Poczet komplementów osobliwych

Jej usta przypominały orzeszki ziemne, a dłonie – mydło w płynie.
I wtedy dotarło do mnie, że chyba się zakochałem.
Erich Segal „Ponad chmurami”

„W komplementy trzeba umieć” mawia młodzież. Pasjami uwielbiam te w stylu ładna jesteś, tak …osobliwie, masz wyjątkową charyzmę, gdybyś urodziła się gdzie indziej, mogłabyś być drugą Anne Wintour, tylko musiałabyś interesować się modą, bo widać, że jesteś poza nią
– tymczasem ja dumna ze stylówki od mojej ukochanej poznańskiej projektantki… Pięknie palisz papierosy – moja kardiolog, zdecydowanie jest przeciwnego zdania. Jesteś nieludzko zracjonalizowana… Do kolekcji brakuje mi tylko jak ona pięknie oddycha…

Wiele lat temu, pojawił się w naszym domu Ron. Pochodził ze Stanów, a do Polski przywiodła go jakaś wymiana naukowa. W ramach przyjaźni polsko-amerykańskiej (a tak serio to w ramach potrzeby zakwaterowania go gdzieś w Poznaniu) moi rodzice zgodzili się na to, aby zamieszkał w ich domu. To było wyjątkowe zderzenie dwóch światów – świata amerykańskiej popkultury z polską połową lat 90. Ale to nie o tym ten tekst. Otóż Ron miał przemożną chęć nauczenia się języka polskiego, którą to chęć zamieniał w czyn pomiędzy zajęciami na uczelni a zwiedzaniem miasta. Oprócz chęci nauki języka miał też żonę. I kiedy podczas jednego z obiadów mój ojciec zapytał go, jaka jest Twoja żona?, Ron rozpromieniony, łamaną polszczyzną mówi jest dobra, bardzo ją kocham i jest… głupia… Przy stole i jakże by inaczej polskim rosole z makaronem, zapadło kłopotliwie milczenie. Oczy moich rodziców zamieniły się w cztery ogromne znaki zapytania i Ron zorientowawszy się, że coś chyba poszło nie tak, wyciągnął słowniczek angielsko-polski, który był jego wiernym towarzyszem i wpadł w histeryczny śmiech. Otóż okazało się, że wcale nie głupia, tylko ruda, a dla mnie ta historia, choć była tylko wynikiem przejęzyczenia i nieznajomości języka stała się zaczątkiem kolekcji komplementów osobliwych.

Zdecydowałam się obciąć włosy. Z długich na bardzo krótkie. Po wielu rozmowach w salonie fryzjerskim, obejrzeniu tysiąca inspiracji, dokonało się! Długie pukle jeden po drugim spadały na podłogę, fryzjer formował fryzurę niczym rzeźbiarz, wyczarowując moją wymarzoną stylizację. Dumna z nowego image’u po kilku dniach, podczas spotkania dla klientów w jednej z podpoznańskich firm, w trakcie przerwy od targowania, zajadając podczas lunchu kiełbaskę z grilla, poczułam na sobie natarczywy wzrok. Kto z nas nie zna tego uczucia, kiedy czujesz, że ktoś się gapi, ale nie wiesz kto. No to się dowiedziałam. Nie trwało zbyt długo, kiedy pojawił się ON. Z nonszalancką miną, wyjątkowo pewny siebie, dosiadł się do mnie i nie spuszczając ze mnie świdrującego wzroku mówi – super fryzura… I kiedy już chciałam grzecznie podziękować za komplement, dodał tylko twarz taka dziwna… Dystans siostro – sobie myślę i choć mam świadomość, że z Claudią Cardinale łączy mnie tylko dzień urodzin, jednak, mimo wszystko… serio???!!! Choć od tego czasu minęło kilkanaście lat, a wspomniany dystans stał się moim przyjacielem, ta historia towarzyszy mi zawsze podczas wizyt u fryzjera, stanowiąc remedium na szarość dnia codziennego.

