Kamil Sobala | Nie ma dróg na skróty

Kamil Sobala Pracownia Fryzur Kamil Sobala|Kamil Sobala Pracownia Fryzur Kamil Sobala|Kamil Sobala Pracownia Fryzur Kamil Sobala|Kamil Sobala Pracownia Fryzur Kamil Sobala|Kamil Sobala Pracownia Fryzur Kamil Sobala|Kamil Sobala Pracownia Fryzur Kamil Sobala|Kamil Sobala Pracownia Fryzur Kamil Sobala|

Pochodzi z Tomaszowa Mazowieckiego, fryzjerskie szlify zdobywał w Piotrkowie Trybunalskim, po drodze zahaczył o Irlandię i Warszawę, aby ostatecznie osiąść w Poznaniu, do którego jak sam mówi, przyjechał tylko na imprezę. Rok 2017 był dla niego przełomowy – wygrana w konkursie Goldwell Color Zoom otworzyła mu drzwi do stylizacji fryzur największych gwiazd polskiej sceny artystycznej. Program Dance, Dance, Dance czy coroczny gdyński Festiwal Filmów Fabularnych to miejsca, w których artyści, bez jego pomocy nie pojawiają się na scenie. Ale nie zapomina też o swoich stałych poznańskich klientach, których – przyjmując w swojej Pracowni Fryzur przy ulicy Matejki – traktuje jak dobrych znajomych, nierzadko przyjaciół. Kamil Sobala – stylista fryzur świętuje w tym roku dziesiąte urodziny swojego salonu. 

Fryzjer czy stylista fryzur?

KAMIL SOBALA: Dobrze, że o to pytasz, bo ludzie nie potrafią tego rozgraniczyć. Stylista to osoba, która potrafi dobrać klientowi fryzurę, kolor, doradzić. Fryzjer to osoba, która jest na początku swojej drogi zawodowej i rozwija się jako stylista. Uczy się jak dobrać odpowiednią fryzurę do kształtu twarzy, uczy się doboru koloru do karnacji klienta czy tego, jak konkretny włos „się zachowuje”. Bo inaczej pracuje się z włosem cienkim, a inaczej z grubym. Nie każdy włos pozwoli na zrobienie konkretnej fryzury. Dzisiaj często jest tak, że ludzie przychodząc do fryzjera czy też stylisty, mają swoje wyobrażenia, często zainspirowane instagramowymi zdjęciami, a nie zawsze jest to możliwe do wykonania. Nie zawsze mają do tego odpowiednie włosy, czy też ich styl życia nie pasuje do konkretnej fryzury i trzeba umieć spojrzeć na człowieka jako całość. I od tego właśnie jest stylista. Żeby patrzył na klienta holistycznie. 

Czy trzeba zatem umieć odmawiać, jeśli widzisz, że instagramowe zdjęcie nijak się ma do włosów klienta?

Na pewno trzeba w sobie znaleźć odwagę, aby z klientem rozmawiać i tłumaczyć, dlaczego pewne rozwiązania nie są dla niego. Nigdy „nie, bo nie” – nie jest odpowiedzią. 

Kamil Sobala Pracownia Fryzur Kamil Sobala

Jak rozumiem, Ty jesteś na etapie stylisty fryzur?

Teoretycznie tak, choć sam szkoląc przyszłych adeptów fryzjerstwa, przedstawiam się „cześć, jestem Kamil, jestem fryzjerem”. Mam w sobie dużo pokory, sam się cały czas uczę i dopóki będę wykonywał ten zawód, będę się uczył. Mam wykształcenie kierunkowe do wykonywania zawodu fryzjera, więc nie widzę powodu, aby nadawać tej profesji sztuczne nazewnictwo. Kiedyś w jednym z zakładów fryzjerskich piastowałem stanowisko dyrektora artystycznego. Wykonując oczywiście zawód fryzjera. Zobacz, co stało się z fryzjerstwem męskim. Dzisiaj nikt nie chce już chodzić do „męskiego fryzjera”, ale za to chętnie uda się do barbera. A to przecież to samo… Nazwać się możemy jak chcemy – stylistą fryzur, fryzjerem, barberem. Ale to życie, praktyka i klienci zweryfikują nasze umiejętności. 

Zatem jakie cechy powinien mieć dobry fryzjer? 

Na pewno powinien być w pewnym stopniu psychologiem. Od tego wszystko się zaczyna. Od rozmowy z klientem, rozpoznania jego potrzeb i doradztwa. Mało tego, ta konsultacja nie powinna opierać się tylko o tematy związane z włosami. Uważam, że powinna zahaczać o styl życia, codzienne możliwości czasowe, jakie klient może poświęcić na pielęgnację swojej fryzury, czy o sprzęt „okołowłosowy”, jaki klient posiada w domu. Często wychodzą z tego śmieszne sytuacje. Wiesz, że wielu mężczyzn myśli, że suszarka do włosów służy do suszenia włosów tylko damskich? A przecież to sprzęt do włosów. Jeśli ktoś ma włosy, może używać suszarki. (śmiech) Ja nawet brodę trochę suszę! Oczywiście sytuacją idealną jest, kiedy za doradztwem, konsultingiem, rozmową idą fachowość i umiejętności. Wówczas klient ma pewność, że to, co z fryzjerem ustalił, znajdzie się na jego głowie. 

