Dobra medycyna estetyczna nie zaczyna się od igły, preparatu ani urządzenia. Zaczyna się od rozmowy, diagnostyki i uważnego spojrzenia na człowieka, który przychodzi nie po nową twarz, ale po lepszą, świeższą, bardziej wypoczętą wersję siebie. Marta Bogusz, właścicielka gabinetów lekarskich Młodość, mówi o bezpieczeństwie jako nowej jakości premium, o pacjentkach, które coraz częściej wybierają naturalność zamiast przerysowania i o tym, dlaczego współczesna medycyna estetyczna powinna opierać się na wiedzy, odpowiedzialności i szacunku do indywidualnych rysów. Bo dziś coraz mniej chodzi o spektakularną metamorfozę, a coraz bardziej o świadomy proces, w którym skóra, zdrowie, styl życia i emocje tworzą jedną całość
Rozmawia: Alicja Kulbicka | Zdjęcia: Łukasz Filipowski
Od czego zaczyna się dziś dobra medycyna estetyczna?
MARTA BOGUSZ: Przede wszystkim od prawidłowego wywiadu i diagnostyki, po prostu od rozmowy. Musimy wiedzieć, jak wygląda codzienność pacjentki, jej praca, styl życia, pielęgnacja, plany na najbliższe dni, a nawet to, czy dzień po zabiegu nie ma ważnego spotkania, uroczystości albo wizyty stomatologicznej. To wszystko ma znaczenie, bo medycyna estetyczna nie dzieje się w próżni. Skóra reaguje na stres, sen, dietę, aktywność fizyczną, palenie tytoniu, alkohol, promieniowanie UV i pielęgnację domową. My w gabinecie możemy bardzo dużo, ale ogromna część pracy odbywa się poza nim, każdego dnia. Liczy się to, jak pacjentka dba o skórę, czy właściwie ją nawilża, czy odbudowuje barierę hydrolipidową, czy stosuje fotoprotekcję. Wiele zabiegów estetycznych opiera się na kontrolowanym stanie zapalnym. Najpierw pobudzamy skórę, czasem chwilowo ją rozregulowujemy, żeby uruchomić procesy naprawcze. Dlatego skóra musi być do tego przygotowana. Jeśli jest odwodniona, reaktywna, przeciążona albo źle pielęgnowana, nawet najlepszy zabieg nie da takiego efektu, jakiego oczekujemy.
Czyli zanim pacjentka trafi na fotel zabiegowy, trzeba poznać nie tylko jej twarz, ale też jej codzienność?
To, jak żyjemy, ma ogromny wpływ na skórę. Możemy powtarzać rzeczy, które brzmią banalnie: mniej cukru, mniej słońca bez fotoprotekcji, mniej papierosów, mniej alkoholu, więcej wody, więcej ruchu. Ale to nie są puste hasła. To są podstawy, które naprawdę wpływają na kondycję skóry. Nie jestem jednak zwolenniczką podejścia, że wszystko trzeba zmienić od razu. Nie każdy jest w stanie natychmiast przebudować całe życie. Możemy zacząć od małych kroków: trochę więcej spacerować, ograniczyć papierosy, poprawić pielęgnację, wprowadzić ochronę przeciwsłoneczną. To już ma znaczenie. W wywiadzie pytamy też o rzeczy bardzo praktyczne. Czy pacjentka pracuje przy komputerze? Czy ma pracę zmianową? Jakie ma plany po zabiegu? Czy może pozwolić sobie na obrzęk, zaczerwienienie albo ślady po iniekcjach? Niektóre reakcje nie są powikłaniem, tylko naturalnym etapem gojenia, ale pacjentka musi być na nie przygotowana.
W gabinetach Młodość mocno podkreślacie znaczenie diagnostyki. Co ona zmienia w planowaniu terapii?
