PRZEMYSŁAW KIELISZEWSKI | Teatr powinien poruszać człowieka i zostawiać w nim emocje

Materiał promocyjny
Teatr Muzyczy w Poznaniu Przemysław Kieliszewski


Teatr Muzyczny w Poznaniu od lat udowadnia, że musical może być czymś znacznie więcej niż tylko rozrywką. To miejsce, w którym spotykają się emocje, historia, współczesność i opowieści bliskie człowiekowi – zarówno te lekkie i pełne humoru, jak i głęboko poruszające. Rok jubileuszu 70-lecia Teatru Muzycznego w Poznaniu jest dla tej sceny momentem szczególnym. To czas podsumowań, refleksji i patrzenia w przyszłość – zwłaszcza że równolegle powstaje nowa, imponująca siedziba teatru, która ma szansę stać się jednym z najważniejszych miejsc na kulturalnej mapie Polski. O historii teatru, kulisach tworzenia repertuaru, emocjach widzów, nowej siedzibie i artystycznych planach rozmawiam z Przemysławem Kieliszewskim – dyrektorem Teatru Muzycznego w Poznaniu, który od 2013 roku konsekwentnie buduje markę tej sceny, łącząc ambitny repertuar z otwartością na szeroką publiczność. W naszej rozmowie opowiada nie tylko o teatrze i wielkich musicalowych produkcjach, ale także o inspiracjach, pasji do muzyki i o miejscu, które – jak sam mówi – stało się projektem jego życia.

Rozmawia: Magdalena Ciesielska, zdjęcia: Dawid Staube, Grzegorz Dembiński

Czy odkrywanie rodzinnych historii wpłynęło na sposób, w jaki dziś patrzysz na historię miasta Poznania i na wspólną tożsamość?


PRZEMYSŁAW KIELISZEWSKI: Mój pradziadek był robotnikiem, ale mimo to dbał o edukację i rozwój swoich dzieci – mojego dziadka posyłał na lekcje skrzypiec. Dziadek uczył się grać na skrzypcach, a później ukończył studium nauczycielskie. Pracował jako nauczyciel przyrody i geografii w gimnazjum księdza Piotrowskiego przy ulicy Głogowskiej w Poznaniu. Był też bardzo zaangażowanym harcerzem – nie pełnił funkcji komendanta, ale odgrywał w harcerstwie ważną rolę organizacyjną. Podobnie jak jego brat Mieczysław, który działał w Szarych Szeregach. Trafił za to do Gross Rosen.

Kilka lat temu, jeszcze przed pandemią, odezwał się do mnie jeden z uczniów mojego dziadka, pan Jerzy Ziołecki. Przyniósł gazetę harcerską z 1939 roku, którego wcześniej nie mieliśmy w rodzinnych zbiorach. Na przedostatniej stronie znajdował się tekst napisany przez mojego dziadka – wspomnienie obozów harcerskich w Spale, na które jeździł z młodzieżą. Wyraźnie czuć było w nim patriotycznego ducha tamtych czasów. Może jeszcze nie przeczuwano II wojny światowej, ale napięcie było już obecne. Mój dziadek Franek jako dziesięciolatek witał w 1918 roku Ignacego Jana Paderewskiego podczas jego przyjazdu do Poznania. Z kolei w czasie zamachu majowego w 1926 roku, mając osiemnaście lat, zgłosił się do wojska i ruszył bronić legalnego rządu przed siłami Piłsudskiego.
Takie historie stały się dla mnie inspiracją podczas współtworzenia scenariusza jubileuszowego spektaklu „Rewolta”, opowiadającego o Poznańskim Czerwcu’56, czy tłumaczenia piosenek do musicalu „Virtuoso”, poświęconego Ignacemu Janowi Paderewskiemu. Niezależnie od tego, czy są to wielkie wydarzenia, czy pozornie drobne rodzinne historie – warto je znać i pielęgnować.

Ukończyłeś Wydział Prawa UAM, a jednocześnie od lat jesteś związany z muzyką i teatrem. Wygląda na to, że od początku rozwijałeś się w kilku kierunkach jednocześnie.