Na ripostę pozwoliłam sobie kilka lat później, podczas wizyty u lekarza, który moje różne problemy skórne miał rozwiązać. Zajęta perorowaniem o dolegliwościach, nie zauważyłam bacznego wzroku doktora przenoszonego z mojej okraszonej zmianami skórnymi twarzy na dokumentację medyczną. Raz w papiery, raz na mnie, w papiery, na mnie, w papiery… I w końcu padło: Zaradzimy. W końcu, gdyby nie była pani nadgryziona zębem czasu, byłaby z pani piękna kobieta. Wcześniejsze doświadczenie fryzurowe oraz wychowanie na serii Monthy Pythona na szczęście nie poszło na marne i jakoś tak samo z mych ust wyskoczyło no Pan też już nie pierwszej młodości. Doktor uśmiechnął się pod nosem, widząc, że z pyskatą ma do czynienia, twarz uleczył i do dziś pozostajemy w przyjaznych relacjach.

Jednak najpiękniejszy, a zarazem najdziwniejszy przyszedł z wnętrza. Nie własnego, ale z wnętrza domu mego, rodzinnego. Podczas którejś z toczonych w naszym domu częstych dyskusji, gdzieś pomiędzy rozważaniami na temat długości życia czarnych dziur a nowatorskimi metodami oceny reagowania ryb na stres padło z kim ja będę rozmawiał, kiedy umrzesz…?

W komplementy trzeba umieć. Ale jak w swojej książce „I ty możesz być modelką” przekonuje Dorota Wellman – nie zmieniaj życia tylko dlatego, że jakiś idiota napisał, że masz za dużo zmarszczek lub źle wyglądasz w dżinsach. A na wypadek, gdyby dziś Wam nikt nie powiedział nic miłego – dziękuję, że jesteście! Jesteście super!

Alicja Kulbicka

Alicja Kulbicka

Redaktor naczelna
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

Może cię zainteresować:

REKLAMA
REKLAMA

Wybaczcie nieobecność. Byłam na naświetlaniach.

Artykuł przeczytasz w: 6 min.

Jednego dnia usłyszałam, że umrę. Następnego – że jednak nie. Trzeciego – że głos odzyskam, ale raczej w wersji „sympatyczna chrypka”, więc w razie czego zawsze mogę zostać parkingowym i wydawać bileciki z seksapilem. I nie, to nie był żart z neta, to była profesjonalna porada pani od głosu. Medycyna potrafi być rozbrajająco szczera.

To jest historia o raku krtani, który wjechał w moje życie jak źle zaparkowana śmieciarka: głośno, bez pytania i w najgorszym możliwym momencie. O ile jest dobry moment na raka. O diagnostyce, która dłużyła się jak kolejka do laryngologa na NFZ. O leczeniu, które nie było pastelową „walką z chorobą”, tylko radiochemioterapią tak nieprzyjemną, że nawet moje kubki smakowe postanowiły się wypisać z tego serialu. Nie miałam śliny, nie miałam smaku, jadłam węchem. Nos mówił: „to jest rosół”, a usta: „to jest mokre powietrze”. Jakby ktoś w kuchni wyłączył kolor i kazał się zachwycać szarością. 

I dlatego to jest też opowieść o… Magdzie Gessler. I jej odcinkach „Kuchennych rewolucji” sprzed kilkunastu lat, oglądanych o drugiej w nocy w szpitalu, kiedy nie mogłam spać, jeść, ani nawet porządnie pomarudzić. Kiedy smak wyparował ze świata, oglądanie jedzenia stało się moją terapią. Patrzyłam, jak ktoś miesza sos, kroi pomidora, wącha schabowego i mówi „to jest życie” – i myślałam: jasne, kochana, akurat. Ale to działało. Magda Gessler karmiła mnie wirtualnie, skoro kubki smakowe odmówiły współpracy.

