Sala rozpraw nie jest teatrem – to miejsce, gdzie rozstrzygają się prawdziwe losy. Dr Agata Koschel-Sturzbecher łączy chłodną precyzję stratega z empatią psychologa i doświadczeniem procesowym. Jej praca zaczyna się dużo wcześniej niż rozprawa: w rozmowie z klientem, w analizie ryzyka i ochronie tego, co najcenniejsze – majątku, reputacji i spokoju. W świecie, w którym sztuczna inteligencja potrafi napisać dokument, ona tworzy plan, który działa w chwili próby – osadzony w prawie i realiach życia. Jej dewiza: „wygrywać w granicach prawa” łączy rzetelność z etyką, a spokojny ton i jasna narracja stają się w sądzie najskuteczniejszym orężem. To rozmowa o tym, jak rodzi się skuteczna strategia i dlaczego zwycięstwo zaczyna się na długo przed wejściem na salę rozpraw.
Rozmawia: Magdalena Ciesielska | Zdjęcia: Maciek Sznek, EscargoFoto.pl
Podziękowanie dla Ogólnokształcącej Szkoły Baletowej im. Olgi Sławskiej-Lipczyńskiej w Poznaniu za udostępnienie Dziedzińca na potrzeby sesji zdjęciowej
Z Pani doświadczenia, kim tak naprawdę jest adwokat na sali sądowej: strategiem, psychologiem czy reżyserem dramatu?
Adwokat na sali sądowej jest wszystkim po trochu – ale w istocie kimś innym. Strategiem, bo każdy proces toczy się w ramach precyzyjnych reguł, w których liczy się plan, kolejność ruchów i zdolność przewidywania konsekwencji. Psychologiem, ponieważ klient wchodzi na salę z emocjami, których nie da się zostawić przed drzwiami – i trzeba umieć je okiełznać, by nie zniszczyły sprawy. Reżyserem, bo to, w jaki sposób zostanie opowiedziana historia, decyduje o tym, czy sąd ją zrozumie i jakie nada jej znaczenie.
Ale to tylko część prawdy. Sala rozpraw nie jest teatrem – tam nie grają aktorzy, tylko prawdziwi ludzie z realnymi dramatami. Każdy proces to spotkanie prawa z życiem, abstrakcyjnych norm z konkretnym losem. Dlatego moja rola to nie odgrywanie spektaklu, lecz stworzenie przestrzeni, w której głos człowieka przebije się przez chłodny język paragrafów.
W tej pracy pomaga mi wiedza, znajomość prawa i procedur, umiejętność analizy. Ale równie ważne jest doświadczenie – lata obserwowania, jak ludzie reagują pod presją, jak zmienia się ich ton, kiedy mówią o rzeczach najtrudniejszych. W takich chwilach adwokat staje się kimś więcej niż pełnomocnikiem – jest przewodnikiem w świecie, który dla klienta jest obcy, nieprzyjazny i onieśmielający.
I wreszcie: adwokat musi być świadomy, że każdy jego gest, każde słowo zostanie odczytane i zinterpretowane. To wymaga nie tylko warsztatu prawniczego, ale i pewnej erudycji – rozumienia ludzi, kultury, kontekstu. Bo proces nie toczy się w próżni – jest częścią większej opowieści o tym, kim jesteśmy jako społeczeństwo i jak traktujemy jednostkę, która staje przed sądem.
Często podkreśla Pani, że odpowiednia strategia zaczyna się jeszcze przed procesem, a czasem nawet przed pozwem. Jak wygląda ten pierwszy etap działania?
Prawdą jest, że strategia nie rodzi się na sali sądowej – tam jest już tylko weryfikowana. Najważniejsze decyzje zapadają znacznie wcześniej, często w chwili, gdy klient po raz pierwszy siada w moim gabinecie. Wtedy słucham nie tylko faktów, ale też emocji, niedopowiedzeń, tonu głosu. To właśnie z nich najczęściej dowiaduję się, gdzie tkwi sedno problemu.
Pierwszy etap pracy przypomina analizę wielowarstwowego tekstu – trzeba odróżnić, co jest narracją klienta, co faktem, a co interpretacją. Buduję w głowie mapę: gdzie są silne dowody, a gdzie ryzyko; które elementy można wykorzystać, a które należy wyciszyć. I dopiero na tej podstawie układam plan, który w przyszłości – jeśli zajdzie taka potrzeba – będzie realizowany w sądzie.
