Kajetan Vincent Nawrocki | #proudtobedifferent

|

Rozrywka i imprezowanie to jego drugie imię, choć mówi o sobie, że jest „refleksyjnym gościem”. Były sportowiec, dziś właściciel Juicy Agency – Kajetan Vincent Nawrocki – opowiada o pasji, wartościach, o tym, jaki jest i co ceni, jak odpoczywa i jak kocha życie. Spotykamy się we wnętrzach Młyńskiej12, gdzie wszystko się zaczęło…

Mówisz, że Twoja praca jest Twoją pasją – czy można zatem powiedzieć, że Twoja wzięła się z imprezowania? 

Dokładnie, właśnie z imprezowania! (śmiech) Od zawsze podobało mi się życie nocne i mnie to życie wciągnęło, zafascynowało. Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że jest to niemożliwe połączyć dwie skrajne dziedziny życia. Jednak udało się. Dzisiaj prowadzę agencję, ciężko pracujemy i przy tym świetnie się bawimy.

Jesteś byłym sportowcem. Adrenalina płynie Ci we krwi. Od sportowca do imprezowicza?

Przez długi czas grałem w koszykówkę i nawet otarłem się o zawodowstwo! Kilka dobrych lat temu, byłem częścią wspaniałego sportowego projektu, z którego „hucznie” odszedłem, wyłamując drzwi od szatni podczas treningu. (śmiech) 

To był czas, kiedy byłem młody i gniewny, gotowało się we mnie. Z jednej strony chciałem kariery sportowca, z drugiej zaś – pragnąłem posmakować innego życia. Jednego i drugiego byłem bardzo „głodny”. W życiu należy podejmować decyzje oraz liczyć się z ich wypadkową. Porzuciłem sport, chciałem odrobić zaległości, chciałem czerpać garściami… Miało to swoje dobre i złe strony.

2023 03 10 PP Okladka06337 pp 22222 scaled 1

Kiedy pasja do życia nocnego zaczęła przeradzać się w biznes?

Po tym jak porzuciłem sport, obrałem ścieżkę, która miała doprowadzić mnie do korporacyjnego sukcesu. Wymyśliłem sobie, że będzie to sprzedaż, więc podjąłem kroki, które miały mnie doprowadzić do stanowiska, oczywiście dyrektorskiego! Dobrze, że za marzenia nie karzą! Moje plany dosyć szybko zostały zmodyfikowane przez życie. 

Teraz już wiem, że jak profesjonalnie podchodzisz do imprezowania, to z pracą Ci nie po drodze. (śmiech) Jak nie znasz limitu, to twoje zdrowie może oberwać i tak też się stało w moim przypadku. Tracisz zdrowie – tracisz wszystko. Nic natomiast nie dzieje się bez przyczyny. 

Pamiętam moment, kiedy jako już odbudowany zdrowotnie, jednak nadal nieaktywny zawodowo, szukający swojej drogi młodzieniec, siedziałem w jednym z poznańskich klubów i zastanawiałem się, co robić dalej w życiu. Przyznam się, w tamtym okresie byłem naprawdę zrezygnowany i nieco poobijany emocjonalnie. Wyobraźcie sobie moją radość, kiedy spotkałem tego wieczoru mojego dawnego znajomego Macieja pseudonim „Wawrinka”, który podczas przelotnej rozmowy, wspomniał o wolnym wakacie w położonym w centrum Poznania klubie. Nauczony, aby podejmować szybko decyzję, następnego dnia ubrany i przygotowany na rozmowę rekrutacyjną, z CV w ręku poszedłem na spotkanie. I tak zaczęła się przygoda z poznańskim klubem Muchos. W świat gastro wprowadzili mnie Piotr i Karolina – właściciele, z managerem „Tomaszkiem” na czele. Z początku do moich obowiązków należało przygotowywanie stanowisk pracy dla kolegów barmanów, zbieranie szkła z sali, czyszczenie toalet. Dalej to już miałem dużo szczęścia, w dosyć szybkim czasie awansowałem i zostałem jednym z trzech kierowników. 

Do tego miejsca mam ogromny sentyment. Poznałem tam wielu wspaniałych ludzi, z którymi przyjaźnię się do dziś. A propos sportu – to właśnie w Muchos poznałem mojego obecnego trenera sztuk walki Krzysztofa Turka, który prowadzi klub o dumnej nazwie Akademia Ninpo. Wracając do pytania…. Do Muchos, na after przychodziła pierwsza ekipa kelnerów z Młyńskiej12. Od słowa do słowa zostałem zaproszony na rekrutację do restauracji The Time i otrzymałem zatrudnienie również i tutaj. Równolegle miałem dwie prace, dodatkowo zacząłem też jeździć oraz organizować eventy barmańskie, bo wiedziałem, że z tego są relatywnie większe pieniądze niż z jednej zmiany za barem w klubie czy restauracji. Wtedy właśnie pojawiły się pierwsze przebłyski i marzenia o swojej agencji.

Dopiero na Młyńskiej12 poczułem, że warto moją pasję do nocnego życia zmienić w zawód. Pani Agnieszka, która kiedyś była kierownikiem działu sprzedaży, przyszła i wyciągnęła mnie zza baru, za co jestem jej dozgonnie wdzięczny. Kupiła mnie stwierdzeniem, że „idealnie się nadaję do kontaktów sprzedażowych”. Otrzymałem od niej wiele rad, jedną z najważniejszych pamiętam do dziś:

„Kajetan jak nie masz prawa jazdy, ukończonych studiów i nie mówisz biegle w kilku językach to lepiej zainwestuj w swoją garderobę”.

Tak też się stało, pierwsze dwie wypłaty zainwestowałem w garderobę. (śmiech) Kolejnym krokiem było nadrobienie zaległości. Dalej to praca z ofertami, z klientami, wyzwania i projekty z dużo większą już odpowiedzialnością. Dwa pierwsze miesiące były dla mnie koszmarem, odczuwałem presję, stres – ale wiecie co? To dało mi podstawę do tego, czym aktualnie się zajmuję. Gdybym mógł powtórzyć ten czas, prawdopodobnie jeszcze więcej był pracował nad szlifowaniem swoich umiejętności. 

tryptyk2 scaled 1

Kiedy zacząłeś organizować eventy?

