fbpx

Uzdolniony muzyk, perkusista, kompozytor, aranżer, a także producent muzyczny. Nieustannie poszukujący nowych dróg rozwoju, umiejący przełamywać stereotypy i budować nowatorskie projekty dostosowane do obecnych technologii. Odważny i z optymizmem patrzący w przyszłość. Stanisław Aleksandrowicz stawia na indywidualność oraz otwartość na różne stylistyki. Interesuje się muzyką w całym spektrum brzmieniowym, poddaną nawet elektronicznym eksploracjom.

Rozmawia: Magdalena Ciesielska

Zdjęcia: Bartosz Seifert

Jazz, rytm, fizyka, teoria względności Alberta Einsteina. Jak Ty wszystko połączyłeś w spójną całość? Skąd taki pomysł?

STANISŁAW ALEKSANDROWICZ: Dla mnie jako dla perkusisty materia czasu zawsze była bardzo istotna. W ogóle instrumenty perkusyjne uważane są za tzw. time keepers czyli za te pilnujące czasu np. w sekcji rytmicznej. Rytm i czas są dla mnie bardzo ważne. Czas w muzyce, w poszczególnych gatunkach, traktowany jest różnorako; w muzyce symfonicznej wszyscy grają na „rękę” dyrygenta i dopasowują ten czas, materię rytmiczną do danej frazy. Jeśli fraza się kończy, to rytmika nieco zwalnia. A na początku przyspiesza, jak jest zagęszczenie energetyczne, większa dynamika – wtedy wszystko idzie do przodu, a słuchacz nie ma wrażenia jakiegokolwiek chaosu. Paradoksalnie, w muzyce jazzowej – według mnie – to wygląda podobnie. Jak posłuchamy chociażby II Kwintetu Milesa Davisa, gdzie sekcja Tony Williams i Ron Carter potrafili przyspieszyć na jednym utworze 40 kresek metronomu, a jednak słuchacz odnosi wrażenie niepoprawności muzycznej czy jakiegoś muzycznego rozbicia.

Czerpiesz inspiracje z wielu różnych źródeł, z klasyki, ze współczesnych rytmów i improwizacji, z free jazzu, neo soulu, a nawet hip-hopu. Co Ciebie przyciąga do tych gatunków muzycznych?

Zawsze miałem problem,(śmiech), że nie potrafiłem utożsamić się z jedną subkulturą. Miałem w klasie kolegów, którzy nosili skórzane kurtki i byli tzw. metalami, inni

nosili dredy i słuchali reggae, byli rastamanami. Jeszcze inni jeździli na deskach i byli skaterami. A mi te wszystkie kultury – oczywiście pod względem muzycznym – bardzo się podobały. Już w okresie szkoły podstawowej lubiłem posłuchać 52 Dębiec i Rycha Peji, żeby później wskoczyć w muzykę Metaliki, Sabatonu i zakończyć na rytmach Boba Marleya. U mnie wszystko obracało się w takim skrajnie różnym tyglu. (śmiech) Najpierw był to bierny kontakt, czyli odsłuchiwanie, potem zacząłem grać na różnych instrumentach i wykonywać muzykę. Przez parę lat skupiłem się tylko na jazzie. Potem zacząłem bardzo aktywnie łączyć np. bebop z feelingiem z muzyki hip-hopowej, energią z muzyki metalowej, melodiami oraz technikami zaczerpniętymi z muzyki poważnej. Dla mnie wszystkie te gatunki to po prostu muzyka. Ważne tylko czy jest dobra, czy niedobra.

Był w Detroit taki producent J. Dilla, który zrewolucjonizował produkcję muzyczną, ponieważ nie równał w sztuczny, mechaniczny sposób beatów tworzonych na jego samplerze, tylko albo wgrywał wszystko z przysłowiowego „palca”, utrzymując czynnik ludzki, albo programował z uwzględnieniem różnych odchyleń rytmicznych. Jego beaty były niesamowicie organiczne, ale z technicznego punktu widzenia – krzywe i niepoprawne. Niby tak nie powinno być, a to działa i sprawdza się. (śmiech) I oddziałuje bardzo energetycznie. Stąd też zrodziła się moja zaduma nad czasem w muzyce.