Czasem najlepszą strategią jest… rezygnacja z procesu. Powiedzenie klientowi: „Tu więcej stracisz niż zyskasz”. To nie jest łatwe, bo emocje zawsze pchają ludzi do walki, ale moją rolą jest myśleć chłodno i długofalowo. Proces to nie teatr dla widzów, tylko poważna decyzja życiowa – i jeśli mogę go uniknąć, a mimo to osiągnąć cel klienta, to właśnie wybieram tę opcję.
W tym sensie adwokat nie jest wyłącznie wojownikiem, który wchodzi na salę i walczy w imieniu klienta. Bardziej architektem, który planuje całość konstrukcji – od fundamentów po najmniejsze detale. Strategia powinna być widoczna w każdym ruchu: w sformułowaniu pozwu, w pierwszym piśmie procesowym, a czasem już w rozmowie poprzedzającej spór. To jest ten etap, w którym decyduje się, czy w sądzie będziemy mieli solidny grunt pod nogami, czy też budujemy na piasku.
Jeśli klient nie zamierza jednak zrezygnować z rozprawy sądowej, jakie kluczowe momenty decydują o jej wyniku – i czy można je przewidzieć?
Każdy proces ma swoją dramaturgię. Są chwile, które z pozoru wyglądają zwyczajnie, ale w rzeczywistości przesądzają o wszystkim. Pierwszy taki moment to otwarcie sprawy – kiedy sąd słucha stanowisk stron i wyrabia sobie pierwsze wrażenie. To jak początek rozmowy: jeszcze nic się nie wydarzyło, a już widać, kto mówi z przekonaniem, a kto próbuje ukryć niepewność. Te pierwsze minuty tworzą kontekst, w którym później interpretowane są dowody i argumenty.
Drugim momentem jest przesłuchanie – świadka albo samego klienta. To tutaj najczęściej pojawia się niespodzianka: jedno zdanie, jedno wahnięcie głosu potrafi zmienić cały ciężar sprawy. Sędzia, nawet jeśli zna akta, dopiero wtedy styka się z żywym człowiekiem i konfrontuje teorię z prawdą emocji. Dla adwokata to czas najwyższej koncentracji, bo musi natychmiast zdecydować: dopytać, pominąć czy pozwolić, by cisza wybrzmiała sama.
Trzecim momentem jest finał – mowa końcowa. To nie tylko podsumowanie dowodów, ale też próba ułożenia całej historii w spójną opowieść. Trzeba zbudować most między faktami a człowiekiem, między paragrafem a poczuciem sprawiedliwości. To ostatnia okazja, by nadać sens wszystkim fragmentom układanki i zostawić w sądzie obraz, który będzie towarzyszył mu przy wydawaniu wyroku.
Czy można przewidzieć te momenty? Jednocześnie tak i nie. Doświadczenie pozwala mi oczekiwać, kiedy napięcie na sali sądowej narasta, ale element nieprzewidywalności jest zawsze obecny. I właśnie dlatego proces nigdy nie jest mechaniczną procedurą – jest spotkaniem prawa z życiem, a życie wymyka się często scenariuszom. Dla mnie te trzy chwile są jak punkty kulminacyjne w muzyce – trzeba je usłyszeć i odpowiedzieć we właściwym rytmie.
A propos nieprzewidywalności… Czy zdarzyło się Pani, że sprawa wyglądała na przegraną, a jednak udało się odwrócić jej bieg?
