MIASTO I LUDZIE. O SZTUCE ŻYCIA rozmawia JOANNA JANOWICZ, malarka i trenerka Rezyliencji i Vedic Art.
NATALIA PRZYBYLSKA
Joginka, mama czwórki dzieci, optometrysta. Kocha naturę, przytula się do drzew i do siwej Molly w delikatnym kłusie. Z pacjentami pracuje z intencją. W życiu pozwala sobie doświadczać. Ufa nieznanemu i wierzy, że wszystko dzieje się po to, by urosła i była lepsza dla innych. Gdzie szuka spokoju, gdy wszystko leci na łeb na szyję? Dlaczego, gdy bolą plecy, joga mówi o otwarciu duszy? O tym opowie Natalia Przybylska.
Zdjęcia: Natalia Nowak, Przemek Rybiński
Używasz określenia „Być przy sobie”. Co oznacza dla Ciebie?
NATALIA PRZYBYLSKA: Uważność na siebie, na uczucia, emocje. Przyglądam się reakcjom z ciała, żeby widzieć, czego na ten moment mi potrzeba. To kontakt z naturą, medytacja, praktyka jogi, świadome jedzenie, zasilanie się energią słońca. Gdy z kimś pracuję, to mam zawsze intencję. Efektem jest spokój, radość i zaufanie nieznanemu. Sama wyzbywam się chęci, by kontrolować, zarządzić, bo to sprawia, że jesteśmy uwikłani w oczekiwanie. A nie da się przewidzieć wszystkiego, co przyniesie życie. W zaufaniu, pozwalam się życiu zaskakiwać w poczuciu, iż dzieje się dla mojego dobra.
Masz swoje codzienne rytuały?
Gdy przychodzi moment pogubienia, idę do ciała. Idę do natury, medytuję, szukam ciszy. Nie zawsze jest przestrzeń na jogę, ale mam rytuał szczotkowania ciała. Od palców stóp, centymetr po centymetrze masuję je, mam z nim kontakt, doświadczam, obserwuję jak reaguję i to zajmuje myśli. Mycie zębów może być także rytuałem, jeśli robisz to uważnie i świadomie. Daję sobie przestrzeń dla siebie. Innym z rytuałów jest przyzwalanie sobie na przebywanie z cudownymi ludźmi, czerpię radość z relacji i tej chwili, aby wyjść z obowiązków… nie musieć.
Jak karmisz duszę?
Lubię robić zdjęcia i czytam teraz cudowną książkę „Zdjęcia z duszą” o czarno-białej fotografii. Napisał ją David duChemin, zabierając nas w świat kreacji, pokazując, że rodzi się ona z lekkości i przychodzi w momentach odpuszczenia. To jest metafora życia: ja tutaj nic nie wiem. Nie wiem, jaki to kadr. Nie wiem, co z tego będzie. Po prostu łapię chwilę. To jest bardzo uwalniające, a duChemin podkreśla, że mamy ciągle stawiać pytania i pozwalać, aby się zadziało. A co jeśli… słońce nie zaświeci, nie złapiemy „golden hour”?
I tak może powstać piękne zdjęcie? Ufasz nieznanemu. Gdzie znajdujesz granicę pomiędzy tym, czego chcesz, a odpuszczaniem?
Zaufać nieznanemu – to wspaniale brzmi – ale w takim razie chcieć czy nie chcieć? Lubię prowadzić wewnętrzy dialog, zadawać pytania – wtedy poznaję lepiej siebie i tworzę mapę dla innych. Ty mówisz pięknie w rezyliencji o tym, żeby mieć, ale nie pragnąć. Doceniać, podziękować… Planuję, ale pozwalam się zaskoczyć. Wiem, że Wszechświat ma dla mnie to, co najlepsze i pozwalam, by to zaistniało. Może mandat mnie dziś nie ominie, ale wieczorne utulenie w ramionach dzieci będzie cudownym doświadczeniem. To wystarczy! To jest akceptacja w życiu. To jest słowo klucz, po zajęciach u Ciebie na MBA z Życia (program rozwojowy realizowany z Piotrem Strzyżewskim – przyp. autorki) wypisałam je sobie w wielu językach. To podejście kreuje w nas lekkość życia, brak przywiązywania się. DuChemin mówi „Im jesteśmy ciekawsi świata, tym bardziej kreatywni się stajemy. Kreatywność dzieje się w kontekście nieznanego”.
W malowaniu intuicyjnym, wychodzimy z intelektu, by wejść na poziom duszy i czuć. Co się dzieje, gdy zabiera Cię smutek?
Trzeba zauważyć. Pozwolić sobie go objąć z czułością. Uczę się, by nie zabierały mnie na zbyt długo emocje żalu, czy gniewu. To jest spalające. Buduje mnie zabieranie się w miłość i radość.
A czym jest miłość dla Ciebie?