Po latach wróciłem do hip-hopu, do konkretnej stylistyki, bo wychowałem się na tej muzyce. Później przyszła fascynacja jazzem, ale zawsze muzyka hip-hopowa była w kręgu moich zainteresowań artystycznych.

Czasowi poświęciłeś też…

Temat mojej pracy magisterskiej: czas i feeling w muzyce.

Skomponowałeś i wykonałeś autorską suitę inspirowaną poezją Zbigniewa Herberta – „Pieśń o bębnie”, czyli oprócz zamiłowań do muzyki, fizyki, mamy również ukłon w stronę literatury XX wieku. Czy poezja to dobry impuls do nowych projektów muzycznych?

Tak, to bardzo dobry impuls i pretekst do nowatorskich poszukiwań. Zrozumiałem to dopiero na 2. roku studiów, wówczas zacząłem interesować się poezją. Choć moja mama jest polonistką, wcześniej nie czytałem poezji, nie potrafiłem dojść drugiego dna, interpretować tekstów po swojemu, jedynie pod szkolny szablon interpretacji. Mama zawsze podsuwała mi tomiki poezji Zbigniewa Herberta, który jest jej ulubionym poetą.

Poezję, tak jak i muzykę, można interpretować czysto emocjonalnie, ale gdy chce zrozumieć metafory, przesłanie, ukryty sens warto znać chociażby kontekst biograficzny danego poety. Przeczytałem m.in. biografię Herberta autorstwa Andrzeja Franaszka. 2 tomy po ponad 700 stron. Zagłębiłem się też w mitologię, bo Herbert dużo odwołań do mitów stosuje w swoich wierszach i analogii do antyku. Wówczas stopniowo dostrzegałem sens metafor w poezji Zbigniewa Herberta i zacząłem otwierać oczy na drugie dno jego utworów. Było to dla mnie niezwykle inspirujące zajęcie – wyszukiwanie ukrytego sensu; postanowiłem wtedy traktować poezję jako inspirację i pokrewną do muzyki dziedzinę sztuki.Stała się ona dla mnie pomostem pomiędzy muzyką a słowem.

Czym dla Ciebie jest improwizacja w muzyce?

Gdy byłem na studiach pod wpływem środowiska muzyki awangardowej, lubiłem bardziej improwizować. Słuchałem awangardowego jazzu, gdzie ta improwizacja jest najważniejszym elementem dzieła muzycznego. Grałem również koncerty kompletnie improwizowane, podczas których nie było ustalonych struktur, tylko stricte czysta improwizacja. Od jakiegoś czasu interesuję się kompozycją i produkcją muzyczną, więc jest mi obecnie bliższy model, gdzie są już jakieś założenia i wytyczne, np. forma kompozycji, temat, aranżacja itd. Muzyka obecnie bardziej do mnie przemawia, jeśli słyszę, że ktoś włożył wysiłek intelektualny przed wykonaniem danego dzieła.

Cały czas mam takie wrażenie – nawet słuchając tych wielkich jak Ornette Coleman, Don Cherry – że w momencie czystej improwizacji, bez jakichkolwiek założeń wstępnych trochę nie da się uniknąć gorszych i słabszych momentów. I to jest według mnie największe niebezpieczeństwo całkowicie otwartej, nieskrępowanej niczym improwizacji.

Nie tak dawno, bo w 2019 roku ukończyłeś z wyróżnieniem studia licencjackie w klasie perkusji jazzowej prof. dr hab. Krzysztofa Przybyłowicza i dr Pawła Dobrowolskiego. W 2021 – także z wyróżnieniem– studia magisterskie na tej samej uczelni. Obecnie jesteś studentem I roku Szkoły Doktorskiej Akademii Muzycznej w Poznaniu. Dlaczego wybrałeś muzykę jako życiową ścieżkę?