Tak, i myślę, że każdy adwokat, który spędził wystarczająco dużo czasu na sali rozpraw, zna to uczucie: chwilę, w której wydaje się, że wszystko zostało już przesądzone, a jednak nagle pojawia się nadzieja, a wraz z nią nowa perspektywa rozdania kart. Pamiętam sprawę gospodarczą, w której przeciwnik miał w rękach opinie biegłych, dokumenty i – wydawało się – sprzyjającą atmosferę. To był ten moment, kiedy klient patrzy na mnie z pytaniem: „Czy my mamy jeszcze szansę?”. W takich chwilach najważniejsze jest, by nie ulec poczuciu porażki. Proces to nie matematyka, w której wszystko można wyliczyć, ale raczej długa partia szachów, gdzie liczy się także cierpliwość i zdolność do wykorzystania jednego, pozornie nieistotnego ruchu. W tej konkretnej sprawie kluczowy okazał się dokument z akt – drobiazg, który wcześniej zlekceważono, a który ujawniał prawdziwe intencje stron. To był impuls, by zmienić narrację w mowie końcowej. Ten moment przypomniał mi, że sąd nie szuka tylko formalnych dowodów, ale również spójnej opowieści, która nada sens całemu postępowaniu. Czasami odwrócenie biegu sprawy nie polega na „zwycięstwie” w klasycznym rozumieniu, ale na tym, że uda się otworzyć sędziemu oczy na inny wymiar sprawy. Dlatego nigdy nie pozwalam sobie ani klientowi na rezygnację. Dopóki nie padnie wyrok, zawsze istnieje przestrzeń, w której można jeszcze zmienić bieg wydarzeń.

Czy zatem prowadzenie procesu opiera się bardziej na chłodnej analizie, czy jednak na umiejętności szybkiego reagowania na wydarzenia, które rozgrywają się na sali sądowej?
Proces to połączenie architektury i improwizacji. Z jednej strony – chłodna analiza: dokumenty, przepisy, orzecznictwo, warianty strategii, przygotowanie na każdy możliwy ruch przeciwnika. To fundament, bez którego cała konstrukcja zawaliłaby się przy pierwszym podmuchu wiatru. Z drugiej strony – sala sądowa jest żywym organizmem. Tu nic nie dzieje się według scenariusza, świadek powie jedno zdanie za dużo, sędzia zada pytanie, które zmienia akcenty, a przeciwnik nagle zmienia taktykę. Wtedy liczy się błyskawiczna reakcja i instynkt, wyostrzony przez lata praktyki.
Dla mnie proces to jak partia szachów rozgrywana na scenie teatralnej – planujesz kilka ruchów do przodu, ale musisz być gotowa na niespodzianki, bo przeciwnik też myśli. Analiza daje bezpieczeństwo, a instynkt pozwala wykorzystać moment. To balans, w którym jedno bez drugiego nie ma sensu. Adwokat, który opiera się wyłącznie na logice, ryzykuje, że przegapi ludzkie niuanse, a ten, który polega tylko na intuicji, w końcu pogubi się w procedurze.
Są chwile, gdy trzeba zaryzykować pytanie, które nie było w notatkach, bo wyczuwam, że świadek nie mówi całej prawdy. Innym razem najważniejsza decyzja to powstrzymanie się od pytania – pozwolenie, by cisza i niepewność zrobiły swoje. W takich sytuacjach instynkt staje się równie ważny jak znajomość kodeksu. Paradoks polega na tym, że im więcej doświadczenia mam na sali sądowej, tym bardziej doceniam rolę obu elementów. Analiza i instynkt nie wykluczają się – wprost przeciwnie, one się przeplatają. Instynkt bez wiedzy byłby ryzykowną grą, a wiedza bez instynktu – martwą literą. Dopiero połączenie obu pierwiastków czyni z adwokata kogoś, kto naprawdę potrafi poprowadzić człowieka przez ten trudny świat prawa.
Tak jak Pani mówi, w sądzie jest pełno napięć, ludzkich wzruszeń i często skrajnych uczuć. Nieraz i przeciwnik procesowy próbuje wciągnąć w emocjonalną grę. Jak Pani radzi sobie z presją i takimi pułapkami? I czy pamięta Pani sytuację, gdy to właśnie opanowanie okazało się największym atutem i najskuteczniejszą strategią zwycięstwa?
Spokój w sądzie to nie jest cecha charakteru, ale świadomy wybór. Sala rozpraw jest miejscem, gdzie emocje buzują – strony czują gniew, strach, poczucie niesprawiedliwości, a przeciwnicy czasem próbują to wykorzystać. Gdyby adwokat dał się ponieść tej samej fali, proces szybko zamieniłby się w chaos. Dlatego dla mnie spokój jest narzędziem równie ważnym jak znajomość przepisów. To sposób, by pokazać sądowi: „Panuję nad sytuacją, mogę przeprowadzić klienta przez ten kryzys”.
