Weronika Janik – Kurek | Skrzypce towarzyszą mi każdego dnia

Znów zanurzam się w cudowną opowieść, jak to wszystko się zaczęło… Poznaję czarującą młodą osobę, od której bije radość życia, a uśmiech z jej twarzy nie znika ani na chwilę. Utalentowana i energiczna, z wielkim potencjałem i z głową pełną nietuzinkowych pomysłów. Weronika Janik-Kurek opowiedziała o początku swojej przygody ze skrzypcami, o projektach na przyszłość i o tym, dlaczego „lubi wracać tam, gdzie była już”.

Weroniko, jesteś teraz na innym etapie swojego życia, niedługo spodziewasz się dziecka, czy w obecnych realiach muzyka też Ci towarzyszy?

WERONIKA JANIK-KUREK: Codziennie słucham RMF Classic, towarzyszą mi te melodie w podróżach, podczas jazdy autem. Często też do snu puszczam sobie muzykę klasyczną, to dobre i dla dziecka, i dla mnie. (śmiech) Ona mnie uspokaja…

Lubię też słuchać muzyki klasycznej XX wieku, bo gdy słucham utworu, którego nie znam, nie wiem, co się wydarzy… i go nie analizuję. Jest on wówczas dla mnie nieprzewidywalny, wręcz tajemniczy. (śmiech

Choć mam głowę zajętą innymi myślami – przygotowuję np. wyprawkę dla dziecka, ostatnio zakupiliśmy wózek (śmiech) – skrzypce towarzyszą mi każdego dnia; chociażby podczas rutynowego ćwiczenia, aby nie wypaść z wprawy, aby pozostać w formie po powrocie na scenę. Muszę nieustannie ćwiczyć, powtarzać, rozwijać się. Dotyczy to i rąk, palców, i umysłu. Tu chodzi o sprawność i postawę całego ciała – wszystko musi być ze sobą kompatybilne. Nie chcę już powtórzyć błędów sprzed lat, gdy w czasie wakacji wcale nie brałam instrumentu do rąk, a potem czułam dyskomfort, po takiej przerwie nie mogłam się przestawić i jakby od nowa musiałam nauczyć się współgrać ze skrzypcami. A skrzypce muszą być ze mną spójne, jak jedno ciało, organizm. 

fot.9.archiwum prywatne scaled 1

Talent muzyczny otrzymałaś w darze?

Talent muzyczny niewątpliwie mam przekazany w genach, ale do tego dochodzi ciężka praca, wiele godzin wyczerpujących prób i powtarzających się ćwiczeń w celu doskonalenia umiejętności. Od zawsze dążyłam do wyznaczonych już w dzieciństwie celów.

Moi rodzice należeli do Zespołu Pieśni i Tańca Wałbrzych. Mama jest pianistką i aktualnie uczy gry na tym instrumencie w Szkole Muzycznej im. Stanisława Moniuszki w Wałbrzychu. Dodatkowo w Zespole, w którym rozwijała się muzycznie w dzieciństwie, prowadzi teraz zajęcia wokalne i emisji głosu. A tata to rozśpiewany i roztańczony policjant. (śmiech) Rodzice przez 15 lat śpiewali wspólnie na weselach i rodzinnych uroczystościach. Było tak, że w każdy weekend gdzieś wyjeżdżali, a ja pozostawałam pod opieką babci. Mój dziadek, ze strony taty, był muzykantem-samoukiem, grał na skrzypcach, akordeonie, saksofonie, klarnecie i na bębnach. I wszystkie te instrumenty miał u siebie w domu. 

Moja młodsza siostra zakochana jest w tańcu i śpiewie, studiuje w Szczecinie na Akademii Muzycznej w klasie saksofonu. Ponadto planuje na poznańskim AWF-ie studiować jeszcze choreoterapię. 

Skąd u Ciebie zamiłowanie do skrzypiec, trudnego instrumentu? Jak zaczęła się Twoja przygoda? 

W wieku 6 lat mama zaprowadziła mnie na koncert do Filharmonii Sudeckiej, po koncercie zadała mi pytanie, który instrument do nauki chciałabym sobie wybrać. Trzymała kciuki, abym nie wybrała fortepianu, jak ona. (śmiech) I udało się! Postawiłam na skrzypce. 

Chodziłam do Ogólnokształcącej Szkoły Muzycznej w Wałbrzychu, czyli miałam w jednym budynku zajęcia tradycyjne, ogólnokształcące, jak i muzyczne. To była dla mnie oszczędność czasu na dojazdy, odrabianie lekcji, ćwiczenia gry na skrzypcach. 

Czy skrzypce były pierwszą miłością?

Pierwszą i jedyną. (śmiech) Wybrałam skrzypce i ich nie zmieniłam, choć znam wiele osób, które z różnych powodów pożegnały się z wcześniejszym instrumentem muzycznym. Dzieci mają przecież różne pomysły, często słomiany zapał, ale mi skrzypce towarzyszą od wczesnego dzieciństwa.