Blisko 8 lat temu.

A Juicy Events od kiedy funkcjonuje?

Z początku wykonywałem zlecenia tylko weekendowo i to stanowiło moje drugie źródło dochodu. Już w tamtym okresie moją działalność sygnowałem starym jeszcze logo Juicy Events. Firma oficjalnie funkcjonuje od 1,5 roku. 

Co oferuje Twoja firma?

Firma nazywa się Juicy Agency, ma w swoim portfolio kilka brandów. Pierwszy brand to właśnie wspomniany już Juicy Events –  agencja, która specjalizuje się w organizacji eventów. Wstępnie miałem pomysł na przygotowywanie imprez z pokazami barmańskimi i występowanie na nich w roli konferansjera, natomiast szybko uznałem, że bycie „wesołym ananasem” (śmiech), to jednak nie kierunek, który chciałbym obrać. Na Młyńskiej12 nauczyłem się pracować z klientami w segmencie premium i postanowiłem, że przy tym segmencie pozostanę. 

Idąc dalej – robiąc eventy firmowe, otrzymywałem zgłoszenia od przyszłych par młodych, które poszukiwały niestandardowego scenariusza swojej uroczystości weselnej. Tak więc powstał Juicy Wedding – agencja weddingowa, która – jak możecie się domyślić – zajmuje się organizacją ślubów i wesel. Kolejna dziedzina naszej działalności to Juicy Rents – wypożyczalnia sprzętu gastronomicznego, która powstała z oczekiwań klientów. Po prostu wożę szklanki w dużych ilościach, kieliszki, sztućce, talerze, całą zastawę. (śmiech) Najświeższy brand to Educare – czyli szkolenia dla branży gastronomiczno-eventowej. Widząc to jak branża zmieniła się po pandemii, jak spadła jakość świadczonych usług, zaczęliśmy oferować szkolenia dla kelnerów, barmanów, baristów, sommelierów, managerów, event managerów; są też szkolenia z wystąpień publicznych. 

Na samym początku nie mieliśmy nawet w planach obsługiwać dużych eventów. Nasze zamierzenia koncentrowały się wokół konferansjerki, strefy Dj-a oraz pokazów i szkoleń barmańskich. Ale, że nasza ekipa jest kreatywna i mocna, to i przybyło nam nowych wyzwań. Aktualnie organizujemy i duże imprezy biznesowe, integracyjne, i wesela, przyjęcia rodzinne, niesztampowe urodziny itp. Mamy głowy pełne pomysłów. Po prostu postanowiliśmy wejść na pułap wyżej i organizować imprezy kompleksowo.

tryptyk3 scaled 1

Jakie kompetencje według Ciebie powinien mieć dobry event manager?

Powinien umieć ścigać się ze swoimi pomysłami (śmiech), kochać adrenalinę, być odważny i decyzyjny, sprawny i szybki w sensie kreatywnym, powinien umieć podejmować ryzyko. 

Tempo pracy jest tu bardzo ważne, zatem przewód myślowy musi być zamknięty nieraz w przysłowiowych trzech sekundach. Musi być akcja – reakcja. Robimy? Robimy! Uważam, że to jest bardzo skuteczne. Jestem takim typem człowieka, że zawsze mówię „tak, zrobimy to”, „tak, uda się” – i dopiero po tym zaczynam kombinować jak do siebie poukładać puzzle, co najpierw należy wykonać itd. Trzeba umieć wyjść poza swoją strefę komfortu. Mówię „tak”, a potem zastanawiam się, jak tego dokonam, kogo potrzebuję do współpracy itp.

W czasie pandemii powiedziałeś „tak” i podjąłeś ryzykowną decyzję…

Spróbowałem! I kiedy knajpy padały jedna po drugiej, imprez nie można było organizować, byliśmy pozamykani na trzy spusty, lockdown za lockdownem – pojechałem na Dolny Śląsk i zacząłem pracę w kompletnie innej branży. 

Miałem być tylko na miesiąc zlecenia, a zostałem na okres 17 miesięcy. 

Pracowałem dla firmy Lepszy Klimat, prowadzonej przez Monikę i Mateusza Moczaków. Do dzisiaj uważam że to nie był przypadek, że nasze drogi się skrzyżowały. Odbyłem z nimi kilka ważnych rozmów, jedna z nich sprawiła, że inaczej zacząłem postrzegać świat, nauczyli mnie tego, co najważniejsze – odpowiedniego nastawienia. Do dziś jesteśmy dobrymi znajomymi. 

Prowadzenie własnej działalności też jest przecież przesiąknięte stresogennymi sytuacjami, presją czasu i mnóstwem wyzwań. Jak bardzo przydały Ci się te kompetencje sprzedażowe?

Trzy lata spędzone na Młyńskiej12 w dziale sprzedaży były dla mnie kluczowe. To moja szkoła życia, podczas której wiele się nauczyłem, zobaczyłem swoje dobre i nieco gorsze strony. Wiedziałem, nad czym muszę popracować, co udoskonalić w swoim charakterze, czego jeszcze się nauczyć. Mogę nawet szczerze wyznać, że gdyby mnie nie było na Młyńskiej12, to nie dawałbym sobie rady jako właściciel firmy. Praca tu nie była łatwa, ale nauczyłem się najważniejszych umiejętności, które potem rozwinąłem i mogę wykorzystać we własnym biznesie. Doświadczenia nas uczą, nie przekreślam przeszłych trudnych i ciężkich chwil. Jestem aktualnie jedną nogą w dojrzałości, a drugą wciąż w młodzieńczym zapale. Kocham szaleństwa, adrenalinę, wariactwa, wyzwania – to mnie napędza. Dlatego założyłem firmę (śmiech)! Każdy ma swój czas! Mój jest teraz.

tryptyk1 scaled 1

Właściciel firmy to brzmi dumnie. Jest odpowiedzialność i za wynik finansowy, i za ludzi, których się zatrudnia, za wizerunek firmy.