Nie wiem, czy można mówić o szczególnym talencie muzycznym (śmiech), ale rzeczywiście muzyka była bardzo ważną częścią mojego życia. Kiedy zacząłem w domu coraz głośniej deklarować, że chciałbym zostać piłkarzem, moja mama postanowiła opracować własną strategię działania. (śmiech) W porozumieniu z moją chrzestną, która jest muzykiem i przygotowywała mnie do edukacji muzycznej, zapisano mnie do szkoły chóralnej profesora Kurczewskiego. Grałem też w dziecięcej obsadzie spektaklu „Dookoła Karuzeli” w reżyserii Krzysztofa Deszczyńskiego. Ukończyłem pierwszy stopień szkoły muzycznej, a później przez trzy lata liceum pobierałem prywatne lekcje u profesorów Akademii Muzycznej. Właściwie byłem już przyjęty na Wydział Wokalno-Aktorski. W tamtym czasie byłem przekonany, że zostanę śpiewakiem operowym. Życie potoczyło się jednak inaczej, bo mój ojciec postawił sprawę jasno – powiedział, że mogę rozwijać swoje pasje, ale powinienem zdobyć konkretny zawód. Dlatego wybrałem prawo. Dziś jestem mu za to bardzo wdzięczny. Choć nie wykonuję zawodu prawnika, studia dały mi wiedzę, dyscyplinę i umiejętności, które z czasem okazały się niezwykle przydatne w pracy w teatrze.

Teatr Muzyczny w Poznaniu obchodzi w tym roku piękny jubileusz 70-lecia. Czym ten moment jest dla Ciebie jako dyrektora, który kieruje sceną od 2013 roku?

Myślę, że każdy jubileusz jest przede wszystkim momentem refleksji – nad tym, w jakim miejscu dziś jesteśmy i jaką drogę przeszliśmy, żeby się tutaj znaleźć. To naturalny czas spojrzenia wstecz, czas podsumowań i zastanowienia się nad tym, co udało się zostawić po sobie. Sam zresztą nie zdawałem sobie sprawy, ile w tym czasie się wydarzyło. Dopiero podczas jednego z wywiadów redaktorka Agnieszka Nawrocka zapytała mnie: „Ty wiesz w ogóle, ile zrobiłeś premier?”. Odpowiedziałem, że nigdy tego nie liczyłem. A ona mówi: „Trzydzieści”. Byłem kompletnie zaskoczony. Myślałem, że może dwadzieścia, dwadzieścia dwie. Człowiek jest tak skupiony na pracy i kolejnych projektach, że nawet nie zauważa, kiedy mijają lata.

Bardzo zależało mi na tym, żeby jubileusz miał również wymiar symboliczny i był związany z nową siedzibą teatru. Dlatego zdecydowaliśmy się na wmurowanie kamienia węgielnego. Ta uroczystość odbyła się 26 maja br., nieprzypadkowo w Dzień Matki. To był niezwykle poruszający moment. Podczas koncertu, wieńczącego Galę Jubileuszową dla byłych i obecnych pracowników i artystów teatru wystąpiła Natalia Kukulska. Wykonała wtedy utwór swojej mamy „Radość najpiękniejszych lat”. Chociaż na co dzień tego nie robi, dla nas zrobiła wyjątek. Dla mnie było to ważne także osobiście. Myślałem oczywiście o własnej mamie, ale też o wszystkich ludziach, którzy przez lata stawali się kamieniem węgielnym tego teatru. O wszystkich, którzy pracowali tutaj od 1956 roku z nadzieją, że obecna siedziba jest tylko tymczasowa i że kiedyś doczekają się nowego teatru, o którym mówiło się właściwie od samego początku istnienia tej sceny. Dlatego ogromnie cieszy mnie fakt, że dzięki determinacji wielu osób udało się doprowadzić do momentu, w którym naprawdę powstaje nowa siedziba.

Teatr Muzyczny w Poznaniu
Wizualizacja nowej siedziby Teatru Muzycznego

Przejście z kameralnej siedziby przy ulicy Niezłomnych do nowego, imponującego gmachu będzie dla teatru ogromną zmianą – i zapewne wielkim przeżyciem.

Mam poczucie, że przez wszystkie te lata jako zespół nieustannie staraliśmy się „zasłużyć” na ten teatr. Pracowaliśmy w bardzo skromnych warunkach – w budynku dawnego Domu Żołnierza – a jednocześnie robiliśmy wszystko, by stworzyć z tego miejsca prawdziwą przestrzeń teatralną. Staraliśmy się ją upiększać, dostosowywać do potrzeb widzów, sprawiać, by publiczność czuła się tutaj dobrze i zapominała, że to miejsce pierwotnie nie było projektowane jako teatr.

Dziś, z perspektywy czasu, widzę w ludziach, którzy tu pracują, ogromną skromność. Mam też przekonanie, że te trudniejsze warunki mocno nas ukształtowały. Dzięki nim nie „odlecieliśmy”, pozostaliśmy blisko siebie i blisko widza. Taka postawa jest zresztą bardzo bliska mojej własnej filozofii. Czasami właśnie w trudnych warunkach człowiek buduje swoją największą siłę. A my przechodzimy dziś prawdziwie rewolucyjną zmianę – z niespełna 1500 metrów kwadratowych przeniesiemy się do przestrzeni liczącej ponad 20 tysięcy metrów kwadratowych. Powstanie największy teatr muzyczny w Polsce – z ogromną widownią, nowoczesną sceną główną, małą sceną, przestrzeniami przeznaczonymi do prób, działalności edukacyjnej i wydarzeń społecznych. Chcemy, by było to miejsce otwarte dla mieszkańców Poznania – przestrzeń dla spektakli, koncertów, kongresów i spotkań. Miejsce, w którym będzie tętniło życie miasta.


