fbpx

W nowym albumie Tomek Tomkowiak zabiera nas na tropikalną wyspę, do świata swoich przemyśleń o naturze fotografii, sensie tworzenia i istnienia. 

W albumie dominują portrety kobiet, ale znajdziemy w nim także krajobrazy i zapis obserwacji codziennego życia. Wszystkie zdjęcia powstały na Zanzibarze w latach 2013-2021. Więcej opowieści z raju będzie można wysłuchać na premierze albumu – 24 listopada 2022 o godz. 19 w Concordii Design.

 

Rozmawia: Michał Gradowski

Zdjęcia: Tomek Tomkowiak

Fotograficzne opowieści z podróży są też opowieściami z życia, w jakim nie uczestniczymy. Zamieniamy uczestniczenie na zdjęcia, ale oglądając zdjęcia, ruszamy w kolejną podróż.

 

Jak mocno Twój album „6 DEGREE” związany jest z Zanzibarem? Skąd pomysł na tytuł?

Zanzibar jest tylko kanwą, pretekstem do snucia opowieści, które mogłyby się wydarzyć wszędzie. Nie opisuję Zanzibaru, ale siebie na Zanzibarze. To, co tam zobaczyłem i przeżyłem. Jest więc jedność miejsca, a osoby i krajobrazy, które można zobaczyć w albumie są – owszem– związane z koralową wyspą, ale jest to raczej historia nadinterpretowana i zależna od egzystencjalnej kondycji fotografującego „skazanego” na życie w raju. Każdy raj ma swoją datę ważności, po której bezpowrotnie znika. Na szczęście dzięki fotografii możemy zobaczyć nawet to, czego osobiście nie udało nam się doświadczyć.

Ten album nie ma nic wspólnego z kolorowym Zanzibarem z folderów reklamowych, a jego tytuł przywołuje pewną przestrzeń – sześć stopni poniżej równika – i raczej otwiera niż zamyka perspektywy interpretacyjne.

Mimo wszystko zapytam: jak trafiłeś na Zanzibar?

Pierwszy raz byłem na Zanzibarze w 2004 roku. Podróżowałem wtedy po

Bycie szczęśliwym zabiera dużo czasu. Nie starcza go już na nic innego.

Kenii i Etiopii i zamarzyło mi się, aby codziennie rano otwierać oczy i widzieć pióropusze palm nad głową. Popłynąłem na wyspę Lamu u wybrzeży Kenii, gdzie było prawie tak, jak sobie wymarzyłem. Prawie… i wtedy znajomy polecił mi podróż trochę dalej na południe, na Zanzibar. Wysiadłem z promu i od razu się zakochałem – w klimacie, kulturze, zapachu… Kiedy dopływa się do portu na Zanzibarze można skręcić w prawo, pójść w kierunku Forodhani Park, wejść w tłum kolorowo ubranych ludzi, zwiedzić Stary Fort, zagubić się w wąskich uliczkach kamiennego miasta i wysłuchać niezwykłych historii o jej mieszkańcach, choćby takich jak TippuTip– słynny afro-omański handlarz niewolnikami i kością słoniową, czy o księżnej Salme… Ale można też skręcić w lewo, gdzie ten raj ma zupełnie inne oblicze, gdzie nie trafiają turyści, gdzie widać ciężką pracę, błoto, trud życia codziennego…

Po tych pierwszych trzech tygodniach wiedziałem, że tam wrócę, a Zanzibar stopniowo stawał się moim drugim miejscem na ziemi.

Żyjemy w odcinkach. W małych opowiadaniach. Żyjemy pomiędzy. A zdjęcia są tylko dowodem fragmentarycznej egzystencji.

Integralną częścią albumu są także krótkie teksty, migawki wspomnień, przemyślenia. Dlaczego powstały? 

Kiedy kończyłem już prace nad albumem znajomi zapytali mnie: czy będzie w nim dużo tekstów? Początkowo zagotowało się we mnie, bo zdjęcie jest przecież równoprawną formą języka, uniwersalną, daną każdemu, nie narzuca odbioru, nie wymaga dopowiedzeń. Każde zdjęcie może być początkiem artystycznego śledztwa, snucia czegoś na kształt wątków literackich, więc nie chciałbym niczego podpowiadać.

Uznałem jednak, że pytanie o teksty ma sens, bo jeśli granice naszego języka wyznaczają granice naszego świata, a ja właśnie odważyłem się pokazać swój alternatywy świat, to kilka słów powinno się w albumie znaleźć.