Pamiętam sprawę rozwodową, w której druga strona prowokowała awantury niemal przy każdym przesłuchaniu. Wystarczyło jedno podniesione słowo, by temperatura w sali rosła o kilka stopni. Mogłam odpowiedzieć tym samym, ale wybrałam inną drogę – mówiłam jeszcze ciszej, jeszcze spokojniej, jeszcze bardziej precyzyjnie. Efekt był taki, że kontrast pomiędzy moim opanowaniem a emocjonalnością przeciwnika zadziałał na korzyść mojego klienta. Sąd wyraźnie wskazał w uzasadnieniu, że właśnie ta konsekwencja i wyważony ton zbudowały wiarygodność naszych argumentów.
Opanowanie to nie bierność – to aktywna strategia. To decyzja, że nie dam się wciągnąć w cudzy scenariusz. Wiem, że każdy mój gest, każde spojrzenie czy zmiana tonu głosu zostaną odczytane i zapamiętane. Dlatego staram się, by moja postawa mówiła: „Nie ma tu miejsca na teatr – jest prawo i fakty”. W gruncie rzeczy spokój w procesie to rodzaj odwagi. Łatwo jest krzyczeć, trudniej zachować ciszę, gdy wokół unoszą się emocje. A paradoks polega na tym, że to właśnie ta cisza, ten opanowany głos, często przesądza o wyniku sprawy.
Oprócz wspomnianego spokoju i opanowania, w Pani pracy ważne są także prestiż i zaufanie. Jaką wartość – oprócz wygranej w sądzie – otrzymuje klient, który decyduje się pracować właśnie z Panią?
Wygrana w sądzie to oczywiście cel, ale dla moich klientów równie istotne jest poczucie bezpieczeństwa. Zaufanie do adwokata polega na tym, że powierzają mi nie tylko dokumenty i fakty, lecz także swoje obawy, sekrety i wątpliwości. Moją rolą jest je unieść i przełożyć na strategię, która ochroni to, co dla nich najcenniejsze – majątek, reputację, relacje rodzinne czy dorobek życia. Wartością, którą daję, jest także dyskrecja. Klient może być pewien, że niezależnie od skali sprawy czy jej medialnego potencjału, wszystko pozostaje między nami. W świecie, w którym informacja jest walutą, zachowanie poufności i ochrona wizerunku stają się równie ważne jak sam wyrok. Oferuję też spokój – w sytuacjach, gdy emocje sięgają zenitu, a poczucie kontroli zanika, to ja biorę na siebie ciężar prowadzenia sprawy. Klient nie musi już walczyć samotnie – ma świadomość, że ktoś planuje, reaguje i przewiduje kolejne kroki. I wreszcie – doświadczenie. To nie tylko znajomość prawa, ale umiejętność czytania ludzi, przewidywania reakcji, prowadzenia rozmów i negocjacji. Klienci mówią mi często, że czują się nie tyle „obsłużeni prawnie”, ile „zaopiekowani”. To dla mnie największy komplement – bo prawdziwa wartość pracy adwokata zaczyna się tam, gdzie kończy się paragraf.
Jakie rady dałaby Pani tym, którzy myślą o procesie – zanim podejmą decyzję o pozwie?
Pierwsza rada brzmi: proszę się zatrzymać i pomyśleć, czego naprawdę chcecie. Proces bywa jak wojna – łatwo ją rozpocząć, trudniej zakończyć. Dlatego zanim złożymy pozew, trzeba odpowiedzieć sobie szczerze: czy celem jest wygrana „za wszelką cenę”, czy rozwiązanie problemu w sposób, który chroni majątek, reputację i spokój. Te trzy wartości – pieniądze, dobre imię i wewnętrzna równowaga – są w moim doświadczeniu kluczowe dla ludzi, którzy mają już w życiu wiele do stracenia. Druga rada: nie warto traktować sądu jako pierwszego kroku. Najlepsza strategia zaczyna się dużo wcześniej – w rozmowach, negocjacjach, w odpowiednim sformułowaniu umów i dokumentów. Często bywa tak, że dobrze poprowadzona mediacja albo precyzyjnie skonstruowana korespondencja prawna pozwala osiągnąć cel szybciej i taniej niż kilkuletni proces. Paradoks polega na tym, że to właśnie adwokat, który naprawdę zna salę sądową, najczęściej doradzi, jak jej uniknąć.
