Natalia Świerczyńska i Maja Kolanoś | Spółdzielnia Muzyczna nowość na poznańskim rynku

Natalia Świerczyńska Majak Kolanoś Spółdzielnia Muzyczna|Natalia Świerczyńska Majak Kolanoś Spółdzielnia Muzyczna|Natalia Świerczyńska Majak Kolanoś Spółdzielnia Muzyczna|Natalia Świerczyńska Majak Kolanoś Spółdzielnia Muzyczna|Natalia Świerczyńska Majak Kolanoś Spółdzielnia Muzyczna

Uśmiechnięte, pełne pozytywnej energii, nastawione na realizację artystycznych planów i wartościowych inicjatyw. Natalia Świerczyńska i Maja Kolanoś, inicjatorki i założycielki Spółdzielni Muzycznej. Maja – absolwentka Akademii Muzycznej w Poznaniu i Gdańsku na Wydziałach Jazzu i Muzyki Rozrywkowej oraz Natalia – absolwentka Akademii Muzycznej w Poznaniu na Wydziale Jazzu i Muzyki Rozrywkowej oraz Edukacji Muzycznej. Dziewczyny opowiadają jak ważne są emocje podczas śpiewania, dlaczego warto oswoić stres, a także jacy muzycy wyrazili chęć współpracy z nimi i dlaczego muzyka może być doskonałą terapią.

Jak narodził się pomysł stworzenia Spółdzielni Muzycznej, która pełną parą rusza we wrześniu?

MAJA KOLANOŚ: Od ubiegłego roku nosiłyśmy się z pomysłem założenia wspólnego biznesu. Takiej firmy, która będzie spełniała nasze marzenia i plany artystyczne. Każda z nas założyła własną działalność gospodarczą. Jako pomysłodawczynie założenia Spółdzielni Muzycznej zaprosiłyśmy do współpracy sześć wspaniałych dziewczyn, z którymi wspólnie kreujemy to miejsce.
NATALIA ŚWIERCZYNSKA: Złożyłyśmy wniosek o dofinansowanie działalności i szczęśliwie to otrzymałyśmy! Z czego jesteśmy bardzo dumne, bo już ten pierwszy etap za nami. Biurokracja i formalne kwestie są ciężkie do przebrnięcia, ale nam się to udało, dzięki pomocy i uprzejmości osób pracujących w Powiatowym Urzędzie Pracy. Za co jesteśmy bardzo wdzięczne.

Gdzie Wy się poznałyście?

N.Ś.: Byłyśmy razem w bursie przy ul. Solnej. Maja uczęszczała do szkoły muzycznej, a ja wówczas do szkoły plastycznej. Mieszkałyśmy w tych samych murach (śmiech), dotykałyśmy tych samych klamek, ale wtedy nie trafiłyśmy na siebie. Minęłyśmy się. Dopiero inne życiowe okoliczności nas zjednały. Tak naprawdę poznałyśmy się na studiach na Akademii Muzycznej im. Ignacego Jana Paderewskiego w Poznaniu. Byłyśmy wówczas studentkami wokalistyki jazzowej w klasie dr hab. Janusza Szroma.

Osiem wspaniałych dziewczyn będzie prowadzić warsztaty oraz całoroczne zajęcia indywidualne i grupowe w Spółdzielni Muzycznej. Każda z Was jest inna, ze swoim talentem i osobowością artystyczną. W jaki sposób przebiegła „rekrutacja”?

N.Ś.: Niektóre dziewczyny znamy ze środowiska muzycznego, niekoniecznie z Akademii Muzycznej. Np. Tosia Banaś, która gra na skrzypcach i prowadzi u nas zajęcia dla dzieci, jest świetną skrzypaczką i dyrygentką symfoniczną. Po pandemii zaczęła pracę również w edukacji muzycznej. Co ważne, mieszkałyśmy razem w pokoju w internacie, a potem nie miałyśmy kontaktu ze sobą 10 lat. Minęłam ją samochodem na Rondzie Kaponiera i zadzwoniłam spontanicznie z propozycją pracy. To było kompletne zrządzenie losu. (śmiech)
M.K.: Kasię Osterczy-Scholz, wokalistkę jazzową i jednocześnie panią psycholog, poznałyśmy na moich urodzinach, też czysty przypadek. Kasia ukończyła studia na kierunku psychologia na Uniwersytecie Warszawskim, natomiast studia jazzowe w Katowicach. Pomyślałyśmy, że innowacją byłoby wprowadzenie do szkoły muzycznej aspektu psychologicznego, bo na to w ogóle nie kładzie się nacisku, a powinno w edukacji muzycznej. Zajęcia psychologiczne nie są popularne, a – według nas – są niezmiernie potrzebne i przydatne już na samym początku kształcenia, wówczas gdy formułuje się nasza postawa sceniczna. Jak radzimy sobie ze stresem, z drżącym głosem, obezwładniającym często ściskiem w gardle itp. To są niby banały, ale tak naprawdę niezwykle istotne kwestie, koło których nie można przejść obojętnie. Kasia prowadzi u nas również zajęcia z improwizacji jazzowej.