Kamil Sobala Pracownia Fryzur Kamil Sobala

Jaka jest dzisiaj świadomość ludzi odwiedzających salony fryzjerskie? O używaniu suszarki do włosów przez mężczyzn już trochę opowiedziałeś… Ale czy jednak nie jest tak, że ludzie wiedzą, w czym się dobrze czują i czego oczekują od fryzjera, stylisty? 

W ogromnej większości przypadków tak dokładnie jest. Moje klientki doskonale wiedzą, czy dobrze czują się we włosach długich, czy krótkich. Czy preferują kolory jasne czy ciemne, zimne czy ciepłe. Ale oczywiście są też klienci, którzy przychodzą z tymi słynnymi instagramowymi zdjęciami, często przerobionymi filtrami, czy przedstawiającymi modelki wręcz idealne. I pokazując takie zdjęcie fryzjerowi, styliście, często podoba nam się „całokształt”, jaki widzimy na zdjęciu. Twarz modela czy modelki, zachód słońca nad ciepłym morzem w tle… A takich cudów w salonach fryzjerskich jeszcze nie dokonujemy. (śmiech)

Czy instagramowe inspiracje to zmora stylistów?   

Gdyby za pewnik brać wszystko, co pokazuje nam instagram, okazałoby się, że wszyscy ciągle są na wakacjach. (śmiech) Na wystylizowanych zdjęciach w social mediach modelki wiele godzin są przygotowywane do sesji. Często noszą doczepione włosy, a ich koloryzacja potrafi trwać nawet 8-9 godzin. I to wszystko jest do zrobienia, metamorfozy są możliwe i bywają naprawdę spektakularne, ale wymagają czasu i pieniędzy. Bardzo szanuję fryzjerów, którzy otwarcie mówią, że czegoś nie zrobią. Ja na przykład nie czuję się w upięciach ślubnych, czy na jakiekolwiek inne okazje. Dlatego chętnie oddaję to pole lepszym ode mnie. Nie chciałbym, aby przeze mnie ktoś czuł się niekomfortowo na jednej z najważniejszych dla siebie uroczystości. 

Kamil Sobala Pracownia Fryzur Kamil Sobala

Fryzjerstwo to kawałek mody?

Oczywiście! To forma „rzeźby na chwilę”. To proces tworzenia, swego rodzaju artyzm. Jeśli kupisz sobie T-shirt, który nie do końca Ci pasuje, zawsze możesz go zdjąć. Z włosami już tak nie jest. I dlatego tak ważnym jest, aby ktoś, kto zajmuje się włosami, umiał przyznać, że czegoś nie umie. Bo fryzura to część naszego wizerunku, na który często przeznaczamy większe fundusze niż na dbałość o swoje zdrowie. 

Czy kiedy poznajesz nowe osoby, odruchowo patrzysz na ich włosy?

Na szczęście nauczyłem się odcinać życie zawodowe od prywatnego. Kiedyś faktycznie tak robiłem i zwracałem uwagę na fryzury ludzi w sklepach czy komunikacji miejskiej. Ale przestałem, bo nie da się wszystkich naprawić. (śmiech)

Czy fryzura mówi coś o człowieku?

Hmmm…Pewnie tak. Ale nie zawsze dobrze. (śmiech) Na pewno pierwsze wrażenie jest bardzo ważne, ale też nie wolno oceniać książki po okładce. Sytuacje życiowe są różne, problemy z jakimi się zmagamy, czasem nie pozwalają nam zadbać o siebie tak, jakbyśmy tego chcieli. A zdarza się, że po prostu nie trafimy na dobrego fryzjera. (śmiech) Jeśli ktoś chodzi do fryzjera dwa razy w roku i dwa razy nie trafił, to przez cały rok nie miał dobrej fryzury. 

Jak wobec tego nosi się polska ulica? Jesteśmy dobrze ostrzyżeni?

W Polsce jest dużo dobrych fryzjerów, odbywa się sporo szkoleń, nacisk na edukację jest ogromny. W porównaniu z rynkiem niemieckim jesteśmy bardzo rozwinięci. Potrafisz sobie wyobrazić strzyżenie bez mycia, mycie bez odżywki, a modelowanie bez lakieru? A akurat na niemieckim rynku to standard. Kiedy idziesz do restauracji, nie dostajesz niedogotowanych ziemniaków lub tylko jednego sztućca. Usługi, jakie proponują dobre salony fryzjerskie, są kompleksowe. Nie da się wykonać dobrego strzyżenia bez mycia włosów. A wracając do Twojego pytania – patrząc na polską ulicę, mogę powiedzieć, że jest dobrze. (śmiech) Ale też warto pamiętać, że „dobry fryzjer” nie oznacza „tani fryzjer”. Z jednej strony, tak jak każdy inny przedsiębiorca ponosimy wysokie koszty wynajmu, płacimy horrendalne stawki ZUS-u oraz inne obciążenia, z którymi borykają się wszyscy przedsiębiorcy w Polsce. Z drugiej strony – dobre produkty do stylizacji, umiejętności fryzjera, stylisty, który chce się doszkalać – to wszystko kosztuje. A szkolenia pod okiem najlepszych, światowej klasy fachowców to niemały koszt.  

Zawsze wiedziałeś, że chcesz być fryzjerem?