Moja mama, a później także nauczyciele zauważali u mnie predyspozycje do gry na skrzypcach. Zdobyte nagrody, czy wyróżnienia na konkursach były tego dowodem. Żal byłoby zmieniać na coś innego, z prostego chociażby powodu, że ja naprawdę lubiłam i nadal lubię grać na tym instrumencie strunowym. Choć nie zawsze było z górki, nie zawsze z miłą chęcią siadałam i poświęcałam czas na ćwiczenia, ale dzięki mamie, jej mobilizacji, dopilnowaniu mnie zaszłam tak daleko.

Rodzice we mnie wierzyli, dopingowali mnie w działaniu, wysyłali na warsztaty czy kursy muzyczne, aby nie zaprzepaścić szansy.

fot.3.Ksenia Shaushyshvili scaled 1

Dolny Śląsk podsyła nam do Poznania cudownych ludzi, artystów, muzyków. Miałam przyjemność porozmawiać np. z Natalią Świerczyńską, Jackiem Szwajem, Voytkiem Soko Sokolnickim. Ty pochodzisz z Wałbrzycha, dlaczego obrałaś kierunek na stolicę Wielkopolski? 

Pamiętam, że jak miałam 11 lat rodzice pierwszy raz zabrali mnie do Poznania i gdy stanęłam przed gmachem Akademii Muzycznej, już wtedy była wybudowana Aula Nova, wypowiedziałam prorocze dla mnie słowa (śmiech): „Kiedyś będę tu studiować!” I tak moje marzenie się spełniło, mój cel z wczesnych lat zrealizowałam w pełni. 

A jeszcze wcześniej… Już do 1 klasy liceum udało mi się zdać egzaminy do tzw. szkoły talentów w Poznaniu przy ul. Głogowskiej, czyli do Ogólnokształcącej Szkoły Muzycznej II Stopnia wówczas im. Henryka Wieniawskiego, obecnie im. Jadwigi Kaliszewskiej. Rozpoczęłam naukę u profesora Bartosza Bryły, którego mi polecano, i u prof. Kariny Gidaszewskiej. Tak naprawdę po przyjeździe do Poznania otworzyły się dla mnie drzwi do międzynarodowej kariery. Zaczęłam mieć coraz większą konkurencję, co dawało mi jeszcze większą motywację do ćwiczeń, do dalszego rozwoju. Rywalizacja mnie napędza, (śmiech) choć nie przejmuję się aż tak bardzo upadkami i potrafię cieszyć się z najdrobniejszych sukcesów. W Wałbrzychu byłam jedną z najlepszych, tu w Poznaniu muszę ciężko pracować i nieustannie podnosić sobie poprzeczkę rozwoju, aby na to miano zasłużyć.

Profesor Bryła rozwinął we mnie jeszcze większą miłość do nauki, do skrzypiec. Zawsze był uśmiechnięty i ugodowy, co spowodowało, iż narodziła się pomiędzy nami bardzo dobra nić współpracy. Ja też z natury jestem optymistką, pogodnym człowiekiem – tak po prostu łatwiej żyć! 

Jak zaczęła się już Twoja kariera muzyczna, z jakimi artystami najczęściej i najchętniej współpracujesz?

Od stycznia 2019 pracuję w Centrum Edukacji Artystycznej Filharmonii Gorzowskiej na stanowisku muzyka tutti – I skrzypce. Niejednokrotnie miałam również okazję pełnić rolę koncertmistrza w tejże orkiestrze. Na stałe należę do bandu Tre Voci, z czego jestem ogromnie dumna. Gdy Voytek Soko Sokolnicki zadzwonił do mnie z tą propozycją, byłam oczarowana i jednocześnie onieśmielona. Wielki zaszczyt współpracować z tak znakomitymi artystami.

Mam też 4te Quartet, który założyłam z dziewczynami w 2015 roku, na potrzeby projektu i współpracy z wokalistą Michałem Szpakiem. Było to dla mnie niezwykłe wyzwanie, bo ja muzyk klasyczny, a Michał – wschodząca i ekstrawagancka gwiazda muzyki rozrywkowej, współczesnej. Nie ukrywam, że z nutką niepewności i obawy rozpoczęłam tę działalność… Koncepcja połączenia obu tych światów: głosu Michała Szpaka i kwartetu smyczkowego zaprowadziła nas jednak na deski Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu, później występowaliśmy razem w licznych programach telewizyjnych czy w koncertach na terenie Polski. I tak małymi kroczkami udało nam się dotrzeć do Sztokholmu w 2016 roku, z dosyć wysoką pozycją, bo na 8. miejscu zakończyliśmy naszą przygodę z Eurowizją. To było niesamowite przeżycie, którego nigdy nie zapomnę! Wielka scena – pierwszy raz w życiu spotkało mnie coś takiego, aby występować przed tak ogromną publicznością. Dzięki tej współpracy i przygodzie, dziś odnajduję się znakomicie nie tylko jako muzyk klasyczny, ale również rozrywkowy.

fot.2.Ksenia Shaushyshvili

Czy 4te Quartet funkcjonuje w niezmiennym składzie?

