Profesor Krystian Ziemski | Trzy dekady Ziemski & Partners

Prof. Krystian Ziemski, kancelaria Ziemski&Partners|Prof. Krystian Ziemski, kancelaria Ziemski&Partners|Prof. Krystian Ziemski, kancelaria Ziemski&Partners|Prof. Krystian Ziemski, kancelaria Ziemski&Partners|Prof. Krystian Ziemski, kancelaria Ziemski&Partners|

Kancelaria Prawna Dr Krystian Ziemski & Partners to jedna z najstarszych i najbardziej doświadczonych kancelarii prawnych w Wielkopolsce. W tym roku obchodzi 30-lecie istnienia. O budowaniu renomy, zdobywaniu zaufania klientów oraz o tym, dlaczego wiele osób zazdrości prawnikom, ale mało kto ich lubi opowiedział nam prof. Krystian Ziemski, założyciel Kancelarii, profesor Wydziału Prawa i Administracji UAM.

Przyjechał Pan dziś do kancelarii wyjątkowym samochodem, więc zacznijmy od motoryzacji. Co to za auto, jakie inne „okazy” znajdziemy w Pana kolekcji i czy pamięta Pan swój pierwszy samochód?

PROF. KRYSTIAN ZIEMSKI: Auto, którym przyjechałem to Volvo P1800 z 1965 r., znane osobom nieco starszym z planu serialu „Święty”, z Rogerem Moorem w roli głównej, jedyne sportowe, seryjnie produkowane Volvo w historii tej marki. Ściągnąłem je z Kalifornii.Jazda takim autem to prawdziwa przyjemność.

Moje pierwsze auto kupiłem w czasach, kiedy zdobycie samochodu było sporym wyczynem. Był to Trabant w stanie totalnego rozkładu. Właściciel, gdzieś spod Piły, nie dawał gwarancji, że dojadę nim do Poznania. Była surowa zima, a przez dziury w podłodze wiało w nogi śniegiem, wszystkie światła, poza pozycyjnymi, wysiadły. Zdołałem dojechać do garażu, gdzie auto po prostu wyzionęło ducha.Własnoręcznie wykonywałem remont, łącznie z naprawą tego, co w trabancie metalowe,lakierowaniem itd. Trwało to kilka lat, ale satysfakcja była ogromna. Kiedy skończyłem, mój trabant stał się mrocznym przedmiotem pożądania sąsiadów z os. Rusa.

Prof. Krystian Ziemski, kancelaria Ziemski&Partners
Prof. Krystian Ziemski, kancelaria Ziemski&Partners

Drugim autem też był Trabant, w całości złożony z nowych części. Jedyny w Poznaniu sklep z częściami do trabanta był na Hetmańskiej. Ustawiałem się tam wieczorami, zimą zawinięty w kożuch kolegi, organizując komitet kolejkowy, a po otwarciu sklepu i tak okazywało się, że pewne części rozeszły się już wcześniej „na specjalne zamówienia”. Tajnymi kanałami,od żony kolegi, dowiadywałem się, że dnia następnego będzie dostawa. W ten sposób skompletowałem wszystko według skrupulatnie sporządzonej listy. Dużym sentymentem darzę też skuter Osa, produkowany pod koniec lat 50. i w latach 60. Mój egzemplarz kupiłem jeszcze przed studiami,jako wrak i sam go remontowałem.

Kolekcję starych aut zapoczątkował Trabant otrzymany w prezencie z okazji moich 50.urodzin. Współpracownicy i przyjaciele gdzieś w Bydgoszczy kupili Trabanta – takiego, jakiego kiedyś miałem. I tak rozpoczęło się tworzenie mojej kolekcji. Dziś jest w niej kilka modeli Warszawy, Syrena, Citroen B11, Volvo, kultowy VW Samba oraz piękne sportowe VW Karmanny Ghia, o których mówiono, że największe prędkości rozwijały na linii produkcyjnej. Miały silnik od VW Garbusa o niewielkiej w porównaniu ze współczesnymi autami mocy. Jednym z moich ulubionych aut jest też Ford Mustang z 1965 r., znany choćby z filmu „Bullitt” ze Stevem McQueenem – tyle, że w wersji kabriolet z 8-cylindrowym, ładnie mruczącym silnikiem, oraz powojenny Chevrolet Pickup.Stare samochody to nie tylko pasja, ale też,jak się później okazało, bardzo dobra lokata kapitału, bo –w przeciwieństwie do nowych aut– ich cena z upływem czasu rośnie.

Prof. Krystian Ziemski, kancelaria Ziemski&Partners

Porozmawiajmy zatem o tym, jak Pan wypracował ten kapitał. Jubileusz 30-lecia to dobry czas na podsumowania. Jak wspomina Pan początki pracy Kancelarii?

Na początku kariery zawodowej w ogóle nie zakładałem, że będę praktykiem. Pracowałem na Wydziale Prawa i Administracji UAM jako asystent. Praca na uczelni zapewniała wtedy święty spokój, nie wymagała politycznego angażowania się po „właściwej” stronie, zwłaszcza jak się było pod opieką prof. Zygmunta Ziembińskiego, ale na pewno nie była dynamiczna i nie dawała satysfakcji finansowej. Kiedy 1 września 1977 r. stawiłem się po raz pierwszy na uczelni, już jako asystent w Collegium Iuridicum, wówczas przy ul. Armii Czerwonej,o godz. 8:00,wzbudziłem ogromną sensację. Od pań sprzątających usłyszałem, że lepiej przyjść bliżej południa, bo to wtedy zaczyna się uczelniane życie. A ja, żeby nie spóźnić się pierwszego dnia do pracy, cały dzień i niemal całą noc wracałem rowerem z eskapady po NRD.