Diagnostyka daje nam punkt odniesienia. Zdjęcia są ważne, ale muszą być wykonywane w powtarzalnych warunkach: na tym samym tle, w tym samym świetle, w tej samej pozycji. Dzięki temu możemy realnie porównywać efekty. Dziś mamy jednak narzędzia, które pozwalają zobaczyć znacznie więcej. Wykorzystujemy m.in. diagnostykę multispektralną, analizę skóry, USG skóry i obrazowanie 3D. Możemy ocenić, czy problemem są przebarwienia, rumień, utrata jędrności, zmarszczki, tekstura skóry czy nadmierna aktywność gruczołów łojowych. Możemy też sprawdzić, czy po terapii skóra rzeczywiście się pogrubiła, czy zwiększyła się ilość kolagenu i elastyny, czy zmniejszył się rumień albo przebarwienia. Bardzo ważne jest także USG, zwłaszcza przy zabiegach penetrujących skórę, zabiegach termicznych i pracy z wypełniaczami. Musimy wiedzieć, na jakiej głębokości pracujemy i co znajduje się w tkankach. Diagnostyka pozwala odejść od działania „na oko”. Medycyna estetyczna nie powinna być intuicyjnym poprawianiem twarzy, tylko świadomą, bezpieczną i mierzalną terapią.
Jak zmieniły się oczekiwania pacjentek w ostatnich latach?
Pacjentki chcą dziś wyglądać naturalnie. W gabinetach Młodość pracujemy głównie z kobietami po czterdziestce, po pięćdziesiątce i starszymi, choć oczywiście jesteśmy otwarci na różne grupy wiekowe. To kobiety o różnych historiach, zawodach i stylach życia. Łączy je jedno: nie chcą wyglądać jak osoby mocno zmodyfikowane. Chcą wyglądać świeżo, zdrowo, wypoczęcie, młodziej, ale nadal jak one same. To bardzo ważna zmiana. Modyfikacje twarzy stały się passé. Nie są dziś w trendzie bardzo duże policzki, przesadnie wydłużone brody, ogromne usta czy twarze robione według jednego wzorca. Kobiety coraz częściej nie chcą „nowej twarzy”. Chcą takiej, która wygląda, jakby wróciła z pięknych wakacji, a nie jakby wyszła z gabinetu po mocnej ingerencji. Lubię mówić, że dziś powinien dominować paryski szyk, a nie rosyjski krzyk. Mniej demonstracji, mniej przesady, mniej twarzy robionych według instagramowego szablonu. Więcej klasy, świeżości, lekkości i szacunku dla indywidualnych rysów.

To zdanie jest świetne – paryski szyk zamiast rosyjskiego krzyku. Czy naprawdę odchodzimy od epoki przerysowanych twarzy?
Mam takie poczucie. Oczywiście nadal są osoby, które chcą wyglądać w sposób bardzo widocznie zmodyfikowany i mają do tego prawo. Nie chodzi o to, żeby oceniać cudze wybory. Ale coraz więcej kobiet przychodzi z bardzo jasnym komunikatem: nie chcę wyglądać jak ktoś inny, nie chcę, żeby było widać, że coś robiłam, chcę wyglądać świeżo, zdrowo, promiennie. Przerysowania, które przez lata obserwowaliśmy u osób publicznych, paradoksalnie zadziałały na korzyść rozsądnej medycyny estetycznej. Wiele kobiet zobaczyło, dokąd może prowadzić ucieczka przed starzeniem za wszelką cenę. Zobaczyły twarze, które przestały przypominać swoje właścicielki. I nie chcą iść tą drogą. Dobra medycyna estetyczna nie polega na tym, żeby wymazać wiek albo stworzyć jedną, powtarzalną twarz. Chodzi o to, żeby pacjentka wyglądała zdrowiej, świeżej, bardziej harmonijnie, ale nadal po swojemu. Zmarszczki nie są wrogiem. Mogą być częścią mimiki, historii twarzy, charakteru. Problemem nie jest to, że skóra ma strukturę. Problemem jest szarość, zmęczenie, utrata jakości skóry i brak promienności.
Czy pacjentki częściej przychodzą dziś po pojedynczy zabieg, czy są już gotowe na długofalowy plan terapii?