Niestety nie. Zespół założyłyśmy, jeszcze jak byłyśmy studentkami. Każda z nas podąża za swoimi marzeniami, tak więc wiolonczelistka obecnie pracuje w Filharmonii w Ostravie, druga skrzypaczka – oprócz skończenia studiów na Wydziale Instrumentalistyki – skończyła też studia w zakresie śpiewu operowego, dostała więc propozycje różnych kontraktów w Niemczech; więc też wyjechała. Oprócz mnie w Wielkopolsce została jeszcze altowiolistka, która mieszka pod Poznaniem. Oczywiście, gdy dziewczyny z pierwotnego składu tylko mogą, chętnie wspólnie koncertujemy. 4te Quartet nadal działa, ciągle spływają propozycje występów, koncertów, czy to na eventach prywatnych, czy to na dniach poszczególnych miast, a także jako oprawa muzyczna ślubów. Tylko już w nieco innym składzie.

Grałaś wraz z 4te Quartet Janosika, Vabank, „Noce i Dnie”, „Tą ostatnią niedzielę” M. Foga, „Czterdziestolatka”, „Ojca Chrzestnego”, „Płonie stodoła” Cz. Niemena, „Jesteśmy na wczasach” W. Młynarskiego… Stare dobre przeboje, szlagiery filmowe. Co Was skłoniło do ukłonu w stronę muzyki dawnej?

Miałyśmy pomysł, aby stworzyć coś, czego nie ma na polskim rynku muzycznym. Niekonwencjonalnego, bo tak naprawdę to nie ma drugiego kwartetu smyczkowego, który gra polskie utwory rozrywkowe i filmowe, z dawnych lat. Niewątpliwie to muzyka, która wciąż inspiruje wielu twórców. Za aranżację tych kompozycji odpowiadał Jan Romanowski, Grzegorz Urban czy Adam Siebers – żadna z nas nie ma aż takiego talentu (śmiech), aby podjąć się aranżacji wykonywanych utworów.

Twoje muzyczne inspiracje to…

Z całą pewnością muzyka latynoska. Kiedy sobie włączę takie dźwięki i poczuję rytm, dostaję nowy przypływ energii, od razu chce mi się tańczyć, śpiewać. Czuję się szczęśliwa.

Dodatkowo, inspiruje mnie od zawsze muzyka klasyczna z epoki baroku. Teraz w czasie ciąży przyszedł mi do głowy pomysł, aby napisać utwór na skrzypce. Różne emocje mną targały, od łez szczęścia, do przemyśleń, refleksji, obaw i nie ukrywam, że też strachu przed nieznanym. Już na kartce z pięciolinią coś nabazgrałam (śmiech), a inspiracją do tego jest cudowna II Partita d-moll J. S. Bacha. Staram się łączyć współczesne melodie, to, co mi spontanicznie przyjdzie do głowy, z wielkim utworem, jakim jest Partita Bacha. To jest aktualnie na topie, ludzie lubią słuchać utworów z dawnych epok, dzieł wielkich twórców w nowoczesnych aranżacjach, ze współczesnym spojrzeniem i ciut inną wrażliwością.

Jakie projekty przed Tobą?

Propozycji mam wiele, choć z niektórych nie będę mogła skorzystać, z racji na mój błogosławiony stan. W listopadzie rusza trasa Wodecki Twist z Tomaszem Szymusiem, polskim kompozytorem, aranżerem, dyrygentem.  

Aktualnie już zaczęła swe podboje jesienna trasa Tre Voci, niestety beze mnie… Otrzymałam też propozycję wyjazdu na kontrakt do Niemiec oraz największą propozycję, o której marzyłam od lat, a teraz nie będzie dane mi jej zrealizować, tzn. aby przez pół roku być solistką na statku, pływając od wybrzeża do wybrzeża Stanów Zjednoczonych, grać dla podróżnych. Wtedy spełniłabym dwa marzenia za jednym razem – i zwiedzanie Stanów, i rejs statkiem wraz z moim uczestnictwem jako muzyka. Zapewne cudowne przeżycie! Bo już na kontrakcie w cyrku byłam, (śmiech) więc jeszcze do odhaczenia została mi praca na statku wycieczkowym. Statek daje wiele możliwości i atrakcji, ma różne poziomy, pokłady z muzyką na żywo, z klasycznymi brzmieniami czy współczesnymi melodiami, z show, teatrem – wszystko do wyboru. 

Jestem też w trakcie obmyślania nowego projektu muzycznego – energicznego, szalonego – w Wielkopolsce, którego zarysu na razie nie mogę zdradzić. Ale mogę zapewnić, że to będzie absolutna nowość na polskim rynku muzycznym, zważając na unikalny artystyczny skład. (śmiech) Myślę, że na wiosnę 2023 roku pierwsze informacje na temat tego projektu będę mogła przedstawić. Proszę być cierpliwym.