Juicy to moje pierwsze dziecko, pierwsza firma – dlatego tak się staram i tak „przeżywam” to wszystko. Codziennie daję z siebie milion procent. Robię wszystko, co w mojej mocy, aby stać się najlepszym w swoim fachu, przypomina to obsesje. (śmiech) Jestem do granic możliwości skrupulatny, dopatruję się nieprawidłowości, doceniam perfekcjonizm. Moje podejście jest spowodowane tak na prawdę moją największą słabością, której niestety ulegałem wielokrotnie, natomiast po czasie postanowiłem zmienić w mocną stronę – mam OCD. Jestem jak detektyw Monk (śmiech), z jednej strony jestem niewolnikiem perfekcjonizmu, ale z drugiej – bycie w tym pozwala mi na funkcjonowanie w taki, a nie inny sposób. 

Czy zawsze byłeś taką otwartą, komunikatywną osobą?

Od zawsze kochałem ludzi, a teraz to jeszcze bardziej uwielbiam poznawać ich historie na przykład podczas podcastów i wywiadów, które mam przyjemność prowadzić. Słucham i rozmawiam. Zawsze byłem uśmiechnięty, energiczny, otwarty i bezproblemowy w nawiązywaniu nowych relacji i znajomości.

Agencja eventowa zajmuje się dostarczaniem doświadczeń. Da się tego nauczyć?

Praca eventowa to proces skomplikowany, który trzeba zacząć szczerą rozmową. Zawsze namawiam klienta, aby nie trzymał się sztampy i mówił o swoich preferencjach i gustach. Oczywiście mam klientów, którzy pragną powtarzalności, stonowanych i spokojnych imprez, ale mam też takich w swoim portfelu – którzy szukają innowacyjnych rozwiązań, zaskakujących pomysłów, niestandardowych atrakcji. Jestem i dla jednych, i dla drugich – zawsze wyszukam kompromisu i rozwiązań adekwatnych do potrzeb i zamierzeń inwestora. 

zespol

Czego potrzebują dzisiejsi klienci?

Pewności, ekscytacji, radości.  

Co proponujesz klientowi, aby event był zapamiętany?

Od początku chciałem tak prowadzić każdy projekt, aby klient wchodząc we współpracę z nami, wiedział, że zaczyna się pewna przygoda, jak w tym filmie „Gra” z Michaelem Douglasem. Lubię pomysły niecodzienne, inne np. egzotyczne pokazy taneczne, pojawiają się u nas na imprezach osoby niskorosłe, tancerki, reprezentanci drag queen ze swoimi recitalami, artyści, nieco festiwalowa oprawa audiowizualna, pirotechnika. Niespodziewane zmiany stylów, np. przygotowaliśmy urodziny dla prezesa dużej firmy, była północ, euforia, dziewczyny na podestach poprzebierane za kosmitki, tańczące, lasery, dym, mnóstwo bodźców… i nagle odwrócenie sytuacji, antrakt w scenariuszu i na scenę wychodzi niespodziewanie skrzypaczka, dzięki temu mamy obraz pełen kontrastów, zaplanowany misz-masz, przełamanie konwencji. Nie da się opisać słowami. Juicy Events staje się synonimem przełamywania schematów. 

Klienci sobie Ciebie polecają?

Jak najbardziej tak! Poczta pantoflowa działa. (śmiech) 

Tak naprawdę na tym oparliśmy nasz pierwszy rok działalności, jesteśmy wdzięczni, że tak dużo ludzi nam zaufało. Dzisiaj wiemy, że branża wymaga aktywności, dlatego nie spoczywamy na laurach i bez przerwy pozyskujemy nowych partnerów i klientów. 

Skąd bierzesz pomysły, skąd czerpiesz inspiracje?

Mam bardzo dużo znajomych, którzy podróżują po świecie, sam staram się w wolnych chwilach wyskoczyć na kilka dni, żeby sprawdzić co się poza granicami – zatem pomysły ze świata. Słucham, rozmawiam, robię research. Oglądam na bieżąco festiwale, posiłkuję się międzynarodowymi trendami i nowinkami. To też fascynacja filmem, muzyką, modą – staram się wyciągać pomysły, ze wszystkiego, czym się interesuję. Inspiracja jest dla mnie wszędzie! Jako człowiek lubię przekraczać i przesuwać granice na różnych polach i podobnie czynię w życiu zawodowym, właśnie w Juicy Events.

zapasowe1

Jaki event zapadł Tobie w pamięć, z czego jesteś najbardziej dumny?

Na każdym etapie jest to, coś innego… np. zorganizowanie dwupiętrowej imprezy z mnóstwem atrakcji, np. life cooking, wcześniej wspomniane pokazy dla setki osób. Także zorganizowanie 3-dniowego ślubu i wesela premium. Pamiętam była to dla mnie nowość, byłem bardzo podekscytowany. Wszystko wyszło pięknie i na wysokim poziomie, klient zadowolony i aktualnie obsługuję jego całą rodzinę. Zaraz startujemy z projektem zamkniętej imprezy, dla wyselekcjonowanego grona 150 osób.

Każdy event jest dla mnie ważny, bo jest przekraczaniem jakiejś granicy, jest zabawą, łamaniem schematów. Tym, co po prostu lubię. 

Jesteś wymagającym szefem?

Musiałybyście zapytać moich pracowników, ale raczej bardzo! Mnie jest trudno usatysfakcjonować, to jest pokłosie mojego perfekcjonizmu. Tu chodzi o mój charakter. Cały czas podnoszę sobie poprzeczkę wyżej i wyżej. Myślę, że moje lata spędzone w sporcie mają też na to wpływ – wówczas mój świat kręcił się wokół rywalizacji i osiągania jak najlepszych wyników. Teraz jest tak samo.

Co do mojej ekipy – przytoczę ostatnie zdarzenie – jak ostatnio ich pochwaliłem, to otworzyli szampana. (śmiech) Prowadzenie zespołu to dla mnie kolejne wyzwanie. Każdego dnia zadaję sobie pytanie jak być lepszym szefem. Nie chwalę ich non stop, ale rozmawiam, motywuję. Wiem, że z każdą osobą z zespołu trzeba rozmawiać inaczej.

Co jest najtrudniejsze w Twojej pracy?

Panowanie nad emocjami, ale też konfrontowanie się z granicami, konwenansami, zbyt bujną fantazją i z budżetem.