Coraz częściej są przygotowane na proces. Edukacja zrobiła swoje. Pacjentki rozumieją, że dobra terapia nie zawsze polega na jednym zabiegu, po którym natychmiast wszystko się zmienia. Są gotowe na serie zabiegowe, plan działania i systematyczność. Oczywiście nadal lubią widzieć efekty szybko. To się nie zmieniło. Dlatego bardzo dobrze pracuje się z ubytkami tkankowymi. Jeżeli twarz traci objętość w określonych miejscach, możemy ją subtelnie uzupełnić. Wypełniacze, fachowo nazywane implantami żelowymi, nie zniknęły z medycyny estetycznej. Dziś po prostu wiemy, jak należy je stosować. Nie służą do liftingowania twarzy ani modyfikowania rysów według mody. Służą do uzupełniania ubytków tkankowych. Wtedy dają piękny, naturalny efekt. Natomiast popularne dziś stymulacje tkankowe wymagają cierpliwości. Na efekt trzeba poczekać. Pełny remodeling tkankowy trwa, a na początku często pojawia się stan zapalny, obrzęk i proces przebudowy. To nie jest magia dziejąca się z dnia na dzień. Dlatego pacjentka powinna wiedzieć, co robimy, po co to robimy i kiedy może spodziewać się efektu.
Jakie potrzeby najczęściej pojawiają się dziś w gabinecie?
Pacjentki często zgłaszają problemy z okolicą oczu, opadającym owalem twarzy, tak zwanymi chomikami, drugim podbródkiem i utratą napięcia skóry. Pojawia się też temat poduszek policzkowo-jarzmowych, czyli obrzęków i zmian w okolicy policzków. Czasami ich przyczyną są wcześniejsze, nieprawidłowo wykonane zabiegi z użyciem wypełniaczy, ale czasami wynikają po prostu z anatomii i procesu starzenia. Z wiekiem więzadła skórno-kostne wiotczeją, kompartmenty tłuszczowe przesuwają się ku dołowi i ku środkowi, zmienia się owal twarzy. Dlatego musimy patrzeć na twarz całościowo. Nie wszystko da się wypełnić. Nie wszystko należy redukować. Czasem trzeba uzupełnić ubytek, czasem napiąć skórę, czasem zredukować nadmiar tkanki, a czasem połączyć różne metody. Dlatego tak lubimy terapie łączone. Możemy wykorzystać zabiegi termiczne, laser podskórny, radiofrekwencję mikroigłową, peelingi chemiczne, zabiegi iniekcyjne i regeneracyjne. Punktem wyjścia zawsze jest jednak analiza twarzy jako całości, a nie pojedyncza zmarszczka czy jedno miejsce pokazane palcem w lustrze.

Czy można powiedzieć, że dzisiejsza medycyna estetyczna coraz częściej odchodzi od klasycznego „poprawiania” wyglądu na rzecz regeneracji, jakości skóry i slow agingu?
Zdecydowanie tak. Coraz bardziej liczy się jakość skóry, systematyczność, pielęgnacja, regeneracja i mądre spowalnianie procesów starzenia. Widać też wpływ filozofii koreańskiej pielęgnacji, która akcentuje regularność, wieloetapowość, ochronę skóry i dbanie o jej kondycję na co dzień. Jeszcze dekadę temu medycyna estetyczna często była traktowana jak jednorazowy strzał: pójdę raz na pół roku, wstrzyknę kwas hialuronowy i to zastąpi wszystko. Dziś wiemy, że to tak nie działa. Twarz nie może być tylko wypełniana. Jeżeli będziemy nieustannie dokładać objętości, możemy doprowadzić do efektu ciężkości, deformacji i utraty naturalnych proporcji. Slow aging to nie rezygnacja z medycyny estetycznej, ale mądrzejsze podejście do niej. Nie walczymy z wiekiem jak z wrogiem, tylko dobrze zarządzamy zmianą. Dbamy o skórę, tkanki, napięcie, strukturę i regenerację, ale też o styl życia.
Jakie zabiegi najlepiej wpisują się w slow aging?
Wszystkie, które poprawiają jakość skóry, stymulują jej przebudowę, wspierają regenerację i są dobrze dobrane do potrzeb pacjentki. Nadal bardzo dobrze sprawdzają się mezoterapia mikroigłowa, peelingi chemiczne, terapie termiczne – laseroterapia, radiofrekwencja mikroigłowa, zabiegi stymulujące i rewitalizujące. To metody, które mają historię, są przebadane i wiemy, czego możemy się po nich spodziewać. Nie chodzi jednak o to, żeby każdej pacjentce proponować ten sam schemat. Inaczej pracujemy z osobą, która ma rumień, inaczej z przebarwieniami, inaczej z utratą jędrności, inaczej z obrzękami, inaczej z ubytkami tkankowymi. Czasami najlepszym rozwiązaniem będzie terapia poprawiająca jakość skóry, czasami delikatne uzupełnienie objętości, czasami zabieg termiczny, a czasami odesłanie pacjentki do innego specjalisty. Dobra medycyna estetyczna polega też na tym, żeby wiedzieć, czego nie robić.