Czy tak jak Zbigniew Wodecki, wybitny muzyk, multiinstrumentalista, wspaniały człowiek, „lubisz wracać, tam gdzie byłaś już”? 

Uwielbiam!!! I uwielbiam wracać do solówki skrzypiec, która w tym utworze występuje, a z zespołem Tre Voci mam okazję ją wykonywać. Z Tomaszem Szymusiem w trasie Wodecki Twist miałam już przyjemność uczestniczyć przed laty, cieszę się, że ponownie otrzymałam tę propozycję. Jednak tym razem nie uda mi się stanąć na scenie…z wiadomych przyczyn. 

Tak, te nasze życiowe wybory… A poród na kiedy masz zaplanowany?

Wyznaczony mam termin na połowę stycznia. 

Jaką masz receptę na jesienną chandrę, deszczowe dni?

Staram się odganiać od siebie smutniejsze myśli za pomocą muzyki i żywiołowych dźwięków. Cieszyć się z każdego dnia, drobiazgów, z najmniejszych rzeczy. A jeśli coś nie idzie po mojej myśli, obracam to w żart i mam nadzieję na lepszy czas. Bo „czasem słońce, czasem deszcz…” I ten deszcz za oknem, jesienny, ale przy obecnych suszach bardzo potrzebny – minie, i ten deszcz wrażeń, emocji – przejdzie jak błyskawica, zostawiając urywki w pamięci. Wszystko zależy, jakimi jesteśmy ludźmi, jaką mamy naturę. Ja nigdy nie byłam malkontentem, więc jest mi łatwiej żyć i upatrywać nawet w jesiennej porze roku wiele zalet. 

REKLAMA
REKLAMA

Może cię zainteresować:

REKLAMA
REKLAMA

DIONIZY WINCENTY PŁACZKOWSKI | Musimy ufać naszej intuicji

Dionizy Wincenty Płaczkowski

Utalentowany, tajemniczy, chwytający szczególne okazje w życiu, zgodnie z maksymą „żyje się tylko raz”. Nieposkromiony a zarazem wrażliwy. Występował na międzynarodowych scenach muzycznych, choć w życiu próbował różnych dróg, które poszerzyły jego krąg przyjaciół i znajomych. Dionizy Wincenty Płaczkowski – tenor, kolekcjoner sztuki, z poznańską żyłką do przedsiębiorczości.

Rozmawia: Magdalena Ciesielska | Zdjęcia: Robby Cyron

Dionizy, czy talent muzyczny da się oszukać i wybrać inny zawód?

DIONIZY WINCENTY PŁACZKOWSKI: Każdy kto zasmakuje euforii performatywnej – zwłaszcza w świecie muzyki poważnej jako wokalista dysponujący głosem o wolumenie wypełniającym całą salę – widząc jak to steruje ludzkimi emocjami, nie odnajdzie nigdy tego samego uczucia poza sceną. Tego nie da się niczym zastąpić. (śmiech)

Wiesz, dlaczego zadałam to pierwsze pytanie… Nie wiązałeś przyszłości z muzyką. Straciłeś głos, wybrałeś studia na stosunkach międzynarodowych, a jednak życie napisało kolejny zaskakujący scenariusz…

Gdy miałem 15 i nadeszła mutacja, która zabrała bezpowrotnie mój sopran dyszkantowy – po blisko 800 koncertach – postanowiłem, że spróbuję pożyć inaczej. Nie poszedłem do liceum muzycznego, a potem zacząłem studia, które nie prognozowały mojego powrotu na scenę. Był to czas mi potrzebny, na refleksję, rozważenie dotychczasowych osiągnięć. Mogłem wówczas skonfrontować siebie z życiem, które na pewno nie generowało tyle presji i stresu. Pracowałem też kilka lat w marketingu prężnie rozwijającej się marki Red Bull. Tu pojawiły się pierwsze stresogenne sytuacje w energicznej i drapieżnej stolicy, w której finalnie zamieszkałem, studiując na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina. 

Do 15. roku życia grałeś już ponad 100 koncertów rocznie w Europie i Azji oraz nagrałeś wówczas 7 płyt. To ogromne osiągnięcie i wyróżnienie dla tak młodej osoby. Jakie wspomnienia zachowałeś z tego okresu? Do jakiego występu najczęściej powracasz w myślach?