Trzecia rada: proszę nie bać się prawdy. Klienci czasem przychodzą i mówią: „Pani Mecenas, to skomplikowane, może lepiej pominąć pewne fakty”. A ja wtedy odpowiadam: „Nie, bo prawda i tak wypłynie, a my musimy być na nią przygotowani”. Proces to gra długoterminowa – nie da się go wygrać, jeśli nie budujemy na uczciwej i spójnej narracji. I wreszcie: proszę pamiętać, że pozew to dopiero początek drogi. To, jak ją przejdziemy, zależy od partnera, którego wybierzemy. Adwokat powinien być nie tylko prawnikiem, ale i przewodnikiem – kimś, kto potrafi przełożyć skomplikowane przepisy na jasny plan, a lęk klienta na realną strategię. Dobrze prowadzony proces to nie chaos, ale uporządkowany marsz – trudny, wymagający, ale dający poczucie bezpieczeństwa. I właśnie tego poczucia najbardziej potrzebują ci, którzy decydują się wchodzić na drogę sądową.
Satysfakcję przynosi zwycięstwo na sali sądowej, dobrze opracowana strategia. Gorzej jest zapewne, gdy sprawa staje się przegrana.
Oczywiście, tak też bywa. Wiele osób trafia do mnie w momencie, gdy czują się przyparte do muru: mają świadomość błędów, których nie da się już cofnąć, boją się konsekwencji, a często też utraty dorobku całego życia. To bardzo ludzki moment – przyjść do adwokata nie jako zwycięzca, ale ktoś, kto wie, że zbliża się do krawędzi. W takich chwilach moim zadaniem nie jest oceniać, tylko znaleźć drogę wyjścia. Nawet jeśli sprawa wygląda na przegraną, zawsze istnieje przestrzeń na działanie: można ograniczyć ryzyka, zabezpieczyć majątek, zmniejszyć odpowiedzialność, czasem zmienić narrację tak, by sąd zobaczył pełniejszy obraz sytuacji. Moja praca polega na tym, by chaos zamienić w plan, a bezradność – w strategię.
Trzeba pamiętać, że przegrana sprawa to nie koniec świata. Prawo daje narzędzia, z których można korzystać – nie po to, by uciekać od odpowiedzialności, ale by przejść przez kryzys w sposób najmniej dotkliwy. Klienci często mówią mi: „Pani Mecenas, ja już wszystko straciłem”. A ja odpowiadam: „Nie, dopóki działamy wspólnie, mamy jeszcze możliwości”. W takiej sytuacji adwokat to nie tylko obrońca w sądzie, ale też architekt bezpieczeństwa. Czasem wygrywa się nie spektakularnym zwycięstwem, lecz tym, że uda się uratować to, co najważniejsze – spokój, rodzinę, dorobek. Nawet w najtrudniejszych sprawach, gdzie błędy klienta są oczywiste, zawsze szukam przestrzeni, w której można jeszcze coś ocalić. I właśnie dlatego warto mieć adwokata u swojego boku, zwłaszcza wtedy, gdy wydaje się, że wszystko jest stracone.
Adwokat broni nie czynu, lecz człowieka – jak Pani rozumie tę różnicę w praktyce swojej pracy?
To zdanie jest dla mnie jednym z fundamentów adwokatury. Czyn można ocenić, zmierzyć paragrafem, zakwalifikować do konkretnego przepisu. Człowiek nigdy nie mieści się w takiej ramie. Za każdym przewinieniem stoi historia – czasem dramatyczna, czasem banalna, ale zawsze ludzka. Broniąc człowieka, nie neguję faktów ani prawa – przypominam tylko, że nikt nie powinien być oceniany wyłącznie przez pryzmat jednego czynu czy jednej decyzji. W praktyce oznacza to, że moja praca to nie tylko analiza akt, ale też spotkanie z człowiekiem, który często czuje się zagubiony i osamotniony. Moim zadaniem jest pokazać sądowi, że po drugiej stronie paragrafu stoi ktoś, kto kocha, kto się boi, kto może błądzić – ale kto nadal ma prawo do obrony i do szacunku. W sądzie bronię prawa, ale jednocześnie bronię też godności osoby, która mi zaufała. Nie chodzi o to, by usprawiedliwiać czyny – prawo nie jest od usprawiedliwień. Chodzi o to, by pokazać pełny obraz człowieka, a nie tylko jeden wycinek. Jeden błąd nie definiuje całego życia. Jedna chwila słabości nie przekreśla lat pracy, miłości czy poświęceń. To właśnie ta różnica między czynem a człowiekiem – i to właśnie dzięki niej sprawiedliwość może być czymś więcej niż mechanicznie wydanym wyrokiem. Według mnie adwokat, który zapomina o tej różnicy, staje się jedynie technokratą prawa. A dla mnie prawo bez człowieka traci sens – staje się pustą literą. Dlatego kiedy mówię, że bronię człowieka, mam na myśli coś więcej, czyli staram się przywrócić w procesie element człowieczeństwa, bez którego żaden wymiar sprawiedliwości nie będzie naprawdę sprawiedliwy.

