fbpx

 

Nieustanny muzyczny podróżnik, laureat tegorocznej Ery Jazzu, poszukujący nowych pomysłów, zarówno tych wpisujących się w koloryt nowoczesnego jazzu, jak i tych łączących różne nurty i nastroje muzyki dawnej. Dawid Tokłowicz docenia czas wzmożonej pracy, której efekty przynoszą wielką satysfakcję. Pielęgnuje więzy rodzinne, bo szczęście dają mu najbliżsi. Odpoczywa, podróżując, uprawiając sport, spacerując brzegiem Warty lub popijając ulubioną małą czarną. Mówi, że trzeba odnaleźć równowagę życia, własną drogę, dlatego w tym roku wydaje debiutancką płytę „Own Path”.

Rozmawia: Magdalena Ciesielska

Zdjęcia: Olga Rainka/ Era Jazzu

Dawidzie, skąd u Ciebie zamiłowanie do jazzu? Jak zaczęła się Twoja przygoda?

DAWID TOKŁOWICZ: Moja historia sięga najmłodszych lat, bo wywodzę się z muzycznej rodziny. Mój dziadek jest skrzypkiem, kompozytorem, wychowawcą muzycznym, mój tata – perkusistą. Będąc jeszcze dzieckiem, pamiętam jak jeździłem z tatą samochodem i z kaset słuchaliśmy dobrej muzyki. I nie była to tylko muzyka jazzowa. (śmiech)

Rozpocząłem edukację w muzycznej szkole podstawowej przy ul. Solnej w Poznaniu, jako pierwsza była gra na skrzypcach – jednak nie polubiliśmy się. (śmiech) Po dwóch latach zmieniłem instrument na saksofon i trafiłem na wspaniałego nauczyciela, Jarosława Wachowiaka, któremu zawdzięczamy wspaniałych saksofonistów. Już od szkoły podstawowej, oprócz aspektów stricte technicznych, byłem ukierunkowywany w stronę improwizacji. Zawsze Jarosław Wachowiak włączał nam w klasie dobrą muzykę, wartościowe nagrania. Stawiał na indywidualizm, talent, umiejętność odnalezienia się w różnych sytuacjach. Po prostu bardzo mnie inspirował. Wszystko zaczęło się właśnie w szkole muzycznej, dzięki wybitnemu nauczycielowi mentorowi.

Nie tak dawno otrzymałeś wielkie wyróżnienie podczas Ery Jazzu. Jesteś tegorocznym laureatem. Jakie emocje towarzyszyły Tobie, gdy odbierałeś statuetkę od Dionizego Piątkowskiego?

To jest ogromne szczęście i wyróżnienie, tym bardziej, gdy zdaję sobie sprawę jak znakomite nazwiska, znakomici muzycy otrzymali tę statuetkę przede mną. To artyści, którzy rozwijają polski jazz z ogromną mocą i talentem. Z jednej strony to dla mnie duża odpowiedzialność otrzymać tę nagrodę, z drugiej strony – wciąż staram się udowodnić sobie i innym, że jest ona zasłużona. (śmiech) Dziękowałem też Dionizemu podczas festiwalu za zaufanie, za dostrzeżenie mnie.

Nagroda Ery Jazzu przyznawana jest utalentowanym muzykom poznańskiego środowiska jazzowego już od 2015 roku. Wśród uhonorowanych muzyków znaleźli się: kwartet Kuby Skowrońskiego i Adama Zagórskiego, gitarzysta Dawid Kostka, kompozytor Piotr Scholz oraz harmonijkarz Kacper Smoliński. A teraz i ja dołączyłem do tego wartościowego grona artystów.

My jako artyści-muzycy szukamy potwierdzenia naszej pracy, docenienia naszej muzyki i ze strony odbiorcy, i popularyzatora muzyki jazzowej, jakim bez wątpienia jest Dionizy Piątkowski, pomysłodawca Ery Jazzu.