Jako praktyk rozpocząłem działalność w czasach, gdy w Polsce zniesiono ograniczenia w prowadzeniu działalności gospodarczej. Namówili mnie do tego studenci z grupy, której byłem opiekunem.Z niektórymi z nich utrzymuję kontakt do dzisiaj. Stworzyłem dział prawny polonijnej firmy leasingowej, pierwszej tego typu w Polsce. Przecieraliśmy szlaki w zakresie mało wówczas znanego leasingu, będącego sposobem na pozyskiwanie początkowo głównie środków transportu, a więc samochodów, a później wszystkiego, co miało jakąś większą wartość. Z mojej pomocy prawnej korzystali krewni i znajomi zarządu oraz udziałowców, co stało się w pewnym momencie tak uciążliwe, że postanowiłem rozpocząć własną działalność. Nastąpiło to 1 stycznia 1993 roku. Dobrzy prawnicy, którzy specjalizowali się w działalności gospodarczej, byli wtedy rozchwytywani. Początkowo kancelaria mieściła się przy ul. Podgórnej– w domu, w którym urodził się Paul von Hindenburg. Kiedy na Podgórnej zrobiło się za ciasno, przenieśliśmy się na ul. Józefa Strusia, do budynku zajmowanego wcześniej przez Telewizję Poznańską, gdzie wraz z rozwojem kancelarii zajmowaliśmy kolejne piętra. Budynek był w fatalnym stanie.

Pracowaliśmy wówczas dosłownie nie tylko od rana do nocy, ale także nocą. Pamiętam, że jeden z naszych klientów nabywał przedsiębiorstwa z branży instalatorskiej w całej Polsce.Krótko po godz. 3 w nocy wyjechaliśmy do Krakowa pociągiem. Od godz. 10, bezpośrednio po wyjściu z pociągu, trafiliśmy do lokalu, gdzie z miejsca ruszyły negocjacje. Z przerwą na krótki obiad, gdzieś na starym rynku, trwały one do 9 rano dnia następnego.Po czym wsiedliśmy w pociąg i wróciliśmy do Poznania, gdzie czekały już na nas kolejne wyzwania. Sytuacja na rynku wyglądała wówczas zdecydowanie inaczej. To my początkowo dyktowaliśmy warunki, jednak rynek szybko stawał się coraz bardziej konkurencyjny. Nie wszyscy prawnicy rozumieli wówczas, że trzeba zabiegać o klienta, że nie wystarczy być merytorycznie dobrym, sprawnym prawnikiem, ale trzeba jeszcze umieć dotrzeć do klienta, któremu możesz być potrzebny i przekonać go, że to ty jesteś tą osobą, której powinien powierzyć swoje, a więc subiektywnie najważniejsze sprawy.

Prof. Krystian Ziemski, kancelaria Ziemski&Partners

Ile osób liczy obecnie zespół Kancelarii?

Zespół Kancelarii liczy łącznie ok. 50 osób. Przeważają w nim naturalnie prawnicy, jednak Zespół to także pracownicy administracji, w tym sekretariat, asystentki, obsługa biblioteczna i księgowa, obsługa systemu informatycznego i inne osoby zajmujące się istotnymi sprawami, pomagając prawnikom koncentrować się na ich zadaniach. Ziemski to tylko nazwisko założyciela, ale na renomę Kancelarii pracują od lat kolejne pokolenia prawników rozpoznawalnych w wielu branżach, nie tylko w Wielkopolsce, ale wręcz w całej Polsce, a także poza jej granicami.

Jak zmieniała się Państwa praca na przestrzeni tych trzech dekad? Co w największym stopniu decyduje o sukcesie?

Pewnym przełomem w rozwoju Kancelarii było, tuż po mojej habilitacji, postawienie na rozwój działu prawa administracyjnego, a więc mojego koronnego zainteresowania na uczelni.
Nadal kluczowe kompetencje prawnika to przygotowanie merytoryczne, za które odpowiedzialność ponoszę także ja, jako pracownik uniwersytecki. Równie ważne jest jednak zaangażowanie w sprawy klientów oraz Kancelarii. W dzisiejszych czasach przynajmniej jedna trzecia pracy prawnika to różnie rozumiany marketing przesądzający o pozycji Kancelarii i jej prawników na rynku. Kładziemy coraz większy nacisk na ten czynnik, a współpracownicy, którzy jeszcze kilka lat temu podchodzili do tych działań z dużą rezerwą, dziś zdają sobie sprawę, jaki mają one wpływ na sukces Kancelarii i oczywiście ich osobisty. Wszyscy wspólnie pracujemy nad strategią pozyskiwania klientów oraz zdobywania ich zaufania.

Pracę prawnika w praktyce chętnie porównuję z pracą lekarza. Przytoczyć można całe mnóstwo podobieństw tych zawodów, począwszy od konieczności dobrego przygotowania merytorycznego, ale też zdobywania zaufania, pełnego zrozumienia z klientem itd. Gdy potrzebujemy pomocy lekarza,obecnie zaczynamy od poszukiwania opinii w Internecie, który jest najłatwiejszym źródłem dostępu do informacji. Ten sposób często bywa jednak zawodny, dlatego najczęściej pytamy o opinię rodzinę,przyjaciół czy znajomych. Tak samo szuka się dziś prawnika. Pacjenci chcą być wysłuchani, chcą rozumieć, co lekarz ma im do przekazania, jakie metody im rekomenduje, z jakimi skutkami i zagrożeniami należy się liczyć, a więc chcą rozumieć,dlaczego mają dokonać wyboru leczenia u tego lekarza, w sposób przez niego sugerowany. Tego samego klienci oczekują od prawnika. Podstawą relacji pacjent-lekarz, klient-prawnik jest zaufanie, stąd nie bez powodu zarówno o lekarzu, jak i prawniku mówi się, że są to zawody zaufania publicznego.

