy całej rodziny, różnych rytmów, przyzwyczajeń i wyobrażeń. Zdarza się, że ludzie mieszkają razem dwadzieścia lat, a kiedy mają stworzyć „wymarzone miejsce”, okazuje się, że każdy rozumie je zupełnie inaczej. Projektowanie w takim otoczeniu bywa procesem rozłożonym na miesiące, bo nie wszyscy od razu potrafią nazwać to, czego naprawdę potrzebują. Projektowanie to nie tylko forma i materiały. To przede wszystkim umiejętność porządkowania myśli, oczekiwań i decyzji. A ta potrzeba pojawia się dużo wcześniej niż etap wykończenia.
Czyli dotarliście do momentu, w którym sam projekt to za mało?
Dokładnie. Zrozumieliśmy, że dziś wartością jest nie tylko projektowanie, ale umiejętność organizowania, filtrowania i tłumaczenia. Na rynku jest ogrom materiałów i rozwiązań – i równie dużo opinii. Łatwo się w tym pogubić, zwłaszcza gdy każdy „doradca” przekonuje, że akurat jego propozycja jest najlepsza. Dlatego potrzebna jest osoba, która potrafi odsiać informacje, zweryfikować jakość i sens wyborów, a przede wszystkim przełożyć techniczne kwestie na zrozumiały język. I doprowadzić proces do końca. W nieruchomościach działa to dokładnie tak samo – i właśnie z tej potrzeby narodził się Artpin Concierge.

Co było impulsem, który sprawił, że zdecydowaliście się stworzyć tę usługę?
To nie wydarzyło się z dnia na dzień. Od lat pracujemy w modelu, w którym kluczowe jest nie tylko „zaprojektować”, ale też poprowadzić klienta przez cały proces: porządkować decyzje, pilnować ustaleń i trzymać komunikację w jednym miejscu. To zawsze było naszą wartością dodaną. Ale przełom przyniósł rynek wykonawców. Coraz częściej okazywało się, że nawet najlepiej przygotowany projekt rozbija się o rzeczy, na które inwestor nie ma realnego wpływu: firmy potrafią zniknąć z dnia na dzień, ekipy się zmieniają, a odpowiedzialność za błędy w praktyce się rozmywa – niezależnie od zapisów w umowach. Równolegle zobaczyliśmy, że w realizacjach zagranicznych nasze kompetencje działają najpełniej. Pracowaliśmy w Hiszpanii, Czechach, Francji i Niemczech, a projekt w Omanie okazał się dla nas szkołą organizacji na najwyższym poziomie. Opóźnienia transportu, formalności celne, nieoczywiste ryzyka – tego nie da się wyczytać z poradników. To trzeba przeżyć i umieć tym zarządzić.
Jakie sytuacje były najbardziej nieprzewidywalne?
Choćby moment, w którym transport z materiałami do realizacji musiał zmienić trasę, bo na pierwotnym szlaku pojawiło się realne zagrożenie pirackie. To nie jest historia z filmu – to jeden z tych momentów, które uświadamiają, że w międzynarodowych projektach kluczowe są nie tylko estetyka i budżet, ale przede wszystkim organizacja, elastyczność i doświadczenie.