Będąc dzieckiem, wymyśliłem fryzurę, której nie da się zrobić. Miała to być prosta grzywka z przerwą na oczy i dalej miały być włosy. (śmiech) Nie wiem, jak chciałem uzyskać taki efekt, ponieważ to fizycznie niemożliwe. Włosy poniżej linii oczu po prostu spadną. Kiedy miałem 15 lat na pytanie mojej mamy, co chciałbym robić, nie miałem gotowej odpowiedzi. To nie jest czas na podejmowanie decyzji o swoim życiu zawodowym. Zdecydowałem się na szkołę zawodową o kierunku fryzjerskim i po pierwszych dwóch tygodniach praktyk przeżyłem niemały kryzys. Wydawało mi się, że tej wiedzy jest za dużo, że nie ma szans, abym ją przyswoił. Ale mama mnie uspokoiła, że będę miał całe życie na to, żeby się uczyć. Jej słowa okazały się prorocze. Dziś nie dość, że sam się ciągle uczę i doszkalam, to jeszcze szkolę innych. 

Trafiłeś chyba też na dobry okres rozwoju fryzjerstwa w Polsce? 

Zdecydowanie! Kiedyś funkcjonowało nawet takie powiedzenie, którym rodzice nagminnie straszyli swoje dzieci – „jak nie będziesz się uczył, zostaniesz sprzedawczynią lub fryzjerką”. Zawód fryzjera postrzegany był jako mało prestiżowy, niedający perspektyw. Bardzo się to zmieniło na przestrzeni ostatnich kilku lat. Dzisiaj możesz czesać znanych i lubianych ludzi, ale nie tylko. Generalnie, dzięki swojej pracy spotykam wiele fantastycznych osób, które pozostają ze mną na dłużej. Nie tylko w relacji fryzjer – klient, ale często też w relacji towarzyskiej. Spotykanie się z ludźmi jest siłą rzeczy wpisane w ten zawód i to jest bardzo otwierające na inne, nowe doświadczenia. Sam także mogę wykonywać swoją pracę w każdym miejscu na świecie. Miewam zresztą takie propozycje, ale Poznań to mój dom, czuję się tu dobrze i nie chciałbym zostawiać swoich klientów bez opieki. 

Cieszę się, że użyłeś słowa „fryzjerka”. Mam wrażenie, że fryzjerstwo kiedyś kojarzyło się tylko z kobietami pracującymi w zakładach fryzjerskich. Jeśli fryzjer był mężczyzną, to specjalizował się tylko w cięciach męskich, ewentualnie doglądał też zarostu. Dziś oczywiście bardzo się to zmieniło i mężczyzn fryzjerów jest w światowych czołówkach stylistów naprawdę wielu. 

To wbrew pozorom zawód, w którym dominują kobiety. Mężczyźni, jeśli pracują w salonach fryzjerskich, są po prostu niejako bardziej widoczni. Może to pokłosie właśnie tego przekonania, że fryzjerstwo to typowo kobiece zajęcie? 

Kamil Sobala Pracownia Fryzur Kamil Sobala

W tym roku obchodzisz dziesięciolecie swojego salonu. Jak wspominasz początki?

Nie dowierzam! Nie dowierzam, że ten czas tak szybko zleciał! Kiedy patrzę na siebie i na salon 10 lat temu, a teraz, to przede wszystkim widzę ogromny rozwój. Ale jeśli mam wrócić do samego początku, to zadecydował o tym trochę przypadek. W kamienicy, w której mieści się salon(przy ulicy Matejki 48 – przyp.red.) po prostu kiedyś mieszkałem. I kiedy zwolnił się lokal na parterze, pomyślałem – czemu nie… Czemu nie stworzyć miejsca, w jakim zawsze chciałem pracować, czemu nie dać sobie szansy na stworzenie czegoś własnego? 

To była łatwa decyzja?

Bycie dobrym fryzjerem, a bycie dobrym managerem to dwa różne światy. I niełatwo jest je pogodzić. Obowiązki przedsiębiorcy pożerają mnóstwo czasu i zdarzało się, że nie wystarczało go na robienie tego, co kocham i tego, co jest moim zawodem. Ale w miarę rozwoju w salonie pojawił się manager i znów mogę skupiać się tylko na włosach, pozostawiając kwestie organizacyjne innym. 

Zaczynałeś sam? 

Tak, natomiast ilość klientów, która pojawiała się w moim salonie zdecydowanie przewyższała moje moce przerobowe i dzisiaj w salonie wraz ze mną pracuje czterech fryzjerów. Chciałbym, aby było ich jeszcze więcej, ale nie ma już u nas miejsca na więcej stanowisk.  

Rok 2017 – przełomowy rok, wygrana w konkursie Goldwell Color Zoom. Dało Ci to wiatr w żagle?

Pochodzę z Tomaszowa Mazowieckiego, swoją pierwszą pracę w zawodzie fryzjera wykonywałem w Piotrkowie Trybunalskim. Potem na półtora roku pojechałem do Irlandii i przez Warszawę, w której nie do końca mi się podobało, trafiłem ostatecznie do Poznania. Do salonu fryzjerskiego, gdzie zaczynałem tworzyć swoje pierwsze autorskie kolekcje dla firmy Goldwell i postanowiłem wziąć udział w jednym z organizowanych przez nich konkursów dla fryzjerów. I choć moje prace były wysoko punktowane, zawsze trochę brakowało do tego upragnionego pierwszego miejsca. I kiedy w 2017 roku, podczas warszawskiego finału konkursu okazało się, że to właśnie moja praca jest najwyżej oceniana przez światowych stylistów i jadę na finał do Barcelony, poczułem że spełniłem marzenie. Czy to był wiatr w żagle? Na pewno ogromny motywator do dalszego rozwoju. 