Przed nami lato, czyli czas słońca, wyjazdów i większej ekspozycji skóry na promieniowanie UV. Czy to dobry moment na zabiegi medycyny estetycznej?
Lato nie wyklucza medycyny estetycznej, bo gdyby tak było połowa świata musiałaby zrezygnować z zabiegów, ale wymaga rozsądnego planowania. Wszystko zależy od rodzaju zabiegu, stanu skóry, skłonności do przebarwień, świeżej opalenizny, trybu życia pacjentki i tego, czy będzie w stanie przestrzegać zaleceń pozabiegowych. Są terapie, które można wykonywać również latem, zwłaszcza jeśli mają charakter nawilżający, regeneracyjny, wzmacniający jakość skóry albo nie wiążą się z bardzo intensywnym złuszczaniem i długą rekonwalescencją, gdyż jest to zwyczajnie niekomfortowe szczególnie w upale. Są procedury wymagające większej ostrożności, szczególnie mocniejsze ablacyjne zabiegi laserowe, głębokie peelingi czy terapie zwiększające wrażliwość skóry na promieniowanie UV. Część z nich lepiej zaplanować na okres mniejszej ekspozycji słonecznej. Najważniejsza jest kwalifikacja. Pacjentka powinna powiedzieć, czy planuje urlop, czy będzie się opalać, czy ma skłonność do przebarwień i czy będzie w stanie stosować fotoprotekcję. W medycynie estetycznej nie chodzi o to, żeby działać według kalendarza promocji, tylko według potrzeb skóry i zasad bezpieczeństwa. Lato nie musi oznaczać przerwy od dbania o siebie, a każda pora roku wymaga odpowiedzialności.
Gabinety Młodość zajmują się także leczeniem powikłań po zabiegach estetycznych. Czy to coraz częstszy temat w branży?
To temat, z którym jesteśmy bardzo mocno kojarzeni. Zasłynęliśmy leczeniem powikłań i rzeczywiście nadal jest to jedna z naszych najmocniejszych stron. Trafiają do nas pacjentki po różnych doświadczeniach, czasem z bardzo trudnymi przypadkami. Przez lata zdobyliśmy ogromną wiedzę, także dzięki pracy z pacjentami z różnych miejsc, nie tylko z Polski. Bardzo ważnym obszarem naszej pracy jest usuwanie wypełniaczy z użyciem hialuronidazy medycznej, czy podawanie leków pod kontrolą USG. To wymaga doświadczenia, zaplecza i znajomości anatomii radiologicznej. Nie każda placówka się na to decyduje. My uważamy, że jeśli chcemy działać bezpiecznie, musimy widzieć, co robimy. Powikłania nie zawsze są efektem złej woli. Czasem wynikają z braku wiedzy, czasem z nadmiernej wiary w modę, czasem z nieprawidłowej kwalifikacji, czasem z wykonywania zabiegów bez właściwego przygotowania. Niezależnie od przyczyny pacjent potrzebuje pomocy, a nie oceny. Naszym zadaniem jest znaleźć rozwiązanie.

Sporo mówisz o tym, że bezpieczeństwo jest dziś jakością premium. Co to znaczy?
Bezpieczeństwo powinno być standardem w każdym gabinecie, ale niestety nie zawsze nim jest. Dlatego mówię, że dziś staje się jakością premium. Nie w sensie luksusu, ale w sensie wartości, która naprawdę odróżnia odpowiedzialne miejsca od przypadkowych. Dla mnie bezpieczeństwo zaczyna się od tego, że pacjent nie wybiera zabiegu jak produktu w sklepie internetowym. Może przyjść z potrzebą, problemem, oczekiwaniem, ale to specjalista powinien ocenić, jaka terapia jest właściwa. U nas pacjent umawia się na konsultację i ewentualny zabieg wybrany przez specjalistę, nie przez samego siebie. To nie jest sklep. To jest medycyna. Nierzadko pacjent przychodzi przekonany, że potrzebuje konkretnego zabiegu, a po diagnostyce okazuje się, że lepsza będzie zupełnie inna droga. Trzeba umieć powiedzieć: tego nie zrobimy, bo nie będzie bezpieczne. I odesłać pacjenta do innego specjalisty. To również jest profesjonalizm.