Natalia Świerczyńska Majak Kolanoś Spółdzielnia Muzyczna


N.Ś.: Jest jeszcze z nami Agata Lejba-Migdalska, która studiowała na roku z moją starszą siostrą i stąd znamy się od wielu lat. Jest ona śpiewaczką operową z wykształcenia, ukończyła poznańską Akademię Muzyczną, ma jednocześnie duże doświadczenie w śpiewie rockowym, nawet heavy metalowym czy rock metalowym. W naszym zespole jest też Iza Zalewska, która kiedyś przez moment była moją uczennicą, a także mojej siostry, Agnieszki. Bardzo jej kibicowałam. Otrzymała Nagrodę Publiczności w koncercie DEBIUTY na 57. Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej Opole 2020. Ponadto jest laureatką programu telewizyjnego „Szansa na Sukces Opole 2020”. Ukończyła studia na poznańskiej i bydgoskiej Akademii Muzycznej na dyrygenturze chóralnej oraz studia podyplomowe z emisji głosu. Obecnie jest wykładowcą poznańskiej Akademii Muzycznej i wyraziła chęć współpracy z nami, co nas ogromnie cieszy.
M.K.: Mamy też w zespole Spółdzielni Olę Wojciechowską, którą znam z Republiki Rytmu, specjalizującą się głównie w emisji głosu, stricte w mowie. Też będzie prowadzić zajęcia wokalne. Ola jest absolwentką wydziału wokalno-aktorskiego w Poznaniu i ma duże doświadczenie w pracy na scenie. Współpracowała m.in. z poznańskim Teatrem Wielkim czy Teatrem Muzycznym.
N.Ś.: Jeszcze Agnieszkę Pokorską, Belmuzę. To jest hit, że Aga zgodziła się z nami współpracować. To wspaniała osoba, która ma ogromne doświadczenie, a jej Belmuza ma szerokie zasięgi, jest rozpoznawalna w kręgu muzycznym. Poleciła mi Agnieszkę mama mojej uczennicy, czyli trochę taka „poczta pantoflowa”, mówiąc kolokwialnie. Nasza Belmuza zachwyca i zjednuje sobie wiele osób zadowolonych z jej podejścia do nauki muzyki już od najmłodszych lat.

Nawiązując do zajęć, które ma prowadzić Kasia Osterczy-Scholz, jak Wy radzicie sobie ze stresem? Stresem na scenie, przed publicznością?

N.Ś.: Bycie wokalistą czy kształcenie się w tym kierunku bezustannie wiąże się ze stresem. Nie ma co zaklinać rzeczywistości, że jest inaczej… Ważne jest dla nas, że każda osoba – czy to dorosły, czy dziecko – dostaje od nas komunikat jak po prostu oswoić stres, jak sobie radzić z występami publicznymi, z opinią ludzi itd. Bo to się wtedy staje bardziej naturalne, uświadamiamy sobie, że stres jest nieodłączną częścią życia. A często stresujemy się przed tym, na czym nam najbardziej zależy. My – niestety – nie otrzymałyśmy takiego fachowego przygotowania, jak radzić sobie w stresogennych sytuacjach i same musiałyśmy uczyć się na przysłowiowych błędach, potknięciach swoich czy koleżanek.
M.K.: Jak byłam dzieckiem i wychodziłam na scenę, nie czułam wielkiego stresu. Teraz to się zmieniło. Nawet jak gram i śpiewam niewielki koncert, to mam stres. Taki bardziej motywujący i mobilizujący, ale zawsze to stres. Czy wszystko dobrze wyjdzie? Czy nie zapomnę tekstu? Czy się nie pomylę? Wręcz jak go nie mam, to czuję, że nie jestem dobrze przygotowana. (śmiech)
N.Ś.: Wokal jest dla nas pewnego rodzaju ucieczką od ram i reguł, jakie narzuca klasyczne przygotowanie. Ja uczyłam się gry na skrzypcach, Maja na fortepianie. I wówczas już był ogromny stres, podczas grania na tych instrumentach, aby czegoś nie zapomnieć. Śpiewanie to są zgoła inne występy niż te wcześniejsze. Gra na skrzypcach czy fortepianie prowokowała w pewnym sensie występy sztywne, a śpiew daje więcej możliwości, wprowadza więcej luzu, daje więcej pola do manewru. Choć ja zaczęłam śpiewać późno, bo dopiero w wieku 18 lat. Byłam bardzo nieśmiałą osobą, wręcz skrajnie nieśmiałą. Z perspektywy czasu zastanawiam się, jak z takim podejściem i takim usposobieniem zdołałam wybrać zawód muzyka. (śmiech)
Bycie wokalistką mnie zmieniło na korzyść, otworzyło na ludzi. Dużo czerpię dobrej energii od publiczności, podczas występów. Najbardziej na świecie uwielbiam koncerty z moim zespołem w projektach I LOVE SINATRA i WINTER SONGS OF FRANK SINATRA, które regularnie ładują moje baterie na długi czas. Uciekałam w śpiewanie od wielu innych rzeczy, najpierw od skrzypiec. Choć nikt nie wiedział, że ja śpiewam, bo robiłam to w tajemnicy przed najbliższymi, takie „śpiewanie po cichu”. (śmiech) Wtedy nie wyobrażałam sobie, że mogę kiedyś wystąpić publicznie.
Jeśli zaś chodzi o stres na scenie, to pamiętam jeden z koncertów w Auli Nova, podczas którego grał mój kolega ze studiów, pianista jazzowy, Jacek Szwaj, a ja miałam śpiewać. Założyłam wtedy obcisłą sukienkę, bardzo wysokie szpilki, a zazwyczaj butów na obcasie nie noszę. Na widowni wszyscy najbliżsi, rodzice, babcia itd. A ja nie mogłam skupić myśli, bo wciąż miałam uczucie, że upadnę w tych butach. Jednak podczas śpiewania, trzeba mieć dobre buty (śmiech), aby czuć się w nich komfortowo! Ta sytuacja mnie tego nauczyła.
M.K.: Buty w śpiewaniu – najważniejsze! Warte to jest zapamiętania. (śmiech)

Natalia Świerczyńska Majak Kolanoś Spółdzielnia Muzyczna

Na jakie zajęcia można się zapisywać w Spółdzielni Muzycznej?