Myślę, że to wszystko jest efektem ogromnej pracy i pokory wielu pokoleń ludzi, którzy oddali temu miejscu swoją energię, pasję i często całe swoje życie. Tworzyli teatr mimo ograniczeń i warunków, które nieraz wydawały się niewystarczające do realizowania ambitnych artystycznych marzeń. Szczególnie w ostatnich latach bardzo świadomie budowaliśmy jakość – chcieliśmy tworzyć teatr z pasją, dający ludziom emocje, wzruszenia i poczucie prawdziwego spotkania ze sztuką. I mam nadzieję, że właśnie to udało się osiągnąć.

Obserwujesz te emocje i wzruszenia na widowni podczas spektakli?

Oczywiście. Bardzo lubię usiąść z boku sali, na swoim miejscu obok filaru, i po prostu patrzeć na reakcje publiczności. To dla mnie jeden z najważniejszych momentów. Kiedy widzę łzy wzruszenia, spontaniczny śmiech albo ludzi, którzy całym sobą przeżywają to, co dzieje się na scenie, mam poczucie ogromnej satysfakcji. Właśnie dla takich chwil tworzy się teatr.

Teatr Muzyczny w Poznaniu

Wystawiacie spektakle, które naprawdę poruszają – „Virtuoso”, „Rewolta”, „Irena” czy „Drogi Evanie Hansenie”. To przedstawienia dotykające bardzo głębokich, ludzkich emocji. Jak z Twojej perspektywy, na przestrzeni dekad, zmieniał się Teatr Muzyczny w Poznaniu i w jakim kierunku dziś zmierza?

Przez wiele lat teatr muzyczny był dla mnie trochę terra incognita. Fascynowała mnie przede wszystkim opera, muzyka klasyczna i dawna – to były przestrzenie, którymi żyłem i które mnie naprawdę pasjonowały. Przez pewien czas bliska była mi także gitara klasyczna, zresztą przez lata organizowałem festiwal gitarowy.
To, co z czasem najbardziej urzekło mnie w Teatrze Muzycznym w Poznaniu, to jego niezwykła współczesność. Oczywiście jest to gatunek mocno związany z popkulturą – bardzo popularny i szeroko dostępny – ale właśnie dzięki temu pozostaje tak bliski ludziom. Jest demokratyczny, otwarty, praktycznie przeznaczony dla każdego. Mam poczucie, że właśnie tutaj najmocniej realizuje się dziś podstawowa funkcja teatru, czyli doświadczenie katharsis. To połączenie słowa, muzyki, śpiewu i emocji działa niezwykle intensywnie. Zresztą już teatr antyczny opierał się na integracji tych elementów – Grecy doskonale wiedzieli, że właśnie w takim połączeniu człowiek najpełniej może zobaczyć samego siebie, przeżyć emocje, odreagować, zatrzymać się na chwilę i coś w sobie przepracować.
Czasem mam wrażenie, że we współczesnym teatrze – nie tylko muzycznym – zaczyna brakować prawdy. Być może dlatego, że zbyt mocno uciekamy od prostych, autentycznych emocji.

Teatr Muzyczny w Poznaniu
Wizualizacja foyer

A przecież tu chodzi zarówno o szczerość emocji, jak i o przestrzeń do własnej interpretacji – żeby widz mógł odnaleźć w spektaklu coś osobistego, przełożyć te historie na własne doświadczenia.

Tak, absolutnie się z tym zgadzam. Nasz Teatr Muzyczny daje przestrzeń do tego, by mówić o rzeczach ważnych w sposób bezpośredni i szczery. Bo nawet spektakle, które z pozoru wydają się lekkie czy komediowe, niosą bardzo głęboki przekaz. „Zakonnicę w przebraniu” można sprowadzić do historii rozśpiewanych kobiet i dobrej zabawy, ale tak naprawdę to opowieść o przyjaźni, lojalności, wspólnocie i relacjach między ludźmi. Z kolei „Pani Doubtfire” poprzez komediową formę opowiada przecież o dojrzewaniu do ojcostwa i odpowiedzialności za rodzinę.
Okazuje się, że obok lekkich i komediowych historii jest tu także miejsce na opowieści bardzo trudne i głęboko poruszające. Tak było choćby w przypadku „Ireny” – spektaklu poświęconego holokaustowi i Irenie Sendlerowej. To kolejna ważna odsłona naszej polskiej tożsamości, o której chcieliśmy opowiedzieć językiem emocji i bliskości. Są w tym spektaklu sceny, które za każdym razem działają niezwykle mocno. Kiedy aktor grający Korczaka bierze na ręce dziecko i wnosi je do wagonu jadącego do Treblinki, czuję, jak cała widownia wstrzymuje oddech. Słychać łkanie, emocje są niemal namacalne.