W końcu i tak każdy odbiorca przefiltrowuje dzieło przez pewien zestaw własnych doświadczeń, połączy kilka historii w jedną, stworzy swoją narrację. Każda opowieść ma przecież swojego narratora. Postanowiłem zatem zebrać kilkadziesiąt myśli, które przyszły mi do głowy podczas zanzibarskiej odysei, poszperać w notatkach i umieścić je na stronach albumu, dać im autonomię taką samą, jaką dałem zdjęciom. Ostatecznie obrazki to tylko inna forma języka. Słowa mają jeszcze jedną właściwość – w słowach częściej się odkrywasz niż w zdjęciach. Dajesz się lepiej poznać, bo przecież wypowiadasz własne poglądy, prezentujesz swój punkt widzenia. To forma ekshibicjonizmu, wymaga odwagi, do której musiałem się zmusić. Tak jak wernisaż, na którym prezentujesz nie tylko dzieło, ale i siebie, bo w tym momencie autor i dzieło są ze sobą nierozerwalnie związane. Wernisaż jest nieraz jedyną okazją dla oglądającego do przefiltrowania tego, co widzi, przez pryzmat opowieści autora.

Nie wymyślam opowieści. Historie są już wymyślone. Trzeba je tylko zauważyć.

Jak wybierasz bohaterów swoich fotografii? Czy to głównie profesjonalne modelki? 

Często decyduje przypadek. Jadę samochodem wśród przydrożnych palm i nagle mijam dziewczynę. Idzie wolno, uśmiecha się. Zatrzymuję się, mówię „dokąd idziesz?”, ona odpowiada „do pracy”, a ja pytam czy po pracy zostanie moja modelką. I dzieje się.

Kiedy spotykam dziewczyny, które nie miały żadnych doświadczeń z fotografią pokazuję im – na tyle, na ile się znam – dobre fotografie. Oglądamy wspólnie albumy, szukamy inspiracji, rozmawiamy. Pracowałem z wieloma „modelkami” i – niezależnie od ich wykształcenia, wiedzy o fotografii i świecie, doświadczenia w modelingu – kiedy oglądały słabe zdjęcia kręciły z dezaprobatą głową, a kiedy pokazywałem im prace najlepszych fotografów, mówiły „to jest cudowne”.  Piękno jest uniwersalne.

Czy spotkanie z Tobą odmieniło życie którejś z bohaterek zdjęć?

Jedna z dziewczyn, którą później uwieczniłem na fotografiach, sama znalazła mnie na Zanzibarze za pośrednictwem Facebooka. Dopiero zaczynała swoją drogę. Dzisiaj jest uznaną, międzynarodową modelką i regularnie wysyła mi pozdrowienia z Mediolanu, Londynu czy Nowego Jorku. Jej życie diametralnie się zmieniło. Ale widzę też jak na przestrzeni czasu, który spędziłem na Zanzibarze zmienia się cała wyspa. Przyglądam się też kondycji kobiet w kulturze muzułmańskiej. I widzę coraz większą otwartość, moc, umiejętność miksowania tradycji suahili z europejską czy amerykańską modą i kulturą.

Ważną częścią Twojego życia są podróże. Pamiętasz tę pierwszą

Jestem dzieckiem postsocjalistycznym, więc moje pierwsze podróże wynikały z głodu zobaczenia świata, wcześniej zamkniętego za żelazną kurtyną. Pamiętamswójpierwszy specjalny bilet umożliwiający podróż koleją po całej Europie. Nocą spaliśmy w pociągach, a w ciągu dnia zwiedzaliśmy. Jako student filozofii dorabiałem, robiąc drinki w restauracjach, ale i tak nasz budżet w czasie podróży wynosił równowartość może 200 dolarów. I pamiętam bochenek chleba leżący przy śmietniku gdzieś w Wiedniu i moje poczucie upokorzenia, że nie każdego dnia stać mnie na zakup tego, co inni wyrzucają.

Jedno nie uległo zmianie w moich podróżach– nie rozstaję się z aparatem i zachowuję czujność. Klątwa fotografa: zobaczyć coś pięknego i nie móc tego uwiecznić na zdjęciu.

Czy tym albumem zamykasz pewną fotograficzną drogę?

Tak, trochę chcę się od Zanzibaru uwolnić, zamknąć pewien rozdział, zostawiając po nim coś trwałego. Kiedy zamieszkasz w nowym mieszkaniu na początku jest zachwyt, uczysz się tej nowej przestrzeni, poznajesz wszystkie zakamarki. Ale kiedy znasz je już na pamięć, masz ochotę wyjść na spacer.

A kiedy zdjęcia trafiają do albumu czy sieci zaczynają żyć własnym życiem, uwalniają się, tracimy nad nimi kontrolę.

To jest album fikcyjny. O świecie odrębnym i innym od tego, w którym powstały zdjęcia. Ale każda historia, którą da się opowiedzieć, jest prawdziwa. A skoro jest prawdziwa, musi także istnieć.

 * Fragmenty zaznaczone kursywą to teksty, które są częścią albumu „6 DEGREE” – „luźne myśli, których substancją wiążącą jest Zanzibar”.