Ważną rolę w Kancelarii odgrywa sprawne zarządzanie prowadzonymi sprawami, aktami, zasobami ludzkimi itd. Istotna jest więc administracja. Coraz więcej dokumentów funkcjonuje obecnie wyłącznie w formie elektronicznej. Na początku kariery spotykałem się z pismami procesowymi i pismami urzędowymi powielanymi za pomocą papieru przebitkowego i kalki. Dziś żyjemy już w całkowicie innej epoce i w całkowicie odmiennym otoczeniu. 30 lat temu mało która kancelaria współpracowała z informatykiem, a dzisiaj serwery, oprogramowanie, dbałość o bezpieczeństwo danych to niezbędne składniki naszej pracy.Zdobycie telefonu graniczyło wówczas z cudem, a dzisiaj telefon jest wszechobecny.

Jestem też dumny z naszej biblioteki, bogatych, uporządkowanych, na bieżąco uzupełnianych zasobów pozwalających korzystać z nich wręcz na wyciągnięcie ręki. Cenię pracę osoby, która opiekuje się tymi zbiorami, rozsyła informacje o artykułach z branżowych periodyków do odpowiednich działów Kancelarii, pomagając nam na bieżąco śledzić wszelkie zmiany.

Prof. Krystian Ziemski 6
kancelaria Ziemski&Partners

W Kancelarii funkcjonują obecnie cztery działy: Prawa Administracyjnego, Prawa Cywilnego, Prawa Podatkowego, Prawa Zamówień Publicznych oraz dwie submarki, Ziemski Samorząd i Ziemski Biznes. Który dział jest najważniejszy?

Wszystkie działy są jednakowo istotne, a siłą Kancelarii jest specjalizacja łączona z umiejętnością współdziałania specjalistów z poszczególnych działów. Wszystkie działy,choć organizacyjnie wyodrębnione, nieustannie się przenikają. To jest właśnie największy atut wieloosobowych kancelarii – wysoki poziom specjalizacji i kompleksowość działań. Stopień skomplikowania wielu spraw jest dziś tak wysoki, że nawet najzdolniejszy prawnik w pojedynkę nie jest w stanie ich rozwiązać.

A jaka jest specyfika pracy prawnika w biznesie?

Prawnik, który pracuje w biznesie musi wykazywać się nie tylko znajomością przepisów, ale też olbrzymią wyobraźnią. W każdej branży występują liczne,potencjalne zagrożenia, przed którymi prawnik powinien zabezpieczyć swojego klienta. Mój kolega, partner w jednej z największych warszawskich kancelarii,mawia, że dobry prawnik musi przewidzieć wszystkie sytuacje, z trzęsieniem ziemi na Księżycu włącznie. W dużych korporacjach powszechną praktyką są zapisy w umowach zabezpieczające np. przed upadkiem statku powietrznego na halę produkcyjną, choć prawdopodobieństwo takiego zdarzenia jest znikome. Z drugiej strony jednak kto by pomyślał 10 lat temu, że przy planowaniu działalności biznesowej należy uwzględnić ryzyko wojny czy upadku fragmentu obiektu kosmicznego.

Z jakimi problemami przychodzą do Państwa najczęściej poznańscy przedsiębiorcy?

Mamy opinię Kancelarii, która specjalizuje się w sprawach trudnych i bardzo trudnych. Wielu naszych klientów to samorządy, a także firmy prywatne z branży deweloperskiej i podmioty działające w branży komunalnej, zwłaszcza związanej z utrzymaniem czystości i porządku w jednostkach samorządu terytorialnego.
Wiele spraw dotyczy zmian formy organizacyjno-prawnej, adaptowania się do częstych, daleko idących i nierzadko sprzecznych zmian prawnych. Reprezentujemy też klientów przed państwowymi organami kontrolnymi, które często sprawiają wrażenie, jakby ich zadaniem była nie prewencja, a więc informowanie, instruowanie, wyjaśnianie, zapobieganie naruszeniom, ale wymierzanie jak największej liczby możliwie wysokich kar. Choć oczywiście nie brakuje też przykładów wyważonego i rozważnego działania tych instytucji.

Czy w przypadku prawa środowisko teoretyków i praktykówma wiele punktów stycznych czy to dwa odrębne światy?

Przez lata na wydziałach prawa nie dostrzegano potrzeby przekładania teorii na praktykę. W ostatnich latach sytuacja diametralnie się jednak zmieniła. Przy ocenianiu wyników pracy uczelni bardzo wysoko premiowane jest przełożenie nauki na praktykę. Świat nauki na wydziałach prawa to już nie jest sztuka dla sztuki. Wystarczy spojrzeć na publikowane obecnie doktoraty, w których rozwiązywane są ważne zagadnienia teoretyczne, ale istotne z punktu widzenia funkcjonowania praktyki.
Poza tym wysokość wynagrodzeń na uczelniach coraz częściej skłania naukowców do poszukiwania pracy także w innych sektorach. Tak jest nie tylko w Polsce. Pamiętam jak kiedyś na polsko-niemiecką konferencję naukową podjechałem swoim samochodem, co grupa moich kolegów po fachu z Niemiec skomentowała: „To musi być adwokat!”. Świadczy to o tym, że –choć w Niemczech naukowcy są lepiej wynagradzani niż w Polsce–to jednak na tle innych zawodów prawniczych nie wypadają najlepiej pod względem zarobków. Łączenie doświadczeń praktyków z pracą naukową powinno być, jak sądzę, normą. Zrozumienie problemów występujących w praktyce stanowi przecież podstawę, czy wręcz inspirację badań naukowych oraz cenne źródło wiedzy stanowiącej podstawę formułowania wniosków adresowanych do prawodawcy, nawet jeśli ten niemal ostentacyjnie ignoruje formułowane pod jego adresem wnioski, z czym spotykamy się w ostatnich latach wręcz notorycznie. Przypadki jawnego łamania zasad tworzenia prawa przez Sejm i Rząd stały się niemal powszechne.

Dlaczego wśród wielu grup społecznych prawnicy nie cieszą się dobrą opinią?