Doskonaliłeś swoje umiejętności pod okiem wielu wybitnych międzynarodowych saksofonistów. Czego nauczyłeś się od tych muzycznych autorytetów?

Wszyscy wielcy, z którymi przyszło mi współpracować – czy to Maciej Kociński, w naszym poznańskim środowisku, czy Andrzej Olejniczak, u którego byłem w San Sebastián, czy portorykański saksofonista Miguel Zenón, u którego brałem „master classy”, czy artyści, których spotkałem podczas pobytu w Nowym Jorku – dołożyli coś od siebie, pomogli mi rozwinąć skrzydła i zrozumieć istotę nieustannych poszukiwań muzycznych inspiracji. To, co zauważam u wielkich muzyków jazzowych, chociażby u Johna Coltrane’a i Paula Desmonda, to umiejętne połączenie wielu godzin pracy z duchowością i głębią. Nie chodzi mi tylko o religijność czy wiarę, ale również o ogromną pasję do muzyki. Połączenie tych kilku znaczących aspektów daje efekt największej artystycznej prawdy. Nie oszukuję, nie kreuję się na nikogo innego, kim nie jestem. Mam tę muzyczną podstawę, tzw. bazę, wiem, o czym gram i co chcę przekazać – w szczególności gdy mówimy o muzyce jazzowej, gdzie z jednej strony nie ma zasad, jest kompletna wolność twórcza, improwizacja, ale z drugiej strony – wszystko jest jednak oparte na regułach. Dlatego często podkreślam, że praca ma być nieustannym rozwojem.

Miałam przyjemność rozmawiać z profesor Katarzyną Stroińską-Sierant, Jackiem Szwajem, Natalią Świerczyńską, osobami związanymi z muzyką jazzową, nieustannie poszukującymi nowych inspiracji, środków wyrazu, nowych bodźców. Jakie nurty, jakie rodzaje muzyczne najczęściej ze sobą zestawiasz i dlaczego?

To jest swego rodzaju wrażliwość muzyczna, która we mnie podskórnie gra. Bardzo lubię tematykę ludowości, nasze korzenie. To jest tradycja i źródło wielu muzycznych inspiracji. Mocno mnie poruszają pieśni ludowe – w nich jest ta sama prawda i głębia, co np. u Coltrane’a. Kładę duży nacisk na szczerość i naturalność przekazu, staram się łączyć moją muzykę w szczególności z jazzem Nowego Jorku, ze stylem z lat 40. XX wieku, tzw. bebopem, ale także ze współczesnym jazzem NY.  

Muszę też wspomnieć o wpływach muzyki poważnej, klasycznej, ponieważ to moje połączenie kwartetu smyczkowego z saksofonem w zespole Dawid Tokłowicz & Strings wypływa właśnie z tych inspiracji. Jestem niezwykle poruszony, gdy słucham Jana Sebastiana Bacha, jego utwory na instrument solo czy wielkie msze, ale także gdy obcuję z muzyką współczesną, np. z utworami Arvo Pärta, estońskiego kompozytora muzyki chóralnej i instrumentalnej. Bardzo doceniam takie podejście minimalistyczne do muzyki instrumentalnej czy symfonicznej. Jestem osobą, która cały czas poszukuje inspiracji. Codziennie słucham przeróżnej muzyki, często też wracam do artystów, których słuchałem przed laty. Nieustanna chęć rozwoju mi przyświeca, komponując, aranżując, tworząc muzykę, tak aby dochodziło do korelacji, przenikania się niezwykle ciekawych brzmień i nastrojów.

Pomysł połączenia klasycznego brzmienia kwartetu smyczkowego i jazzowego saksofonu jest u Ciebie niezwykle ujmujący. Tu – jak podkreśla Dioni Piątkowski – klasyka współbrzmi z jazzową improwizacją. Lubisz improwizować?