A gdzie dla Pani przebiega granica między etyką a skutecznością obrony?
Granica istnieje – i wbrew pozorom to ona daje siłę. Skuteczność bez zasad jest iluzją: można wygrać chwilowo, ale zapłacić za to później znacznie większą cenę – finansową, prawną, wizerunkową. Ja nie oferuję dróg na skróty, które kończą się w ślepym zaułku. Oferuję strategię, która daje realną ochronę – również w perspektywie lat. W praktyce oznacza to, że jeśli klient ma wiele do stracenia, czy to majątek, reputację, pozycję, to tym bardziej potrzebuje adwokata, który potrafi działać zdecydowanie, ale w granicach prawa. To właśnie wtedy ostrożność i etyka stają się sprzymierzeńcem, a nie ograniczeniem. Bo dobry prawnik nie tylko broni dziś – on planuje tak, by jutro klient mógł wciąż spokojnie prowadzić swoje życie i biznes.
Mam świadomość, że moi klienci przychodzą często z trudnymi historiami. Nie pytam ich, czy są bez winy – pytam, jak mogę ich ochronić i gdzie widzimy przestrzeń na obronę. Czasem najważniejsze jest uratowanie nie tyle „wygranej” w procesie, ile tego, co naprawdę ma znaczenie: bezpieczeństwa rodziny, majątku, reputacji. I w tym sensie etyka nie jest przeszkodą – jest gwarancją, że ta ochrona będzie trwała i skuteczna.
Adwokat, który potrafi być skuteczny w granicach prawa, to ktoś, kto naprawdę daje klientowi spokój. A w chwilach kryzysu właśnie spokój – obok majątku – jest najcenniejszym zasobem, jaki można ocalić.
Nie każdy jednak może spać spokojnie… Jakie błędy ludzie najczęściej popełniają, zanim trafią do adwokata?
Największym błędem jest wiara, że czas rozwiąże problem sam. Ludzie często czekają zbyt długo, zanim zdecydują się na rozmowę z prawnikiem – gromadzą emocje, popełniają pochopne decyzje, podpisują dokumenty, których skutków nie rozumieją. Czas działa wtedy przeciwko nim: dowody się rozmywają, świadkowie zapominają szczegóły, a emocje rosną do poziomu, w którym trudno rozmawiać o rozwiązaniu rozsądnym i eleganckim. Drugim błędem jest przekonanie, że adwokat „naprawi wszystko” w ostatniej chwili. Prawda jest taka, że dobra strategia zaczyna się nie na sali rozpraw, lecz w ciszy gabinetu – na etapie, gdy jeszcze można zapobiec eskalacji. To trochę jak w biznesie: jeżeli negocjacje prowadzi się z rozwagą od początku, nie trzeba później wydawać fortuny na gaszenie pożaru. Istotnym błędem, o którym rzadko się mówi, jest działanie pod wpływem emocji. Ludzie piszą impulsywne SMS-y, wygłaszają deklaracje, które później stają się dowodami w sprawie. Czasem jedna wiadomość wysłana o drugiej w nocy ma większy ciężar niż najlepsza mowa końcowa. A przecież wystarczyło wcześniej zadzwonić i zapytać mnie: „Co mam zrobić?”.
W mojej praktyce widzę jeszcze jedną rzecz – zbyt późne potraktowanie adwokata jako partnera strategicznego. Zamożni klienci często korzystają z doradców podatkowych, finansowych, inwestycyjnych, a o prawniku myślą dopiero w sytuacji kryzysowej. Tymczasem adwokat powinien być przy stole równie wcześnie jak doradca finansowy, bo decyzje biznesowe i rodzinne, które wydają się czysto życiowe, zawsze mają też wymiar prawny. Im szybciej klient to zrozumie, tym mniej dramatów będzie musiał przeżywać w sądzie.