W bardzo wielu miejscach na świecie, a zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, popularne jest stwierdzenie, że wszyscy zazdroszczą prawnikom, ale mało kto ich lubi.
Skąd bierze się ta zła opinia? Zbyt często widzimy jedynie kolejną sprawę, a nie człowieka i problem, który go bezpośrednio dotyka. Dotyczy to wszystkich prawniczych grup zawodowych, w tym niekiedy także sędziów. Prawo jest dla ludzi, jest stosowane przez ludzi i ma bezpośrednie dla nich konsekwencje. Kiedy słyszę opinię, że sądownictwo administracyjne funkcjonuje dobrze, bo tylko w niewielkim procencie spraw składane są skargi kasacyjne i nie we wszystkich sprawach są przecież uwzględniane,zawsze przypominam, że przy milionie spraw jeden procent skarg to 10 tys. ludzi mających poczucie niesprawiedliwości, czy wręcz krzywdy. Proszę tej ostatniej uwagi nie odczytywać jako aprobaty dla wręcz tragicznych w swych skutkach reform sądownictwa,w sposób nieodpowiedzialny przeprowadzanych w ostatnim czasie. Zastrzeżenia można zgłaszać oczywiście pod adresem przedstawicieli wszystkich zawodów prawniczych. Nie powinno to jednak stanowić podstawy dla generalizacji i formułowania wyłącznie negatywnych ocen dla całości środowiska.

Po 30 latach mógłby Pan już odcinać kupony od dotychczasowych sukcesów.
Co jest dla Pana obecnie największą motywacją do pracy?

Sam fakt, że w przeciwieństwie do wielu moich rówieśników mogę nadal pracować jest dla mnie bardzo istotny. Praca nie jest co prawda sensem życia, ale jeśli całe życie poświęciło się pracy, ma się w jakiejś dziedzinie dorobek i osiągnięcia, to chce się tę misję kontynuować – nie w roli ozdobnej paprotki, ale osoby, która ma jeszcze coś do powiedzenia i zrobienia. Obecnie zajmuję się już tylko najtrudniejszymi sprawami, bardzo cenię sobie pracę z ludźmi, nowe wyzwania, brak monotonii i powtarzalności. Choć sposób działania prawnika i oczekiwania pod jego adresem ewoluują stosunkowo powoli, to problemy, z którymi się zmagamy, już nie. Z wiedzy i doświadczenia dobrych prawników powinno się korzystać zarówno w praktyce, nauce, jak i w procesach nauczania kolejnych generacji. Wiek nie powinien być w tym przeszkodą, zwłaszcza że, o ile wiedzę zdobyć można stosunkowo szybko, to jednak doświadczenie i dystans przychodzi wraz z latami.

Co się zmieni w pracy Kancelarii za kolejne trzy dekady?

To bardzo odległa perspektywa, ale z pewnością znikną już wtedy papierowe dokumenty, na rynku nie będzie kancelarii indywidualnych, w świecie prawniczym w jeszcze większym stopniu niż dziś ważna stanie się specjalizacja. Spora część naszej pracy, takiej jak choćby rozprawy, spotkania, czy negocjacje przeniesie się do świata on-line.
Nie potrafię ani ja, ani nikt inny przewidzieć wszystkich zmian. Tak jak w roku 1993 nie wyobrażałem sobie, że telefon stanie się powszechnie dostępnym środkiem komunikacji i nie tylko. Wierzę, że pomimo wszystkich poważnych zagrożeń świat będzie lepszy, a i prawnicy będą wrażliwsi, łatwiej dostępni, doceniani oraz szanowani. Za 30 lat na pewno nie będzie też Kancelarii Ziemski& Partners. Nawet jeśli w firmie zostanie moje nazwisko, to obok niego pojawi się z pewnością inne nazwisko, bądź nazwiska kolejnych wspólników.

REKLAMA
REKLAMA

Może cię zainteresować:

Prof. Krystian Ziemski, kancelaria Ziemski&Partners|Prof. Krystian Ziemski, kancelaria Ziemski&Partners|Prof. Krystian Ziemski, kancelaria Ziemski&Partners|Prof. Krystian Ziemski, kancelaria Ziemski&Partners|Prof. Krystian Ziemski, kancelaria Ziemski&Partners|
REKLAMA
REKLAMA

Beata i Mariusz Cieślukowscy | Zamieszkaj na zachwycającym Costa del Sol

Plano Spain nieruchomości w Hiszpanii Beata Cieślukowska


Oboje pochodzą z Mazur, ich plany zawodowe połączyła stolica Wielkopolski. Tu w Poznaniu wykrystalizował się pomysł na wspólny rodzinny biznes, który był impulsem do zmiany życia o 180 stopni. Beata i Mariusz Cieślukowscy, właściciele PlanoSpain, od lat działają na hiszpańskim rynku nieruchomości. Polecają wybrzeże Costa del Sol, gdzie osiedlili się, rozwijając firmę i spełniając często niełatwe życzenia klientów z najodleglejszych regionów świata.

Rozmawia: Magdalena Ciesielska | Zdjęcia: Maciej Sznek Escargofoto | Makeup Artist: Kiuru Visage | zdjęcia nieruchomości: archiwum prywatne PlanoSpain

Jak zaczęła się Wasza przygoda w branży nieruchomości?

BEATA CIEŚLUKOWSKA: Mówiąc nieskromnie (śmiech), rozpoczęła się ode mnie. Już ponad 15 lat zajmuję się nieruchomościami inwestycyjnymi. W pierwszym etapie mojej pracy zawodowej, tu na poznańskim rynku, pracowałam u największego pośrednika nieruchomości w Polsce – była to firma Home Broker. Wiele kontaktów oraz przyjaźni branżowych mam do teraz właśnie z tego miejsca.
MARIUSZ CIEŚLUKOWSKI: Przez ponad 12 lat zdobywałem doświadczenie w największych światowych bankach, bankowość korporacyjno-inwestycyjna, co dało mi dużą swobodę w poruszaniu się w świecie wielkich liczb oraz projektów budowlano-inwestycyjnych. Obydwoje mieliśmy duże doświadczenie zawodowe i dlatego postanowiliśmy połączyć nasze siły, umiejętności i wiedzę, co klienci w pełni docenili.