Jak zbudowany jest zespół gabinetów Młodość?
Jesteśmy zespołem interdyscyplinarnym. W naszym zespole są lekarze różnych specjalizacji i osoby z różnym doświadczeniem. Mamy stomatologów, którzy w medycynie estetycznej są bardzo ważni ze względu na znajomość anatomii twarzy i obszaru jamy ustnej. Mamy internistę i obesitologa, chirurga naczyniowego, psychiatrę. Wszyscy zajmują się medycyną estetyczną w ramach swoich kompetencji i umiejętności zawodowych. To ma ogromne znaczenie, bo pacjentka nie zawsze przychodzi wyłącznie z problemem estetycznym. Otyłość generuje stan zapalny, stan zapalny wpływa na skórę, choroby autoimmunologiczne mogą wpływać na reakcje pozabiegowe, leczenie stomatologiczne może zmieniać wygląd dolnego piętra twarzy, a problemy natury psychicznej mogą wpływać na oczekiwania wobec zabiegów. Jeśli patrzymy tylko na zmarszczkę, możemy nie zobaczyć człowieka. Interdyscyplinarność pozwala patrzeć szerzej. I to jest kierunek, w którym powinna iść medycyna estetyczna.
Jakie kompetencje są dziś najważniejsze u osób pracujących z pacjentką w gabinecie medycyny estetycznej?
Podstawą są kompetencje medyczne. Trzeba się uczyć, znać anatomię, rozumieć działanie preparatów i technologii, wiedzieć, jakie mogą pojawić się powikłania. Ale równie ważne są komunikacja, umiejętność słuchania i spokój. Pacjentka przychodzi do takiego miejsca nie tylko po zabieg. Przychodzi ze swoim lękiem, oczekiwaniami, czasem kompleksami, czasem wcześniejszym złym doświadczeniem. Trzeba umieć jej wysłuchać. Nie mówić za nią, nie narzucać od razu rozwiązań. Najpierw trzeba zrozumieć, po co przyszła. Bardzo cenię też w moim zespole naturalność. Chcę, żeby osoby pracujące z pacjentkami wyglądały świeżo, zdrowo i harmonijnie. Pacjentka często patrzy na osobę, która ma wykonać zabieg, i myśli „chciałabym wyglądać tak dobrze, mieć taką cerę, taką świeżość”. My nie sprzedajemy tylko procedury. Budujemy zaufanie do efektu. A tego nie da się zrobić, jeśli sami wyglądamy niezgodnie z filozofią, którą deklarujemy.

Czy pacjentki mają dziś większą świadomość bezpieczeństwa, przeciwwskazań i możliwych powikłań?
Tak, widzę dużą zmianę. Pacjentki częściej pytają, chcą wiedzieć, co będzie podane, po co, jaki ma być efekt, jak długo może utrzymywać się obrzęk, czy pojawi się rumień i kiedy będą mogły wrócić do codziennych aktywności. Kiedyś wielu osobom wydawało się, że nie wypada pytać lekarza o szczegóły. Dzisiaj pacjent pyta bez skrępowania i bardzo dobrze. Powinien wiedzieć, jaki preparat został zastosowany, kiedy, w jakiej ilości i z jaką datą ważności. Powinien mieć dokumentację. U nas to standard. Nadal zdarzają się jednak pacjenci, którzy nie wiedzą, co mieli podane, nie mają dokumentacji albo nie znają pochodzenia preparatu. To duży problem. Dlatego edukacja jest tak ważna. Pacjentka świadoma jest pacjentką bezpieczniejszą. Lepiej rozumie, co robimy, wie, że obrzęk po zabiegu nie musi oznaczać powikłania, wie, kiedy powinna się niepokoić, jak dbać o skórę i czego unikać.