Przy dzisiejszej technologii i tempie życia, jak widzi Pani rozwój zawodu adwokata? Jakie zmiany w prawie, w sądownictwie są dla Pani ważne?
Prawo zawsze było odbiciem rzeczywistości, ale nigdy jeszcze rzeczywistość nie zmieniała się tak szybko, jak dziś. Dostęp do wiedzy prawniczej jest prostszy niż kiedykolwiek – wystarczy kilka kliknięć, by znaleźć orzeczenia, wzory pism, a nawet wygenerować całą umowę przy pomocy sztucznej inteligencji. To imponujące i bez wątpienia zmieni sposób, w jaki działać będzie rynek usług prawnych. Ale trzeba jasno powiedzieć: dokument wygenerowany przez AI nie zastąpi człowieka, który rozumie kontekst, ryzyko i konsekwencje prawne. Umowa to nie zbiór paragrafów – to narzędzie, które ma chronić interesy konkretnej osoby, w jej konkretnych realiach biznesowych i rodzinnych. Algorytm nie zapyta, „jakie są Pani priorytety w negocjacjach”, nie zauważy, że pozornie neutralny zapis w praktyce oznacza utratę kontroli nad spółką czy dostępem do majątku. Tu właśnie widzę rolę adwokata – i tu widzę swoją przewagę. Ja nie tylko korzystam z technologii, by szybciej analizować dane, ale też tworzę strategię, która odpowiada na pytanie: „Co dla Pani/Pana naprawdę jest najważniejsze?”. Potrafię przełożyć przepisy na realny plan ochrony majątku, reputacji, przyszłości rodziny. To nie jest praca, którą można zautomatyzować, bo wymaga rozmowy, zrozumienia emocji i wyczucia, które przychodzi dopiero z doświadczeniem.
Dla moich klientów – osób świadomych swojej pozycji i tego, co mogą stracić – kluczowe jest nie to, by dokument wyglądał poprawnie, ale by działał wtedy, gdy przyjdzie czas próby. A tego żadna sztuczna inteligencja nie zagwarantuje. Wyróżnia mnie to, że potrafię łączyć świat nowych technologii z klasycznym warsztatem prawniczym i doświadczeniem procesowym. Innymi słowy – AI może napisać tekst, ale tylko adwokat, który rozumie człowieka i jego cele, może naprawdę go obronić.
Styl życia adwokata kojarzy się z ciągłym biegiem. W jaki sposób Pani odpoczywa i co jest dla Pani luksusem – czas, cisza, podróże, a może coś zupełnie innego?
Luksus dla mnie to coś znacznie więcej niż przedmioty – to przestrzeń, w której mogę na chwilę zatrzymać się i zobaczyć sprawy z innej perspektywy. W moim zawodzie czas to najcenniejsza waluta. Każdy dzień jest pełen spotkań, rozpraw, przygotowań, dlatego prawdziwym luksusem staje się chwila ciszy, w której mogę usłyszeć własne myśli. Podróże są dla mnie drugim wymiarem luksusu – nie w sensie odległości, ale jakości doświadczenia. To może być kameralny spacer po uliczkach europejskiego miasta, gdzie historia miesza się z kulturą, albo wizyta w miejscu, które pozwala odciąć się od codzienności i zanurzyć w innym rytmie życia. Takie chwile uczą pokory, a jednocześnie dają inspirację, którą później przenoszę na salę sądową – bo tam również liczy się perspektywa i umiejętność spojrzenia na sprawę szerzej.
Jednak najbardziej luksusowe są dla mnie spotkania z ludźmi, którzy mają pasję i siłę, by tworzyć. To może być rozmowa z klientem, który buduje firmę od podstaw, albo przyjacielskie spotkanie przy stole, gdzie rodzą się pomysły i refleksje. Luksus to niekoniecznie złoto i marmur – to możliwość wyboru, by otaczać się tym, co ma sens i wartość. W gruncie rzeczy luksus to dla mnie wolność: decydowania, jak spędzam czas, z kim go dzielę i które sprawy wybieram, by się nimi zajmować. I to właśnie staram się osiągnąć – zarówno dla siebie, jak i dla moich klientów, bo często w ich życiu proces to właśnie walka o wolność.