N.Ś.: Będą prowadzone np. zajęcia w duetach. Maja Kolanoś z Kasią Osterczy-Scholz przyjmują zapisy na zajęcia jazzowe, które są skierowane do dzieci, młodzieży i dorosłych z podziałem na grupy wiekowe. Natomiast ja wraz z Tosią Banaś stworzymy duet „klasyka dla smyka” – będą to zajęcia prowadzone na bazie muzyki klasycznej i musicalowej, czyli cały świat opery i musicalu weźmiemy pod lupę. (śmiech) Stworzyłyśmy tu pewną nowość, połączyłyśmy zajęcia muzyczne z plastycznymi, czyli dzieci przychodzą na 45 minut do Tosi, gdzie pracują na podstawie wybranej opery, wyklaskują swoje rytmy i śpiewają fragmenty znanych melodii. To są grupy dzieci w wieku 4-6 lat. A do mnie przychodzą na zajęcia plastyczne, podczas których robimy m.in. rekwizyty do spektaklu. W ten sposób wzajemnie się inspirujemy, uzupełniamy i nieustannie motywujemy do działania! To jest piękne!
M.K.: Będą też zajęcia z kształcenia słuchu, teorii muzyki, gry na konkretnym instrumencie. Konsultacje, warsztaty indywidualne i grupowe. Dużo wspaniałości szykujemy! Na nudę nie można narzekać! (śmiech) Dodatkowo Tosia prowadzi grę na skrzypcach, ja – zajęcia wokalne indywidualne dla dzieci i dorosłych oraz fortepian. Natalia, Agata oraz Iza głównie indywidualne lekcje wokalu dla uczestników bez ograniczeń wiekowych. Natomiast Ola oprócz zajęć ze śpiewu specjalizuje się również w emisji głosu mówionego.
N.Ś.: Agata uczy na zajęciach jak np. w zdrowy sposób śpiewać z chrypą. (śmiech) Prowadzi zajęcia z innego rodzaju muzyki niż większość z nas. Reasumując, w Spółdzielni Muzycznej będzie dużo się działo, wychodzimy naprzeciw oczekiwaniom naszych uczniów.

Czy jest u Was limit wiekowy?

M.K.: Nie ma limitów wiekowych, każdy może się rozwijać muzycznie w naszej Spółdzielni.
N.Ś.: Mamy wykładowców muzycznych ukierunkowanych na pracę z dziećmi, nie są to stricte zajęcia wokalne, ale szeroko umuzykalniające, czyli: rytmika, ruch, granie na konkretnych instrumentach. Są też zajęcia dla maluszków, w wieku 0-3, co nas niezmiernie cieszy. Wówczas rodzice siedzą ze swoimi dziećmi, uczestniczą w relacjach swojego dziecka ze światem muzycznym.

Natalia Świerczyńska Majak Kolanoś Spółdzielnia Muzyczna

Będą zajęcia z kształcenia słuchu, z technik wokalnych, praktyka i teoria. Co jeszcze chciałybyście dodać do planu kształcenia Spółdzielni w niedalekiej przyszłości?

N.Ś.: Chciałabym pójść w zajęcia z song writingu, pisania piosenek, interpretacji tekstu. Bardzo lubię pracę z tekstem i nad tekstem. Pisanie, tworzenie to moja ogromna pasja, którą mogłam w pełni zrealizować przy pracy nad moją debiutancką płytą „O północy”. Song writing to często kwestia intuicji, nabycia intuicji przez słuchanie dużej ilości tekstów i analizowanie ich. W dzisiejszym świecie – gdzie wszystkie chwyty są dozwolone – jednak warto mieć jakiś koncept, aby pokazać autorską myśl, oryginalność, świeże spojrzenie na tekst… Pragnę tak prowadzić zajęcia, aby nauczyciel był dla ucznia tylko impulsem, przewodnikiem, motywatorem do nowego spojrzenia na słowo. To jest ważna kompetencja, którą chciałabym już poruszyć na warsztatach w sierpniu, aby po prostu nasi uczniowie szanowali słowo.

Wspomniałyście o warsztatach, Waszym letnim projekcie muzycznym, który rusza 21 sierpnia na Placu Wolności 2. Czego uczestnicy mogą się spodziewać?