Dlaczego właśnie Hiszpania stała się dla Was atrakcyjnym rynkiem nowych inwestycji?

B.C.: Największym impulsem do tego typu poszukiwań był jeden z moich klientów, który miał już wiele zakupionych nieruchomości, za moim pośrednictwem, zarówno w polskich górach, nad Morzem Bałtyckim, jak i na Mazurach, ale zapragnął czegoś więcej, poza granicami kraju. Zainspirował mnie miejscem o wdzięcznej nazwie Marbella na hiszpańskim wybrzeżu Costa del Sol. „Jak Pani znajdzie dla mnie coś ciekawego, to ja tam kupię” – powiedział. Poleciałam więc, zaczęłam szukać, oglądać poszczególne miejsca, aby złożyć korzystną ofertę klientowi. Bardzo mi się tam spodobało, krajobrazy, klimat, pozytywne myślenie i przepięknie położone apartamenty. Znalazłam dla klienta nieruchomość według jego wytycznych i oczekiwań i tak to się zaczęło…
M.C.: Potem lataliśmy już wspólnie, szukając odpowiednich nieruchomości dla innych klientów. Ale – nie ukrywam – że przy dwójce małych dzieci i obowiązkach prywatnych taki układ wylotów biznesowych bardzo nam doskwierał. Zaczęliśmy więc rozważać inne wyjście z tej sytuacji…

Plano Spain nieruchomości w Hiszpanii Beata Cieślukowska
Beata Cieślukowska

Aż zdecydowaliście się na przeprowadzkę na Costa del Sol…

M.C.: Tak, życie nas do tego popchnęło, podsuwając taki scenariusz. (śmiech)
B.C.: Analizując miejsca na południowym wybrzeżu Costa del Sol, nasz wybór padł na piękną słoneczną Marbellę, którą polecam wszystkim. Spakowaliśmy więc swoje rzeczy, zabraliśmy dzieci i rozpoczęliśmy nowy etap naszego życia i wspólnej pracy.

Z takim zapałem i uśmiechem opowiadacie o Waszym nowym miejscu zamieszkania, więc muszę zapytać, czym tak naprawdę uwiodła Was Marbella? Co Was zauroczyło w tym miejscu?

B.C.: Marbella jest bardzo międzynarodowa, na tym terenie mieszają się różne kultury i tradycje.
M.C.: Warto podkreślić, że w Hiszpanii jest ogromna różnica pomiędzy Costa del Sol a innymi wybrzeżami. Zupełnie inne osoby przyjeżdżają na południe Hiszpanii, do Benalmadeny czy właśnie do Marbelli, gdzie mieszkamy. Tu jest też inny klient niż np. w Alicante. Jedno wybrzeże, ale konkretne miejscowości i przebywający tam turyści różnią się od siebie i to znacznie. Marbella ma niską zabudowę i od razu wygląda to bardziej luksusowo. Co chwilę są parki, zielone skwerki, palmy, po prostu przeważa dużo zieleni. Dla ciekawostki – to było pierwsze zagospodarowane wybrzeże w całej Hiszpanii, więc roślinność miała dużo czasu, aby wybujać i wzbogacić swoim pięknem okolicę. Specyfiką Marbelli jest też posiadanie i morza, i gór. Nawet jeśli w Sewilli jest latem 45 st. w cieniu, to u nas – dzięki takiemu idealnemu położeniu – jest zawsze minimum 10 stopni mniej. W ubiegłe lato przeważała temp. 32-33 stopnie, a najwięcej pokazały termometry 36 st. w cieniu. To w Polsce często jest bardziej gorąco. Marbella ma swój mikroklimat – latem nie jest upalnie, a zimą jest przyjemnie ciepło. Ponadto w tym nadmorskim mieście nie znajdzie się tzw. „betonozy”, jaka przeważa w tego typu lokalizacjach, gdzie deweloperzy prześcigają się w stawianiu coraz to wyższych apartamentowców.

Plano Spain nieruchomości w Hiszpanii Beata Cieślukowska
Mariusz Cieślukowski

W PlanoSpain rynek pierwotny przeważa nad wtórnym?

M.C.: Na naszej stronie są również oferty z rynku wtórnego, ale jako PlanoSpain specjalizujemy się w szczególności w rynku pierwotnym. To ponad 80 procent naszej oferty sprzedażowej.
B.C.: Edukujemy też naszych klientów, którzy kontaktują się z nami z zamiarem zakupu nieruchomości na rynku wtórnym. Studzimy ich zapał i często po prostu tłumaczymy, że nie warto… Klient już za sam apartament z rynku wtórnego płaci bardzo dużo, do tego trzeba doliczyć koszty remontu. Ponadto części wspólne tych miejsc z rynku wtórnego są w niskim standardzie. To jest budownictwo np. z lat 2009-2010 lub wcześniejsze, gdzie widać ząb czasu, brak renowacji i remontu klatek, brak odnowy wspólnych basenów. Akustyka w takich miejscach szwankuje, hałasy i odgłosy zza ściany słychać bardzo dobrze, a dodatkowo odgłosy w pionie – ze względu na gorszej jakości wykorzystane materiały budowlane. Naprawdę jest wiele zalet kupna nieruchomości z rynku pierwotnego, do czego szczerze namawiamy.
M.C.: W 2010 roku wiele się zmieniło w hiszpańskim ustawodawstwie, w prawie budowlanym, wzięto pod uwagę normy cieplne, zaczęto stosować lepsze i korzystniejsze dla inwestorów materiały budowlane. Wstawiać wyższej jakości okna, izolować ściany. Rozpoczął się cały proces budowy z większymi benefitami dla kupujących, co w Polsce od wielu lat jest standardem i normą, a w Hiszpanii dopiero zaczęło to kiełkować. Zatem bez namysłu polecamy nieruchomości z rynku pierwotnego. Przede wszystkim korzystna jest cena za nowe mieszkanie, a przy tym plan płatności, który rozłożony jest w czasie. Bo nawet jeśli trzeba wydać 500 tys. Euro, czym innym jest wyjęcie ich dzisiaj i położenie na stół, a czym innym gdy harmonogram płatności jest rozbity na 30 % przy umowie przedwstępnej, a reszta następuje dopiero przy odbiorze kluczy w perspektywie do 1,5 roku. Ponadto kupujący ma wybór, oglądając plany, rzuty apartamentów od dewelopera, czyli kupuje to, co chce, a nie to, co zostało na rynku.