Dzieciństwa właściwie nie miałem. Była to nieustanna praca nad rozczytywaniem coraz trudniejszego repertuaru, a następnie nad przygotowywaniem go na możliwie najwyższym poziomie wykonawczym. Muzyka od zawsze była – i jest – moją miłością! Natomiast szkoła była na drugim planie, co później dało się we znaki w liceum, zwłaszcza jeśli chodzi o przedmioty ścisłe. (śmiech) Okres kariery przed mutacją był dla mnie czasem intensywnej i wzmożonej pracy indywidualnej. Często śpiewałem w kwartetach solowych takich oratoriów jak: Pasja Janowa i Mateuszowa J.S. Bacha, Msza Koronacyjna, Nieszpory czy Requiem W.A. Mozarta, a także Mesjasz Haendla i wiele innych dzieł baroku oraz klasycyzmu. Dostawałem nuty od dyrygenta i miałem się po prostu nauczyć partii. Potem pierwsza próba, a ja byłem już przygotowany. (śmiech) Z perspektywy czasu patrzę na małego Dionizego i zadaję sobie pytanie, skąd tyle determinacji i oddania w tak młodym wieku, skoro to okres, gdy beztroska jest raczej naturalna i właściwa dynamice życia. Dlaczego to było dla mnie tak ważne? Chyba urodziłem się po to, by to robić. (śmiech) Może dlatego też lata później poprosiłem o te chwile odpoczynku od sceny…
Jeśli zaś chodzi o wspomnienia sceniczne, na pewno nie zapomnę koncertu z Chichester Psalmami Bernsteina w Termę di Caracalla. To miejsce, gdzie 7 lat wcześniej odbywał się sławny koncert Trzech Tenorów. Rozpoznałem wtedy, że koncertmistrz Orchestra Opera di Roma to ta sama osoba. Koncert transmitowany był przez Rai Uno oraz Duo. Nigdy nie zapomnę tego ciepłego rzymskiego wieczoru w otoczeniu ogromu muzyki Bernsteina pod batutą Daniela Orena! Monumentalny chór i potężny skład symfoniczny, by móc zaśpiewać delikatne frazy w duecie z harfą „Adonai ro’i lo echsar”. Miałem wtedy tylko 11 lat! To kompozycja zamykająca piękny film Maestro, który niedawno pojawił się na Netflix.

Dionizy Wincenty Płaczkowski

Miałeś przyjemność śpiewać u boku Roberta Alagni i jego żony, Aleksandry Kurzak, w słynnej inscenizacji Madame Butterfly Giacoma Pucciniego. Alagna to Twój autorytet muzyczny. Za co cenisz tego artystę?

Traktuję Roberto Alagne jako ostatniego reprezentanta tej przepięknej ery wybitnych głosów pokroju Di Stefano, Corelliego, Carrerasa, Pavarottiego czy Mario del Monaco. To nie chodzi o to, że dziś nie ma tej jakości głosów. Zmieniają się trendy i dynamika rynku operowego. Pewien archaizm wychodzącego śpiewaka, aby dał popis czystej wirtuozerii wokalnej, czasem spada na drugi plan w stosunku do teatralnej strony sceny operowej. Od głosu wymaga się obecnie większej elastyczności. Teatry zaczynają być dogłaśniane nowoczesną technologią, a przecież to te same sceny, na których niegdyś śpiewał Enrico Caruso i głos jego intensywnie dzwonił po ostatnie rzędy. 

Poznałeś również wybitnego tenora Angelo Loforese, który zadziwiał wszystkich, gdy wykonywał najtrudniejsze arie tenorowe w wieku 90 lat. Rozumiem, że on też dla Ciebie jest wielkim wzorem do naśladowania. A inne Twoje autorytety muzyczne?

Spotkanie Maestro Loforese to było dla mnie coś bardzo wyjątkowego, pamiętam też, że brał za lekcję 40 euro, gdy ceny u szanowanych pedagogów sięgały nawet 150 euro w Mediolanie. W tej profesji owe konsultacje często bierze się stricte networkingowo i nie oczekuje się nawet od nich eurek wokalnych. Trudno też na kilku lekcjach zrobić konkretne korekty techniki wokalnej. Natomiast te godziny spędzone z Maestro były dla mnie czymś niezwykle ważnym. Wracam do nich często i inaczej rozumiem uwagi, które wtedy nie były dla mnie aż tak klarowne. Przed laty nie znałem tak dobrze siebie jako wokalisty, a co za tym idzie swojego głosu i jego możliwości. Nierzadko odbiegam w inne nurty muzyczne, aby nakarmić się po prostu dobrą muzyką. W świecie klasyki archiwalne nagrania są wzorem wykonań wielu dzieł muzycznych. Koncerty fortepianowe Rachminova z Horowitzem, koncerty skrzypcowe 17-letniej Anne Sophie Mutter pod Karajanem, pierwsze recitale z fortepianem młodego Luciano Pavarottiego z Salzburga czy Los Angeles. Boska Maria Callas czy Birgit Nilsson. Mamy dziś ogromną bibliotekę legendarnych, wzorowych nagrań najwybitniejszych kompozycji, a do tego powstaje nowa fascynującą muzyka, którą ciężko śledzić, aby być na bieżąco.