Zatrzymajmy się na chwilę na social mediach. To dziś miejsce, w którym pacjentki szukają wiedzy, inspiracji i opinii, ale też przestrzeń pełna filtrów, spektakularnych metamorfoz, modnych haseł i obietnic efektu „tu i teraz”. Czy social media bardziej edukują pacjentki, czy jednak nakręcają oczekiwania, które później trzeba w gabinecie bardzo cierpliwie prostować?
Jedno i drugie. Na pewno pozwalają edukować, tłumaczyć, pokazywać procesy i budować świadomość. Dzięki nim pacjentki wiedzą więcej, zadają lepsze pytania i częściej rozumieją, że zabieg to nie tylko efekt „przed i po”, ale cały proces kwalifikacji, wykonania, gojenia i kontroli. Ale social media bardzo często premiują też przesadę. Algorytmy lubią krzyk, deformację, sensację, szok, szybki efekt. Treści edukacyjne przebijają się trudniej niż te oparte na skandalu czy przerysowaniu. To problem nie tylko medycyny estetycznej, ale całej komunikacji zdrowotnej. Wartościowa wiedza wymaga czasu i uwagi, a Internet często nagradza to, co najbardziej emocjonalne. Dlatego tak ważne jest, żeby specjaliści nie rezygnowali z edukacji. Nawet jeśli nie zawsze jest ona najbardziej klikalna, buduje zaufanie i zmienia rynek w dobrą stronę.
Które trendy w medycynie estetycznej uważasz za wartościowe, a do których podchodzisz z większą ostrożnością?
Zdecydowanie cenię trendy związane ze slow agingiem, systematycznością, poprawą jakości skóry, pielęgnacją, regeneracją, zdrowym stylem życia i rozsądnym podejściem do własnego wyglądu. Nie chodzi o presję perfekcji, ale o dojrzałość. O umiejętność powiedzenia sobie: chcę coś dla siebie zrobić, chcę lepiej o siebie zadbać, chcę dobrze się czuć w swoim ciele, ale nie dlatego, że ktoś mi każe, że czuję presję społeczną czy tykający zegar, tylko dlatego, że ja tego potrzebuję. Bardzo cenię podejście, w którym medycyna estetyczna jest częścią dbania o zdrowie, kondycję skóry i samopoczucie. Nie jest desperacką walką z wiekiem, tylko świadomym procesem. Z ostrożnością podchodzę natomiast do każdej nowości, która jest mocno lansowana, ale nie ma wystarczającego potwierdzenia w badaniach. Bazuję na tym, co znam, co jest sprawdzone i ma oparcie w wynikach badań. Nie interesują mnie chwilowe mody wynikające wyłącznie z potrzeb sprzedaży produktu. Cieszę się natomiast, że w medycynie estetycznej coraz mocniej pojawia się diagnostyka, zwłaszcza ultrasonograficzna. Ona wielu specjalistom otworzyła oczy na to, co do tej pory robili. Dzięki USG widzimy, gdzie są preparaty, jak układają się w tkankach, co zostało podane wcześniej. To pozwala działać bezpieczniej i bardziej odpowiedzialnie.
W jakim kierunku będą rozwijać się gabinety Młodość w najbliższych latach?
Chcemy budować relację z pacjentami w dłuższej perspektywie. Moim celem nie jest mieć pacjenta na raz. Moim celem jest mieć grupę lojalnych pacjentów, którzy są z nami przez lata, widzą różnicę w swoim wyglądzie i czują, że są dobrze zaopiekowani. Największą satysfakcję daje mi sytuacja, w której pacjentka po kilku latach patrzy na swoje zdjęcia i mówi: wyglądam lepiej niż pięć lat temu albo przynajmniej praktycznie się nie zmieniłam. To jest dla mnie sukces. Nie spektakularna metamorfoza, po której ktoś przestaje przypominać siebie, tylko spokojny, mądry proces. Chcemy dalej rozwijać diagnostykę, terapie łączone, leczenie powikłań, edukację i opiekę interdyscyplinarną. Chcemy być miejscem, w którym pacjentka nie kupuje zabiegu, tylko dostaje plan, bezpieczeństwo i zaufanie. Medycyna estetyczna ma ogromny potencjał, ale tylko wtedy, gdy pamięta, że po drugiej stronie jest człowiek, a nie twarz do poprawienia.
Młodość
ul. Libelta 27/18A, Poznań
tel. 731 778 707
www.mlodosc.com