Sprzedaż z rynku pierwotnego odbywa się, gdy jest tylko przysłowiowa dziura w ziemi?

M.C.: Głównie właśnie na tak wczesnym etapie. W Polsce jesteśmy przyzwyczajeni, że jest dużo wybudowanych budynków, mieszkań, które czekają na swoich właścicieli. Nierzadko ceny można jeszcze negocjować u dewelopera. W Marbelli czy innych częściach Costa del Sol na etapie stojących już murów wszystkie mieszkania są wykupione. Zakup rozpoczyna się wraz z wbiciem łopaty w ziemię, czyli właśnie wraz z robieniem przysłowiowej dziury.

W swojej ofercie macie nieruchomości o różnej powierzchni, od mniejszych 50- czy 60-metrowych, przez ponad 100-, 200-, 300-metrowe apartamenty, aż po luksusowe wille np. ponad 1400 metrów kw. Jaka powierzchnia mieszkalna jest najbardziej poszukiwana, jaka jest najbardziej na topie wśród zainteresowanych kupnem?

B.C.: Mały metraż w Hiszpanii oznacza co innego niż w Polsce. 40-, 50-metrowe mieszkanie to swoisty ewenement, czegoś takiego się po prostu nie buduje na rynku hiszpańskim. Standardem przy dwóch sypialniach jest ok. 80 m kw., a przy trzech sypialniach – ok. 130 m kw.
M.C.: Co istotne, w Hiszpanii – podobnie jak w USA – najważniejsza jest ilość sypialni. 60-metrowe mieszkania można na palcach jednej ręki przedstawić w naszej ofercie.
Polacy są przyzwyczajeni zadawać pytanie, „ile za metr kwadratowy?”, a na rynku hiszpańskim funkcjonuje inna wytyczna, czyli liczba sypialni. Cena uzależniona jest od ich ilości, oraz usytuowania apartamentu w danej inwestycji.

Kto jest Waszym głównym klientem?

M.C.: W 90 procentach są to Polacy, ale nie tylko Polacy mieszkający w Polsce, również ci ze Szwecji, z Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych, Kanady. Aktualnie mamy kilku Holendrów zainteresowanych naszymi ofertami. Wchodzimy też na rynek niemiecki, stale poszerzając nasz target.
Podchodzimy do naszej pracy z wielkim profesjonalizmem, a do klientów z ogromnym szacunkiem. Skupiamy się na konkretnym miejscu, jakim jest Costa del Sol – i robimy to najlepiej, jak tylko potrafimy, szukając dla klientów nieruchomości skrojonych pod ich oczekiwania i portfel. Postawiliśmy na wyspecjalizowanie się w tym regionie. To jest podobnie jak z restauracyjnym menu – lepiej mieć w karcie mniej dań, ale dobrej jakości niż szeroką kartę menu z byle jakimi potrawami.
B.C.: I co niezwykle istotne, mamy klientów najczęściej z polecenia. W naszej branży działa stary sposób przekazywania dobrych wiadomości i to nas bardzo cieszy. (śmiech) Miło słuchać pozytywnych opinii i rekomendacji na temat naszej pracy, wiedząc, że marketing tzw. szeptany ma sens.

Czy Polak w Hiszpanii może łatwo otrzymać kredyt?

M.C.: Wielu z naszych klientów, kupując nieruchomość w Hiszpanii, posiłkuje się kredytem, ponieważ jest on zdecydowanie tańszy niż w Polsce. Ja osobiście nadzoruję cały proces związany z ubieganiem się o kredyt, pilnuję wszelkich dokumentów, terminów itp. W PlanoSpain staramy się przeprowadzić tak sprzedaż, aby była ona jak najmniej czasochłonna i stresogenna dla naszego klienta. Do ubiegania się o kredyt potrzebujemy PIT za zaszły rok, zaświadczenie z BIKu i wyciąg z konta przynajmniej z 6 miesięcy.

A jak klient jest zaopiekowany pod kątem prawnym w PlanoSpain?

B.C.: Współpracujemy z wybitną prawniczką, której usług absolutnie nie narzucamy naszym klientom, jedynie rekomendujemy. Klient sam wybiera do jakiej kancelarii prawnej chce się udać. Ze względu na nasze doświadczenie i długoletnią współpracę z czystym sercem polecamy tę właśnie osobę do obsługi kwestii prawnych.
M.C.: Klient musi głównie wybrać apartament, wpłacić zaliczkę, a resztą już zajmujemy się my – osoby do zadań specjalnych. (śmiech) Współpracujemy z doskonałą prawniczką Marią Ruiz Lopez. Ma ona rozeznanie zarówno na rynku polskim, jak i hiszpańskim. I oczywiście świetnie mówi po polsku. Ma licencję prawną na obu rynkach, polskim i hiszpański. Posiada szeroką wiedzę i uprawnienia, doradza klientom, co warto zrobić, jakie są obwarowania prawne, na co warto zwrócić uwagę podczas kupna czy wynajmu itp.