N.Ś.: Te warsztaty są głównie skierowane do wokalistów, to zajęcia indywidualne i grupowe. Z Kasią mam zaplanowane zajęcia z praktyki scenicznej, po to, aby nasi podopieczni mogli wystąpić na koncercie finałowym zorganizowanym w KontenerART. Będziemy pracować nad takim elementem składowym występów, który jest często pomijany, tzn. jak wejść na scenę, jak z niej zejść, jak trzymać mikrofon itd.
M.K.: Ja będę prowadzić zajęcia z interpretacji piosenki, Iza – z higieny i emisji głosu. Kasia – zajęcia z psychoedukacji, nie tylko podczas warsztatów, ale również na przestrzeni całego roku szkolnego. Swoje doświadczenie związane z pracą nad utworem zdobyłam nie tylko podczas studiów, ale też podczas różnych warsztatów wokalnych. Wiele zawdzięczam współpracy z Adamem Sztabą, od którego bardzo dużo się nauczyłam i na pewno będę tę wiedzę przekazywać dalej swoim uczniom. A jeżeli chodzi o warsztaty w Spółdzielni Muzycznej, to myślę, że najciekawsze będą zajęcia grupowe, w pracy z podziałem na głosy, we wspólnym wyrażaniu tekstu, bo inaczej jak śpiewamy indywidualnie, a inaczej z podziałem na role.
Emocje to nieodłączna część muzyki, tak jak i naszego życia. Jakich emocji chcecie nauczyć swoich podopiecznych?
M.K.: Wszystkich! Już nie mogę się doczekać zajęć z interpretacji z moimi uczniami, aby sami pokazali, co w nich głęboko siedzi, co czują, jak ich porusza konkretny fragment… To jest piękne – cała pajęczyna zależności emocjonalnych, jedna emocja może pociągać następną. A dodatkowo każdy z nas – na brzmienie konkretnego dźwięku lub słowa – co innego przeżywa w danej chwili.
N.Ś.: Tak z perspektywy psychologicznej – my jesteśmy przyczepieni do emocji, które szanujemy, do tych emocji pozytywnych, ograniczonych w pewnej sferze, jak: radość, ekscytacja, euforia. Bardzo ważne dla mnie, nie tylko z punktu widzenia wokalistki, ale z czysto ludzkiego podejścia, są emocje niepopularne, które próbujemy tuszować, tzn. smutek, złość, gniew, wstyd. Te pierwotnie negatywne stany dają nam przestrzeń, aby później móc się np. uśmiechnąć. Muzyka jest genialnym medium, aby z siebie wyrzucić negatywne emocje, ja do tego zachęcam, bo widzę, jaki to ma efekt w późniejszej pracy z moimi uczniami. Muzyka jest wartością porównywalną do terapii. Staram się przekazywać uczniom zasadę, że nie jest ważne, aby zaśpiewać piękną „górę”, idealną samogłoskę, uczymy się tego, ale najważniejsze jest dać upust swoim uczuciom.
M.K.: Co z tego jeśli ktoś jest w stanie zaśpiewać idealnie technicznie, jak nie ma w przekazie żadnych emocji. Jest tylko powierzchowność. Nie umie przekazać głębi, skrytych uczuć, swoich stanów na konkretny dzień, uzależnionych od tego, co się wydarzyło w jego życiu, jakie zmiany nastąpiły, czy jest szczęśliwy, przygnębiony, sentymentalny, refleksyjny czy po prostu wściekły. Bez emocji zarówno w życiu, jak i w muzyce jest jakoś pusto, sztucznie, nienaturalnie. Warto odsłaniać, co nam w duszy gra, bo to jest najpiękniejsze. To wartościowy przekaz, który od nas płynie…

Natalia Świerczyńska Majak Kolanoś Spółdzielnia Muzyczna

Dlaczego taka nazwa? Spółdzielnia Mieszkaniowa – kojarzy mi się z filmem S. Barei „Alternatywy 4”, Spółdzielnia Mleczarska – z produktami nabiałowymi… A Wy do słowa „spółdzielnia” dodałyście akcent muzyczny.

M.K.: Ta nazwa wyszła z wielkiej pomyłki. (śmiech)
N.Ś.: Maja… pamiętasz, co było najśmieszniejsze? Gdy Ty powiedziałaś „moja firma zajmuje się tym samym, co Twoja. To jak chciałybyśmy pracować razem, założyłybyśmy spółdzielnię?” Powiedziałaś „spółdzielnię” zamiast „spółkę”. (śmiech) To jest najbardziej zabawne w całej tej historii powstania nazwy.
M.K.: W międzyczasie miałyśmy też wiele innych pomysłów na nazwę, ale Spółdzielnia Muzyczna zdecydowanie wygrała! Kiedy decyzja zapadła, moja siostra zaprojektowała nam piękne logo, z którego jesteśmy bardzo dumne. Warto więc wypatrywać od sierpnia dużego szyldu przy Placu Wolności „Spółdzielnia Muzyczna Świerczyńska & Kolanoś”! (śmiech)

Czy „śpiewać każdy może”, cytując słowa piosenki?

N.Ś.: Oczywiście, każdy może, nikt mu nie zabroni, ale nie każdego jesteśmy w stanie nauczyć. I to jest podstawowa różnica. (śmiech)
M.K.: Niektórzy śpiewają, fałszują, ale są dzięki muzyce szczęśliwi… Nie nauczą się śpiewać, ale mają przyjemność ze śpiewania np. w towarzystwie, sami dla siebie czy w domu lub na karaoke. Nasza oferta jest skierowana do wszystkich chcących śpiewać, również do profesjonalistów. Każdy w Spółdzielni Muzycznej będzie miał możliwość, by rozwijać się pod okiem specjalistów. Zapraszamy!

REKLAMA
REKLAMA

Może cię zainteresować:

Natalia Świerczyńska Majak Kolanoś Spółdzielnia Muzyczna|Natalia Świerczyńska Majak Kolanoś Spółdzielnia Muzyczna|Natalia Świerczyńska Majak Kolanoś Spółdzielnia Muzyczna|Natalia Świerczyńska Majak Kolanoś Spółdzielnia Muzyczna|Natalia Świerczyńska Majak Kolanoś Spółdzielnia Muzyczna
REKLAMA
REKLAMA

DIONIZY WINCENTY PŁACZKOWSKI | Musimy ufać naszej intuicji

Dionizy Wincenty Płaczkowski

Utalentowany, tajemniczy, chwytający szczególne okazje w życiu, zgodnie z maksymą „żyje się tylko raz”. Nieposkromiony a zarazem wrażliwy. Występował na międzynarodowych scenach muzycznych, choć w życiu próbował różnych dróg, które poszerzyły jego krąg przyjaciół i znajomych. Dionizy Wincenty Płaczkowski – tenor, kolekcjoner sztuki, z poznańską żyłką do przedsiębiorczości.