Ostatnie pół roku to także lekcja lingwistyki. Zajmowana przeze mnie sala w szpitalu dumnie nosiła nazwę „sali chorych”, którą konsekwentnie poprawiałam na „salę zdrowiejących”, bo nie zamierzałam spędzać pięciu tygodni pod szyldem smutku. Patrzyli na mnie jak na osobę w fazie euforii pourazowej, ale trudno – ktoś musiał w tym szpitalu pilnować narracji. Był cudowny personel pielęgniarski, który robił rzeczy wielkie: zmieniał opatrunki na poparzonej szyi jakby to była bułka z masłem i mówił „pani Alicjo, zaraz przejdzie”, kiedy wszystko w środku wrzeszczało „nie przejdzie”. Był ból – taki, którego nie zrównał nawet najsilniejszy lek. I były rzeczy absolutnie heroiczne jak umycie głowy po chemii. Nigdy nie przypuszczałam, że umycie głowy może być aktem odwagi na miarę wejścia na Mount Everest w trampkach. Dlatego to też opowieść o godności, która wraz z wejściem do szpitala magicznie zniknęła, ustępując miejsca chęci przetrwania. Godność osobista opuściła ten czat, bo zastąpiły ją rzeczy ważniejsze: żeby nie bolało, żeby się zagoiło, żeby przeżyć kolejny dzień naświetlań, żeby po prostu przeżyć… Mam poczucie, że to całkiem uczciwa zamiana.

To jest także opowieść o mojej matce, która w trzydziestostopniowym upale przychodziła do szpitala z miną „robimy to” i tym jednym swoim pojawieniem się przywracała porządek wszechświata. Był też mój mąż, który bardzo szybko przestał żartować z naszego od lat naczelnego domowego żartu, „jak by to było być młodym wdowcem”, bo to nagle przestało być śmieszne. Przygarnął za to kolejnego kota. Gwoli ścisłości kot sam się wprowadził, ale dostawił mu miseczkę i powiedział „no dobra, zostań”. Mąż powiedział. Nie kot. Ja byłam w szpitalu, a w domu powiększył się stan osobowy. To jest miara miłości liczona w dodatkowych miskach i kotach przyjętych bez konsultacji z główną administracją domu.

To też zapis prawdziwej przyjaźni, bo były i one – przyjaciółki: z kompotem, z t-shirtami, bo potrzebowałam, z głupim serialem, z kremem do ust, ze świeżym jaśkiem, z „chcesz pogadać?” i z „to nie gadaj”. Im bardziej odczuwałam skutki uboczne terapii, tym mniej potrzebowałam słów, a bardziej obecności. I one to wyczuły. Bo prawdziwe wsparcie polega też na tym, żeby w którymś momencie zamknąć jadaczkę. I one to wiedziały. To jest liga mistrzyń.

Był psycholog, który – ku mojemu rozczarowaniu – nie powiedział: „ojej, jaka tragedia, to straszne”. Popatrzył, posłuchał i stwierdził, że za dużo ironii we mnie, żeby się posypać. Że to się trzyma. Że to wszystko jest wkurzające, ale do przejścia. I to też było potrzebne – ktoś, kto nie przestraszył się mojego zaczepnego „nie, k…, nie boję się”, tylko zobaczył, że to jest sposób, żeby nie oszaleć.

To jest też zapis o uldze i łzach, które polały się na wiadomość, że uzyskano remisję i że leczenie zadziałało tak jak założono. Bo jak powiedziała moja pani radioterapeuta, „to jest onkologia – tu nikt nie da sobie za nikogo ręki uciąć”. Na szczęście wszystkie ręce zaangażowanych w moje leczenie pozostały na miejscu. To jest też opowieść o nauce i jej spokojnym triumfie nad wariatami, którzy kazali mi „natychmiast przerwać tę chemię i iść w naturalne metody”. Tak. I tacy się zdarzali. Dla nich znalazłam specjalne miejsce w moim sercu. Tuż obok folderu „spam”.