Plano Spain nieruchomości w Hiszpanii Beata Cieślukowska

Klienci kupują hiszpańską nieruchomość najczęściej z myślą o sobie, swojej przyszłości, czy jednak pod wynajem, aby mieć źródło dochodu?

M.C.: To zależy… W zdecydowanej większości klienci kupują apartament, żeby dla nich zarabiał i był lokatą kapitału. To też świetna dywersyfikacja portfela o nieruchomość w walucie Euro. Nie ma co też ukrywać, że w okresie naszej polskiej zimy chcą przyjeżdżać i korzystać z własnego apartamentu.
B.C.: Ponadto widzimy taki trend, że nasi klienci meblują i aranżują mieszkania z myślą o sobie, pod swój gust, więc później jest im szkoda oddawać to wynajmującym. Choć jest określona grupa klientów, którzy od samego początku wiedzą, że zakupiona nieruchomość będzie ich inwestycją pod wynajem. Co bardzo ważne – my jako PlanoSpain również zajmujemy się wynajmem lokali. Wiemy, że większość agencji nieruchomości tego nie robi, my jednak wzięliśmy na swoje barki to zadanie, aby sprostać wymaganiom i oczekiwaniom klientów. Budujemy poprzez to relacje i zaufanie z naszymi partnerami biznesowymi, dając im szerokie spectrum usług i możliwości wyboru. Jestem bardzo dokładna, zatem skrupulatnie doglądam wszystkich detali, które mogą umknąć kupującym. Doradzam też klientom jak urządzić nieruchomość pod wynajem bądź pod odsprzedaż, bo z doświadczenia wiem, co się dobrze sprzedaje, z dużym potencjałem wzrostu cen.

Bierzecie na siebie dużo różnych obowiązków, jak czasowo dajecie radę? Czy Wasza doba trwa więcej niż 24 godziny, jest bardziej elastyczna?

M.C.: Dobre pytanie! (śmiech) Nieustannie poszerzamy nasz zespół, dobieramy zaufane osoby. Aktualnie zatrudniliśmy kolejną osobę, która odciąży nas w temacie najmu.
B.C.: Mamy team, który zajmuje się zarządzaniem nieruchomościami pod wynajem, czyli uzgadnia pracę np. pań sprzątających, wydawania i odbierania kluczy do posesji. Cała logistyka jest przez nas opracowana, co w dużej mierze ułatwia pracę już na innych etapach.

Czyli pomagacie klientom w wynajmie, ale również w odświeżaniu powierzchni mieszkalnej oraz w generalnym remoncie.

M.C.: Tworzymy z naszymi partnerami pakiety pod każdą inwestycję. Prezentujemy klientom zazwyczaj trzy wersje, trzy propozycje umeblowania oraz finalne wykończenie z tapetami, obrazami, dekoracjami wypełniającymi wnętrze. Mamy również pakiety dostosowane dla klientów wynajmujących konkretne mieszkanie, tzn. czajniki, małe AGD, sztućce itd. Dla klienta cały proces jest nieinwazyjny – to my zajmujemy się wszystkim. Klient ma jedynie wybrać lokum i podpisać umowę oraz wpłacić zaliczkę.
B.C.: Jeśli chodzi o wynajem – kiedyś braliśmy apartamenty z rynku, teraz tylko opiekujemy się apartamentami naszych klientów. Mocno się angażujemy, aby zrobić jak najwyższą rentowność dla klientów. Jeśli u nas kupią nieruchomość pod wynajem, to mają pewność, że zajmiemy się wszystkim, co związane z formalnościami i dopracowaniem szczegółów, dopieszczeniem wnętrz. Mamy dużo klientów-golfistów, klientów kulturalnych, na poziomie, którzy u nas wynajmują apartamenty. Są to klienci głównie z polecenia.
M.C.: Nie wynajmujemy brytyjskim imprezowiczom (śmiech), po których trzeba często organizować remont mieszkania. U nas na szczęście ich nie ma.

Costa del Sol czy nasz polski Bałtyk – gdzie nieruchomość można kupić taniej?

M.C.: Naprawdę w Hiszpanii można kupić taniej nieruchomość niż nad Morzem Bałtyckim. Oczywiście, bierzemy pod uwagę lokalizację, okolicę, odległość od linii brzegowej, dodatkowo wyposażenie mieszkania, pomieszczenia wspólne, komórkę lokatorską, miejsca parkingowe – bo to jest w cenie oferty w stanie deweloperskim. Jedynie trzeba wstawić swoje meble i można zamieszkać. Myślę, że na rynku pierwotnym można w Hiszpanii zaoszczędzić nawet ok. 100 tys. Euro, kupując podobną powierzchnię nad wybrzeżem Costa del Sol niż nad Bałtykiem.

Polecacie Costa del Sol, w szczególności Marbellę, ale macie też kompletnie inny kierunek na hiszpańskie wyjazdy…

B.C.: Oprócz wybrzeża Costa del Sol próbujemy zainteresować klientów również atrakcyjnym terenem górskim, idealnym na narty, o czym mało kto wie… Sierra Nevada jest pominięta i mało znana jako górska alternatywa. W okresie tegorocznej Wielkanocy było tam mnóstwo śniegu.
M.C.: Najwyżej położony ośrodek narciarski w Hiszpanii znajduje się w Andaluzji, dwie godziny drogi od Malagi. Jest to pasmo górskie Sierra Nevada z najwyższym szczytem Mulhacen 3478 m n.p.m. Znajduje się tam wiele możliwości dla turystów, zarówno idealnie przygotowane stoki, kolejki linowe, jak i wiele ofert zakwaterowania z niezbędnymi usługami.
B.C.: Jest tam 96 km tras i co najważniejsze, że nie ma kolejek na stokach, jak w innych krajach europejskich.