Każdy z nas improwizuje, (śmiech) nawet w zwyczajnej codzienności, gdy trzeba odnaleźć się w nieoczekiwanej, często stresogennej sytuacji. Dokładnie tak samo jest, gdy gram i spotykam się z wieloma artystami o odmiennych zapatrywaniach muzycznych. Nie ukrywam, że jest to trudne, kiedy pierwszy raz koncertuję z nowymi osobami i mam z nimi wykreować coś innego. Tak było chociażby podczas ostatniej Ery Jazzu, gdy grałem z Dani Perez Trio. Spotkaliśmy się dzień wcześniej, ale graliśmy wspólnie dopiero w dzień koncertu. Z jeden strony każdy może wnieść coś swojego, indywidualnego, ale z drugiej strony musimy odnaleźć się w słuchaniu siebie nawzajem – to tak jak budowanie relacji i więzi międzyludzkich.

Muzyka to również relacja, komunikacja na wielu poziomach. Tu spontaniczność i umiejętność dopasowania się do zespołu musi być podparta wielogodzinną pracą nad sobą. Szukając szczerości, prawdy przekazu, lubię improwizować – to mnie niezwykle inspiruje w moich artystycznych poszukiwaniach. W muzyce dajemy sobie dużo swobody i wolności, a margines błędu wpisany jest w całość, na zasadzie spotkania się ludzi.

Czyli jako aranżer, kompozytor płyniesz zgodnie z nurtem muzyki, tworzysz w zgodzie z samym sobą?

Inspiruję się tym, co już było, studiuję muzykę, słucham, potem filtruję to przez siebie, przez moje emocje, przez melodie, które rodzą mi się w głowie. Czasem są to melodie zasłyszane, kiedy aranżuję, tak jak np. podczas tegorocznej Ery Jazzu , kiedy wykonaliśmy utwór Krzysztofa Komedy, czy zaaranżowałem ukraińską pieśń ludową na nasz zespół. Szukam możliwości wyrazu niekiedy na kanwie utworów, które już powstały, bo wiem, że mogę pokazać emocje i wartości z innej strony. A czasami są to kompletnie nowe doznania, uczucia, które mi towarzyszą chociażby podczas podróży. Uwielbiam podróżować, inspirować się nowymi miejscami, kulturami, ludźmi, których spotykam. Tu dźwięki układają się jak przysłowiowe puzzle. Melodia do mnie przychodzi nieraz i w nocy. Nagrywam szybko na dyktafon, a potem następnego dnia siadam do fortepianu i komponuję – to jest tzw. wena twórcza. (śmiech)

Realizowałeś arcyciekawy projekt „komedowski”. Opowiedz trochę o nim.

Wspaniałym elementem Festiwalu Era Jazzu jest projekt Komedy, ale także pomysł Dionizego Piątkowskiego – łączenie artysty, który otrzymuje nagrodę, z zespołem zapraszanym na festiwal. Dla mnie artysty wchodzącego w świat dorosłości i swojej kariery, był to niezwykle ważny moment sprawdzenia się w środowisku scenicznym i dojrzałym artystycznie. To są właśnie te skrzydła, które Dionizy Piątkowski daje młodym muzykom, i pewnego rodzaju nobilitacja. 

Spotkałem się z Dani Perezem w iście hiszpańskim stylu (śmiech). Jedliśmy, rozmawialiśmy nie tylko o muzyce, po prostu o życiu, pasjach, zainteresowaniach itp. Poznaliśmy siebie, co pozwoliło nam później – już w dniu koncertu – wspaniale odnaleźć się na scenie i współpracować. Dionizy doskonale wie, kogo zaprasza i jakich artystów chce zestawić w duecie. Sądzę, że to nie był przypadek, iż mogłem zagrać z tym zespołem. Dani Perez jest i muzykiem, kompozytorem, i edukatorem, wykłada na uczelni w Barcelonie i – podobnie jak ja – ma nieustanną chęć rozwoju. Cały czas chce więcej i więcej, dlatego dużo koncertuje, gra w całej Europie, realizując swoją myśl muzyczną, biorąc udział w wielu projektach, w różnych konfiguracjach muzycznych.