Brzmi jak anegdota…
Wiem! Ale to zdarzyło się naprawdę. Transport musiał zostać przekierowany, bo pierwotna trasa okazała się zagrożona. To oznaczało opóźnienie, zmianę harmonogramu i konieczność szybkiego przeorganizowania całej logistyki. Projekt udało się „dowieźć” w czasie i w zakładanym budżecie, ale tylko dlatego, że byliśmy przygotowani na reagowanie, a nie na improwizację. Takie sytuacje uczą pokory wobec procesu i pokazują, że w realizacjach międzynarodowych kluczowe jest doświadczenie operacyjne: umiejętność przewidywania, szybkiego podejmowania decyzji i szukania rozwiązań, zanim problem zacznie żyć własnym życiem. To był jeden z tych momentów, które bardzo jasno uświadamiają, że prawdziwa wartość nie leży wyłącznie w projekcie, ale w zdolności do poprowadzenia go przez wszystko, co wydarza się po drodze.
Jak w takim razie wygląda Wasze wsparcie w praktyce? Gdzie dokładnie wchodzicie w proces?
Wchodzimy bardzo wcześnie – często jeszcze na etapie pierwszych rozmów i pomysłów. Zwykle wszystko zaczyna się od prostego zdania – „mam w głowie Hiszpanię”. I właśnie wtedy pojawia się nasza rola – porządkowanie, zadawanie właściwych pytań i weryfikacja założeń, zanim zapadną decyzje, które trudno później odwrócić.
Możemy doradzić i zweryfikować różne informacje, ale kluczowym obszarem naszego wsparcia pozostaje etap projektowy i realizacyjny. Przygotowujemy grunt pod projekt i jego konsekwentną realizację: od koncepcji wnętrz, przez koordynację prac, aż po moment, w którym przestrzeń jest gotowa i dopracowana. Doradzamy i porządkujemy na etapie decyzji, ale to projekt, organizacja i prowadzenie procesu wykończenia stanowią sedno Artpin Concierge.
Macie tam kogoś na miejscu w Hiszpanii?
Pracujemy z hiszpańskimi partnerami, z którymi współpracujemy od lat. Hiszpanię znamy nie tylko z perspektywy inwestora, ale również od strony biznesowej – od wielu lat jesteśmy związani z hiszpańskimi producentami elementów wykończenia wnętrz, więc ten rynek jest nam bliski. Ta znajomość przekłada się na praktykę: łatwiej o komunikację, sprawniejsze decyzje, większą kontrolę jakości.
Dużo mówisz o porządku i komunikacji. Jak to wygląda na co dzień?
Zaczynamy od tego, żeby klient nie musiał przedzierać się przez dziesiątki maili, wiadomości i notatek. Wszystko zbieramy w jednym miejscu – w portalu projektu. Tam są ustalenia, inspiracje, pytania i jasno rozpisane kolejne kroki. Klient w każdej chwili widzi, na jakim etapie jest proces, jakie decyzje są przed nim, a jakie są już zamknięte. Jeśli współpracuje ze swoim projektantem, włączamy go w ten sam obieg informacji. Przygotowujemy wspólny brief i prowadzimy komunikację tak, żeby wszyscy pracowali na tych samych ustaleniach — bez chaosu i bez dublowania tematów.

A jak wygląda samo podejmowanie decyzji?
Tu kluczowe są pytania – bo one porządkują myślenie. My nie wchodzimy w proces po to, żeby kogoś poprawiać, tylko żeby doprecyzować realne potrzeby. Jeśli klient mówi: „chcę trzy sypialnie”, nie przyjmujemy tego automatycznie jako założenia projektowego. Pytamy o życie: gości, rytm pobytów, realne potrzeby. Dzięki temu decyzje nie zapadają „na wyobrażenie”, tylko na podstawie tego, jak ta przestrzeń ma działać.
A kiedy trzeba coś ustalić na miejscu?
Wtedy organizujemy wyjazd zadaniowy – z planem spotkań i listą spraw do zamknięcia. W ciągu jednego tygodnia da się ustalić i załatwić tyle, ile bez planu potrafi rozciągnąć się na kilka osobnych wyjazdów. To oszczędza czas, nerwy i pozwala szybciej przejść do kolejnych etapów.
Gdybyś miał podpowiedzieć jedną rzecz, która daje największy spokój przy organizacji swojej nieruchomości w Hiszpanii – co by to było?
Żeby zacząć od nabycia wiedzy albo od zaufania komuś, kto tę wiedzę ma – i doświadczenie w tego typu projektach. Warto oprzeć się na kimś, kto ten proces już przeszedł i potrafi oddzielić marzenia od realiów, bez odbierania im uroku. Bo posiadanie własnego spokojnego azylu w Hiszpanii powinno być od początku przyjemnością, a nie serią nerwowych decyzji. Bo spokój to fundament, na którym warto budować drugi dom.












