Wybaczcie nieobecność. Byłam na naświetlaniach.

blank

Jednego dnia usłyszałam, że umrę. Następnego – że jednak nie. Trzeciego – że głos odzyskam, ale raczej w wersji „sympatyczna chrypka”, więc w razie czego zawsze mogę zostać parkingowym i wydawać bileciki z seksapilem. I nie, to nie był żart z neta, to była profesjonalna porada pani od głosu. Medycyna potrafi być rozbrajająco szczera.

To jest historia o raku krtani, który wjechał w moje życie jak źle zaparkowana śmieciarka: głośno, bez pytania i w najgorszym możliwym momencie. O ile jest dobry moment na raka. O diagnostyce, która dłużyła się jak kolejka do laryngologa na NFZ. O leczeniu, które nie było pastelową „walką z chorobą”, tylko radiochemioterapią tak nieprzyjemną, że nawet moje kubki smakowe postanowiły się wypisać z tego serialu. Nie miałam śliny, nie miałam smaku, jadłam węchem. Nos mówił: „to jest rosół”, a usta: „to jest mokre powietrze”. Jakby ktoś w kuchni wyłączył kolor i kazał się zachwycać szarością. 

I dlatego to jest też opowieść o… Magdzie Gessler. I jej odcinkach „Kuchennych rewolucji” sprzed kilkunastu lat, oglądanych o drugiej w nocy w szpitalu, kiedy nie mogłam spać, jeść, ani nawet porządnie pomarudzić. Kiedy smak wyparował ze świata, oglądanie jedzenia stało się moją terapią. Patrzyłam, jak ktoś miesza sos, kroi pomidora, wącha schabowego i mówi „to jest życie” – i myślałam: jasne, kochana, akurat. Ale to działało. Magda Gessler karmiła mnie wirtualnie, skoro kubki smakowe odmówiły współpracy.

Ostatnie pół roku to także lekcja lingwistyki. Zajmowana przeze mnie sala w szpitalu dumnie nosiła nazwę „sali chorych”, którą konsekwentnie poprawiałam na „salę zdrowiejących”, bo nie zamierzałam spędzać pięciu tygodni pod szyldem smutku. Patrzyli na mnie jak na osobę w fazie euforii pourazowej, ale trudno – ktoś musiał w tym szpitalu pilnować narracji. Był cudowny personel pielęgniarski, który robił rzeczy wielkie: zmieniał opatrunki na poparzonej szyi jakby to była bułka z masłem i mówił „pani Alicjo, zaraz przejdzie”, kiedy wszystko w środku wrzeszczało „nie przejdzie”. Był ból – taki, którego nie zrównał nawet najsilniejszy lek. I były rzeczy absolutnie heroiczne jak umycie głowy po chemii. Nigdy nie przypuszczałam, że umycie głowy może być aktem odwagi na miarę wejścia na Mount Everest w trampkach. Dlatego to też opowieść o godności, która wraz z wejściem do szpitala magicznie zniknęła, ustępując miejsca chęci przetrwania. Godność osobista opuściła ten czat, bo zastąpiły ją rzeczy ważniejsze: żeby nie bolało, żeby się zagoiło, żeby przeżyć kolejny dzień naświetlań, żeby po prostu przeżyć… Mam poczucie, że to całkiem uczciwa zamiana.

To jest także opowieść o mojej matce, która w trzydziestostopniowym upale przychodziła do szpitala z miną „robimy to” i tym jednym swoim pojawieniem się przywracała porządek wszechświata. Był też mój mąż, który bardzo szybko przestał żartować z naszego od lat naczelnego domowego żartu, „jak by to było być młodym wdowcem”, bo to nagle przestało być śmieszne. Przygarnął za to kolejnego kota. Gwoli ścisłości kot sam się wprowadził, ale dostawił mu miseczkę i powiedział „no dobra, zostań”. Mąż powiedział. Nie kot. Ja byłam w szpitalu, a w domu powiększył się stan osobowy. To jest miara miłości liczona w dodatkowych miskach i kotach przyjętych bez konsultacji z główną administracją domu.

To też zapis prawdziwej przyjaźni, bo były i one – przyjaciółki: z kompotem, z t-shirtami, bo potrzebowałam, z głupim serialem, z kremem do ust, ze świeżym jaśkiem, z „chcesz pogadać?” i z „to nie gadaj”. Im bardziej odczuwałam skutki uboczne terapii, tym mniej potrzebowałam słów, a bardziej obecności. I one to wyczuły. Bo prawdziwe wsparcie polega też na tym, żeby w którymś momencie zamknąć jadaczkę. I one to wiedziały. To jest liga mistrzyń.

Był psycholog, który – ku mojemu rozczarowaniu – nie powiedział: „ojej, jaka tragedia, to straszne”. Popatrzył, posłuchał i stwierdził, że za dużo ironii we mnie, żeby się posypać. Że to się trzyma. Że to wszystko jest wkurzające, ale do przejścia. I to też było potrzebne – ktoś, kto nie przestraszył się mojego zaczepnego „nie, k…, nie boję się”, tylko zobaczył, że to jest sposób, żeby nie oszaleć.

To jest też zapis o uldze i łzach, które polały się na wiadomość, że uzyskano remisję i że leczenie zadziałało tak jak założono. Bo jak powiedziała moja pani radioterapeuta, „to jest onkologia – tu nikt nie da sobie za nikogo ręki uciąć”. Na szczęście wszystkie ręce zaangażowanych w moje leczenie pozostały na miejscu. To jest też opowieść o nauce i jej spokojnym triumfie nad wariatami, którzy kazali mi „natychmiast przerwać tę chemię i iść w naturalne metody”. Tak. I tacy się zdarzali. Dla nich znalazłam specjalne miejsce w moim sercu. Tuż obok folderu „spam”.

I wreszcie – to jest też opowieść o tych, którzy trzymali w ryzach redakcję, kiedy ja trzymałam kroplówkę. O zespole, który normalnie pracował, bo tak trzeba było. I o klientach, którzy nie pytali „to kiedy?”, tylko powiedzieli: „najpierw zdrowie”. I pomogli wydawać kolejne wydania beze mnie w roli redaktor naczelnej.  Ciche, normalne gesty, bez fajerwerków – a właśnie takie zostają w pamięci najdłużej.

Ostatnie pół roku to jest w gruncie rzeczy opowieść o ludziach. O tych, którzy byli. Którzy wiedzieli, kiedy napisać długiego sms-a, a kiedy tylko wysłać serce. Którzy potrafili przyjść do szpitala w 32 stopniach, bo „musiałam zobaczyć, że żyjesz”. I o tych, którzy „nie wiedzieli, co powiedzieć”, więc nie powiedzieli nic. Mamy 2025 rok, Google zna odpowiedź na pytanie „jak rozmawiać z osobą chorą na raka?”. Można było sprawdzić. Szkoda. A może i nie… 

Wszystkim Wam chcę powiedzieć „DZIĘKUJĘ”. Tym, którzy dźwigali za mnie, kiedy moje ciało zajmowało się przeżywaniem. Tym, którzy poczekali zawodowo, aż wrócę. Tym, którzy wysłali jedną wiadomość i ona wystarczyła. Bez was te pięć tygodni byłoby tylko „salą chorych”. Z Wami – było „salą zdrowiejących”. Mogę wracać do życia! 

Tylko ktoś niech mi zabierze tego dodatkowego kota z klawiatury komputera. Tak się nie da pracować! 

Alicja Kulbicka

Alicja Kulbicka

Redaktor naczelna
REKLAMA
REKLAMA

Może cię zainteresować:

blank
REKLAMA
REKLAMA