Ty też jesteś edukatorem, spełniasz się w tej roli podobnie jak Twój dziadek. Jakim jesteś nauczycielem?

Aktualnie uczę w dwóch szkołach: szkole katedralnej I stopnia oraz w szkole Yamaha. Są to zupełnie inne miejsca, idące w innych kierunkach. W szkole muzycznej katedralnej kształtuję i uczę w kierunku bardziej tradycyjnym, klasycznym. Jednak każdego, kto przychodzi na zajęcia, bez względu na miejsce edukacji, chcę zainspirować, uwrażliwić na muzykę, pokazać jej piękno. Uważam, że muzyka jest niezwykle istotna w rozwoju człowieka, w naszym życiu. I nawet jeśli mój podopieczny, adept, nie będzie w przyszłości wiązał swoich nadziei i planów z zawodem muzyka, to i tak pragnę otworzyć go na świat muzyczny, pokazać jak czerpać z tego radość, czy słuchając muzyki, czy ją wykonując.

Tu w Poznaniu wielu muzyków, absolwentów Akademii Muzycznej im. Ignacego Jana Paderewskiego zna się i współpracuje ze sobą. Wiem, że np. brałeś udział w projekcie Natalii Świerczyńskiej „Winter Songs of Frank Sinatra”. Z kim obecnie jest Tobie po drodze? 

Na pewno z moim przyjacielem, Michałem Kaczmarczykiem, gitarzystą, który prowadzi swoje Trio. Razem z nim miałem niezwykłą przyjemność zagrać w zeszłym roku szereg koncertów, które dostały stypendium „Kultura w drodze”. Graliśmy wspólnie muzykę Bronisława Kapera, polskiego kompozytora żydowskiego pochodzenia, twórcy muzyki filmowej i teatralnej, laureata Oscara w 1954 roku za ścieżkę dźwiękową do filmu „Lili”. Niestety, mało znanego w naszym kraju, choć jest pierwszym Polakiem, który otrzymał Oskara za muzykę filmową.

Ponadto z profesor Katarzyną Stroińską-Sierant, współtworząc Improsonus, nagraliśmy płytę „Pro Mater” – to polskie pieśni Maryjne na zespół jazzowy i koncerty, które razem gramy w ramach tego religijnego projektu. Natomiast w kontekście innego projektu zatytułowanego „Melodie wielkopolskie na kwartet jazzowy” wystąpiłem gościnnie.

Co przed Tobą? Jakie plany, marzenia do urzeczywistnienia?

Za niedługo zostanę tatą, (śmiech) więc otwiera się nowy etap w moim życiu. Czerwiec obfituje szeregiem koncertów we Francji z moim przyjacielem, wibrafonistą jazzowym, Felixem Robin, z którym współpracuję już ponad trzy lata. Trasa koncertowa obejmuje w szczególności takie miasta jak: Bordeaux, Tuluza, Rennes w Bretanii. Wyjazd do Francji to i czas koncertów, ale i czas wakacyjny, który spędzę z moją żoną. Odwiedzimy razem San Sebastián położone tuż przy granicy hiszpańsko-francuskiej, w którym ja byłem na praktykach muzycznych, a ona na Erasmusie. Chcemy tam spędzić kilka dni, spotkać się ze znajomymi – taka sentymentalna podróż.

Co dla mnie bardzo ważne, razem z Felixem Robin zrealizowaliśmy mój debiutancki album, który ukaże się w listopadzie br. I z międzynarodowym zespołem będziemy grali również trasę promującą tę płytę zatytułowaną „Own Path” („Własna ścieżka”). W tym momencie dopinamy wszystkie szczegóły trasy koncertowej w Polsce. Bardzo się z tego cieszę, że po czasie pandemicznych obostrzeń znów możemy stanąć na scenie, mocno się rozwijać, mieć kontakt z publicznością.