Wolnością. To wtedy, kiedy nic nie musisz, a chcesz dać. To otwartość i dobro. Każdy z nas szuka miłości bezwarunkowej, by tak kochać i taką miłością być kochanym. Tak sobie myślę… Co ja o miłości wiem? Najcudowniejsza miłość bezwarunkowa płynie od dzieci. Od zwierząt też – taki kociak czy psiak nigdy nie ma humorów. Kocha zawsze.
Co daje Ci miłość do jogi i jak zaczęła się Twoja przygoda?
Mówi się, że każdy ma w sobie jogina, pytanie tylko kiedy się obudzi (śmiech). U mnie joga pojawiła się 14 lat temu, gdy szukałam równowagi w staraniach o pierwsze dziecko, Sofii. Już wtedy wiedziałam, że to nie jest forma gimnastyki, a bardziej stan duchowości. Później pojawiła się Nelli, Hugo, Wiktor, a moja przygoda z jogą trwa. Kilka lata temu zaczęłam praktykować intensywniej, aż uznałam, że chcę zrobić kurs nauczycielski. Nie tyle nawet, by uczyć, ale by zgłębić wiedzę. Wybrałam cudowną nauczycielkę, Ullę. Uwielbiam być uczniem i dawać sobie czułość, i wiem, że tego samego oczekują kobiety, z którymi pracuję. Joga zauważenie tego, co w nas na dany moment jest. Sekwencja asan pozwala uwolnić to, co jest wewnątrz. Joga ma moc i jest dla odważnych, ponieważ wiele dowiadujemy się o sobie: czasami przecież ciało odmawia fizycznie i to jest moment ukochania, akceptacji. Nie zawsze łatwy. Z drugiej strony, gdy zaczynasz praktykę, myśli idą do wnętrza do serca i nie masz pojęcia, co będzie z niego wypływało. Co dziś przyjdzie? Ból? Niecierpliwość? Co jest we mnie? I wiesz, tu jest o tej odwadze: stajesz do tego. Widzisz się, jak w lustrze i możesz zareagować. Uczysz się miłości do siebie.
Joga jest o sercu?
Tak, bo w jodze szukamy nie tylko sposobów na uśmierzenie bólu w plecach, ale bodźców do wewnętrznych przemian. Donna Farhi, cudowna nauczycielka jogi od kilku dekad, mówi, że jest ona otwarciem z poziomu serca i uwolnieniem przestrzeni na wrażliwość, radość, ale też smutek, który wcale nie powoduje zamknięcia. Jest otwarciem umysłu na zauważanie.
Mówisz, że asany to trzeci z ośmiu filarów jogi. To pokazuje głębię tej praktyki w kontekście nie tylko ciała, ale i duszy.
Mówimy też o ćwiczeniach oddechowych i medytacji, a w szerszym ujęciu to asany są przygotowaniem do podróży duszy w medytacji. Niemoc z ciała pokazuje, że cokolwiek zrobię, to jest w porządku. Sama jestem joginką z ograniczeniami wynikającymi z tego, że przyprowadziłam na świat czwórkę moich dzieci i wiele asan nie jest dla mnie. Jednak staram się do jakiegoś momentu w nie wchodzić. To jest sprawczość. Próbujesz, idziesz trochę dalej, akceptujesz, masz progres, nie masz progresu, dziś jest tak, choć wczoraj było inaczej. Nie każesz się, nie przymuszasz. Obserwujesz. Tak samo jest w życiu, nie chodzi o to, by na siłę pokonywać jakieś granice, bo może nie jest to dla nas korzystne. Nie zawsze musi być obiad z trzech dań. Może być ratatouille w jednym garnku. Joga niesie umiejętność, by siebie szanować, traktować jak tę świątynię. Donna Farhi mówi, że była świadkiem mocy jogi, zmieniającej pozornie nienaruszalne negatywne schematy, by przebudzić ciało, umysł i serce i otworzyć je na nowe możliwości.
Co dla Ciebie jest trudne?
Na pewno moment, gdy zabiera mnie smutek. Jednak jestem z nim już całkiem dobrze skomunikowana, widzę go, jak przychodzi. Słucham, co mówi i kiedy obejmuję go z taką akceptacją, zauważam, że jest wynikiem niepotrzebnych oczekiwań.
Czyli kiedy Ci smutno, zatrzymujesz się i pytasz siebie, czego ja chcę i czy ja chcę tego chcieć?