Pierwszy stopień szkoły muzycznej w Koszalinie, w 2004 roku, rozpocząłem w klasie skrzypiec i bardzo nie polubiliśmy się (śmiech) ze skrzypcami. W ogóle to był wybór mojej mamy, gdyż mieszkaliśmy w Koszalinie w dosyć średniej dzielnicy i mama wpadła na pomysł, żebym nie przesiadywał z jakimiś podejrzanymi typami (śmiech), ancymonami, żebym nie miał czasu na głupie pomysły. Dlatego poszedłem do szkoły muzycznej. W 2010 roku rozpocząłem naukę w klasie perkusji też w szkole muzycznej w Koszalinie w wymiarze klasycznym. Przez miesiąc miałem jednak pomysł, aby zrezygnować z muzyki na rzecz koszykówki, którą wówczas uwielbiałem. Dodatkowo znalazłem się w klasie o profilu biologiczno-chemicznym i to kompletnie nie była moja bajka, dlatego wróciłem do szkoły muzycznej. Uwielbiałem grać transkrypcje suit wiolonczelowych Bacha na marimbę i quazi jazzowe utwory na wibrafonie, bądź utwory solistyczne na kotłach. Natomiast w liceum wykrystalizowała się pasja do muzyki jazzowej, której w programie nauczania prawie w ogóle nie było. To był owoc zakazany, uciekałem z kolegami z języka niemieckiego do sali perkusyjnej, aby słuchać Coltrane’a i Milesa i odkrywać kolejne płyty, melodie, rytmy…

Jesteś laureatem wielu międzynarodowych konkursów i festiwali. Który koncert i które wyróżnienie są dla Ciebie najcenniejsze?

Jeden z najlepszych koncertów, jakie do tej pory udało mi się zagrać to koncert w ramach zeszłorocznej Letniej Akademii Jazzu, International Jazz Platform w Klubie Wytwórnia. To był okres, gdzie powoli wychodziliśmy już z pandemii i zakazu organizowania koncertów. Podczas występu w paru utworach zagrał z nami Leszek Możdżer, z którym grało nam się rewelacyjnie. W wydarzeniu udział wzięło ponad 1500 osób. Świetna publiczność, która nas nakręcała, przekazywała dobrą energię, którą zamieniliśmy w dźwięki.

Wiele w moim życiu zmieniło stypendium Młoda Polska, dzięki któremu kupiłem instrumenty i niezbędne narzędzia mojej pracy studyjnej i produkcji muzycznej. Cały czas się ich uczę, kupiłem m.in. syntezator modularny, który jest szalenie skomplikowanym sprzętem, ale dającym niezwykłe możliwości. Dzięki temu zafascynowałem w produkcją muzyczną i światem muzyki elektronicznej, którym przed 2019 rokiem, jeszcze przed pandemią, w ogóle się nie interesowałem, a zawsze chciałem. Okres izolacji domowej mi w tym pomógł. Kiedy w pierwszej fali pandemii byliśmy zamknięci w naszych domach, mieszkaniach, stwierdziłem, że to dobry czas na zakup sprzętu, nabyłem wówczas pierwszy syntezator analogowy. Bardzo poświęciłem się temu zagadnieniu i aktualnie piszę o tym doktorat, głównie o produkcji hip-hopowej i elektronice w muzyce.

Podczas prestiżowego International Jazz Platform 2019 miałeś okazję uczyć się od najlepszych, czyli Ingebrigta Haker Flatena oraz Jima Blacka. Twoim nauczycielem, autorytetem muzycznym jest…

Niewątpliwie profesor Krzysztof Przybyłowicz, perkusista o niesamowitym doświadczeniu. Grał wszystko, począwszy od muzyki popowej, po muzykę bigbandową, bebopową. Bardzo mi w relacji z profesorem imponowała jego otwartość stylistyczna i oczywiście poziom wykonawczy, wspaniały feeling, z jakim wykonywał dane zagadnienie. Ogromnie dużo nauczyłem się od tego człowieka, wspaniałego muzyka i jestem jemu szalenie wdzięczny za tę wiedzę, którą mi przekazał.

A kto Cię inspiruje ze świata muzyki?