Prowadzisz też wspólnie z Arkadiuszem Szczepańskim podcast Roofless. Co Ci to daje? 

To była inicjatywa Arsa. Nigdy nie zwracam się do niego tak oficjalnie jak w pytaniu, bo mnie gani! (śmiech) Pracując dla Arka przy jednym wydarzeniu organizowanym przez Cabrio Poland, złapaliśmy flow, wytworzyła się chemia jak między Pharell’em i Snoop’em – i oto jesteśmy! Roofless! Ars z racji wieku (śmiech) i tego, co reprezentuje, jest dla mnie mentorem i świetnym kumplem. Naszym wspólnym mianownikiem jest to, że uwielbiamy pracować, kreować i dobrze się zabawić. Oboje też chcemy zostawić coś po sobie. Podcast to wypadkowa naszej zajawki na świat.

Mi współpraca przy projekcie Roofless daje powiew świeżości, umożliwia poznawanie nowych, wartościowych ludzi, którzy mają konkretną mądrość do przekazania. Czyli to, co cenię i w czym upatruję sens pracy i życia: relacje międzyludzkie i smak życia. 

Jak odpoczywasz?

Odpoczynek to dla mnie wyzwanie. Głowę resetuję tylko podczas treningów sztuk walki, wówczas nie można myśleć o niczym innym, bo można oberwać! 

Co do sportu – pomógł mi wyrobić w sobie silny charakter. Nie ma momentu, gdzie siedzę i nic nie robię. Jestem pracoholikiem. Pewien mądry człowiek kiedyś powiedział mi, że sukces osiąga się kosztem zdrowia i rodziny, moim zdaniem jest w tym wiele prawdy. Życie składa się z wyborów.

Kochasz muzykę, mówisz o sobie, że jesteś audiofilem.

Tak, mam swoich kilka playlist i albumów. Kilka starych kaset, płyt CD oraz winyli. Istnieją dźwięki, które przenoszą mnie w inny świat. Te dźwięki też pomagają mi się odstresować. Przyznam się szczerze, że czasami aby pozbyć się bagażu adrenaliny, emocji, przepracowania, zmęczenia, często puszczam te melodie, które sprawiają, że czuję się jak bajkowej krainie. Ściągam wtedy zbroję i myślę tylko o dźwiękach, które masują mój mózg, serce i duszę. Mentalny orgazm. 

Ukochany zespół muzyczny? 

Muzyka ma dla mnie wielką moc. Wychowywałem się na trzech gatunkach muzycznych. Pierwsze kasety, jakie otrzymałem, to prezent od mego ojca i były to Judas Priest, Manowar i Beastie Boys. Mój ojciec jest bardzo muzykalnym człowiekiem, swoją drogą kiedyś pracował w dużej agencji eventowej, może coś mi w genach przekazał… 

Po heavy metalu nastąpił czas ciężkiej gangsterski (śmiech), czyli polski i zagraniczny rap i próba uskuteczniania życia opisywanego w tekstach utworów. Wtedy wkraczałem w wiek nastoletni. Czas wielu „pierwszych razy”, subkulturowy – zaszufladkowania siebie krojem spodni, co dzisiaj jest chyba nie do pomyślenia. Wspominam z łezką w oku! 

Dzisiaj to całe spectrum. Kilka albumów, które ostatnio odświeżam to: Paul Kalkbrenner – 7, Vanilla – Origin, Smolik – 3, The Kooks – Inside in / Inside Out, Ten Typ Mes – Kandydaci na szaleńców, Fleetwood Mac – Rumors.

Co ostatnio czytałeś? 

„Mistrza i Małgorzatę” Bułhakowa. Ale żeby nie było tak gładko i kolorowo – warto wspomnieć, że ja przez długi czas byłem aksiążkowym stworzeniem. Dawno temu matka mojego kumpla wręczyła mi powieść Harlana Cobena „Nie mów nikomu”, która mnie wciągnęła i odmieniła mój sposób postrzegania świata książek. Potem przeczytałem naście pozycji tego autora! Na dzień dzisiejszy książki to dla mnie czas na relaks i literatura, która zmusza mnie do refleksji. 

Mówiliśmy o sporcie, muzyce, książkach. A co z kinem?

Relaksuje mnie kino, lubię stare dobre kino: „Niewinni czarodzieje” ze Zbyszkiem Cybulskim z 1960 roku, w reżyserii Andrzeja Wajdy i z muzyką Krzysztofa Komedy. Ponadto wybrane współczesne filmy, które są dla mnie absolutnym „must have” to: „Zwierzęta nocy” w reż. Toma Forda, „Wielkie piękno” w reż. Paolo Sorrentino, czy „Wilk z Wall Street” Martina Scorsese.

zapasowe

Czyli zafascynowała Cię osobowość Jordana Belforta…

Grana przez Leonardo DiCaprio na pewno! Tak bardzo, że na moje 30. urodziny, które zbliżają się wielkimi krokami, zamierzam sobie kupić pięknego Rolexa! (śmiech)

Co z modą, Twoim podejściem do garniturów?

Projektuję sobie sam garderobę, dobieram części stroju, uzupełniam dodatkami; bawię się tym. I to lubię. Kocham modę! Lubię sportową elegancję, a przede wszystkim klasykę i ponadczasową elegancję w doborze garniturów i dodatków. Wszystko musi się u mnie zgadzać – znów dochodzimy do sedna moich natręctw, perfekcjonizmu i skrupulatności. (śmiech). Kilka lat temu nawet miałem przygodę z marką Buczyńscy, ekskluzywną marką męskich garniturów szytych na miarę. To bardzo dobra pracownia krawiecka. Ba! Najlepsza. Miałem wtedy epizod modela, brałem udział w sesjach zdjęciowych przygotowanych we współpracy Buczyński i Młyńska12. Zdjęcia wówczas robił Kamil Brycki, który aktualnie jest managerem firmy Buczyński. Dziś garnitury tylko na scenie, na co dzień ubieram się wygodnie, ale nadal stylowo. 

Twoje plany i marzenia? 