I wreszcie – to jest też opowieść o tych, którzy trzymali w ryzach redakcję, kiedy ja trzymałam kroplówkę. O zespole, który normalnie pracował, bo tak trzeba było. I o klientach, którzy nie pytali „to kiedy?”, tylko powiedzieli: „najpierw zdrowie”. I pomogli wydawać kolejne wydania beze mnie w roli redaktor naczelnej.  Ciche, normalne gesty, bez fajerwerków – a właśnie takie zostają w pamięci najdłużej.

Ostatnie pół roku to jest w gruncie rzeczy opowieść o ludziach. O tych, którzy byli. Którzy wiedzieli, kiedy napisać długiego sms-a, a kiedy tylko wysłać serce. Którzy potrafili przyjść do szpitala w 32 stopniach, bo „musiałam zobaczyć, że żyjesz”. I o tych, którzy „nie wiedzieli, co powiedzieć”, więc nie powiedzieli nic. Mamy 2025 rok, Google zna odpowiedź na pytanie „jak rozmawiać z osobą chorą na raka?”. Można było sprawdzić. Szkoda. A może i nie… 

Wszystkim Wam chcę powiedzieć „DZIĘKUJĘ”. Tym, którzy dźwigali za mnie, kiedy moje ciało zajmowało się przeżywaniem. Tym, którzy poczekali zawodowo, aż wrócę. Tym, którzy wysłali jedną wiadomość i ona wystarczyła. Bez was te pięć tygodni byłoby tylko „salą chorych”. Z Wami – było „salą zdrowiejących”. Mogę wracać do życia! 

Tylko ktoś niech mi zabierze tego dodatkowego kota z klawiatury komputera. Tak się nie da pracować! 

Alicja Kulbicka

Alicja Kulbicka

Redaktor naczelna
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

Nie jestem twoją matką – czyli o społecznym macierzyństwie, którego nikt nie nazywa po imieniu

Artykuł przeczytasz w: 4 min.


26 maja. Dzień Matki. Święto czułości, ciepła, laurek i filiżanek z napisem Najlepsza Mama na świecie. Ale z jakiegoś powodu od rana odbierasz wiadomości z życzeniami, mimo że nie masz dzieci, nie planujesz ich mieć, a jedyną istotą, którą aktualnie dokarmiasz, jest roślina na parapecie.


Dlaczego? Dlatego, że w tym kraju nie trzeba być matką biologiczną, żeby funkcjonować jak matka. Wystarczy być kobietą. A już najlepiej kobietą, która ogarnia rzeczy, zauważa cudze nastroje i umie zorganizować święta bez wojny domowej. Taka dostaje awans społeczny. Matka emocjonalna. Matka organizacyjna. Matka kolektywu.

Społeczne macierzyństwo nie dostaje zasiłku. Dostaje za to niekończące się oczekiwania. Masz współczującą minę, potrafisz wyczuć napięcie w powietrzu i zażegnać katastrofę jeszcze zanim się zacznie? Witaj w gronie tych, które „przejmą”, „zorganizują” i „załatwią”. To ty pamiętasz, kto nie je mięsa, kto ma lęk społeczny, a kto właśnie się rozwodzi i nie chce siedzieć koło byłego. To ty wiesz, kto z rodziny nie rozmawia z kim od 2016 roku i tak ustawisz stół, żeby nie wybuchła wojna. Nie masz dzieci, ale obsługujesz emocje całego towarzystwa, jakbyś prowadziła emocjonalne pogotowie – dostępne 24/7, bez kolejki i z uśmiechem? Gratulacje. Jesteś matką społeczną.

Choć nie znajdziesz jeszcze hasła „macierzyństwo społeczne” w słownikach socjologii, samo zjawisko jest aż nadto obecne w życiu codziennym. To ukryta, niedookreślona rola, którą kobiety pełnią z rozpędu – bo „potrafią”, bo „tak jakoś wyszło”, bo „ktoś musi”. W praktyce to społeczna zgoda na to, że kobieta będzie nie tylko emocjonalnym zapleczem, ale też organizacyjnym trzonem otoczenia – niezależnie od tego, czy urodziła dzieci. Macierzyństwo zostaje więc oderwane od biologii i przypisane do cech: ciepła, empatii, zaradności, gotowości do działania. To forma niewidzialnej pracy emocjonalnej – rozproszonej, rozmytej, często nieuświadomionej. Ale systemowo oczekiwanej. I nagradzanej… głównie milczeniem.