Bardzo cenię Thoma Yorke’a i Jonny’ego Greenwooda niezależnie czy to Radiohead czy The Smile. Dla mnie to są muzycy tak ze sobą rezonujący, tak siebie rozumiejący performatywnie i brzmieniowo. Moja wrażliwość muzyczna ucieka też w stronę elektroniki, od James Blake’a po Maxa Coopera czy Solomuna. Wracam do wczesnych nagrań Tony Bennetta z The Ed Sullivan Show, gdzie tak samo występowali śpiewacy operowi. Tom Jones to w ogóle ewenement wokalistyki, nie ma do dziś w rozrywce męskiego głosu, który w całej szerokiej skali śpiewa tak otwartym, dużym i pięknym dźwiękiem. Niewątpliwie ważnym dla mnie gatunkiem jest jazz, rap i r&b. Regularnie słucham Wu-Tang Clanu czy Notoriousa BIG. Amerykańską wokalistkę Robertę Flack, niezastąpioną czy niezrównaną Ninę Simone, powalającą Janis Joplin. Długo by wymieniać jak wielu artystów mnie unosi muzycznie, zwłaszcza, że mamy dziś dostęp do każdego nagrania tych szalenie zdolnych postaci. Moim ukochanym śpiewakiem jest niewątpliwie Franco Corelli, który na zawsze pozostanie dla mnie wzorem prawdziwego tenora.

Dionizy Wincenty Płaczkowski

Wspominamy tu międzynarodowe nazwiska, wielkie sławy. A z jakimi wybitnymi wokalistami i artystami polskiej sceny muzycznej, teatralnej miałeś przyjemność współpracować?

Miałem wielki zaszczyt śpiewać główną rolę tenorową w Hrabinie Stanisława Moniuszki w reżyserii legendarnej Krystyny Jandy. Myślę, że było to trochę wcześnie jak na moje ówczesne doświadczenie sceniczne, ale na pewno mnie rozwinęło na wielu płaszczyznach i nauczyło pokory wobec tej bardzo oceniającej profesji. Dziś na pewno zdecydowana większość moich występów to koncerty czy recitale. Małymi krokami do celu, aby śpiewać swoje wymarzone, dramatyczne partie na takim poziomie, jakiego od siebie oczekuję. Autokrytyka mam silnego, (śmiech) więc pomaga mi to w determinacji i wyznaczeniu sobie realnych celów. Miałem też miłą współpracę z Sylwią Grzeszczak, którą bardzo cenię za jej piękny głos. Nasz sylwestrowy występ zobaczyło pod katowickim Spodkiem ok. 150 tysięcy ludzi i blisko 4 miliony przed telewizorami telewizji Polsat. Wielką radość odczuwałem również, mogąc wykonać po raz pierwszy kompozycje genialnego polskiego kompozytora Stefana Wesołowskiego. Był to Mesjasz do słów Bruna Szulca, który wykonaliśmy na warszawskim festiwalu Eufonie. 

Jakie cechy charakteru są potrzebne, aby funkcjonować w międzynarodowym środowisku muzycznym?

Przede wszystkim pewność siebie, ale taką głęboką poprzedzoną wielką dedykacją wobec sztuki wokalnej, do tego dochodzi ogromna świadomość swojego instrumentu głosowego i jego możliwości. Dalej można wymieniać: pracowitość, profesjonalizm muzyczny, bardzo dobrą pamięć, silne zdrowie, również psychiczne (śmiech), bo wciąż jest się ocenianym… Na pewno osoby, które sięgają rynku międzynarodowego, muszą być gotowe na różne blaski i cienie, pochwały i zarzuty skierowane w ich stronę od ludzi zarządzających najważniejszymi instytucjami w tej branży. Umieć znieść tę presję i w każdym sezonie śpiewać coraz lepiej, umiejętnie planując repertuar – to już sport wyczynowy na najwyższym poziomie. 

Często mówimy, że w życiu trzeba mieć intuicję, kierować się emocjami, sercem, nie tylko racjonalizmem. Jaką zatem rolę w muzyce odgrywa intuicja?

Najważniejszą! Trzeba umieć ocenić samego siebie, na jakim się jest etapie i w jakie projekty aktualnie można się angażować. Co jest dobre dla naszego głosu i co go rozwinie, a co – wręcz na odwrót. To samo z doborem nauczyciela czy korepetytora. Musimy ufać naszej intuicji i umieć ocenić, na co w danym momencie nas stać. Również psychicznie. Głos to nie wszystko. 

Talent i umiejętności wokalne, nieustanny rozwój to jedno, ale kontakt z publicznością, wyjście na scenę to kolejny aspekt Twojego zawodu. Czy Ty na scenie czujesz się jak przysłowiowa „ryba w wodzie”? Czy obycie sceniczne ma się w genach, czy jednak stale się trzeba tego uczyć?

Czuję się jak ryba w wodzie w repertuarze, który jest predestynowany na mój głos i na który jestem obecnie gotowy. Każda konfrontacja z publicznością, w innej akustyce i innych warunkach to zawsze sprawdzian naszych możliwości technicznych. Pokazujemy to, co wypracowaliśmy i nie ukrywając, chcemy zrobić to jak najlepiej. A głos to instrument organiczny i wiele zależy od naszego stanu psychicznego, od naszego nastroju konkretnego dnia i nie zawsze mamy na to wpływ… Niezmiennie daję z siebie wszystko, niezależnie gdzie śpiewam, w jakim miejscu, na większej czy mniejszej sali.