SON07988 3

Czy to po tej wygranej pojawiła się propozycja współpracy przy programie Dance, Dance, Dance?

Tak, wówczas zostałem zauważony i pojawiła się propozycja stylizowania biorących udział w tym programie gwiazd.  

Jak ją wspominasz? 

To chyba bardziej zabawa niż praca. Zresztą ja właśnie tak podchodzę do mojej pracy. To w ogromnej mierze spotkania towarzyskie, podczas których mogę porozmawiać z moimi klientami, napić się kawy, a przy okazji wystylizować komuś włosy. (śmiech) I tak też trochę jest z tymi programami. Poznanie nowych ludzi, zobaczenie realizacji takiego programu „od kuchni” jest świetną przygodą, czymś, czego się nie zapomina. Można zobaczyć ludzi znanych z pierwszych stron gazet, aktorów, piosenkarzy takimi, jacy są i poznać ich jako zwyczajnych ludzi.   

Celebryci narzucają swoją wolę, czy ufnie oddają się w Twoje ręce? 

Oni doskonale wiedzą, że fryzjerzy, styliści pracujący przy tego typu wydarzeniach nie trafiają tam z przypadku. To starannie wyselekcjonowane grono najlepszych specjalistów z branży, więc z zaufaniem nie ma problemu. Współpracując z aktorami podczas Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych mam już swoją klientelę, która wybiera właśnie mnie, spośród wielu obecnych tam stylistów. 

Zafrapowało mnie zdjęcie, na którym stylizujesz fryzurę Borysa Szyca… Nie powiem, zaimponowało mi to, a jednocześnie nieco skonfundowało. Bo dla mnie jako dla laika – to przy niewielkiej ilości włosów – co tam robić…? 

Ale jakieś włosy ma! Zawsze jest coś do podcięcia! (śmiech)

Uczysz młodych adeptów fryzjerstwa. Jesteś wymagający? 

Na pewno szczegółowy. I chciałbym moim kursantom przekazać, że tylko ciężka praca prowadzi do efektów. Sam, tylko dzięki swojemu uporowi, ambicji i dziesiątkom szkoleń czy kursów przeszedłem drogę od młodego chłopaka z Tomaszowa, gdzie biegałem od salonu do salonu, strzygąc klientów za półdarmo, do miejsca, w którym jestem dzisiaj. Nie ma dróg na skróty. Bycie fryzjerem to naprawdę ciężka praca. Zarówno pod względem fizycznym – cały dzień spędza się na nogach w pochylonej pozycji, ale także pod względem psychicznym. Bo każdy klient jest inny, każdy chce opowiedzieć swoją historię, każdemu trzeba poświęcić sto procent uwagi. Zatem czy jestem wymagający? Jestem, bo wymagam sam od siebie.

Jakie trendy czekają nas w stylizacji fryzur w najbliższej przyszłości? 

Zawsze powtarzam, że pomiędzy modą a kiczem jest cienka granica. Z fryzurą podobnie jak z ubraniami, nie warto przesadzać. Jeśli miałbym postawić na jakiś trend, to stawiałbym na klasykę i użytkowość. I na to, o czym już mówiłem, na całościowe spojrzenie na człowieka.     

Jakie plany na kolejne 10 lat? 

To jest trudne, bo gdyby ktoś mi powiedział 10 lat temu, że będę tu, gdzie jestem, to ciężko byłoby mi w to uwierzyć. Chciałbym, aby rozwój Pracowni przebiegał w sposób ewolucyjny. Ale nie robię tak dalekosiężnych planów, bo życie pokazało, że czas napisał dla nas najlepszy scenariusz.   

REKLAMA
REKLAMA

Może cię zainteresować:

Kamil Sobala Pracownia Fryzur Kamil Sobala|Kamil Sobala Pracownia Fryzur Kamil Sobala|Kamil Sobala Pracownia Fryzur Kamil Sobala|Kamil Sobala Pracownia Fryzur Kamil Sobala|Kamil Sobala Pracownia Fryzur Kamil Sobala|Kamil Sobala Pracownia Fryzur Kamil Sobala|Kamil Sobala Pracownia Fryzur Kamil Sobala|
REKLAMA
REKLAMA

Marzena Roszak, PropertyForYou | Sprzedaję marzenia, nie nieruchomości

Marzena Roszak Property for U, Nieruchomości w Hiszpanii

Bliskość plaży czy widok na góry? Centrum miasta czy zaciszne wiejskie gospodarstwo? Mieszkanie pod wynajem czy drugi dom? Ilu klientów, tyle preferencji. To, co ich łączy, to chęć posiadania nieruchomości w Hiszpanii. Marzena Roszak z PropertyForYou przeprowadza potencjalnego nabywcę przez wszystkie etapy zakupu wymarzonego miejsca w kraju flamenco, paelli i La Ligi, pomagając spełniać marzenia.

Rozmawia: Alicja Kulbicka | Zdjęcia: archiwum własne MR

Jakie są główne czynniki, które przyciągają polskich nabywców do rynku nieruchomości w Hiszpanii?