W związku z tym, że od pewnego czasu zajmuję się nie tylko grą na perkusji, ale także grą na syntezatorach i szeroko pojętą elektroniką, przez ostatnie pół roku codziennie słuchałem tylko Ólafura Arnaldsa– islandzkiego multiinstrumentalistę – oraz Nilsa Frahma, niemieckiego muzyka, kompozytora i producenta muzycznego. Genialnie miksuje fortepian, pianino, automaty perkusyjne. Zafascynowałem się ich utworami i sposobem wykorzystywania technologii w muzyce.

Od wielu lat jestem zauroczony muzyką i wykonaniami Nate’a Smitha, perkusisty, multiinstrumentalisty, który przełamuje stereotyp, że perkusista może grać tylko w czyimś zespole. Prowadzi on szereg swoich projektów muzycznych, był nawet nominowany do Grammy. Dodatkowo komponuje, produkuje i robi to na naprawdę na bardzo wysokim poziomie.

Ty też masz na swoim koncie wiele projektów muzycznych, które stworzyłeś, najnowszy to Stanisław Aleksandrowicz Quintet. Czy ta formacja daje Tobie przestrzeń do muzycznych poszukiwań, rozmyślań na temat czasu, miejsca w muzyce?

Zespół Stanisław Aleksandrowicz Quintet zawiązał się w 2021 roku, gdy pisałem moją pracę magisterską. Stwierdziłem wówczas, że dobrze jakby to był temat przewodni mojego recitalu magisterskiego, czyli połączenie tematu pracy z występem wieńczącym pewien etap mojego życia. Tu przewodnim motywem był czas.

Bardzo lubię prowadzić własne autorskie projekty, najpierw zainicjowałem powstanie oktetu, a następnie quintetu, bo wcześniej grałem w zespołach, które współtworzyłem na zasadzie demokratycznej. Odpowiada mi w moich projektach, że mogę w pełni realizować moją wizję artystyczną, będzie to bardzo widoczne w nadchodzącej nowej płycie oktetu. Premierę przewiduję na przełomie stycznia i lutego 2023. Projekt ten niesamowicie mnie wyeksploatował. Musiałem napisać muzykę, zaaranżować ją na zespół, przeprowadzić serie prób, nagrać materiał, w trakcie którego występowałem w roli perkusisty, a także producenta, czyli siedziałem w reżyserce, gdzie trzeba było oceniać mikrofonizację i wszystko dookoła. Następnie spędziłem prawie rok na produkcji tego materiału, który był jedynie punktem wyjścia – bardzo dużo ciąłem, samplowalem, dodawałem partie syntetyczne, eksperymentowałem w moim domowym studio. I jeszcze na sam koniec zrobiłem miks tego materiału, czyli zająłem się nim od A do Z.

Wspomniałeś o swoim domowym studio, a w jakich jeszcze innych studiach gościliście? Gdzie nagrywacie?

Produkcję i miksowanie jestem już w stanie robić indywidualnie, z domu. Gdy trzeba nagrać większe aparaty wykonawcze, to korzystamy ze studia Splendor i Sława Marcina Górnego. Natomiast płytę quintetu nagraliśmy na Kaszubach, w studio Audio planet prowadzonym przez Krisa Górskiego.

Z jakimi muzykami najczęściej współpracujesz?

Mamy super ekipę zarówno w quintecie, jak i w oktecie. Wspaniale mi się pracuje z chłopakami, z Maćkiem Kocińskim, Flavio Gullota, Patrykiem Rynkiewiczem i Wojciechem Braszakiem. Dodatkowo ze wspaniałą sekcją smyczkową: Gosią Namiot grającą na wiolonczeli, Anią Zaryczną na altówce, Marianną Kanke na skrzypcach oraz Kubą Szałkowskim również na skrzypcach. Ponadto z Krzysztofem Kuśmierkiem na saksofonie i pianistą Patrykiem Matwiejczukiem w projekcie Unleashed Cooperation,z którymi niedawno także wydaliśmy płytę.

Co przed Tobą?

Bardzo skupiłem się na premierze oktetu, jestem w trakcie bookowania koncertów na przyszły rok. A wiadomo, jak trudno, w czasach kryzysu, zaprosić osiem osób do jednego czy dwóch projektów. Zajmuję się też promowaniem projektu i tworzeniem warstwy wizualnej – klipami video.