Ubiegły rok miałeś wypełniony koncertami, ale i ten 2024 zapowiada się imponująco. Gdzie występowałeś, w jakie role się wcielałeś? I co aktualnie przed Tobą?

Końcówka roku była intensywna! Miałem swój solowy recital z pieśniami Karłowicza i Moniuszko w Centrum Kultury Kielce, występ otwierał ich festiwal, na którym Teatr Wielki z Łodzi kilka dni później pięknie wykonał Straszny Dwór. Wykonywałem też pisane dla mnie pieśni Artura Banaszkiewicza do słów poety Dominika Górnego. Rok 2024 rozpocząłem intensywnie z nagranym występem do TVP Kultura, który był eksponowany w sylwestra i pierwszy dzień nowego roku. Skończyłem właśnie wielkie tournée 24 koncertów noworocznych. Niezwykle wytężony i emocjonujący czas – koncerty m.in. w Filharmonii Krakowskiej, Filharmonii Poznańskiej, Rzeszowskiej, Łódzkiej czy w Operze i Filharmonii Podlaskiej. Odwiedziłem również piękne sale jak Polskie Radio Wrocław czy Miasto Ogrodów w Katowicach, poprzednia siedziba NOSPR. Pierwszy raz od czasów kariery dziecięcej miałem taki ogrom codziennych występów z zaledwie jednym dniem przerwy. (śmiech) Był to sprawdzian czy temu podołam, okazało się, że mnie to bardzo rozwinęło, a każdy następny występ miałem pewniejszy. Zaraz rozpoczynam kolejne tournée 10 koncertów organizowane przez dyrektorkę Warszawskiej Opery Kameralnej Alicję Węgorzewską. Mam dosłownie 4 dni na regenerację. (śmiech) Cieszy mnie bardzo solowa partia w cudnym oratorium Francka „Ostatnie słowa Chrystusa na Krzyżu”, którą wykonam w kwietniu. Dostałem też propozycję debiutu w czerwcu w partii Edwina w Księżniczce Czardasza Lehara w Krakowie. W tym samym miesiącu zaśpiewam dla Fundacji Beksińskiego Requiem Alfreda Schnittke w zjawiskowej sali koncertowej Cavatina Hall w Bielsku. 

Dionizy Wincenty Płaczkowski

Oprócz Warszawy, z którą wiele Cię wiąże, Poznań jest Twoim rodzinnym miastem. Jakie masz wspomnienia związane ze stolicą Wielkopolski? Czy masz swoje ulubione miejsca w Poznaniu?

Zawsze chętnie wracam do wszystkich odsłon poznańskiej Werandy, zaprzyjaźnionych i bliskich mi Ponińskich. Uwielbiam spędzać czas w Weranda Home choć to już kawałek od centrum Poznania. Doceniam chwile relaksu w City Parku w otoczeniu wybitnej sztuki z kolekcji Wojciecha Fibaka, który zaraził mnie kolekcjonowaniem. Ostatnio zajrzałem do Blue Note na wybitny koncert jazzowy. Lubię spacery w Parku Sołackim czy na Cytadeli, lubię odwiedzać piękny dom mojej byłej partnerki Karoliny Pytlakowskiej, z którą założyliśmy markę DECOLOVE. Sentymentem darzę Starą Drukarnię, czyli Concordia Design, projekt finezyjnie prowadzony przez Ewę Voelkel, już z drugą odsłoną we Wrocławiu. Zawsze gdy jestem w Poznaniu, muszę zjeść sushi w ulubionym Kyokai. (śmiech) Zachwyciła mnie ostatnio odsłona kolekcji sztuki współczesnej Muzeum Narodowego w Poznaniu, zawsze tam wracałem dla Malczewskiego, ale ostatnio podziwiałem świetne prace Fangora, Dobkowskiego, Kantora, Nowosielskiego i wielu innych. Lubię wpaść do skateshopu Miniramp przy ulicy Długiej, który zawsze kreował poznańską społeczność sceny skejtowej. Tak więc miejsc w Poznaniu mamy wiele, do których powracam, ale nie ma nic lepszego niż obiad czy śniadanie u Mamy. (śmiech)
Nie ma już, niestety, moich ukochanych klubów SQ czy Kukabara, ale za to świetnym miejscem spotkań jest dla mnie winiarnia Czarny Kot – choć nie piję już 1,5 roku, to lubię tam spotkać znajomych i zjeść coś dobrego. 

Oprócz koncertów i muzycznego życia masz w zanadrzu również talent biznesowy, można rzec żyłkę poznańskiej przedsiębiorczości. Wypromowałeś markę akcesoriów, czyli działałeś również w branży fashion. Nawiązałeś współpracę z marką biżuteryjną. Tenor a z drugiej strony biznesmen – jak to można sprawnie połączyć?