Rozmawia: Magdalena Ciesielska | Zdjęcia: Robby Cyron

Dionizy, czy talent muzyczny da się oszukać i wybrać inny zawód?

DIONIZY WINCENTY PŁACZKOWSKI: Każdy kto zasmakuje euforii performatywnej – zwłaszcza w świecie muzyki poważnej jako wokalista dysponujący głosem o wolumenie wypełniającym całą salę – widząc jak to steruje ludzkimi emocjami, nie odnajdzie nigdy tego samego uczucia poza sceną. Tego nie da się niczym zastąpić. (śmiech)

Wiesz, dlaczego zadałam to pierwsze pytanie… Nie wiązałeś przyszłości z muzyką. Straciłeś głos, wybrałeś studia na stosunkach międzynarodowych, a jednak życie napisało kolejny zaskakujący scenariusz…

Gdy miałem 15 i nadeszła mutacja, która zabrała bezpowrotnie mój sopran dyszkantowy – po blisko 800 koncertach – postanowiłem, że spróbuję pożyć inaczej. Nie poszedłem do liceum muzycznego, a potem zacząłem studia, które nie prognozowały mojego powrotu na scenę. Był to czas mi potrzebny, na refleksję, rozważenie dotychczasowych osiągnięć. Mogłem wówczas skonfrontować siebie z życiem, które na pewno nie generowało tyle presji i stresu. Pracowałem też kilka lat w marketingu prężnie rozwijającej się marki Red Bull. Tu pojawiły się pierwsze stresogenne sytuacje w energicznej i drapieżnej stolicy, w której finalnie zamieszkałem, studiując na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina. 

Do 15. roku życia grałeś już ponad 100 koncertów rocznie w Europie i Azji oraz nagrałeś wówczas 7 płyt. To ogromne osiągnięcie i wyróżnienie dla tak młodej osoby. Jakie wspomnienia zachowałeś z tego okresu? Do jakiego występu najczęściej powracasz w myślach?

Dzieciństwa właściwie nie miałem. Była to nieustanna praca nad rozczytywaniem coraz trudniejszego repertuaru, a następnie nad przygotowywaniem go na możliwie najwyższym poziomie wykonawczym. Muzyka od zawsze była – i jest – moją miłością! Natomiast szkoła była na drugim planie, co później dało się we znaki w liceum, zwłaszcza jeśli chodzi o przedmioty ścisłe. (śmiech) Okres kariery przed mutacją był dla mnie czasem intensywnej i wzmożonej pracy indywidualnej. Często śpiewałem w kwartetach solowych takich oratoriów jak: Pasja Janowa i Mateuszowa J.S. Bacha, Msza Koronacyjna, Nieszpory czy Requiem W.A. Mozarta, a także Mesjasz Haendla i wiele innych dzieł baroku oraz klasycyzmu. Dostawałem nuty od dyrygenta i miałem się po prostu nauczyć partii. Potem pierwsza próba, a ja byłem już przygotowany. (śmiech) Z perspektywy czasu patrzę na małego Dionizego i zadaję sobie pytanie, skąd tyle determinacji i oddania w tak młodym wieku, skoro to okres, gdy beztroska jest raczej naturalna i właściwa dynamice życia. Dlaczego to było dla mnie tak ważne? Chyba urodziłem się po to, by to robić. (śmiech) Może dlatego też lata później poprosiłem o te chwile odpoczynku od sceny…
Jeśli zaś chodzi o wspomnienia sceniczne, na pewno nie zapomnę koncertu z Chichester Psalmami Bernsteina w Termę di Caracalla. To miejsce, gdzie 7 lat wcześniej odbywał się sławny koncert Trzech Tenorów. Rozpoznałem wtedy, że koncertmistrz Orchestra Opera di Roma to ta sama osoba. Koncert transmitowany był przez Rai Uno oraz Duo. Nigdy nie zapomnę tego ciepłego rzymskiego wieczoru w otoczeniu ogromu muzyki Bernsteina pod batutą Daniela Orena! Monumentalny chór i potężny skład symfoniczny, by móc zaśpiewać delikatne frazy w duecie z harfą „Adonai ro’i lo echsar”. Miałem wtedy tylko 11 lat! To kompozycja zamykająca piękny film Maestro, który niedawno pojawił się na Netflix.

Dionizy Wincenty Płaczkowski

Miałeś przyjemność śpiewać u boku Roberta Alagni i jego żony, Aleksandry Kurzak, w słynnej inscenizacji Madame Butterfly Giacoma Pucciniego. Alagna to Twój autorytet muzyczny. Za co cenisz tego artystę?

Traktuję Roberto Alagne jako ostatniego reprezentanta tej przepięknej ery wybitnych głosów pokroju Di Stefano, Corelliego, Carrerasa, Pavarottiego czy Mario del Monaco. To nie chodzi o to, że dziś nie ma tej jakości głosów. Zmieniają się trendy i dynamika rynku operowego. Pewien archaizm wychodzącego śpiewaka, aby dał popis czystej wirtuozerii wokalnej, czasem spada na drugi plan w stosunku do teatralnej strony sceny operowej. Od głosu wymaga się obecnie większej elastyczności. Teatry zaczynają być dogłaśniane nowoczesną technologią, a przecież to te same sceny, na których niegdyś śpiewał Enrico Caruso i głos jego intensywnie dzwonił po ostatnie rzędy. 

Poznałeś również wybitnego tenora Angelo Loforese, który zadziwiał wszystkich, gdy wykonywał najtrudniejsze arie tenorowe w wieku 90 lat. Rozumiem, że on też dla Ciebie jest wielkim wzorem do naśladowania. A inne Twoje autorytety muzyczne?