Mam założenia biznesowe, bo pasja i kreacja to jedno, ale koszty i przychody – to drugie. W tym roku bardzo mocno z zespołem pracujemy nad tym, aby wcześniej wspomniane cztery projekty usystematyzować i aby dobrze prosperowały. Mamy kilka świetnych, wartościowych pomysłów, które wdrażamy w życie po to, by dać ludziom, to czego pragną – czyli emocji! Planujemy powiększyć zespół, dlatego cały czas jesteśmy na etapie selekcji osób, które mogą do nas dołączyć.

A prywatnie – u mnie to nie jest skomplikowane, a może jednak jest? Chcę żyć na moich zasadach, realizować swoje zwariowane pomysły, o których chętnie opowiem jak będziemy mieli więcej czasu! Może na kolejnym śniadaniu „Poznańskiego Prestiżu”? (śmiech) 

Planuję kilka wyjazdów zagranicznych. Podróże kształcą, jeżeli się jest do nich odpowiednio przygotowanym, poszerzają horyzonty, zmieniają postrzeganie otaczającego świata. O tych większych nie będę wspominał, aby nie zapeszyć… Może za granicą przy okazji relaksu, znajdę odbiorców usług mojej agencji i zostanę? Kto wie? (śmiech) 

Z takich nieodległych marzeń i planów to niebawem święta w Barcelonie, na początku maja jedziemy kabrioletami do Chorwacji, do Istrii. Planuję kupić kabriolet, którym jeździł James Bond, bo to postać niezapomniana i kultowa. 

Czyli chcesz być jak James Bond?

Oczywiście, (śmiech) żyć z klasą i doświadczać wszystkiego co estetyczne i piękne! 

REKLAMA
REKLAMA

Może cię zainteresować:

|
REKLAMA
REKLAMA

Marzena Roszak, PropertyForYou | Sprzedaję marzenia, nie nieruchomości

Marzena Roszak Property for U, Nieruchomości w Hiszpanii

Bliskość plaży czy widok na góry? Centrum miasta czy zaciszne wiejskie gospodarstwo? Mieszkanie pod wynajem czy drugi dom? Ilu klientów, tyle preferencji. To, co ich łączy, to chęć posiadania nieruchomości w Hiszpanii. Marzena Roszak z PropertyForYou przeprowadza potencjalnego nabywcę przez wszystkie etapy zakupu wymarzonego miejsca w kraju flamenco, paelli i La Ligi, pomagając spełniać marzenia.

Rozmawia: Alicja Kulbicka | Zdjęcia: archiwum własne MR

Jakie są główne czynniki, które przyciągają polskich nabywców do rynku nieruchomości w Hiszpanii?

MARZENA ROSZAK: Pomijając najbardziej prozaiczny czynnik, jakim jest pogoda – bo na Costa Blanca w ciągu roku jest około trzystu dni słonecznych i temperatury w zimie w okolicach 16-20 stopni – to na pewno możemy mówić o całym szeregu powodów, dla których inwestycje na rynku nieruchomości w Hiszpanii cieszą się tak dużym powodzeniem wśród naszych rodaków. Kiedy wybuchła wojna w Ukrainie, mieliśmy do czynienia z szukaniem tzw. „bezpiecznego azylu”, stosunkowo daleko od potencjalnego zagrożenia. Był to moment, w którym nie do końca wiedzieliśmy, co przyniesie przyszłość i wówczas nastąpił pierwszy boom inwestycyjny. Drugi natomiast tuż po pandemii, kiedy to nasi klienci zaczęli szukać bezpiecznych inwestycji w obawie przed negatywnymi skutkami gospodarczymi wywołanymi Covid-19. Lokowanie swoich oszczędności w hiszpańskie nieruchomości było jednym ze sposobów na ucieczkę przed spadkiem wartości pieniądza. Dodatkowo nie możemy zapominać o czynniku, jakim są ceny. Tuż przed wybuchem wojny w Ukrainie chcieliśmy kupić nieruchomość pod wynajem. Co prawda nie w Hiszpanii, a w Polsce. Ale kiedy zaczęłam porównywać ceny, okazało się, że ich poziom w Polsce i w Hiszpanii jest bardzo porównywalny. Z jednym „ale”. W tej samej cenie co w Polsce, w Hiszpanii możemy kupić mieszkanie, które jest gotowe do zamieszkania.

Czyli w pełni wyposażone? 

Możliwości mamy wiele, mieszkanie w Hiszpanii w tzw. standardzie developerskim ma wykończone podłogi, wykończone dwie łazienki, wyposażone w armaturę i szafki. Dodatkowo w takim mieszkaniu znajdują się szafy wnękowe, kuchnia jest wyposażona w meble, a często nawet w sprzęt AGD. Jest rozprowadzony system klimatyzacji, instalacja elektryczna oraz alarmowa. Pozostaje kupić meble i można mieszkać. W tej chwili około 80 proc. nieruchomości w Hiszpanii trafia w ręce obcokrajowców. Powstał więc cały sektor firm, które specjalizują się w wykończeniu mieszkań. Łącznie z przywiezieniem i skręceniem mebli oraz zainstalowaniem sprzętu RTV, a nawet lamp. Mało tego, te firmy wyposażą również naszą kuchnię w sztućce czy zastawę stołową, a sypialnię w pościele, koce i narzuty na łóżko. Z punktu widzenia nabywcy nieruchomości, który nie jest stale obecny w Hiszpanii to bardzo wygodne rozwiązanie.

Zatem jak kształtują się ceny w Hiszpanii?

