Puknęłam Pana. Nie dosłownie, choć od tego zdania można by zacząć całkiem obiecujący romans klasy B. Puknęłam pana przed Żabką. Wysiadając z auta, stuknęłam swoimi drzwiami w jego drzwi. Lekko. Huku nie było, lakier nie odprysnął. Po prostu – parking, samochody ustawione za blisko siebie, ja próbująca wydostać nogi z przestrzeni międzyautowej, w której komfortowo zmieściłby się co najwyżej patyczak po diecie pudełkowej.
Weszłam do sklepu przekonana, że nic się nie stało, bo obiektywnie nic się nie stało. Pan też był w Żabce. Krążyliśmy więc przez chwilę wśród półek, lodówek, kawy z automatu i tej szczególnej atmosfery miejsca, w którym człowiek przychodzi po wodę, a wychodzi z bateriami, kabanosem, batonikiem z masłem orzechowym i poczuciem, że życie wymknęło się spod kontroli.
Pan wyszedł pierwszy. Po chwili wrócił jednak z miną człowieka, któremu właśnie zakomunikowano, że naruszono integralność jego dóbr osobistych oraz lakierniczych. Jak się okazało, pozostawiony w aucie syn poinformował go, że przed sklepem doszło do incydentu. Pan podszedł do mnie, zadarł głowę w górę, bo wzrost nie pozwolił mu patrzeć mi prosto w oczy i wykrzyczał:
– Uderzyła pani w dźwi!
Nie zrozumiałam. W mojej głowie coś się na chwilę zawiesiło. Może język polski. Może kultura dialogu. Może ja. Spojrzałam na niego, siłą rzeczy z góry i zapytałam:
– Słucham?
– Uderzyła pani w dźwi! Widziałem!
W Polsce auto to przecież nie jest tylko środek transportu. Auto to życiorys, charakter, status społeczny, ruchoma wizytówka i mały ołtarzyk na czterech kołach. Można nie mieć czasu dla matki, ale dla lakieru zawsze znajdzie się niedzielne popołudnie. A 1.9 TDI? To już nie silnik. To legenda. To kod kulturowy. To narodowy order zasługi za przebieg powyżej pół miliona kilometrów. Symbol statusu, wytrzymałości i przekonania, że Niemiec płakał, jak sprzedawał, a Polak płakał, jak ktoś mu stuknął w drzwi.
Przeprosiłam. I mam wrażenie, że tym go najbardziej zaskoczyłam. Bo oto zamiast się kłócić, tłumaczyć, że „to nie ja, to fizyka”, że „pan źle stanął”, że „w ogóle nie było tematu”, powiedziałam po prostu – przepraszam. Być może właśnie dlatego nie wezwał policji, straży miejskiej, rzeczoznawcy, komisji śledczej ani straży granicznej. A może tylko nie był przygotowany na taki rozwój akcji. Pomruczał jeszcze pod nosem coś na kształt „głupia baba” i niepocieszony oddalił się w stronę swojego naruszonego dobra rodowego. Wyglądał jak człowiek, któremu ktoś zepsuł awanturę w chwili, gdy dopiero nabierała rumieńców. Ja natomiast zostałam z poczuciem, że przeprosiny nie zawsze kończą konflikt. Czasem po prostu odbierają komuś przyjemność z jego dalszego rozwijania.
Nucąc skoczne: „Uderzyła pani w dźwi, 1.9 TDI”, wróciłam do domu z zamiarem wypielenia grządki, która zarosła tak, jakby miała ambicje zostać rezerwatem przyrody. Brzmi sielsko, choć w praktyce oznaczało chwasty, pokrzywy i nierówną walkę z roślinnością. Byłam właśnie na etapie przegrywania z naturą, kiedy przy płocie zatrzymał się pan na rowerze, z rodziną w pakiecie i zapytał o drogę. Odpowiedziałam, że podejdę bliżej, bo z tej odległości mnie nie usłyszy. Głos mam szorstki, niższy niż dawniej, trochę zachrypnięty – taki, który ludziom często uruchamia cudze domysły szybciej niż własną przyzwoitość. Pan też uruchomił domysł.
– Śpiewało się wczoraj, co?
Nie mam mu tego za złe. Naprawdę. To był jeden z tych odruchowych żartów, które ludzie rzucają w przestrzeń, zanim mózg zdąży postawić przy nich znak ostrzegawczy. Tyle, że ja akurat nie byłam skora do żartów, bo poparzyły mnie pokrzywy, ręce mnie paliły, a brud spod paznokci wyglądał na niezmywalny. Więc powiedziałam zgodnie z prawdą:
– Nie. To rak krtani był.