Spotkanie Maestro Loforese to było dla mnie coś bardzo wyjątkowego, pamiętam też, że brał za lekcję 40 euro, gdy ceny u szanowanych pedagogów sięgały nawet 150 euro w Mediolanie. W tej profesji owe konsultacje często bierze się stricte networkingowo i nie oczekuje się nawet od nich eurek wokalnych. Trudno też na kilku lekcjach zrobić konkretne korekty techniki wokalnej. Natomiast te godziny spędzone z Maestro były dla mnie czymś niezwykle ważnym. Wracam do nich często i inaczej rozumiem uwagi, które wtedy nie były dla mnie aż tak klarowne. Przed laty nie znałem tak dobrze siebie jako wokalisty, a co za tym idzie swojego głosu i jego możliwości. Nierzadko odbiegam w inne nurty muzyczne, aby nakarmić się po prostu dobrą muzyką. W świecie klasyki archiwalne nagrania są wzorem wykonań wielu dzieł muzycznych. Koncerty fortepianowe Rachminova z Horowitzem, koncerty skrzypcowe 17-letniej Anne Sophie Mutter pod Karajanem, pierwsze recitale z fortepianem młodego Luciano Pavarottiego z Salzburga czy Los Angeles. Boska Maria Callas czy Birgit Nilsson. Mamy dziś ogromną bibliotekę legendarnych, wzorowych nagrań najwybitniejszych kompozycji, a do tego powstaje nowa fascynującą muzyka, którą ciężko śledzić, aby być na bieżąco.

Bardzo cenię Thoma Yorke’a i Jonny’ego Greenwooda niezależnie czy to Radiohead czy The Smile. Dla mnie to są muzycy tak ze sobą rezonujący, tak siebie rozumiejący performatywnie i brzmieniowo. Moja wrażliwość muzyczna ucieka też w stronę elektroniki, od James Blake’a po Maxa Coopera czy Solomuna. Wracam do wczesnych nagrań Tony Bennetta z The Ed Sullivan Show, gdzie tak samo występowali śpiewacy operowi. Tom Jones to w ogóle ewenement wokalistyki, nie ma do dziś w rozrywce męskiego głosu, który w całej szerokiej skali śpiewa tak otwartym, dużym i pięknym dźwiękiem. Niewątpliwie ważnym dla mnie gatunkiem jest jazz, rap i r&b. Regularnie słucham Wu-Tang Clanu czy Notoriousa BIG. Amerykańską wokalistkę Robertę Flack, niezastąpioną czy niezrównaną Ninę Simone, powalającą Janis Joplin. Długo by wymieniać jak wielu artystów mnie unosi muzycznie, zwłaszcza, że mamy dziś dostęp do każdego nagrania tych szalenie zdolnych postaci. Moim ukochanym śpiewakiem jest niewątpliwie Franco Corelli, który na zawsze pozostanie dla mnie wzorem prawdziwego tenora.

Dionizy Wincenty Płaczkowski

Wspominamy tu międzynarodowe nazwiska, wielkie sławy. A z jakimi wybitnymi wokalistami i artystami polskiej sceny muzycznej, teatralnej miałeś przyjemność współpracować?

Miałem wielki zaszczyt śpiewać główną rolę tenorową w Hrabinie Stanisława Moniuszki w reżyserii legendarnej Krystyny Jandy. Myślę, że było to trochę wcześnie jak na moje ówczesne doświadczenie sceniczne, ale na pewno mnie rozwinęło na wielu płaszczyznach i nauczyło pokory wobec tej bardzo oceniającej profesji. Dziś na pewno zdecydowana większość moich występów to koncerty czy recitale. Małymi krokami do celu, aby śpiewać swoje wymarzone, dramatyczne partie na takim poziomie, jakiego od siebie oczekuję. Autokrytyka mam silnego, (śmiech) więc pomaga mi to w determinacji i wyznaczeniu sobie realnych celów. Miałem też miłą współpracę z Sylwią Grzeszczak, którą bardzo cenię za jej piękny głos. Nasz sylwestrowy występ zobaczyło pod katowickim Spodkiem ok. 150 tysięcy ludzi i blisko 4 miliony przed telewizorami telewizji Polsat. Wielką radość odczuwałem również, mogąc wykonać po raz pierwszy kompozycje genialnego polskiego kompozytora Stefana Wesołowskiego. Był to Mesjasz do słów Bruna Szulca, który wykonaliśmy na warszawskim festiwalu Eufonie. 

Jakie cechy charakteru są potrzebne, aby funkcjonować w międzynarodowym środowisku muzycznym?

Przede wszystkim pewność siebie, ale taką głęboką poprzedzoną wielką dedykacją wobec sztuki wokalnej, do tego dochodzi ogromna świadomość swojego instrumentu głosowego i jego możliwości. Dalej można wymieniać: pracowitość, profesjonalizm muzyczny, bardzo dobrą pamięć, silne zdrowie, również psychiczne (śmiech), bo wciąż jest się ocenianym… Na pewno osoby, które sięgają rynku międzynarodowego, muszą być gotowe na różne blaski i cienie, pochwały i zarzuty skierowane w ich stronę od ludzi zarządzających najważniejszymi instytucjami w tej branży. Umieć znieść tę presję i w każdym sezonie śpiewać coraz lepiej, umiejętnie planując repertuar – to już sport wyczynowy na najwyższym poziomie. 

Często mówimy, że w życiu trzeba mieć intuicję, kierować się emocjami, sercem, nie tylko racjonalizmem. Jaką zatem rolę w muzyce odgrywa intuicja?

Najważniejszą! Trzeba umieć ocenić samego siebie, na jakim się jest etapie i w jakie projekty aktualnie można się angażować. Co jest dobre dla naszego głosu i co go rozwinie, a co – wręcz na odwrót. To samo z doborem nauczyciela czy korepetytora. Musimy ufać naszej intuicji i umieć ocenić, na co w danym momencie nas stać. Również psychicznie. Głos to nie wszystko. 

Talent i umiejętności wokalne, nieustanny rozwój to jedno, ale kontakt z publicznością, wyjście na scenę to kolejny aspekt Twojego zawodu. Czy Ty na scenie czujesz się jak przysłowiowa „ryba w wodzie”? Czy obycie sceniczne ma się w genach, czy jednak stale się trzeba tego uczyć?

Czuję się jak ryba w wodzie w repertuarze, który jest predestynowany na mój głos i na który jestem obecnie gotowy. Każda konfrontacja z publicznością, w innej akustyce i innych warunkach to zawsze sprawdzian naszych możliwości technicznych. Pokazujemy to, co wypracowaliśmy i nie ukrywając, chcemy zrobić to jak najlepiej. A głos to instrument organiczny i wiele zależy od naszego stanu psychicznego, od naszego nastroju konkretnego dnia i nie zawsze mamy na to wpływ… Niezmiennie daję z siebie wszystko, niezależnie gdzie śpiewam, w jakim miejscu, na większej czy mniejszej sali.

Ubiegły rok miałeś wypełniony koncertami, ale i ten 2024 zapowiada się imponująco. Gdzie występowałeś, w jakie role się wcielałeś? I co aktualnie przed Tobą?

Końcówka roku była intensywna! Miałem swój solowy recital z pieśniami Karłowicza i Moniuszko w Centrum Kultury Kielce, występ otwierał ich festiwal, na którym Teatr Wielki z Łodzi kilka dni później pięknie wykonał Straszny Dwór. Wykonywałem też pisane dla mnie pieśni Artura Banaszkiewicza do słów poety Dominika Górnego. Rok 2024 rozpocząłem intensywnie z nagranym występem do TVP Kultura, który był eksponowany w sylwestra i pierwszy dzień nowego roku. Skończyłem właśnie wielkie tournée 24 koncertów noworocznych. Niezwykle wytężony i emocjonujący czas – koncerty m.in. w Filharmonii Krakowskiej, Filharmonii Poznańskiej, Rzeszowskiej, Łódzkiej czy w Operze i Filharmonii Podlaskiej. Odwiedziłem również piękne sale jak Polskie Radio Wrocław czy Miasto Ogrodów w Katowicach, poprzednia siedziba NOSPR. Pierwszy raz od czasów kariery dziecięcej miałem taki ogrom codziennych występów z zaledwie jednym dniem przerwy. (śmiech) Był to sprawdzian czy temu podołam, okazało się, że mnie to bardzo rozwinęło, a każdy następny występ miałem pewniejszy. Zaraz rozpoczynam kolejne tournée 10 koncertów organizowane przez dyrektorkę Warszawskiej Opery Kameralnej Alicję Węgorzewską. Mam dosłownie 4 dni na regenerację. (śmiech) Cieszy mnie bardzo solowa partia w cudnym oratorium Francka „Ostatnie słowa Chrystusa na Krzyżu”, którą wykonam w kwietniu. Dostałem też propozycję debiutu w czerwcu w partii Edwina w Księżniczce Czardasza Lehara w Krakowie. W tym samym miesiącu zaśpiewam dla Fundacji Beksińskiego Requiem Alfreda Schnittke w zjawiskowej sali koncertowej Cavatina Hall w Bielsku. 

Dionizy Wincenty Płaczkowski

Oprócz Warszawy, z którą wiele Cię wiąże, Poznań jest Twoim rodzinnym miastem. Jakie masz wspomnienia związane ze stolicą Wielkopolski? Czy masz swoje ulubione miejsca w Poznaniu?

Zawsze chętnie wracam do wszystkich odsłon poznańskiej Werandy, zaprzyjaźnionych i bliskich mi Ponińskich. Uwielbiam spędzać czas w Weranda Home choć to już kawałek od centrum Poznania. Doceniam chwile relaksu w City Parku w otoczeniu wybitnej sztuki z kolekcji Wojciecha Fibaka, który zaraził mnie kolekcjonowaniem. Ostatnio zajrzałem do Blue Note na wybitny koncert jazzowy. Lubię spacery w Parku Sołackim czy na Cytadeli, lubię odwiedzać piękny dom mojej byłej partnerki Karoliny Pytlakowskiej, z którą założyliśmy markę DECOLOVE. Sentymentem darzę Starą Drukarnię, czyli Concordia Design, projekt finezyjnie prowadzony przez Ewę Voelkel, już z drugą odsłoną we Wrocławiu. Zawsze gdy jestem w Poznaniu, muszę zjeść sushi w ulubionym Kyokai. (śmiech) Zachwyciła mnie ostatnio odsłona kolekcji sztuki współczesnej Muzeum Narodowego w Poznaniu, zawsze tam wracałem dla Malczewskiego, ale ostatnio podziwiałem świetne prace Fangora, Dobkowskiego, Kantora, Nowosielskiego i wielu innych. Lubię wpaść do skateshopu Miniramp przy ulicy Długiej, który zawsze kreował poznańską społeczność sceny skejtowej. Tak więc miejsc w Poznaniu mamy wiele, do których powracam, ale nie ma nic lepszego niż obiad czy śniadanie u Mamy. (śmiech)
Nie ma już, niestety, moich ukochanych klubów SQ czy Kukabara, ale za to świetnym miejscem spotkań jest dla mnie winiarnia Czarny Kot – choć nie piję już 1,5 roku, to lubię tam spotkać znajomych i zjeść coś dobrego. 

Oprócz koncertów i muzycznego życia masz w zanadrzu również talent biznesowy, można rzec żyłkę poznańskiej przedsiębiorczości. Wypromowałeś markę akcesoriów, czyli działałeś również w branży fashion. Nawiązałeś współpracę z marką biżuteryjną. Tenor a z drugiej strony biznesmen – jak to można sprawnie połączyć?

Gdy poznałem Karolinę Pytlakowską, która dziś jest też fotografem, nie umiałem stać obojętnie obok jej rękodzielniczego talentu, który pokochałem, tak jak i ją. Talent to coś, co mi zawsze najbardziej imponowało u ludzi, zwłaszcza kobiet. Myślę, że ona potrzebowała tego, aby ktoś ją zmotywował, by w ogóle powstało DECOLOVE. Czasem talent trzeba pchnąć. Marka istnieje do dziś, to na pewno nasze dziecko, z którego jesteśmy dumni. Wiele się nauczyłem, dostrzegłem zarówno swoje silne, jak i słabsze strony funkcjonowania w biznesie. Te silne strony dostrzegł ówczesny prezes YES Mateusz Madelski, a że był to dla mnie też czas poszukiwania siebie, to pracę na scenie połączyłem z lobbowaniem marki YES. Robiłem to aż 10 lat, doprowadzając do bardzo silnej ekspozycji wzorów marki wśród znacznej części socjety warszawskiej. Poznawałem wtedy wiele fascynujących aktorek, artystek czy innych postaci świata mediów, literatury i blogosfery. Z częścią z nich zawiązały się wspaniałe przyjaźnie trwające do dziś. YES pojawiał się na najważniejszych eventach w Polsce i za granicą jak Oscary czy Cannes. Bardzo znane osoby brały śluby z silną ekspozycją biżuterii na social media i w prasie. Przychodziło mi to łatwo, docierałem do ciekawych postaci, które nie zawsze były powszechnie znane z nadużywania swoich zasięgów w połączeniu z markami, zwłaszcza sieciowymi. Zawsze ceniłem sobie jakość. Bardzo kocham ludzi, więc lubię z nimi spędzać czas, zwłaszcza jeśli możemy się inspirować intelektualnie i artystycznie. Nie byłem gotowy jeszcze w pełni oddać się tylko scenie, a chciałem też sobie udowodnić, że mogę robić inne rzeczy w życiu.

Dionizy Wincenty Płaczkowski

Kolekcjonujesz dzieła sztuki. Pochwal się swoimi zdobyczami.

Zarobione pieniądze skromnie inwestowałem w sztukę, dzięki czemu mam dziś płótna Radka Szlagi czy prace na papierze Berdyszaka, Ziemskiego, Lebensteina, Beksińskiego, Tarasina, Dobkowskiego, który ostatnio narysował dla mnie dedykowane prace w prezencie po swojej wystawie w Krakowie – co jest dla mnie ogromnym wyróżnieniem. Mam również prace Agaty Kus, która mnie bardzo zachwyciła, gdy ujrzałem jej prace po raz pierwszy w krakowskim MOCAK-u. Posiadam również przykłady twórczości Janka Możdżyńskiego czy Lery Dubitskaya, Misha Waks, Gossi Zielaskowskiej, fotografie operatora Wojtka Zielińskiego, Macieja Jędrzejewskiego i innych młodych artystów. Bardzo cenię naszą poznańską artystkę Alicję Białą, której prace są mi bliskie i mam ich sporo w kolekcji.
Ponadto kolekcjonuję retro zabawki Star Wars, He-Man, GI-JOE, Transformers i mam sporą kolekcję retrogamingową.

Jak wypełniasz swój wolny czas?

W ostatnich dwóch latach gram w fenomenalną i uważaną za najbardziej skomplikowaną na świecie grę karcianą Magic The Gathering. Nie wstydzę się tej mojej strony tzw. nerda (śmiech). Tak po ludzku po prostu potrzebuję się czasem odciąć, aby za bardzo nie myśleć o kolejnych zobowiązaniach. Trochę pobyć tu i teraz. To też świetny trening umysłowy, zwłaszcza że gra łączy ze sobą elementy szachów, pokera i gier rpg. 

Przed nami walentynki, dzień zakochanych, dzień, w którym można miło zaskoczyć wybrankę swego serca. Co Ty najczęściej śpiewasz z repertuaru pieśni miłosnych?

Uwielbiam wykonywać emocjonujące pieśni neapolitańskie, również pieśni francuskie czy niemieckie. Ostatnio mogłem zaśpiewać w TVP Kultura duet „Z tobą chcę oglądać świat” śp. Zbigniewa Wodeckiego pod batutą wybitnego Zygmunta Kukli z jego bandem – i też sprawiło mi to wiele radości. To naprawdę wyjątkowy utwór. Dziś bym z chęcią zaśpiewał „Mów do mnie jeszcze” Karłowicza, piękną kompozycję miłosną do słów Tetmajera. Jestem bardzo melancholijny. W repertuarze, który dobieram, jest tyle samo cierpienia co ekstazy. To mój ulubiony duet skrajnych, często ponętnie razem tańczących emocji.

Magda Ciesielska

Magdalena Ciesielska

redaktor prowadząca
REKLAMA
REKLAMA
Dionizy Wincenty Płaczkowski
REKLAMA
REKLAMA