Obok wszystkich tych tytułów trudno nie wspomnieć także o „Virtuoso”. Udało się Wam opowiedzieć historię Ignacego Jana Paderewskiego w niezwykle świeży i poruszający sposób.

I co ważne – opowiedzieć ją lekko, przystępnie i bardzo współcześnie. Ogromna w tym zasługa amerykańskich twórców, którzy przygotowali ten spektakl dla nas i reżysera Jerzego Jana Połońskiego. Paderewski funkcjonuje w naszej świadomości głównie jako postać z pomników i podręczników – „ojciec niepodległości”, premier, wielki patriota. A tutaj nagle widzimy człowieka z krwi i kości.
„Virtuoso” jest w dużej mierze spektaklem biograficznym, bardzo wiernie opowiadającym jego historię, ale jednocześnie robi to w lekkiej, musicalowej formule. Pokazuje drogę człowieka, który właściwie od zera stał się jednym z najbogatszych, najbardziej rozpoznawalnych i wpływowych artystów swoich czasów. Paderewski był wtedy prawdziwą światową gwiazdą – człowiekiem mającym dostęp do najważniejszych polityków świata, w tym prezydentów Stanów Zjednoczonych. I to właśnie dzięki jego pozycji oraz relacjom możliwe było m.in. uwzględnienie sprawy polskiej w słynnym 13. punkcie orędzia Wilsona, a później także podczas rozmów prowadzących do traktatu wersalskiego.
I my tę ogromną historię Polski opowiadamy w dwie i pół godziny – w sposób atrakcyjny, emocjonalny i zrozumiały dla współczesnego widza. Bardzo lubię moment, kiedy ludzie po spektaklu zaczynają patrzeć na Paderewskiego inaczej i mówią: „To był właściwie człowiek formatu dzisiejszej światowej supergwiazdy”. I chyba właśnie o to chodzi – żeby wydobywać z historii takie postaci i takie wartości, które nadal mogą inspirować współczesnych ludzi.

Czy można powiedzieć, że to właśnie „Virtuoso” i historia I. J. Paderewskiego odegrały ważną rolę w drodze do budowy nowego teatru?

Myślę, że gdyby nie „Virtuoso”, być może nie mielibyśmy dziś finansowania z Ministerstwa Kultury. To był projekt wyjątkowy również dlatego, że wyrósł z konkursu na musical o Ignacym Janie Paderewskim, który został ogłoszony przez Instytut Adama Mickiewicza z inicjatywy ówczesnego ministra kultury Piotra Glińskiego. W jego realizację i promocję zaangażowanych było wiele osób, w tym także Jadwiga Emilewicz. Uważam, że warto doceniać ludzi, którzy – niezależnie od politycznych podziałów – realnie przyczynili się do rozwoju kultury i zrobili coś ważnego dla Poznania. Dzięki temu mogliśmy stworzyć spektakl, który później prezentowaliśmy również w Warszawie, w Teatrze Dramatycznym decyzją ministra. Gdy stworzyliśmy ten spektakl, czuł się on też jego „współtwórcą”.
Mam poczucie, że I. J. Paderewski stał się dla nas symbolem pewnego sposobu myślenia – ponad podziałami, ponad bieżącą polityką. W spektaklu jest scena, w której Piłsudski pyta Paderewskiego: „To kogo pan właściwie popiera, maestro?”. A on odpowiada: „Moją partią jest Polska”. I to zdanie bardzo mocno ze mną rezonuje. Bo przecież budowa nowego teatru to coś znacznie większego niż tylko inwestycja infrastrukturalna. Robimy coś ważnego nie tylko dla samego teatru, ale dla całego Poznania i – mam nadzieję – także dla polskiej kultury.

Teatr Muzyczny w Poznaniu

Czyli powstaje właśnie największy teatr muzyczny w Polsce. Sądzisz, że nowej siedziby będą Wam zazdrościć nie tylko inne sceny, ale także widzowie z całego kraju?