Znajdą się pośrednicy, którzy oferują mieszkania w Hiszpanii w przedziale od 30-70 tys. euro. To są ceny netto, do których należy doliczyć w przypadku rynku pierwotnego 10 proc. podatku VAT, tzw. IVA. Natomiast w przypadku rynku wtórnego tzw. ITP – czyli podatek od przeniesienia. Do wysokości 10% wartości nieruchomości w zależności od regionu i gminy oraz jeśli cena całkowita nie przekracza 1 mln euro i nie dotyczy umów sprzedaży z VAT-em. Zdarzają mi się klienci, którzy mówią, że znaleźli dom za 70 tys. euro. Jednak bardzo staram się uczulać na niskie ceny w Hiszpanii ze względu na problem tzw. ocupas, czyli dzikich lokatorów. Bo niskie ceny często wiążą się z tym, że nasze domy czy mieszkania znajdują się w dzielnicach lub regionach potencjalnie niebezpiecznych dla naszych nieruchomości, właśnie ze względu na ocupas, którzy mogą do nich wejść i zaanektować naszą nieruchomość dla własnych potrzeb. Jeśli nie zauważymy tego w ciągu 48 godzin, to niestety hiszpańskie prawo stanowi, że mogą oni się tam osiedlić. Wydostanie ich stamtąd, działając zgodnie z prawem, czyli z pomocą policji i sądu, potrafi trwać nawet kilka lat. I stąd tak ważna jest współpraca z wykwalifikowanym biurem nieruchomości, które zweryfikuje wybraną nieruchomość, przeprowadzi rzetelny audyt. Dotyczy to szczególnie rynku wtórnego, gdyż kupując taką nieruchomość właśnie na rynku wtórnym, narażamy się na jej kupno z długami poprzedniego właściciela. Oczywiście nie oznacza to, że mamy się bać kupna mieszkania z rynku wtórnego. Od lat współpracuję z lokalnymi pośrednikami i prawnikami, którzy są w stanie sprawdzić stan prawny konkretnej nieruchomości i sprawić, że transakcja będzie bezpieczna. Natomiast jeśli mówimy o cenach mieszkań nowych, od developerów, to ich ceny rozpoczynają się od 120-150 tys. euro w górę. I w ich przypadku problem ocupas właściwie nie występuje, gdyż są to mieszkania w nowych, monitorowanych budynkach z kodami dostępu, kamerami i alarmem. Developerzy, znając problem ocupas, swoje inwestycje realizują w miejscach, które z zasady dzikich lokatorów nie przyciągają. Ocupas to problem głównie dużych miast oraz mieszkań, które są własnością banków czy funduszy inwestycyjnych. Natomiast nie zwalnia nas to z zachowania ostrożności przy wyborze wymarzonej nieruchomości.

Marzena Roszak Property for U, Nieruchomości w Hiszpanii

Jakie regiony Hiszpanii są obecnie najbardziej atrakcyjne dla potencjalnych nabywców nieruchomości?

To się nie zmienia od lat. Wśród najpopularniejszych miejsc króluje Barcelona, Wyspy Kanaryjskie, Majorka, Alicante. Moje biuro specjalizuje się w regionie Costa Blanca, bo wyznaję zasadę, że nie można być dobrym we wszystkim. (śmiech) Costa Blanca wybrałam z pełną premedytacją dlatego, że z Polski do Alicante, z większości polskich miast dolecimy bez żadnych przesiadek. Rejon Alicante jest bardzo popularny wśród nas Polaków, dobrze znany i wiemy, jak się po nim poruszać.

Jakie są typowe etapy i procedury zakupu nieruchomości dla międzynarodowych klientów w Hiszpanii? Jakie dokumenty są potrzebne?

Moja droga z klientem rozpoczyna się od spotkania i wybadania jego potrzeb. Bardzo świadomie podchodzę do swojej oferty. W moim portfolio klient nie znajdzie tysiąca propozycji, bo wychodzę z założenia, że im więcej ofert, tym trudniej na coś się zdecydować. Tę praktykę wyniosłam z polskiego rynku nieruchomości, na którym od 2009 roku sprzedawałam zarówno mieszkania, domy, jak i obiekty komercyjne. I tam, kiedy klient nie znalazł satysfakcjonującej dla siebie oferty na pierwszych pięciu stronach mojego portfolio, to albo umawiał się na indywidualną konsultację, albo po prostu rezygnował. Według mnie zbyt duża ilość ofert powoduje trudność w ostatecznym wyborze i co za tym idzie opóźnienie decyzji zakupowej. Ale to nie oznacza, że jeśli klient nie znalazł na stronie biura wymarzonej nieruchomości, to nie jestem w stanie jej znaleźć. Jak najbardziej szukam dla klienta indywidualnych ofert, spełniających jego wymagania. Po drugie ustalamy budżet. I jeśli te dwa punkty mamy za sobą, wówczas procedura jest bardzo podobna jak w Polsce. Jeśli mówimy o rynku pierwotnym – podpisujemy umowę rezerwacyjną, która wiąże się z opłatą gwarantującą nam, że wybrana nieruchomość została dla nas zarezerwowana. Ta opłata jest ściśle związana z wartością wybranej przez nas nieruchomości. Drugim etapem jest przygotowanie tzw. umowy przedwstępnej i na tym etapie sugeruję klientowi wybranie prawnika, który znajduje się na miejscu w Hiszpanii. Ta praktyka wynika z mojego osobistego doświadczenia przy zakupie nieruchomości w Hiszpanii. Siłą rzeczy nie jesteśmy obecni non stop na miejscu, a będziemy potrzebowali osoby, która w naszym imieniu może podpisać dokumenty, negocjować warunki umowy czy płatności. Prawnik lub pośrednik pomoże nam też założyć konto w banku, ponieważ wszystkie płatności za mieszkanie czy dom, w przyszłości muszą być dokonywane właśnie z konta hiszpańskiego. Dodatkowo, działając na podstawie upoważnienia od nas, prawnik złoży w naszym imieniu wniosek o nadanie tzw. numeru NIE ((Número de Identificación de Extranjero – przyp. red.), czyli odpowiednika naszego numeru NIP, który jest niezbędny do tego, aby założyć konto bankowe, a także aby w ogóle na rynku hiszpańskim funkcjonować jako właściciel mieszkania. Numer NIE wymagany jest także przy podpisywaniu m.in. umowy zakupu nieruchomości, umowy o korzystanie z energii elektrycznej, wody etc. Udzielając prawnikowi odpowiedniego pełnomocnictwa, zostanie to zrobione w naszym imieniu i bez konieczności naszej obecności. Na koniec pozostaje podpisanie aktu notarialnego u notariusza w Hiszpanii, przelanie ostatniej transzy na konto developera lub właściciela nieruchomości. 

Marzena Roszak Property for U, Nieruchomości w Hiszpanii

Z jakiego rzędu kosztami dodatkowymi musimy się liczyć, decydując się na zakup nieruchomości w Hiszpanii?