MARZENA ROSZAK: Pomijając najbardziej prozaiczny czynnik, jakim jest pogoda – bo na Costa Blanca w ciągu roku jest około trzystu dni słonecznych i temperatury w zimie w okolicach 16-20 stopni – to na pewno możemy mówić o całym szeregu powodów, dla których inwestycje na rynku nieruchomości w Hiszpanii cieszą się tak dużym powodzeniem wśród naszych rodaków. Kiedy wybuchła wojna w Ukrainie, mieliśmy do czynienia z szukaniem tzw. „bezpiecznego azylu”, stosunkowo daleko od potencjalnego zagrożenia. Był to moment, w którym nie do końca wiedzieliśmy, co przyniesie przyszłość i wówczas nastąpił pierwszy boom inwestycyjny. Drugi natomiast tuż po pandemii, kiedy to nasi klienci zaczęli szukać bezpiecznych inwestycji w obawie przed negatywnymi skutkami gospodarczymi wywołanymi Covid-19. Lokowanie swoich oszczędności w hiszpańskie nieruchomości było jednym ze sposobów na ucieczkę przed spadkiem wartości pieniądza. Dodatkowo nie możemy zapominać o czynniku, jakim są ceny. Tuż przed wybuchem wojny w Ukrainie chcieliśmy kupić nieruchomość pod wynajem. Co prawda nie w Hiszpanii, a w Polsce. Ale kiedy zaczęłam porównywać ceny, okazało się, że ich poziom w Polsce i w Hiszpanii jest bardzo porównywalny. Z jednym „ale”. W tej samej cenie co w Polsce, w Hiszpanii możemy kupić mieszkanie, które jest gotowe do zamieszkania.

Czyli w pełni wyposażone? 

Możliwości mamy wiele, mieszkanie w Hiszpanii w tzw. standardzie developerskim ma wykończone podłogi, wykończone dwie łazienki, wyposażone w armaturę i szafki. Dodatkowo w takim mieszkaniu znajdują się szafy wnękowe, kuchnia jest wyposażona w meble, a często nawet w sprzęt AGD. Jest rozprowadzony system klimatyzacji, instalacja elektryczna oraz alarmowa. Pozostaje kupić meble i można mieszkać. W tej chwili około 80 proc. nieruchomości w Hiszpanii trafia w ręce obcokrajowców. Powstał więc cały sektor firm, które specjalizują się w wykończeniu mieszkań. Łącznie z przywiezieniem i skręceniem mebli oraz zainstalowaniem sprzętu RTV, a nawet lamp. Mało tego, te firmy wyposażą również naszą kuchnię w sztućce czy zastawę stołową, a sypialnię w pościele, koce i narzuty na łóżko. Z punktu widzenia nabywcy nieruchomości, który nie jest stale obecny w Hiszpanii to bardzo wygodne rozwiązanie.

Zatem jak kształtują się ceny w Hiszpanii?

Znajdą się pośrednicy, którzy oferują mieszkania w Hiszpanii w przedziale od 30-70 tys. euro. To są ceny netto, do których należy doliczyć w przypadku rynku pierwotnego 10 proc. podatku VAT, tzw. IVA. Natomiast w przypadku rynku wtórnego tzw. ITP – czyli podatek od przeniesienia. Do wysokości 10% wartości nieruchomości w zależności od regionu i gminy oraz jeśli cena całkowita nie przekracza 1 mln euro i nie dotyczy umów sprzedaży z VAT-em. Zdarzają mi się klienci, którzy mówią, że znaleźli dom za 70 tys. euro. Jednak bardzo staram się uczulać na niskie ceny w Hiszpanii ze względu na problem tzw. ocupas, czyli dzikich lokatorów. Bo niskie ceny często wiążą się z tym, że nasze domy czy mieszkania znajdują się w dzielnicach lub regionach potencjalnie niebezpiecznych dla naszych nieruchomości, właśnie ze względu na ocupas, którzy mogą do nich wejść i zaanektować naszą nieruchomość dla własnych potrzeb. Jeśli nie zauważymy tego w ciągu 48 godzin, to niestety hiszpańskie prawo stanowi, że mogą oni się tam osiedlić. Wydostanie ich stamtąd, działając zgodnie z prawem, czyli z pomocą policji i sądu, potrafi trwać nawet kilka lat. I stąd tak ważna jest współpraca z wykwalifikowanym biurem nieruchomości, które zweryfikuje wybraną nieruchomość, przeprowadzi rzetelny audyt. Dotyczy to szczególnie rynku wtórnego, gdyż kupując taką nieruchomość właśnie na rynku wtórnym, narażamy się na jej kupno z długami poprzedniego właściciela. Oczywiście nie oznacza to, że mamy się bać kupna mieszkania z rynku wtórnego. Od lat współpracuję z lokalnymi pośrednikami i prawnikami, którzy są w stanie sprawdzić stan prawny konkretnej nieruchomości i sprawić, że transakcja będzie bezpieczna. Natomiast jeśli mówimy o cenach mieszkań nowych, od developerów, to ich ceny rozpoczynają się od 120-150 tys. euro w górę. I w ich przypadku problem ocupas właściwie nie występuje, gdyż są to mieszkania w nowych, monitorowanych budynkach z kodami dostępu, kamerami i alarmem. Developerzy, znając problem ocupas, swoje inwestycje realizują w miejscach, które z zasady dzikich lokatorów nie przyciągają. Ocupas to problem głównie dużych miast oraz mieszkań, które są własnością banków czy funduszy inwestycyjnych. Natomiast nie zwalnia nas to z zachowania ostrożności przy wyborze wymarzonej nieruchomości.

Marzena Roszak Property for U, Nieruchomości w Hiszpanii

Jakie regiony Hiszpanii są obecnie najbardziej atrakcyjne dla potencjalnych nabywców nieruchomości?

