zdjęcia: Adobe Stock
W kwietniu, po raz pierwszy od lat, byłam na Cytadeli. To był jeden z tych ciepłych wiosennych dni, kiedy wreszcie z przekonaniem zakładasz lekką kurtkę, a nawet na chwilę ją ściągasz. Po parku spacerowałam z moją koleżanką Martyną. Krążyłyśmy po alejkach bez planu i określonej trasy. Przestrzeń była pełna ludzi – rodziny z dziećmi, ludzie z pieskami, pary zakochanych, biegacze, rolkarze, a nawet – duet fotografujący ptaki.
Ponownie spotkałyśmy się w pewien majowy poniedziałek. Martyna zaproponowała, żeby kupić lody „na wynos” i pójść do parku przed Operą. Zaszalałyśmy – wzięłyśmy po dwie porcje. Wybrałam egzotyczny sorbet i hit – lody o smaku mleczka z tubki. Rozsiadłyśmy się na trawie. Rozmawiałyśmy, gapiłyśmy się na ludzi. To był zwykły, roboczy dzień, ale te dwie godziny były pyszne jak lodowy deser – smakowały wakacjami.
Innego dnia, dosyć spontanicznie, namówiłam przyjaciółkę Joannę, żeby dojechała do mnie do centrum. Byłam w biurze w Starym Browarze, a wieczorem miałam jeszcze iść na wernisaż w Pop Culture Gallery. Z pomysłu pójścia na kawę zrezygnowałyśmy – każda przyjęła już dzienną dopuszczalną dawkę kofeiny. Znalazłyśmy wolną ławkę w browarowym Parku i leniuchowałyśmy w cieniu kwitnących kasztanowców. Wspominałyśmy maturę (w tym roku 20. rocznica). Dookoła nas dziesiątki osób korzystały z uroków popołudnia. Na placu zabaw dokazywały bąbelki; grupki licealistów i studentów okupowały trawnik; ktoś drzemał na kocu; ktoś czytał książkę na leżaku. Słońce było coraz niżej, zaczęło się „golden hour”. Park wypełniło złote światło.
To właśnie teraz, na styku wiosny i lata, najbardziej lubię miasto. Nawet w samym centrum Poznania zrobiło się jakoś sielsko. Troszkę mniej spieszy mi się, żeby wrócić do mojego wiejskiego domu.

Postanowiłam, że w ciepłe dni będę wysiadać o stację wcześniej, na Poznań Garbary, i chodzić do biura przez Wzgórze Wojciecha albo Stary Rynek. Niczym turystka, zaczęłam w trakcie tych porannych spacerów, robić zdjęcia. A dzięki temu – zauważać szczegóły, które pewnie w miejskim pędzie bym przeoczyła. Tablica upamiętniająca belgijskiego pisarza Marcela Paqueta. Mała łąka obok Muzeum Narodowego pełna kwitnących margaretek. Dziwny plakat naklejony na skrzynkę rozdzielczą – kiedyś przyda się jako ilustracja do mojego newslettera.
Zaczęłam snuć więcej planów na małe „półkolonie”. Może wybiorę się na spacer na Szeląg. Może nawet namówię Męża albo przyjaciółki na rejs po Warcie. Może zabiorę do miasta zakurzone od lat rolki i zrobię tour trasą wzdłuż rzeki. Pójdę wreszcie zwiedzić Rezerwat Archeologiczny na Śródce i wyremontowane Muzeum Etnograficzne. I będę jeść bardzo dużo lodów.

Urlop może trwać tydzień, dwa. W ekstrawaganckich i luksusowych scenariuszach – miesiąc, a nawet pół roku. Ale czasem wystarczy godzina albo jedno popołudnie, żeby poczuć się jak na wakacjach.