Oscylują one w granicach 13-15 proc. wartości nieruchomości. W ich skład wchodzi obsługa prawna i notarialna, 1,5 proc. podatku od czynności cywilno-prawnych, tzw. AJD (impuesto de Actos Juridicos Documentados), a także koszty wpisu do księgi wieczystej, czyli Rejestru Własności Nieruchomości (El Registro de la Propiedad) ustalane na podstawie wartości nieruchomości.
Jeśli nieruchomość jest finansowana z kredytu, koszt wyceny w banku wynosi od 300 do 600 euro w zależności od wielkości nieruchomości. Jako biuro jesteśmy także w stanie pomóc w uzyskaniu takiego kredytu. Hiszpańskie banki umożliwiają kredytowanie do 70 proc. wartości nieruchomości, a zakres dokumentów niezbędnych do przeprowadzenia procedury uzyskania tego typu finansowania jest podobny jak w Polsce. Niezbędne jest dostarczenie wyciągów z konta, weryfikacja w BIK, oświadczenie o majątku oraz formie zatrudnienia. W tej chwili kredyt w hiszpańskim banku oprocentowany jest przez pierwszy rok 2,75 proc. W kolejnych latach wzrasta o wskaźnik Euribor + 0,60%. W chwili obecnej koszt uzyskania kredytu wynosi ok. 1-1,5% wnioskowanej kwoty.

Jeśli zdecydujemy się na zakup nowego mieszkania w Hiszpanii, jak długo będziemy czekać na odbiór? I czy zakup przysłowiowej „dziury w ziemi” jest bezpieczny?

Współpracuję z developerami, którzy na rynku nieruchomości są obecni od co najmniej 20 lat. Przeżyli kryzys finansowy w 2008 roku, pandemię i zawirowania gospodarcze z nią związane. I ciągle funkcjonują na rynku i wciąż budują nowe mieszkania. Stąd nie ma obaw o to, aby nagle zniknęli z rynku. Warto także dodać, że mieszkania w Hiszpanii w tej chwili przeżywają boom inwestycyjny, a około 80 proc. z nich trafia w ręce obcokrajowców. A to oznacza, że ceny rosną. Od momentu przedstawienia przez developera wizualizacji do momentu wbicia pierwszej łopaty, cena potrafi wzrosnąć o 30 proc. Stąd spore zainteresowanie nieruchomościami już na początkowym etapie. Na gotowe mieszkanie – czyli od „dziury w ziemi” do jego odbioru, poczekamy od roku do dwóch lat. Jeśli się ktoś spieszy, na rynku dostępne są mieszkania tzw. „key ready”, ale wybór tych mieszkań jest ograniczony, no i są po prostu droższe.

Marzena Roszak Property for U, Nieruchomości w Hiszpanii

Mieszkanie do odbioru i mieszkanie do zamieszkania? To tożsamy termin?

To dwie różne rzeczy. Po tym jak mieszkanie zostanie wykończone przez developera, musi zostać wpisane do ksiąg wieczystych, czyli Rejestru Własności Nieruchomości (El Registro de la Propiedad). Musi zostać w nich zarejestrowane i ta procedura trwa od miesiąca do dwóch. I dopiero, kiedy ten element zostanie spełniony oraz będziemy mieć podpisane umowy ze wszystkimi mediami, możemy zacząć w nim mieszkać. 

A jak wyglądają opłaty za mieszkanie w Hiszpanii?

Podobnie jak w Polsce, właściciel płaci czynsz administracyjny i jest on uzależniony od standardu budynku oraz całego osiedla. I kształtuje się od ok. 60 euro. Jeśli mamy mieszkanie na osiedlu, na którym znajdują się baseny, strefa SPA, sporo terenów zielonych, place zabaw dla dzieci, mini golf czy siłownia dla mieszkańców, to oczywistym jest, że czynsz za takie mieszkanie będzie wyższy, niż za takie na osiedlu, które takich udogodnień nie ma. Z moich obserwacji wynika, iż czynsze kształtują się wtedy od 100-150 euro w górę. Warto jednak wspomnieć, że tzw. czynsz administracyjny funkcjonuje w Hiszpani w podobnym zakresie i wysokościach jak w Polsce.

Marzena Roszak Property for U, Nieruchomości w Hiszpanii

Czy możesz podać przykłady trendów w rynku nieruchomości w Hiszpanii? Jakie rodzaje nieruchomości są najbardziej popularne wśród kupujących?

Trendy oczywiście są widoczne w nowo powstających inwestycjach i są to wszystkie te wspomniane przeze mnie wcześniej udogodnienia. Jednak dla mnie ważniejsze od trendów są potrzeby klienta. Klientem z Polski jest klient najczęściej w wieku 45+. Nie jest to zatem klient, który ma małe dzieci, ale taki, który jest na pewnym stabilnym etapie swojego życia, z zabezpieczoną finansowo przyszłością. Jego priorytetem przy zakupie nieruchomości w Hiszpanii jest chęć odpoczynku. Bardzo często pada wówczas pytanie, w jakiej odległości proponowana przeze mnie nieruchomość jest usytuowana od morza. I tu rozpoczyna się dyskusja. Bo choć oczywiście, mam w swojej ofercie nieruchomości położone bezpośrednio nad morzem, jednak czy bezpośrednio nad morzem klient będzie miał szansę wypocząć? Musimy sobie zdawać sprawę, że Hiszpania jest szalenie popularnym kierunkiem wakacyjnym dla ludzi z całego świata i każdego roku odwiedza ją kilkadziesiąt milionów turystów. Od października do marca czy nawet kwietnia Hiszpanię odwiedzają ludzi starsi z Niemiec, Belgii, Holandii czy Polski, szukający kolokwialnie mówiąc ciepła. Latem przyjeżdżają młodzi Skandynawowie z dziećmi, Polacy z dziećmi i nie ukrywajmy – jest głośno i tłoczno. Więc powstaje pytanie, czy to bezpośrednie sąsiedztwo morza jest tak bardzo wskazane, jeśli chcemy naszą nieruchomość traktować jako typowy dom wakacyjny? Czy nie lepszy będzie pas w odległości 5-10 kilometrów od morza, z łatwym do niego dostępem, ale jednak nie w pierwszej, bardzo turystycznej linii? Na te pytania musimy sobie odpowiedzieć, zanim zdecydujemy się na zakup wymarzonego domu czy mieszkania.