Gdy poznałem Karolinę Pytlakowską, która dziś jest też fotografem, nie umiałem stać obojętnie obok jej rękodzielniczego talentu, który pokochałem, tak jak i ją. Talent to coś, co mi zawsze najbardziej imponowało u ludzi, zwłaszcza kobiet. Myślę, że ona potrzebowała tego, aby ktoś ją zmotywował, by w ogóle powstało DECOLOVE. Czasem talent trzeba pchnąć. Marka istnieje do dziś, to na pewno nasze dziecko, z którego jesteśmy dumni. Wiele się nauczyłem, dostrzegłem zarówno swoje silne, jak i słabsze strony funkcjonowania w biznesie. Te silne strony dostrzegł ówczesny prezes YES Mateusz Madelski, a że był to dla mnie też czas poszukiwania siebie, to pracę na scenie połączyłem z lobbowaniem marki YES. Robiłem to aż 10 lat, doprowadzając do bardzo silnej ekspozycji wzorów marki wśród znacznej części socjety warszawskiej. Poznawałem wtedy wiele fascynujących aktorek, artystek czy innych postaci świata mediów, literatury i blogosfery. Z częścią z nich zawiązały się wspaniałe przyjaźnie trwające do dziś. YES pojawiał się na najważniejszych eventach w Polsce i za granicą jak Oscary czy Cannes. Bardzo znane osoby brały śluby z silną ekspozycją biżuterii na social media i w prasie. Przychodziło mi to łatwo, docierałem do ciekawych postaci, które nie zawsze były powszechnie znane z nadużywania swoich zasięgów w połączeniu z markami, zwłaszcza sieciowymi. Zawsze ceniłem sobie jakość. Bardzo kocham ludzi, więc lubię z nimi spędzać czas, zwłaszcza jeśli możemy się inspirować intelektualnie i artystycznie. Nie byłem gotowy jeszcze w pełni oddać się tylko scenie, a chciałem też sobie udowodnić, że mogę robić inne rzeczy w życiu.

Dionizy Wincenty Płaczkowski

Kolekcjonujesz dzieła sztuki. Pochwal się swoimi zdobyczami.

Zarobione pieniądze skromnie inwestowałem w sztukę, dzięki czemu mam dziś płótna Radka Szlagi czy prace na papierze Berdyszaka, Ziemskiego, Lebensteina, Beksińskiego, Tarasina, Dobkowskiego, który ostatnio narysował dla mnie dedykowane prace w prezencie po swojej wystawie w Krakowie – co jest dla mnie ogromnym wyróżnieniem. Mam również prace Agaty Kus, która mnie bardzo zachwyciła, gdy ujrzałem jej prace po raz pierwszy w krakowskim MOCAK-u. Posiadam również przykłady twórczości Janka Możdżyńskiego czy Lery Dubitskaya, Misha Waks, Gossi Zielaskowskiej, fotografie operatora Wojtka Zielińskiego, Macieja Jędrzejewskiego i innych młodych artystów. Bardzo cenię naszą poznańską artystkę Alicję Białą, której prace są mi bliskie i mam ich sporo w kolekcji.
Ponadto kolekcjonuję retro zabawki Star Wars, He-Man, GI-JOE, Transformers i mam sporą kolekcję retrogamingową.

Jak wypełniasz swój wolny czas?

W ostatnich dwóch latach gram w fenomenalną i uważaną za najbardziej skomplikowaną na świecie grę karcianą Magic The Gathering. Nie wstydzę się tej mojej strony tzw. nerda (śmiech). Tak po ludzku po prostu potrzebuję się czasem odciąć, aby za bardzo nie myśleć o kolejnych zobowiązaniach. Trochę pobyć tu i teraz. To też świetny trening umysłowy, zwłaszcza że gra łączy ze sobą elementy szachów, pokera i gier rpg. 

Przed nami walentynki, dzień zakochanych, dzień, w którym można miło zaskoczyć wybrankę swego serca. Co Ty najczęściej śpiewasz z repertuaru pieśni miłosnych?

Uwielbiam wykonywać emocjonujące pieśni neapolitańskie, również pieśni francuskie czy niemieckie. Ostatnio mogłem zaśpiewać w TVP Kultura duet „Z tobą chcę oglądać świat” śp. Zbigniewa Wodeckiego pod batutą wybitnego Zygmunta Kukli z jego bandem – i też sprawiło mi to wiele radości. To naprawdę wyjątkowy utwór. Dziś bym z chęcią zaśpiewał „Mów do mnie jeszcze” Karłowicza, piękną kompozycję miłosną do słów Tetmajera. Jestem bardzo melancholijny. W repertuarze, który dobieram, jest tyle samo cierpienia co ekstazy. To mój ulubiony duet skrajnych, często ponętnie razem tańczących emocji.

Magda Ciesielska

Magdalena Ciesielska

redaktor prowadząca
REKLAMA
REKLAMA
Dionizy Wincenty Płaczkowski
REKLAMA
REKLAMA