To się nie zmienia od lat. Wśród najpopularniejszych miejsc króluje Barcelona, Wyspy Kanaryjskie, Majorka, Alicante. Moje biuro specjalizuje się w regionie Costa Blanca, bo wyznaję zasadę, że nie można być dobrym we wszystkim. (śmiech) Costa Blanca wybrałam z pełną premedytacją dlatego, że z Polski do Alicante, z większości polskich miast dolecimy bez żadnych przesiadek. Rejon Alicante jest bardzo popularny wśród nas Polaków, dobrze znany i wiemy, jak się po nim poruszać.

Jakie są typowe etapy i procedury zakupu nieruchomości dla międzynarodowych klientów w Hiszpanii? Jakie dokumenty są potrzebne?

Moja droga z klientem rozpoczyna się od spotkania i wybadania jego potrzeb. Bardzo świadomie podchodzę do swojej oferty. W moim portfolio klient nie znajdzie tysiąca propozycji, bo wychodzę z założenia, że im więcej ofert, tym trudniej na coś się zdecydować. Tę praktykę wyniosłam z polskiego rynku nieruchomości, na którym od 2009 roku sprzedawałam zarówno mieszkania, domy, jak i obiekty komercyjne. I tam, kiedy klient nie znalazł satysfakcjonującej dla siebie oferty na pierwszych pięciu stronach mojego portfolio, to albo umawiał się na indywidualną konsultację, albo po prostu rezygnował. Według mnie zbyt duża ilość ofert powoduje trudność w ostatecznym wyborze i co za tym idzie opóźnienie decyzji zakupowej. Ale to nie oznacza, że jeśli klient nie znalazł na stronie biura wymarzonej nieruchomości, to nie jestem w stanie jej znaleźć. Jak najbardziej szukam dla klienta indywidualnych ofert, spełniających jego wymagania. Po drugie ustalamy budżet. I jeśli te dwa punkty mamy za sobą, wówczas procedura jest bardzo podobna jak w Polsce. Jeśli mówimy o rynku pierwotnym – podpisujemy umowę rezerwacyjną, która wiąże się z opłatą gwarantującą nam, że wybrana nieruchomość została dla nas zarezerwowana. Ta opłata jest ściśle związana z wartością wybranej przez nas nieruchomości. Drugim etapem jest przygotowanie tzw. umowy przedwstępnej i na tym etapie sugeruję klientowi wybranie prawnika, który znajduje się na miejscu w Hiszpanii. Ta praktyka wynika z mojego osobistego doświadczenia przy zakupie nieruchomości w Hiszpanii. Siłą rzeczy nie jesteśmy obecni non stop na miejscu, a będziemy potrzebowali osoby, która w naszym imieniu może podpisać dokumenty, negocjować warunki umowy czy płatności. Prawnik lub pośrednik pomoże nam też założyć konto w banku, ponieważ wszystkie płatności za mieszkanie czy dom, w przyszłości muszą być dokonywane właśnie z konta hiszpańskiego. Dodatkowo, działając na podstawie upoważnienia od nas, prawnik złoży w naszym imieniu wniosek o nadanie tzw. numeru NIE ((Número de Identificación de Extranjero – przyp. red.), czyli odpowiednika naszego numeru NIP, który jest niezbędny do tego, aby założyć konto bankowe, a także aby w ogóle na rynku hiszpańskim funkcjonować jako właściciel mieszkania. Numer NIE wymagany jest także przy podpisywaniu m.in. umowy zakupu nieruchomości, umowy o korzystanie z energii elektrycznej, wody etc. Udzielając prawnikowi odpowiedniego pełnomocnictwa, zostanie to zrobione w naszym imieniu i bez konieczności naszej obecności. Na koniec pozostaje podpisanie aktu notarialnego u notariusza w Hiszpanii, przelanie ostatniej transzy na konto developera lub właściciela nieruchomości. 

Marzena Roszak Property for U, Nieruchomości w Hiszpanii

Z jakiego rzędu kosztami dodatkowymi musimy się liczyć, decydując się na zakup nieruchomości w Hiszpanii?

Oscylują one w granicach 13-15 proc. wartości nieruchomości. W ich skład wchodzi obsługa prawna i notarialna, 1,5 proc. podatku od czynności cywilno-prawnych, tzw. AJD (impuesto de Actos Juridicos Documentados), a także koszty wpisu do księgi wieczystej, czyli Rejestru Własności Nieruchomości (El Registro de la Propiedad) ustalane na podstawie wartości nieruchomości.
Jeśli nieruchomość jest finansowana z kredytu, koszt wyceny w banku wynosi od 300 do 600 euro w zależności od wielkości nieruchomości. Jako biuro jesteśmy także w stanie pomóc w uzyskaniu takiego kredytu. Hiszpańskie banki umożliwiają kredytowanie do 70 proc. wartości nieruchomości, a zakres dokumentów niezbędnych do przeprowadzenia procedury uzyskania tego typu finansowania jest podobny jak w Polsce. Niezbędne jest dostarczenie wyciągów z konta, weryfikacja w BIK, oświadczenie o majątku oraz formie zatrudnienia. W tej chwili kredyt w hiszpańskim banku oprocentowany jest przez pierwszy rok 2,75 proc. W kolejnych latach wzrasta o wskaźnik Euribor + 0,60%. W chwili obecnej koszt uzyskania kredytu wynosi ok. 1-1,5% wnioskowanej kwoty.

Jeśli zdecydujemy się na zakup nowego mieszkania w Hiszpanii, jak długo będziemy czekać na odbiór? I czy zakup przysłowiowej „dziury w ziemi” jest bezpieczny?