A jeśli chcemy kupić mieszkanie na wynajem?

Wówczas lokalizacja i często wykończenie czy umeblowanie mieszkania odgrywa nieco mniejszą rolę. Mam klientów, którzy zdecydowali się na zakup mieszkania w Hiszpanii stricte pod wynajem długo- i krótkoterminowy. Ale w samym procesie wynajmu ja już nie biorę udziału. Od tego są wyspecjalizowane firmy, które zajmują się zarządzaniem takimi nieruchomościami i ich bieżącym administrowaniem na miejscu oraz lokalni pośrednicy, którzy poszukają klientów. Ale co ważne dla wszystkich, którzy posiadają nieruchomości w Hiszpanii pod wynajem, albo myślą o takiej inwestycji – potrzebna jest tam na miejscu lokalna księgowość, ponieważ powstają wówczas obowiązki podatkowe dla nierezydentów.
Co doradziłabyś klientom, którzy przymierzają się do kupna swojej pierwszej nieruchomości w Hiszpanii?
Przede wszystkim, aby odpowiedzieli sobie na pytanie o cel i potrzeby. To punkt wyjścia do dalszych poszukiwań. Musimy mieć świadomość, że jeśli kupujemy mieszkanie na wynajem wakacyjny, w tym okresie sami z niego nie skorzystamy, a jego stan po jednym sezonie może wymagać remontu. Po drugie cena – podejrzanie niska powinna wzbudzić naszą czujność. Po trzecie lokalizacja, która jest ważna, chociażby właśnie ze względu na ocupas. Ale to już moja rola, aby nieruchomość, a także całość transakcji była bezpieczna i nieobarczona ryzykiem.

Marzena Roszak Property for U, Nieruchomości w Hiszpanii

Czyli korzystając z usług agencji nieruchomości, możemy być pewni, że jesteśmy zabezpieczeni?

W Polsce zarówno na rodzimym rynku nieruchomości, jak i na rynkach zagranicznych pokutuje przeświadczenie, że pośrednik jest zbędnym ogniwem procesu zakupowego. Bo to za co trzeba mu zapłacić, można przecież zrobić samemu. To jednak nie do końca prawda, na rynku hiszpańskim niepisaną zasadą dobrych biur pośrednictwa w obrocie nieruchomościami jest niepobieranie opłat za usługę od strony kupującej. Moje wynagrodzenie pochodzi od developera lub pośrednika, od którego ściągam ofertę. Pośrednik z założenia zna lokalny rynek nieruchomości i jego zadaniem jest zapewnić jak największe bezpieczeństwo transakcji. Pośrednik zweryfikuje dostępne oferty, pomoże wybrać odpowiednią lokalizację, znaleźć prawnika oraz przejść przez ścieżki administracyjne, a co za tym idzie pozwoli oszczędzić czas i stres. Dodatkowo współpracuję z lokalnymi biurami pośrednictwa oraz prawnikami, którzy na miejscu zweryfikują i sprawdzą wybraną nieruchomość.

Jedziesz z klientem oglądać wybrane przez niego nieruchomości?

Kiedy jesteśmy już na etapie wybierania z konkretnych ofert, oczywiście lecimy do Hiszpanii, oglądamy, obwożę klienta po nieruchomościach. I ta jedna podróż jest wliczona w cały proces. Jeśli klient życzy sobie, abym brała udział w kolejnych etapach, pojechała do prawnika, banku czy notariusza, wówczas ustalamy koszty mojego tam dojazdu.

Marzena Roszak Property for U, Nieruchomości w Hiszpanii

Dużo mówisz o dokładnym poznaniu potrzeb swoich klientów. A co jeśli te potrzeby w obrębie rodziny, która poszukuje domu w Hiszpanii, są rozbieżne?

Zdarzają się takie sytuacje! Bardzo często pierwszy wybór jednego z małżonków zupełnie nie odpowiada preferencjom drugiego. Żona czy partnerka chce mieszkać blisko morza, ale też mieć blisko do centrum miasta, mieć w pobliżu sklepy i restauracje, a mąż czy partner marzy o częstych wypadach w góry i ciszy. Moim zadaniem jest wypośrodkować te potrzeby, znaleźć kompromis. Mam klienta, który marzy o miejscu blisko mariny, bo ma skutery wodne i takiego miejsca mu szukam. Inny chciałby realizować swoje hobby, jakim jest jazda na rowerze szosowym i dla niego idealnym miejscem jest rejon Calpe, mniej więcej 40 minut od Alicante w stronę Walencji, piękny, górzysty, będący mekką europejskiego kolarstwa. Kolejny myśli o zakupie jachtu morskiego, więc szukam jemu miejsca, gdzie mariny żeglarskie spełnią jego oczekiwania. Ważnym aspektem dla wielu klientów jest ilość i jakość restauracji w danym regionie. Więc jadąc do Hiszpanii, zwiedzam restauracje, aby mieć pełen obraz tego, co może interesować klienta. Uwielbiam odkrywać nowe miejsca i szukać tych nieoczywistych, bo ilu klientów, tyle potrzeb. Poznaję hiszpańskie święta, festiwale, zwyczaje, aby prezentować klientowi nie tylko mieszkanie czy dom. Zależy mi na tym, aby poznał on tamtejszą kulturę, zwyczaje czy kuchnię. Aby zamieszkując w Hiszpanii, pokochał tamten styl bycia i aby ten styl bycia był zbieżny z jego potrzebami. Sprzedając nieruchomości, sprzedaję marzenia. W momencie, gdy nabywamy nieruchomość, dokonujemy więcej niż tylko transakcji finansowej. To nie jest jedynie zakup ścian i dachu. To moment, w którym stajemy się częścią społeczności, regionu, tworzymy przestrzeń do życia, zbliżamy się do spełnienia marzeń. I ta filozofia przyświeca mi od początku mojej przygody z hiszpańskim rynkiem nieruchomości.

REKLAMA
REKLAMA
Marzena Roszak Property for U, Nieruchomości w Hiszpanii
REKLAMA
REKLAMA