Poznań rzeczywiście przespał moment największych inwestycji infrastrukturalnych. Paradoksalnie jednak to, co czasem było nam wytykane jako opóźnienie, dziś działa na naszą korzyść. Technologia rozwija się w niesamowitym tempie i dzięki temu możemy wdrażać rozwiązania absolutnie najnowocześniejsze. Jeszcze dwa tygodnie temu byłem w Londynie, a nasi współpracownicy niedawno wrócili z San Francisco, gdzie analizowaliśmy najnowocześniejsze systemy nagłośnienia immersyjnego. Teatr powstaje w formule „doprojektuj i wybuduj”, co oznacza, że wiele kluczowych decyzji technologicznych podejmujemy dopiero teraz – na etapie, kiedy dostępne są najbardziej zaawansowane rozwiązania na świecie.
Mówimy o technologii, która całkowicie zmienia sposób odbierania spektaklu. To już nie jest klasyczne stereo. Dźwięk dosłownie otacza widza i sprawia wrażenie absolutnie naturalnego. Słyszymy dokładnie, z którego miejsca na scenie dochodzi głos czy muzyka.
Ponadto aktorzy będą wyposażeni nie tylko w mikroporty, ale także specjalne trackery. Dzięki temu zarówno światło, jak i system nagłośnienia będą śledzić ich ruch na scenie w czasie rzeczywistym. Jeśli aktor śpiewa z tyłu sceny, widz – niezależnie od miejsca na widowni – będzie miał wrażenie, że dźwięk rzeczywiście dochodzi właśnie stamtąd. To rozwiązania, które dopiero wchodzą do Polski. Mam poczucie, że technologicznie wyprzedzimy inne miejsce o co najmniej kilkanaście lat i że przez długi czas trudno będzie nas dogonić.

Niewątpliwie nowa siedziba teatru to benefity dla całego miasta.

Wierzę, że ludzie będą przyjeżdżać do Poznania specjalnie po to, by doświadczyć tego teatru. I to ma ogromne znaczenie nie tylko dla samej kultury. Jeśli będziemy obsługiwać około 300 tysięcy widzów rocznie, skorzysta na tym całe miasto – hotele, restauracje, lokalni przedsiębiorcy. Teatr Muzyczny może stać się jednym z najważniejszych impulsów rozwoju turystyki typu city break w Poznaniu.
Oczywiście stolica Wielkopolski już dziś ma ogromne historyczne i kulturowe atuty, ale nowy teatr będzie kolejnym mocnym powodem, by tu przyjechać. Tym bardziej, że turystyka musicalowa rozwija się w Polsce bardzo dynamicznie. Nowa siedziba teatru może więc realnie wpłynąć na gospodarczy rozwój miasta. Skala tego oddziaływania będzie ogromna, choć sam czasami jeszcze próbuję sobie wyobrazić, jak bardzo zmieni to codzienne funkcjonowanie tej części Poznania. Staramy się to przewidywać i projektować, ale proszę sobie wyobrazić choćby zwykłą sobotę: dwa duże spektakle – jeden o godzinie 15:00, drugi o godzinie 19:00. Do tego przedstawienie na małej scenie. To oznacza, że w jednym czasie w tej okolicy pojawi się nawet około trzech tysięcy osób. I to nie będą wyłącznie mieszkańcy centrum miasta. Wielu widzów przyjedzie specjalnie spod Poznania, z regionu, a często także z innych części Polski. Tacy goście chcą coś zjeść, gdzieś przenocować, spędzić czas w mieście, skorzystać z innych atrakcji i usług. To uruchamia cały lokalny ekosystem. Oczywiście Poznań ma już duże obiekty – jak Aula Uniwersytecka czy Sala Ziemi – ale Teatr Muzyczny trafia do bardzo szerokiej i specyficznej grupy odbiorców. To inny rodzaj uczestnictwa w kulturze i inny model miejskiej aktywności.

Czy jest jakiś element w projekcie nowej siedziby teatru, z którego jesteś szczególnie dumny?

Ogromne wrażenie robi cała technologia sceniczna i możliwości, jakie nowy teatr będzie dawał pod względem realizacji spektakli czy wydarzeń. O tym mógłbym opowiadać godzinami. (śmiech) Ale jeśli miałbym wskazać coś naprawdę wyjątkowego, to powiedziałbym o idei otwartości tego miejsca.
Bardzo zależało nam na tym, żeby nowy teatr nie był budynkiem otwieranym tylko na czas spektakli. Od kilku czy kilkunastu lat w nowoczesnym myśleniu o architekturze publicznej coraz ważniejsze staje się tworzenie przestrzeni żyjących przez cały dzień – dostępnych, otwartych i zapraszających mieszkańców do środka. I właśnie taki ma być nasz teatr.