Współpracuję z developerami, którzy na rynku nieruchomości są obecni od co najmniej 20 lat. Przeżyli kryzys finansowy w 2008 roku, pandemię i zawirowania gospodarcze z nią związane. I ciągle funkcjonują na rynku i wciąż budują nowe mieszkania. Stąd nie ma obaw o to, aby nagle zniknęli z rynku. Warto także dodać, że mieszkania w Hiszpanii w tej chwili przeżywają boom inwestycyjny, a około 80 proc. z nich trafia w ręce obcokrajowców. A to oznacza, że ceny rosną. Od momentu przedstawienia przez developera wizualizacji do momentu wbicia pierwszej łopaty, cena potrafi wzrosnąć o 30 proc. Stąd spore zainteresowanie nieruchomościami już na początkowym etapie. Na gotowe mieszkanie – czyli od „dziury w ziemi” do jego odbioru, poczekamy od roku do dwóch lat. Jeśli się ktoś spieszy, na rynku dostępne są mieszkania tzw. „key ready”, ale wybór tych mieszkań jest ograniczony, no i są po prostu droższe.

Marzena Roszak Property for U, Nieruchomości w Hiszpanii

Mieszkanie do odbioru i mieszkanie do zamieszkania? To tożsamy termin?

To dwie różne rzeczy. Po tym jak mieszkanie zostanie wykończone przez developera, musi zostać wpisane do ksiąg wieczystych, czyli Rejestru Własności Nieruchomości (El Registro de la Propiedad). Musi zostać w nich zarejestrowane i ta procedura trwa od miesiąca do dwóch. I dopiero, kiedy ten element zostanie spełniony oraz będziemy mieć podpisane umowy ze wszystkimi mediami, możemy zacząć w nim mieszkać. 

A jak wyglądają opłaty za mieszkanie w Hiszpanii?

Podobnie jak w Polsce, właściciel płaci czynsz administracyjny i jest on uzależniony od standardu budynku oraz całego osiedla. I kształtuje się od ok. 60 euro. Jeśli mamy mieszkanie na osiedlu, na którym znajdują się baseny, strefa SPA, sporo terenów zielonych, place zabaw dla dzieci, mini golf czy siłownia dla mieszkańców, to oczywistym jest, że czynsz za takie mieszkanie będzie wyższy, niż za takie na osiedlu, które takich udogodnień nie ma. Z moich obserwacji wynika, iż czynsze kształtują się wtedy od 100-150 euro w górę. Warto jednak wspomnieć, że tzw. czynsz administracyjny funkcjonuje w Hiszpani w podobnym zakresie i wysokościach jak w Polsce.

Marzena Roszak Property for U, Nieruchomości w Hiszpanii

Czy możesz podać przykłady trendów w rynku nieruchomości w Hiszpanii? Jakie rodzaje nieruchomości są najbardziej popularne wśród kupujących?

Trendy oczywiście są widoczne w nowo powstających inwestycjach i są to wszystkie te wspomniane przeze mnie wcześniej udogodnienia. Jednak dla mnie ważniejsze od trendów są potrzeby klienta. Klientem z Polski jest klient najczęściej w wieku 45+. Nie jest to zatem klient, który ma małe dzieci, ale taki, który jest na pewnym stabilnym etapie swojego życia, z zabezpieczoną finansowo przyszłością. Jego priorytetem przy zakupie nieruchomości w Hiszpanii jest chęć odpoczynku. Bardzo często pada wówczas pytanie, w jakiej odległości proponowana przeze mnie nieruchomość jest usytuowana od morza. I tu rozpoczyna się dyskusja. Bo choć oczywiście, mam w swojej ofercie nieruchomości położone bezpośrednio nad morzem, jednak czy bezpośrednio nad morzem klient będzie miał szansę wypocząć? Musimy sobie zdawać sprawę, że Hiszpania jest szalenie popularnym kierunkiem wakacyjnym dla ludzi z całego świata i każdego roku odwiedza ją kilkadziesiąt milionów turystów. Od października do marca czy nawet kwietnia Hiszpanię odwiedzają ludzi starsi z Niemiec, Belgii, Holandii czy Polski, szukający kolokwialnie mówiąc ciepła. Latem przyjeżdżają młodzi Skandynawowie z dziećmi, Polacy z dziećmi i nie ukrywajmy – jest głośno i tłoczno. Więc powstaje pytanie, czy to bezpośrednie sąsiedztwo morza jest tak bardzo wskazane, jeśli chcemy naszą nieruchomość traktować jako typowy dom wakacyjny? Czy nie lepszy będzie pas w odległości 5-10 kilometrów od morza, z łatwym do niego dostępem, ale jednak nie w pierwszej, bardzo turystycznej linii? Na te pytania musimy sobie odpowiedzieć, zanim zdecydujemy się na zakup wymarzonego domu czy mieszkania.

A jeśli chcemy kupić mieszkanie na wynajem?