Wspomnieliście, że macie klientów z różnych stron świata. Każdy z nich ma inny gust, inne upodobania. Od czego zaczynacie rozmowę, aby poznać ich oczekiwania?

M.C.: Jeszcze przed przylotem konkretnego klienta dużo z nim rozmawiamy, zaznajamiamy z rynkiem nieruchomości na Costa del Sol, organizujemy video konferencje.
B.C.: Przygotowujemy zawsze agendę spotkania, zaznaczamy na mapie miejsca, które będziemy oglądać, które chcemy pokazać naszemu klientowi. Staramy się zrobić wywiad/rozeznanie dużo wcześniej przed przylotem klienta na Costa del Sol. Dlatego przekazujemy zdjęcia i krótkie informacje nt. proponowanych przez nas nieruchomości, które na ten moment są idealne dla klienta, spełniają jego oczekiwania.
M.C.: Zależy nam na tym, aby klient był zorientowany w temacie, znał lokalizację, mógł zerknąć sobie na Google Maps, a nieruchomość zawsze się do jego preferencji dobierze. Pokazujemy kilka nieruchomości w jeden dzień, to takie zdrowe podejście i standard, aby nie przeciążyć kupującego informacjami. Choć mieliśmy ostatnio klienta, który koniecznie w jeden dzień chciał obejrzeć aż 12 nieruchomości (śmiech), a potem miał problem z oceną każdej zaprezentowanej lokalizacji.

Czy można Was nazwać butikową agencją nieruchomości?

B.C.: Bez wątpienia tak! Naszym mottem nie jest sprzedaż za wszelką cenę. Sprzedać byle sprzedać i mieć z głowy, wprost przeciwnie – sprzedajemy, aby klient był zadowolony. Aby do nas powrócił, dał dobrą rekomendację wśród rodziny, znajomych i przyjaciół. Tworzymy przyjazną, wręcz rodzinną atmosferę, aby każdy czuł się przez nas dobrze zaopiekowany.
M.C.: Kluczem jest relacja z naszymi klientami. Odbieramy od nich wiadomości i telefony z podziękowaniami. Rekomendują nas dalej, to bardzo budujące i mobilizujące do dalszej pracy.
Polecamy tylko takie lokalizacje, gdzie deweloperzy są przez nas sprawdzeni. Sprzedajemy klientom tam, gdzie też sami kupiliśmy – to jest kolejna nasza wartość dodana do oferty i budująca zaufanie.

Plano Spain nieruchomości w Hiszpanii Beata Cieślukowska
EscargoFoto.pl

Oprócz nieruchomości pasjonujecie się golfem, dziedziną sportu bardzo popularną w Hiszpanii. Czy to kolejny atut wybrzeża Costa del Sol?

B.C.: W ogóle całe wybrzeże Costa del Sol jest zielone dzięki swoim polom golfowym. Jest energetyczne, przyjazne mieszkańcom i turystom. Przepełnione pozytywną energią, duchem optymizmu i chilloutu. Marbella ma swój specyficzny klimat, ma dobrą aurę, można wręcz rzec, że jest tam pewna magia (śmiech), która przyciąga ludzi do tego miejsca, ale i do siebie. Naprawdę ludzie są uśmiechnięci, pogodni, uprzejmi – to dużo pozytywów!
M.C.: Costa del Sol to jest po prostu mekka dla golfistów. Na tak niedużym terenie jest ponad 100 pól golfowych, więc często turyści nazywają go Costa del Golf. (śmiech) Jesteśmy zakochani w tym sporcie. Miłość do golfa staramy się rozpowszechniać w Polsce, organizując wyjątkowe wyjazdy golfowe. Współpracujemy również z polem golfowym Black Water Links w Tarnowie Podgórnym, gdzie jesteśmy partnerem driving range. Byłoby naprawdę dobrze, żeby jak najwięcej osób dowiedziało się, że to nie jest sport dla elit i każdy może grać bez względu na wiek czy możliwości fizyczne.

Reasumując, dlaczego warto inwestować w nieruchomości na Costa del Sol?

M.C.: Jest wiele powodów, ale jeśli mówimy o ekonomicznych, to po pierwsze dywersyfikacja swego majątku, bo jednak polskie PKB stanowi ułamek światowego procenta. Obecnie mamy w Polsce najniższy kurs Euro, co jeszcze bardziej jest korzystne do zakupu nieruchomości w Hiszpanii.
Costa del Sol ze względu na swoje walory ma dwa sezony idealne na wynajem, tzn. jeden letni, który jest w większości regionów, a drugi – zimowy, bo wówczas przyjeżdżają tu golfiści, aby pograć i spędzić miło czas. W tym zimowym okresie na Costa del Sol przybywają naprawdę dziesiątki tysięcy dodatkowych turystów. Na skalę Hiszpanii tego nie ma nigdzie indziej! Zatem jeśli myślimy o dobrym najmie i szybkim zwrocie zainwestowanych pieniędzy, to powinniśmy wybrać to wybrzeże. Na Costa del Sol wynajem trwa bezustannie cały rok, a nie tylko 4 m-ce.
B.C.: Ponadto od kwietnia br. uruchomiono bezpośrednie loty z Poznania do Malagi, co nas ogromnie cieszy! Poznaniacy mogą zatem w krótkim czasie i w bardzo dobrych cenach biletów zmienić otoczenie i wylądować na hiszpańskim wybrzeżu przepełnionym słońcem oraz pozytywną energią do życia.
Costa del Sol to jest bardzo międzynarodowe wybrzeże, więc jeśli zechcemy sprzedać nasz apartament, to w tym regionie mamy nieustannie duże grono zainteresowanych kupnem nieruchomości. Tu kupuje i sprzedaje cały świat.

Magda Ciesielska

Magdalena Ciesielska

redaktor prowadząca
REKLAMA
REKLAMA
Plano Spain nieruchomości w Hiszpanii Beata Cieślukowska
REKLAMA
REKLAMA