W Poznaniu wciąż niewiele jest miejsc funkcjonujących w ten sposób. Świetnym przykładem jest Centrum Kultury Zamek, które również otworzyło się na mieszkańców, choć monumentalna architektura nadal tworzy pewien dystans. My chcemy pójść jeszcze krok dalej. Nasze ogromne, przeszklone foyer ma być naturalnym przedłużeniem miasta. Wyobrażam sobie, że będzie to przestrzeń, do której można po prostu wejść – niekoniecznie od razu na spektakl. Miejsce spotkań, odpoczynku, pracy czy chwili zatrzymania w centrum miasta. Być może stanie się nawet czymś w rodzaju eleganckiej poczekalni dla osób podróżujących koleją czy autobusami, bo przecież teatr powstaje tuż obok dworca. Planujemy stworzenie tam Centrum Informacji Miejskiej, bo właśnie tutaj będzie zaczynał się szlak zwiedzania dla turystów, przyjeżdżających do Poznania.
Będzie tu również kawiarnia, restauracja, księgarnia – być może muzyczna – a całość uzupełnią dzieła sztuki i starannie zaprojektowane wnętrza, nad którymi właśnie pracujemy. Chcemy stworzyć miejsce estetyczne, przyjazne i pełne dobrej energii, do którego można wejść choćby na chwilę – napić się kawy, poczekać na pociąg, spotkać się z kimś albo usiąść z komputerem i popracować. Takie miejsca są dziś bardzo potrzebne i cieszę się, że właśnie taki charakter nadajemy foyer teatru.

Teatr Muzyczny w Poznaniu
Wizualizacja sala główna

Wracając jeszcze do jubileuszu – przygotowaliście dla publiczności wyjątkowy spektakl „Rewolta”. To bardzo poruszające przedstawienie. Co ono daje widzowi?

Właśnie dzięki takim projektom jeszcze mocniej zafascynowałem się teatrem muzycznym. Bo okazuje się, że w tym gatunku można opowiedzieć zarówno o totalitaryzmie, jak w „Kombinacie”, jak i o tak ważnych wydarzeniach historycznych jak Poznański Czerwiec ’56 – i powiązać to z piosenkami Maanamu. Pracując nad „Rewoltą”, sam zacząłem dużo głębiej wchodzić w historię i literaturę dotyczącą tamtych wydarzeń. I zrozumiałem, że obok tego, iż jesteśmy pierwszą stolicą Polski, mamy groby pierwszych królów czy pamięć o zwycięskim Powstaniu Wielkopolskim, właśnie Czerwiec ’56 jest dla poznaniaków jednym z najważniejszych doświadczeń tożsamościowych. To taki nasz trzeci wielki mit założycielski współczesnego Poznania.
W „Rewolcie” próbujemy na naszej kameralnej scenie oddać skalę tamtych wydarzeń – tych stu tysięcy ludzi na ulicach, atmosferę marszu, emocje protestu, nawet charakterystycznych robotniczych butów – okuloków. To są obrazy niezwykle mocne.

Po premierze mój ojciec spisał swoje wspomnienia z tamtego okresu – to bardzo osobista relacja. A podczas samej premiery na widowni siedzieli potomkowie ofiar Poznańskiego Czerwca. I wielu z nich powiedziało nam po spektaklu, że to najmocniejsze i najprawdziwsze przedstawienie o tych wydarzeniach, jakie kiedykolwiek widzieli. Bo sztuką jest nie tylko opowiedzieć historię, ale wywołać emocje, wzruszenie, poczucie wspólnego przeżycia.

Teatr Muzyczny, który tworzycie jako zespół, jest trochę jak mozaika albo witraż – pełen różnych historii, emocji i tematów. I każdy widz może odnaleźć w nim własny kolor, własną opowieść czy coś bardzo osobistego.

Bardzo Ci dziękuję za te słowa, bo rzeczywiście jest mi to niezwykle bliskie. Nawet nasze logo – choć być może wkrótce się zmieni – przez lata miało w sobie właśnie taki symboliczny wymiar. Było zbudowane wokół kształtu serca, a pojawiające się w nim kolorowe gwiazdy tworzyły pewnego rodzaju mozaikę różnych emocji, historii i światów, które pokazujemy na scenie. I rzeczywiście taki jest nasz teatr. Za chwilę gramy „Panią Doubtfire”, później pojawi się „Dracula”, czyli musicalowy horror, a następnie planujemy spektakl o Annie Jantar – poznaniance, postaci mocno zakorzenionej w lokalnej historii i emocjach mieszkańców. To ogromny przywilej móc tworzyć repertuar tak różnorodny.
Mam też szczęście do ludzi i współpracowników, ale właściwie nie ma premiery, której bym na swój sposób nie kochał. Oczywiście jedne spektakle są mi bliższe, inne dalsze, ale każda z tych historii była po coś, była potrzebna. Każda znalazła swoje miejsce w repertuarze i spełniła ważną rolę – zarówno dla teatru, jak i dla widzów.