Ale dlaczego właściwie mamy się na to godzić? Dlaczego cudzy spokój, wygoda i dobrostan mają być naszym codziennym obowiązkiem, wpisanym w płeć, charakter albo społeczne przyzwyczajenie, że kobieta zrobi więcej, ale ciszej. Opiekowanie się kimś to akt woli, nie domyślna funkcja. Można być czułą, troskliwą, wspierającą – ale tylko wtedy, gdy się tego chce, a nie dlatego, że świat automatycznie przypisuje nam rolę strażniczki wszystkiego co boli, zawstydza i przeszkadza w spokoju innych. Tyle, że kiedy zaczynamy stawiać granice, świat krzywi się z niesmakiem. Bo przecież zawsze byłaś taka miła. Taka pomocna. Taka… dostępna. Stawianie granic odbierane jest jak zdrada wspólnego komfortu. A przecież to tylko próba odzyskania siebie – kawałek po kawałku.

Od pokoleń sankcjonujemy ten stan rzeczy, pielęgnując mit, który z jednej strony wzrusza, a z drugiej skutecznie knebluje potrzeby kobiet. Matka Polka. Cierpliwa. Oddana. Gotowa nieść na plecach rodzinę, naród i wszystkie emocjonalne niedobory otoczenia. Zawsze pod ręką, zawsze w służbie, zawsze do dyspozycji. Nawet jeśli nie miała własnych dzieci – miała przecież „czyjeś”. Choćby symboliczne. Bo Matka Polka nie musi urodzić, żeby matkować – wystarczy czułość, odpowiedzialność, odruch, by „zająć się tym, czym nikt inny się nie zajmie”, a świat już mianuje ją opiekunką. Bez pytania, bez kontraktu.

A kiedy w końcu próbuje się z tej roli wypisać – okazuje się, że nie ma gdzie oddać etatu, którego nikt jej oficjalnie nie przyznał. Jesteś kobietą i już samo to wystarcza, żeby świat oczekiwał od ciebie empatii, miękkości i gotowości przyjmowania cudzych emocji – jakby każdy był dzieckiem z gorączką, któremu należy się herbata i termometr.

Tylko że ja nie mam termometru. I nie jestem twoją matką.

Alicja Kulbicka

Alicja Kulbicka

Redaktor naczelna
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

Czytaj mądrze, nie szybko

Artykuł przeczytasz w: 4 min.


Mój dziadek, księgarz, mawiał, że należy umieć odróżnić książkę od zadrukowanego papieru. Zawsze mówił to z tym swoim półuśmiechem i błyskiem w oku, który pojawiał się, gdy wręczał mi kolejną książkę – odpowiednio dobraną do wieku i nastroju. Najpierw były baśnie braci Grimm czy Andersena – czytane przy zgaszonym świetle, tylko przy nocnej lampce, jakby opowieści były zbyt potężne, by dzielić je z całym światem. Potem „Mały Książę”, który uczył, że „najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”. A później coraz poważniejsze lektury – bo według dziadka „literatura powinna dorastać razem z tobą”.

tekst: Alicja Kulbicka, zdjęcia: Adobe Stock

I dorastała. A świat? Świat jakby przyspieszył za bardzo. Wyprzedził naturalne tempo poznawania wartości, sensów, emocji. Zamiast dojrzewać razem z nami, wrzucił nas na skróty – wprost w wir treści szybkich, krzykliwych, bez kontekstu i głębi. Wszystko, wszędzie, naraz – ale bez czasu na zrozumienie. Dziś jesteśmy otoczeni słowami. Leją się strumieniami z ekranów, gazet, podcastów, komentarzy, powiadomień, stories. Krzyczą, szepczą, skaczą w feedach i wyskakują z lodówek. Niosą sens – albo tylko jego pozory. Można je chłonąć bezrefleksyjnie, jak fast food w biegu, albo smakować jak dobrą kawę – powoli, świadomie, z namysłem.

