Dawno nic mnie tak nie ucieszyło, jak informacja, że Bożenka się odnalazła. I wcale nie dlatego, że nagle uwierzyłam w powrót świata do równowagi, ani dlatego, że jedna historia o jednookiej samicy manula ma moc naprawiania rzeczywistości, ale dlatego, że przez chwilę wydarzyło się coś, co po prostu dobrze się skończyło, bez dopisku „niestety”, bez konieczności tłumaczenia, że to temat zastępczy, bez natychmiastowego kontrargumentu w postaci listy nieszczęść, które przecież dzieją się równolegle.
tekst: Alicja Kulbicka, zdjęcia Adobe Stock, Poznań Zoo Official Site (facebook)
Bożenka zniknęła z poznańskiego zoo i choć nie jest jasne, czy ktoś jej „pomógł” i uznał, że wie lepiej, co dla niej dobre, czy po prostu wykorzystała moment nieuwagi i poszła przed siebie, bo zwierzęta robią dokładnie to, kiedy tylko mogą – to przez chwilę ta historia wisiała w powietrzu jako coś niepokojącego, smutnego, a jednocześnie bardzo ludzkiego. Bo natychmiast pojawiły się opinie, interpretacje i moralne oceny, zanim jeszcze poznaliśmy finał. I kiedy okazało się, że Bożenka się znalazła, że jest bezpieczna i że nie musimy dopisywać do tej historii kolejnego rozdziału o stracie, poczułam zwykłą ulgę – taką, której dziś doświadczamy coraz rzadziej.
I naszła mnie taka oto refleksja, która wraca do mnie coraz częściej i coraz wyraźniej: to nie jest tak, że nie ma dobrych wiadomości. One są. Dzieją się codziennie, obok nas, czasem bardzo blisko, tylko że się nie klikają, nie przebijają się przez warstwę hałasu, nie wygrywają z krzykiem, skandalem i tanimi emocjami, więc znikają, zanim zdążymy je zauważyć. Nie generują zasięgów, nie wywołują awantur, nie mają w sobie wystarczająco dużo kontrowersji, żeby algorytmy uznały je za warte promowania. A my – przyzwyczajeni do bodźców o wysokim napięciu – coraz rzadziej po nie sięgamy. Zabiegani, zmęczeni, wciągnięci w rytm codziennych zdarzeń, często zupełnie bezwiednie poddajemy się temu, co podsuwa nam informacyjna papka – treściom, które niczego nie wnoszą do naszego życia, nie poszerzają perspektywy, nie rozwijają, nie zostawiają po sobie żadnego śladu poza chwilowym pobudzeniem. Bo trudno mówić o rozwoju, kiedy oglądamy pięćdziesiąte zdjęcie „influencera” zrobione dokładnie w tym samym miejscu, w tej samej pozie, z tym samym wyrazem twarzy, w którym różnica między tym a poprzednimi czterdziestoma dziewięcioma sprowadza się co najwyżej do innego filtra albo pory dnia.
I tu pojawia się pytanie, które wraca do mnie regularnie: czyja to właściwie wina? Czy nieznanych nam algorytmów, które karmią się tym, co skrajne, emocjonalne i spolaryzowane, czy może naszej odwiecznej ludzkiej natury, która zawsze chętniej patrzyła na skandal niż na spokój, na konflikt niż na ciszę, na upadek niż na powolne, mozolne trwanie? A może mediów, które wpadły w pułapkę „klików”?
Mediów, które w pogoni za zasięgiem, odsłonami i wykresami zapomniały, że ich rola nie polega wyłącznie na dostarczaniu bodźców, lecz także na porządkowaniu rzeczywistości, nadawaniu jej sensu i hierarchii. Że misją – jakkolwiek patetycznie by to dziś nie brzmiało – było oddzielanie tego, co ważne, od tego, co jedynie głośne. I opowiadanie świata w sposób, który nie tylko przyciąga uwagę, ale też coś z tą uwagą robi. Dziś coraz częściej mam wrażenie, że media same stały się zakładnikami mechanizmów, które miały im tylko pomagać, a w praktyce zaczęły dyktować tempo, język i emocje. I zamiast prowadzić odbiorców, zaczęły za nimi biec, reagując nerwowo na każdy spadek zainteresowania i każdą zmianę algorytmu. A kiedy przez lata karmi się ludzi wyłącznie skrajnymi emocjami, trudno potem oczekiwać, że spokojna, dobra wiadomość obroni się sama.
Dzisiejsza zła wiadomość jutro ginie w natłoku kolejnych, jeszcze gorszych, a my przesuwamy palcem dalej, coraz szybciej, coraz bardziej znieczuleni, z poczuciem, że jeśli na chwilę przestaniemy być na bieżąco, to coś nas ominie, coś stracimy, coś przegapimy. Przez lata obserwowałam to także u siebie, aż w pewnym momencie doszłam do wniosku, że rachunek jest prosty: im mniej tego wszystkiego, tym lepiej się czuję.
Od lat nie oglądam telewizji, media społecznościowe ograniczyłam do minimum, nie dlatego, że uciekam od świata, ale dlatego, że bardzo serio traktuję własne zdrowie psychiczne. Bez nieustannego strumienia newsów, alertów i „łamiących informacji” śpię lepiej, myślę jaśniej i mam więcej przestrzeni na rzeczy, które naprawdę mnie ciekawią, a nie tylko domagają się uwagi. Uczę się żyć bez FOMO, bez lęku, że coś mnie ominie, bo coraz częściej mam poczucie, że to, co naprawdę istotne – i tak do mnie dotrze – a reszta jest tylko hałasem.
Zamiast tego wybieram treści, które mnie karmią, a nie drenują. Moimi towarzyszami stały się podcasty naukowe, długie rozmowy o świecie, badaniach, przyrodzie, ewolucji, a także filmy przyrodnicze, które zaskakująco skutecznie przywracają proporcje między tym, co naprawdę ważne, a tym, co tylko głośne. I kiedy rozmawiam o tym z ludźmi dookoła, coraz częściej okazuje się, że nie jestem w tym wyborze sama.
Przebodźcowanie, pogoń za leadami, krzyki polityków, którzy poza kamerami poklepują się po plecach, puste treści, zdjęcia influencerek, których nie sposób od siebie odróżnić, identyczne kadry, identyczne narracje, identyczne emocje – to wszystko zaczyna zwyczajnie męczyć. Coraz więcej osób mówi: dość.
Coraz więcej osób wybiera ciszę zamiast krzyku, sens zamiast klikalności, ciekawość zamiast sensacji.
I może właśnie dlatego historia Bożenki tak mnie ucieszyła. Nie dlatego, że była wielka, tylko dlatego, że była dobra. A dobre wiadomości – nawet jeśli nie klikają się najlepiej – wciąż mają znaczenie. Trzeba je tylko świadomie wybierać.