Teatr Muzyczny w Poznaniu

Ulubione tytuły, spektakle bliskie Twemu sercu? Czyli…

To wcale nie jest takie proste pytanie. (śmiech) Rzeczywiście ostatnio coraz częściej myślę, że „Rewolta” zaczyna wysuwać się na pierwsze miejsce. Ale z drugiej strony „Jekyll & Hyde” był dla mnie absolutnym przełomem. To był moment, kiedy poczuliśmy, że Teatr Muzyczny może wejść na zupełnie nowy poziom artystyczny i produkcyjny. Bardzo bliska była mi też „Evita”, a później ogromnie ważnym spektaklem okazał się „Footloose”. No i „Nine” – po prostu uwielbiałem ten spektakl. Trafił do mnie idealnie, bo realizowaliśmy go akurat wtedy, kiedy sam wchodziłem w czterdziesty rok życia. To była niezwykła opowieść o kryzysie wieku średniego, o mężczyźnie próbującym poukładać swoje emocje, relacje i własną tożsamość. Fellini przeniesiony na scenę teatru muzycznego. Każdy z tych spektakli był dla mnie ważny z innego powodu i pewnie jeszcze kilka tytułów mógłbym tu wymienić.

Żyjesz Teatrem Muzycznym – to widać i czuć. Żyjesz także wizją nowej siedziby, a jednocześnie wciąż organizujesz koncerty i wydarzenia na ogromną skalę. Potrafiłbyś robić coś innego?

Rzeczywiście przez te ostatnie lata wydarzyło się naprawdę bardzo dużo. W międzyczasie zrealizowaliśmy ogromne koncerty i projekty – od występu Plácido Domingo w 2014 roku, przez „Jesus Christ Superstar” na stadionie, aż po koncert Andrei Bocellego z okazji stulecia Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, który współorganizowaliśmy razem z Agencją Prestige MJM. Do tego dochodzą festiwale (Paderewski Festival i festiwal Czas na Teatr, Next Fest) i wiele innych przedsięwzięć, więc czasami myślę, że moi współpracownicy muszą mieć sporo cierpliwości do mnie. (śmiech) Oni chyba także lubią tę różnorodność i energię ciągłego tworzenia.
A czy potrafiłbym robić coś innego? Trudno mi dziś to sobie wyobrazić. To jest chyba projekt mojego życia, przynajmniej zawodowo. Nigdy nie zakładałem, że będę uczestniczył w czymś tak wielkim – że będę współtworzył teatr, który przejdzie taką drogę i stanie się ważnym miejscem na kulturalnej mapie Polski. Czuję ogromną satysfakcję i wdzięczność, że tworzymy zgrany zespół i że budujemy największy teatr muzyczny w Polsce.

A jeśli chodzi o samo zarządzanie teatrem – co jest dziś najtrudniejsze, co stanowi największe wyzwanie?

W obecnej siedzibie największym wyzwaniem są oczywiście ograniczenia techniczne i przestrzenne, z którymi mierzymy się właściwie każdego dnia. Ale myślę, że trudność leży też gdzie indziej – w umiejętności powiedzenia sobie „stop”. W uznaniu, że czegoś jest już po prostu za dużo. Być może to również cecha naszego pokolenia – takiej potrzeby ciągłego udowadniania, że potrafimy, że możemy więcej, że skoro pojawiają się możliwości, to trzeba spróbować wszystkiego i wykorzystać każdą szansę. Czasami, kiedy siadamy razem z moimi zastępcami czy całym kierownictwem, uświadamiamy sobie skalę tego, co robimy. Bywa, że wydaje się już, iż więcej naprawdę nie da się zmieścić. A potem okazuje się, że jeden festiwal się udał, drugi również, regenerujemy siły i znowu pojawiają się kolejne pomysły i nowe projekty.