Międzynarodowy Dzień Wolności Prasy to dobra okazja, by się nad tym na chwilę zatrzymać. Bo wolność słowa to nie tylko prawo do mówienia. To również – a może przede wszystkim – obowiązek mądrego słuchania i rozumienia. Możemy pisać, co chcemy – i dobrze. To fundament wolności. Ale możemy też czytać, co chcemy – i tu zaczynają się schody. Bo skoro wszystko wolno dziś powiedzieć, równie łatwo można słowami manipulować. Wymyślić sensacyjny „news”, obłożyć go krzykliwym nagłówkiem, podpisać tajemniczym „ekspertem” i wypuścić w świat, który nie pyta – tylko lajkuje.

Dezinformacja, fake newsy, postprawda – to już nie są hasła z podręczników dziennikarstwa, które omawia się przy okazji egzaminu z etyki mediów. To nasza codzienność. Nasze poranne scrollowanie. Nasz wieczorny doomscrolling. Ale największe zagrożenie nie tkwi w samych fake newsach. Ono zaczyna się w nas – kiedy przestajemy zadawać pytania. Gdy klikamy odruchowo, przewijamy bezmyślnie i chłoniemy bez cienia refleksji. Bo szybciej. Bo łatwiej. Bo „wszyscy tak robią”.
A przecież mądra treść wymaga czegoś więcej – uważności, wysiłku, dociekliwości. Umiejętności rozróżniania: fakt czy opinia? Informacja czy manipulacja? Treść czy tylko głośna forma? To nie jest wygodne. To praca – czasem żmudna, czasem zniechęcająca. Ale potrzebna jak tlen. Bo to już nie tylko kwestia intelektualnego komfortu. To kwestia bezpieczeństwa. Fake newsy nie są tylko irytujące – one są niebezpieczne. Mogą rodzić uprzedzenia, podsycać nietolerancję, napędzać agresję, wpływać na decyzje polityczne, zdrowotne, społeczne. Potrafią dzielić ludzi skuteczniej niż mury i granice. Kłamstwo powtórzone tysiąc razy może stać się „prawdą” – zwłaszcza jeśli nikt nie zada sobie trudu, by je sprawdzić.

Dlatego jeśli sami nie zaczniemy czytać mądrze, nikt nie zrobi tego za nas. A jeśli przestaniemy wymagać jakości – zostanie nam to, co najtańsze: powierzchowność, banał, krzyk bez znaczenia. A potem może się okazać, że słowa przestaną znaczyć cokolwiek. A jeśli wszystko znaczy wszystko – to w gruncie rzeczy nie znaczy już nic.
Przy okazji tego, jakże ważnego święta, jakim jest Międzynarodowy Dzień Wolności Prasy – zróbmy coś dla siebie. Zatrzymajmy się na chwilę. Otwórzmy coś, co nie krzyczy, nie błyska, nie mami. Coś, co wymaga chwili ciszy, myśli, uważności. Bo w świecie, który nieustannie mówi – warto szukać tych, którzy naprawdę mają coś do powiedzenia. Bo wolność słowa to przywilej. Ale wolność myślenia – to prawdziwa moc.

Mój dziadek mówił, że dobra książka to nie ta, którą się szybko czyta, ale ta, którą długo się pamięta. Mój dziadek nie doczekał czasów mediów społecznościowych, fake newsów i newsfeedów aktualizowanych co pięć sekund. Ale gdyby żył dziś, pewnie znów podałby mi jakąś książkę. Usiadłby obok, jak kiedyś, i powiedział spokojnie: czytaj uważnie – tu chodzi o coś więcej niż słowa.

I może właśnie to jest dziś najważniejsze. Nie ilość przeczytanych treści, ale to, co z nami zostaje, kiedy gasną ekrany.

Alicja Kulbicka

Alicja Kulbicka

Redaktor naczelna
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA