Nie taki diabeł straszny…

blank


Pakistan Zindabad! Niech żyje Pakistan. Takim okrzykom nie ma końca na granicy pakistańsko-indyjskiej. Nie do wiary, że od ponad 60 lat co wieczór, przy przejściu granicznym odbywa się uroczyste opuszczenie flag przy udziale wiwatujących tłumów, każdy na cześć swojego kraju.

Tekst i zdjęcia: Estera Hess

Ja stoję po stronie pakistańskiej, z wymalowaną flagą w kolorach Pakistanu na policzkach i śledzę mistrza ceremonii, który dyryguje tłumem i prowadzi wyreżyserowaną walkę na głosy z publicznością po stronie indyjskiej. Jest głośno, jest radośnie. Wojsko paraduje przez środek drogi. Wreszcie przy owacjach na stojąco flaga Pakistanu zostaje obniżona, jutro rano zostanie ponownie wciągnięta na maszt, a przejście graniczne zostanie otworzone.

Nie da się ukryć, że oba kraje choć niegdyś tworzyły jedno i to samo państwo, teraz nie pałają do siebie miłością. Mieszkańcy zapytani o nastroje pomiędzy sobą od razu wymieniają tyradę wielu punktów zapalnych.

Moja przygoda z Pakistanem zaczyna się w Lahore, po nocy spędzonej w samolocie, upał w mieście jest nie do zniesienia. Za to zabytki i wspaniała kuchnia od razu ratują sytuację. Czuję się tutaj bardzo swojsko, wbrew temu co piszą media i przed czym ostrzega ministerstwo Pakistańczycy są przemili, uroczy i bardzo gościnni. Oczywiście, że odkrywam tu sporo wpływów indyjskich, widoczne są w tutejszej kuchni, także w strojach mieszkańców Pakistanu. Ale nie da się ukryć, że zamieszkuje ten kraj ponad 240 milionów muzułmanów. To widać – mężczyźni noszą tradycyjne stroje i nakrycia głowy. To słychać, bo aż 5 razy dziennie muezin nawołuje do modlitwy i to czuć, bo Pakistan obfituje w przyprawy: masala, curry, zapach kuminu czy kurkumy.

blank

Na ulicach dominują mężczyźni, kobiet jest bardzo niewiele, przemykają cichcem pomiędzy domami, czasem widać je na lokalnych bazarach. Nie ma ich nawet wśród obsługi w hotelach, ani w restauracjach. Krajem rządzą mężczyźni. Niestety sytuacja kobiet jest tu trudna i bardzo poważna.
Góry w Pakistanie to mocny punkt programu, wiele osób wybiera się tutaj specjalnie z myślą o wyjściu na wysokie pasma górskie. Ja decyduję się na zdobycie base camp pod Nanga Parbat. Podejście nie należy do łatwych, ale podzielone na etapy zamienia się w bardzo przyjemny trekking, a gdy jeszcze dopisze pogoda, nie ma lepszych wspomnień. Fairy Meadows to naprawdę bajkowa łąka, w szczególności gdy kwitną tu różnobarwne kwiaty. Pewnie kiedyś było tu cicho i spokojnie, teraz w obliczu stale budujących się nowych hoteli i pensjonatów, widać, że zainteresowanie Pakistanem rośnie.

blank

Nie da się zobaczyć kraju bez przejazdów długich odcinków, które najlepiej pokonać autami terenowymi. Nie tylko słynna Karakorum Highway trasa kultowa, tu każdy przejazd przez góry potrafi być ekscytujący. Fatalna nawierzchnia, bardzo wąska droga, osuwiska, stada kóz czy owiec na trasie i wiele innych niespodzianek budują napięcie od pierwszych do ostatnich kilometrów.

Jednak warto przeprawić się do Doliny Hunzy, dotrzeć do Kalaszów, by poznać ich barwne zwyczaje, cudne stroje i wreszcie spotkać kobiety. To one wydają się tutaj trzymać życie za rogi. Tutejsze muzeum zwala z nóg, nie ma się czego wstydzić.

Dla mnie bardzo pięknym miastem okazał się Peszawar, i choć tylko tutaj mieliśmy obstawę, stale obecnych policjantów z długą bronią, to i tak miasto przeniosło mnie do kraju jak z książek opisywanych przez wybitnych podróżników odkrywających ten zakątek świata przed stu laty. Wspaniałe budowle, niesamowite historie, cudne zabytki i przemili ludzie. Jakby przeniesieni z innej epoki; pełni dumy, ale i ciekawości wobec nas. Sporo kobiet na ulicach, niestety całkowicie przykrytych. W długich burkach w kolorze musztardowym przemykały między samochodami czy straganami. Nierzadko z dziećmi i całym dobytkiem.

blank

Dawno już nie wracałam tak objedzona, pewnie muszę się zgodzić, że łatwiej tu o dania z mięsem niż bezmięsne, ale to pieczywo czy niektóre dania warzywne nie miały sobie równych. Pyszne chleby wypiekane tutaj w glinianych piecach smakowały wybornie. I choć menu mogło wydawać się dość monotonne, bazujące na kilku podstawowych potrawach, to szybko okazało się, że nie ma dwóch identycznych dań i takich samych smaków.

Najpiękniejsze były niespodzianki chwili. I tak na przykład uczestniczyłam w finale turnieju polo. W Skardu niewielkiej miejscowości w górach, skąd większość wypraw wysokogórskich startuje pod Nanga Parbat, trafiłam na zażarte rozgrywki pięciu lokalnych drużyn w polo. Choć nie do końca poznałam zasady, których podobno nie ma, bo to gra bez reguł – to oprawa, kibicująca publiczność i wspaniałe umiejętności jeźdźców i ich koni zrobiły na mnie ogromne wrażenie. A kiedy okazało się, że z numerem 1 zwycięskiej drużyny grał sam książę Skardu, a zrobione ze mną zdjęcie podczas krótkiej wymiany kurtuazji na boisku podbiło pakistański tik tok (nie z mojej woli) zrozumiałam, że jestem w zupełnie innym świecie.

blank

Innym takim spotkaniem była wizyta w wiosce Kalaszów, gdzie udało się nam umówić spotkanie z bohaterką jednego z odcinków „Kobiety na krańcu świata” Martyny Wojciechowskiej.

Bibi okazała się fantastyczną gospodynią, która podjęła nas bardzo serdecznie, ugościła, pozwoliła przymierzyć tradycyjne stroje. Opowiedziała o codziennym życiu w swojej wiosce, zapraszając do wnętrz własnego domu czy przedstawiając swoją najbliższą rodzinę. Pokrętnie udało się nam zajrzeć głębiej, większość pakistańskich domów nie jest otwarta na obcych, nie ma tu zwyczaju biesiadowania z miejscowymi rodzinami. Wyklucza to religia i tradycja. My tymczasem widzieliśmy życie od środka.

Przynajmniej jego fragment.
Czy wróciłabym? Tak. Dla ludzi, widoków i smaków.
Pakistan to z pewnością jeden z tych kierunków, który jest jeszcze niezbyt turystyczny, autentyczny i bardzo interesujący.

Estera Hess

Estera Hess

REKLAMA
REKLAMA

Może cię zainteresować:

blank
REKLAMA
REKLAMA