Tak. I wiesz, ja na co dzień w swojej pracy inspiruję pacjentów do tego, by też się zatrzymali i by widzieli lepiej. To jest dla mnie misja w pracy optometrysty. Przez dobrane dobrze okulary, sprawiam, że człowiek dostaje nową jakość postrzegania codzienności i widzi lepiej, ale nie tylko. W moim ukochanym „Małym Księciu” są słowa: dobrze widzi się tylko sercem, najpiękniejsze jest niewidzialne dla oczu. Ja zakładam ludziom okulary, ale są one zawsze z intencją, np. żeby pani nie przeoczyła miłości, albo żeby dziecko w szkole nie czuło się gorsze. Bo ta pani chce kogoś pokochać, a ten chłopiec chce się uczyć, tylko po prostu chodzi o dobrze dobrane szkła, których nie miał. W gabinecie zawsze pacjent powie więcej. Wywiązuje się między nami relacja.
Czego uczysz swoje dzieci?
Miłości do świata, ludzi i zwierząt. Mają swoje drzewa, do których się tulą. Uczę ich, by stojąc przed lustrem, każde z nich umiało powiedzieć „kocham Cię” do siebie. Uczę je pielęgnowania pasji: Nelli w tańcu i malowaniu, Wiktor w kreacji z klockami, a Hugo z tatą ma wspólne lekcje gry na perkusji. Niesamowita miłość przyszła do naszej rodziny wraz z pasją naszej najstarszej córeczki, która trenuje jeździectwo, zaczynała jako pięcioletnia dziewczynka. Jako mama miałam duży lęk o nią, ale nie chciałam, by ten strach coś jej zabrał, więc sama zaczęłam oswajać się i jeździć konno.
Zaczęłaś doceniać jej pracę? Czego Twoja rodzina nauczyła się od koni?
Mam dla Sofii wielkie uznanie. Konie uczą panowania nad emocjami. Przez lewe oko koń wyczuwa nasze emocje. My możemy nie rozumieć o co chodzi, ale zwierzę bardzo wyświetla nasz wewnętrzny stan: czasem chce się tulić, a czasem nie. Kiedy Molly buduje dystans, to ja zauważam, że jestem w tym dniu też zdystansowana. Kiedy się boi, wiem, że strach jest wewnątrz mnie. Do konia potrzebujemy dużej pewności siebie, ponieważ kiedy my nie panujemy nad nim, to on przejmie inicjatywę i może być różnie.
To jak z umysłem, konieczny jest woźnica.
Umysł z automatu zabiera w obszary jemu dobrze znane i nie zawsze dla mnie korzystne. Jak galop po niebezpiecznym terenie, który wybrało zwierzę, a nie jeździec. Jazda konna jest wspaniałą terapią dla osób, które pracują nad poczuciem własnej wartości, bo na koniu, tak jak na macie, możemy poczuć moc! Jesteśmy tu po to, żeby doświadczać.
Najpiękniejszy dzień w Twoim życiu…
Jest codziennie. Jest przede mną. Wiesz, czasem, wszystko leci na łeb na szyję. Dzieci się kłócą, któreś jest chore, obiadu nie zrobiłam, nigdzie nie mogę zdążyć, wszyscy i wszystko w chaosie… Na takie chwile, bo wiem, że kiedyś mogą przyjść, praktykuję bycie w lesie i kontakt z naturą. Wyciszam się na później, żeby to ogarnąć, gdy nastąpi. Umieć odpuścić. Najpiękniejszy dzień to docenianie tych wspaniałych osób wokół, wdzięczność za rodzinę. To, że teraz mogę rozmawiać z Tobą, że mamy z mężem mały, ale cudowny zespół w firmie. Najpiękniejszy jest oddech, bo on automatycznie łączy nas z naszym sercem, wtedy jest empatia, miłość i największy dramat zaczynam postrzegać, jako coś, co musiało się zadziać. Żebym urosła i była lepsza dla innych.
Dobro niesie też Twoje stowarzyszenie „Widzieć w PEŁNI” i realizujesz z Miastem Swarzędz „Jogę na trawie”, która będzie dostępna dla każdego, kto chce być przy sobie.
Najpiękniejsze rzeczy w naszym życiu dzieją się z poziomu serca, one nie są kreowane przez rozum. To jak malowanie z intuicji – otwiera serce. A joga to nie fizyczność, ale przede wszystkim to, co dzieje się w naszej głowie i duszy. W sprawie jogi na trawie i sesji w tygodniu można pisać na mój profil (Natalia Przybylska). Zapraszam do wspólnej podróży na macie i już jestem za Was wdzięczna.
Zostawimy Czytelników z Twoim przesłaniem?
Najważniejsza jest miłość własna, bo wtedy z lekkością rezygnujemy z tego, co mogłoby nas poparzyć. Wybieramy to, co sprawia, że rośniemy. Wtedy płyniemy. Kiedy dostrzegamy w sobie dary i zaczynamy je realizować, jak Ty nas tego pięknie uczysz, to płyniemy. Trzeba to swoje „dlaczego” znaleźć. Misję. Flow. Bruce Lee mówił „bądź jak woda”. Ciągle się tego uczę. Dziękuję za zaproszenie do wspólnej rozmowy, było pięknie.