Wówczas lokalizacja i często wykończenie czy umeblowanie mieszkania odgrywa nieco mniejszą rolę. Mam klientów, którzy zdecydowali się na zakup mieszkania w Hiszpanii stricte pod wynajem długo- i krótkoterminowy. Ale w samym procesie wynajmu ja już nie biorę udziału. Od tego są wyspecjalizowane firmy, które zajmują się zarządzaniem takimi nieruchomościami i ich bieżącym administrowaniem na miejscu oraz lokalni pośrednicy, którzy poszukają klientów. Ale co ważne dla wszystkich, którzy posiadają nieruchomości w Hiszpanii pod wynajem, albo myślą o takiej inwestycji – potrzebna jest tam na miejscu lokalna księgowość, ponieważ powstają wówczas obowiązki podatkowe dla nierezydentów.
Co doradziłabyś klientom, którzy przymierzają się do kupna swojej pierwszej nieruchomości w Hiszpanii?
Przede wszystkim, aby odpowiedzieli sobie na pytanie o cel i potrzeby. To punkt wyjścia do dalszych poszukiwań. Musimy mieć świadomość, że jeśli kupujemy mieszkanie na wynajem wakacyjny, w tym okresie sami z niego nie skorzystamy, a jego stan po jednym sezonie może wymagać remontu. Po drugie cena – podejrzanie niska powinna wzbudzić naszą czujność. Po trzecie lokalizacja, która jest ważna, chociażby właśnie ze względu na ocupas. Ale to już moja rola, aby nieruchomość, a także całość transakcji była bezpieczna i nieobarczona ryzykiem.

Marzena Roszak Property for U, Nieruchomości w Hiszpanii

Czyli korzystając z usług agencji nieruchomości, możemy być pewni, że jesteśmy zabezpieczeni?

W Polsce zarówno na rodzimym rynku nieruchomości, jak i na rynkach zagranicznych pokutuje przeświadczenie, że pośrednik jest zbędnym ogniwem procesu zakupowego. Bo to za co trzeba mu zapłacić, można przecież zrobić samemu. To jednak nie do końca prawda, na rynku hiszpańskim niepisaną zasadą dobrych biur pośrednictwa w obrocie nieruchomościami jest niepobieranie opłat za usługę od strony kupującej. Moje wynagrodzenie pochodzi od developera lub pośrednika, od którego ściągam ofertę. Pośrednik z założenia zna lokalny rynek nieruchomości i jego zadaniem jest zapewnić jak największe bezpieczeństwo transakcji. Pośrednik zweryfikuje dostępne oferty, pomoże wybrać odpowiednią lokalizację, znaleźć prawnika oraz przejść przez ścieżki administracyjne, a co za tym idzie pozwoli oszczędzić czas i stres. Dodatkowo współpracuję z lokalnymi biurami pośrednictwa oraz prawnikami, którzy na miejscu zweryfikują i sprawdzą wybraną nieruchomość.

Jedziesz z klientem oglądać wybrane przez niego nieruchomości?

Kiedy jesteśmy już na etapie wybierania z konkretnych ofert, oczywiście lecimy do Hiszpanii, oglądamy, obwożę klienta po nieruchomościach. I ta jedna podróż jest wliczona w cały proces. Jeśli klient życzy sobie, abym brała udział w kolejnych etapach, pojechała do prawnika, banku czy notariusza, wówczas ustalamy koszty mojego tam dojazdu.

Marzena Roszak Property for U, Nieruchomości w Hiszpanii

Dużo mówisz o dokładnym poznaniu potrzeb swoich klientów. A co jeśli te potrzeby w obrębie rodziny, która poszukuje domu w Hiszpanii, są rozbieżne?

Zdarzają się takie sytuacje! Bardzo często pierwszy wybór jednego z małżonków zupełnie nie odpowiada preferencjom drugiego. Żona czy partnerka chce mieszkać blisko morza, ale też mieć blisko do centrum miasta, mieć w pobliżu sklepy i restauracje, a mąż czy partner marzy o częstych wypadach w góry i ciszy. Moim zadaniem jest wypośrodkować te potrzeby, znaleźć kompromis. Mam klienta, który marzy o miejscu blisko mariny, bo ma skutery wodne i takiego miejsca mu szukam. Inny chciałby realizować swoje hobby, jakim jest jazda na rowerze szosowym i dla niego idealnym miejscem jest rejon Calpe, mniej więcej 40 minut od Alicante w stronę Walencji, piękny, górzysty, będący mekką europejskiego kolarstwa. Kolejny myśli o zakupie jachtu morskiego, więc szukam jemu miejsca, gdzie mariny żeglarskie spełnią jego oczekiwania. Ważnym aspektem dla wielu klientów jest ilość i jakość restauracji w danym regionie. Więc jadąc do Hiszpanii, zwiedzam restauracje, aby mieć pełen obraz tego, co może interesować klienta. Uwielbiam odkrywać nowe miejsca i szukać tych nieoczywistych, bo ilu klientów, tyle potrzeb. Poznaję hiszpańskie święta, festiwale, zwyczaje, aby prezentować klientowi nie tylko mieszkanie czy dom. Zależy mi na tym, aby poznał on tamtejszą kulturę, zwyczaje czy kuchnię. Aby zamieszkując w Hiszpanii, pokochał tamten styl bycia i aby ten styl bycia był zbieżny z jego potrzebami. Sprzedając nieruchomości, sprzedaję marzenia. W momencie, gdy nabywamy nieruchomość, dokonujemy więcej niż tylko transakcji finansowej. To nie jest jedynie zakup ścian i dachu. To moment, w którym stajemy się częścią społeczności, regionu, tworzymy przestrzeń do życia, zbliżamy się do spełnienia marzeń. I ta filozofia przyświeca mi od początku mojej przygody z hiszpańskim rynkiem nieruchomości.

REKLAMA
REKLAMA
Marzena Roszak Property for U, Nieruchomości w Hiszpanii
REKLAMA
REKLAMA