Natomiast dziś największym wyzwaniem jest już przede wszystkim myślenie o nowej siedzibie. Bo repertuar mamy właściwie zaplanowany do 2028 roku. Wiemy, jakie premiery chcemy realizować, myślimy także o wyjazdach do innych miast, aby poprzez nasze spektakle zapraszać ludzi do Poznania i pokazywać, że powstaje tutaj coś naprawdę wyjątkowego. Dlatego ogromną część naszej energii poświęcamy obecnie na budowanie strategii funkcjonowania nowego teatru – sposobu zarządzania przestrzenią, zespołami i całym organizmem, który będzie większy niż obecnie. Dajemy sobie na to dwa, może dwa i pół roku, bo wiele rzeczy zweryfikuje się dopiero w praktyce. Już dziś wiemy, że będziemy działać zupełnie inaczej niż teraz – równolegle na dużej i małej scenie, czasem być może grając nawet trzy czy cztery spektakle dziennie. To oznacza ogromne wyzwania organizacyjne: przepływ publiczności, logistyka pracy zespołów, liczba zatrudnionych osób, nowe modele pracy, koszty funkcjonowania zestawione z przychodami z biletów. To są kwestie, nad którymi bardzo intensywnie dziś pracujemy.
Poza budową nowej siedziby, co jest największym osiągnięciem Teatru Muzycznego w Poznaniu?
Myślę, że jednym z największych osiągnięć było przede wszystkim zbudowanie zespołu. W pewnym sensie stworzyliśmy nowy teatr – częściowo oparty na osobach, które pracowały tutaj wcześniej, ale jednocześnie otwarty na nowych ludzi, nowe energie i nowe myślenie o teatrze muzycznym. To wspólny wysiłek wielu osób. Dzięki temu udało się stworzyć repertuar i spektakle na naprawdę wysokim poziomie artystycznym. I to jest coś, czego nikt nam już nie odbierze – ten dorobek, emocje, historie i relacje z widzami, które przez te wszystkie lata zbudowaliśmy.
Oczywiście nowa siedziba jest czymś absolutnie wyjątkowym, ale mam poczucie, że jej znaczenie wykracza daleko poza sukces samego teatru. Prawdziwą skalę tego sukcesu zobaczymy dopiero za kilka lat – kiedy zarówno teatr, jak i Poznań zaczną korzystać z potencjału tego miejsca. Czasem mówię, że domkniemy rewitalizację ulicy Święty Marcin – ale w wymiarze społecznym. Najważniejsze jest to, że nowy Teatr Muzyczny stanie się właśnie takim magnesem przyciągającym poznaniaków, turystów i osoby przyjeżdżające do miasta.

Wspomniałeś już o nowym sezonie i planach teatru – o premierze „Pani Doubtfire” zaplanowanej na 12 września, o „Draculi”, którego premiera odbędzie się w lutym 2027 roku. Pojawi się też projekt, który szczególnie ucieszy poznaniaków – spektakl poświęcony Annie Jantar – opowiedz, proszę, więcej o nim.

To będzie projekt bardzo szczególny i niezwykle emocjonalny. Już wkrótce rozpoczynamy ogólnopolski casting do głównej roli. W ten spektakl bardzo mocno zaangażowała się Natalia Kukulska, która wspólnie z Ałbeną Grabowską napisała scenariusz opowiadający o swoich rodzicach.
Będziemy wspólnie uczestniczyć w procesie castingu i szukać osoby, która wcieli się w rolę nie tylko wokalnie, ale także emocjonalnie. Premiera została zaplanowana na 11 września 2027 roku. Powstają aranżacje piosenek do spektaklu. Pracują nad nimi Michał Dąbrówka – mąż Natalii Kukulskiej – oraz ich syn Jan Dąbrówka. Mamy już skompletowany zespół realizatorów. W praktyce przygotowujemy dziś równolegle aż trzy premiery, czego wcześniej w historii tego teatru właściwie nie było. Myślimy już bardzo daleko do przodu. A potem przyjdzie moment przeprowadzki do nowej siedziby i przygotowań do pierwszej premiery w nowym teatrze, na początku 2029 roku.
Przemku, czego życzysz sobie, zespołowi teatru i publiczności w tym jubileuszowym roku?
Chciałbym przede wszystkim, żebyśmy nie stracili radości z tego, co robimy. Żeby ta pasja cały czas w nas była. Bo kiedy teatr tworzy się szczerze, widzowie to natychmiast czują i odbierają bardzo emocjonalnie. Życzę nam również, żebyśmy nie utracili tej niezwykłej więzi z publicznością, którą udało się przez lata zbudować. Żebyśmy nadal chcieli tworzyć teatr poruszający, ważny, taki, który zostawia w człowieku emocje i refleksję.
I żebyśmy nie zgubili poczucia misji – tego przekonania, że teatr może opowiadać o rzeczach naprawdę istotnych. Tak jak stało się to choćby w przypadku „Rewolty”, która – z tego, co widzę i słyszę – stała się dla wielu poznaniaków spektaklem niezwykle ważnym tożsamościowo.

Dołączam się do tych życzeń.

Bardzo dziękuję.

Magda Ciesielska

Magdalena Ciesielska

redaktor prowadząca
REKLAMA
REKLAMA

Może cię zainteresować:

Teatr Muzyczy w Poznaniu Przemysław Kieliszewski
REKLAMA
REKLAMA