I teraz, w moim świecie idealnym, normalny człowiek powiedziałby: „O cholera, przepraszam, nie wiedziałem”. A ja odpowiedziałabym: „Przecież nie mógł pan wiedzieć”. On zapytałby może, czy już wszystko dobrze, ja powiedziałabym, że jakoś się żyje, po czym wskazałabym mu drogę. Na końcu tej historii być może odwiedzalibyśmy się rodzinami na święta, wymieniali przepisami na sałatkę i zdjęciami kotów. Ale nie. „Przepraszam” nie przeszło mu przez gardło. Zamiast tego zobaczyłam w jego oczach desperackie poszukiwanie wyjścia awaryjnego. Drzwi ewakuacyjnych. Okna. Tunelu pod ziemią. Zaśmiał się nerwowo i powiedział:
– Tym bardziej trzeba się śmiać!
Po czym speszony odpedałował w kierunku przeze mnie wskazanym. Uczciwie dodam, że nie zrobiłam mu żartu nie wysłałam go w drogę na Ostrołękę.
I tak sobie myślę: co się stało ze słowem „przepraszam”? Dlaczego tak wielu ludzi traktuje je jak przyznanie się do winy w procesie karnym? Jakby po wypowiedzeniu tych trzech sylab natychmiast zapadał wyrok, komornik zajmował konto, a sąsiedzi szeptali pod warzywniakiem: „Podobno przeprosił”. Przepraszam nie oznacza przecież – jestem potworem. Nie oznacza – proszę mnie ukamienować. Czasem znaczy tylko – powiedziałem coś niezręcznego. Nie wiedziałem. Nie chciałem. Mogłem lepiej. Zobaczyłem człowieka po drugiej stronie własnego żartu.
A jednak zamiast prostego „przepraszam” coraz częściej słyszymy wielkie konstrukcje obronne. Że „nie to miałem na myśli”. Że „taki mam styl”. Że „teraz już nic nie można powiedzieć”. Że „ludzie są przewrażliwieni”. Albo najpiękniejsze ze wszystkich: „przepraszam tych, którzy poczuli się urażeni”. To nie są przeprosiny. To komunikat prasowy po pożarze, w którym winny był ogień. „Przepraszam tych, którzy poczuli się urażeni” znaczy mniej więcej – ja zrobiłem wszystko świetnie, ale wasze uczucia postanowiły zachować się niestabilnie. To nie jest wzięcie odpowiedzialności, tylko elegancko ubrany unik. Taka dyplomatyczna zasłona dymna, za którą stoi człowiek i bardzo pilnuje, żeby przypadkiem nie musiał powiedzieć: „źle zrobiłem”.
Może dlatego słowo „przepraszam” wyszło z mody. Nie pasuje do czasów, w których każdy chce mieć rację, najlepiej natychmiast. Przepraszanie wymaga chwili zatrzymania. A my coraz częściej wolimy natychmiastową ripostę, wyjaśnienie, kontratak, mema albo minę człowieka, który przecież tylko żartował. Tymczasem „przepraszam” jest małe, ale ma ogromną siłę. Potrafi rozbroić sytuację szybciej niż najlepszy argument. Nie upokarza. Nie zmniejsza człowieka. Przeciwnie – czasem dopiero ono pokazuje, że ktoś dorósł do własnych słów.
Przeprosiłam pana od drzwi. Choć stał za blisko, choć ja nie miałam gdzie wysiąść, choć cała sytuacja była bardziej parkingową komedią niż dramatem komunikacyjnym. Przeprosiłam, bo stuknęłam. Koniec. Pan od roweru mógł przeprosić mnie. Nie dlatego, że zrobił coś strasznego. Nie dlatego, że miał złe intencje. Tylko dlatego, że jego żart trafił w miejsce, o którym nie mógł wiedzieć. I właśnie po to istnieje „przepraszam” – na te wszystkie momenty, w których nie wiedzieliśmy, ale już wiemy.
Nie trzeba od razu pisać oświadczenia. Nie trzeba zakładać fundacji. Nie trzeba nagrywać rolki z refleksyjną muzyką i podpisem „moja lekcja pokory”. Wystarczy powiedzieć: „przepraszam”.
Czasem to najkrótsza droga wyjścia z sytuacji. Zdecydowanie krótsza niż ta na Ostrołękę.




