fbpx

 

 

Utalentowana, pełna energii i optymizmu, niezwykle ekspresyjna. Wie, czym jest ciężka praca w osiąganiu celów oraz spełnianiu marzeń. Olga Szomańska – wokalistka i aktorka, właścicielka wspaniałego mocnego głosu, ambasadorka nowej siedziby Teatru Muzycznego w Poznaniu – zawsze podkreśla najcenniejszą wartość, jaką stanowi dla niej rodzina, a swoimi uczuciami i przemyśleniami dzieli się na nowej płycie zatytułowanej „Ja lubię”.

 

 

Rozmawia: Magdalena Ciesielska

Zdjęcia artystki: Piotr Serafin

Zdjęcia ze spektaklu: Fotobueno

 

Ma Pani i coś z anioła, i coś z diabła? (śmiech) Utożsamia się Pani z przebojową Deloris van Cartier z musicalu „Zakonnica w przebraniu”, kobietą energetyczną, idącą pod prąd, wulkanem nowych pomysłów?

OLGA SZOMAŃSKA: Deloris to w 90 procentach ja! Uwielbiam tę rolę i musical „Zakonnica w przebraniu”. Dużo mnie kosztowało nie granie prawie dwa lata tego spektaklu, więc kiedy stanęłam na scenie poznańskiego Teatru Muzycznego i znów wcieliłam się w postać Deloris, miałam poczucie, że wszystko wraca na właściwe tory.

Ja jako Olga mam w sobie mnóstwo energii i siły, ale też takiej wiary w dążeniu do celu jak Deloris. Ponadto skoczyłabym w ogień za swoją rodziną, najbliższymi, przyjaciółmi i mogłabym zrezygnować dla nich ze wszystkiego, aby tylko byli zdrowi, spokojni i szczęśliwi. Wydaje mi się, że każda kobieta ma trochę z Deloris…

Teatr Muzyczny w Poznaniu zaprasza na Sylwestera z „Zakonnicą w przebraniu”. Akurat nie będzie Pani grała tego dnia, ale proszę wskazać fenomen tego spektaklu. Co jest jego największym atutem, co działa jak magnes, który od wielu lat przyciąga rzesze fanów?

Niewątpliwie prawda, ogromna siła przyjaźni i siła miłości, które emanują ze sceny. Musical pokazuje poszczególne etapy, próby realizacji swoich marzeń, bo wiadomo, że Deloris marzy, aby być wielką gwiazdą, wielką artystką, a na końcu spektaklu dochodzi do wniosku, że to nie jest w życiu najważniejsze. Wystarczy być docenionym w oczach najbliższych – i to jest niezaprzeczalna wartość.

Istotny jest splot różnych zdarzeń, które się dzieją w naszym życiu. Bolesne doświadczenia, rozstania, niespełnione miłości, śmierci, ale i narodziny, które są cudem, powodują, iż zmienia się nasza perspektywa, punkt odniesienia. Na niektóre sprawy patrzymy inaczej…

Będąc 22 lata na scenie i w show biznesie, też doszłam do takiego momentu w swoim życiu. Kiedyś wydawało mi się, że jak nie będą grała dla tysięcy widzów, nie będę oklaskiwana lub moje płyty nie będą sprzedawać się w setkach tysięcy egzemplarzy, to nie będę nic warta. Ale nauczyłam się przeglądać w oczach najbliższych. Dla rodziny i przyjaciół jestem gwiazdą – i to jest dla mnie wystarczające.

Czy wiara czyni cuda? – Nawiązuję do albumu chóru gospelowego Trzecia Godzina Dnia, gdzie wystąpiła Pani gościnnie.

Moja osoba jest dowodem na to, że marzenia się spełniają. Oczywiście, one nie przychodzą tak po prostu, to jest przede wszystkim ogrom ciężkiej pracy, poświęcenia. Talent jest tu na kolejnym miejscu, bo jest wielu wybitnych i utalentowanych osób, które nie przebijają się w show biznesie i nie mogą zrealizować swoich działań, dążeń, zamierzeń.

Dawno temu wytyczyłam sobie ścieżkę życia, nakreśliłam drogę, którą chcę podążać. I tego się trzymam. Nie zbaczam z powziętych wcześniej zamierzeń. Wszystko, co się wokół mnie dzieje, bycie na scenie, bycie wśród wyjątkowych ludzi, bycie mamą wypełnia mój świat marzeń.

Oczywiście, wiara czyni cuda. Podpisuję się pod tym obiema rękami, ale też trzeba zrozumieć inne wartości, jak: ciężka praca, niepoddawanie się, przeciwstawianie się porażkom, bycie uczciwym, lojalnym, niewywyższanie się, szanowanie ludzi. Zawsze doceniam pracę innych: pań garderobianych, osób pracujących na scenie czy za sceną, oświetleniowców, akustyków, technicznych. To są ludzie, którzy budują mnie, moją karierę i jestem im za to bardzo wdzięczna. Nigdy w życiu nie pozwoliłabym sobie wywyższać się i może dlatego pewne marzenia łatwiej udaje mi się spełniać. Jestem doceniania przez ludzi za pozytywne nastawienie i za zwykłą ludzką życzliwość, dobrą energię. Moja mama, która przeprowadziła ze mną wiele motywacyjnych rozmów w życiu i nadal mnie wspiera, jest dla mnie wyznacznikiem uczciwości życiowej. Uczyła mnie, że jeśli wspinam się po drabinie swojej kariery, żebym pamiętała „po kim” się wspinam, bo kiedy będę spadała z tej drabiny, to znów na tych ludzi trafię i głupio będzie potem spojrzeć im w oczy. A ja – wtedy kiedy spadam – trafiam na wspaniałe osoby, które mnie podtrzymują, wspierają, motywują.

Była Pani związana z Teatrem Muzycznym we Wrocławiu, a także Teatrem Muzycznym „Roma” w Warszawie. Występowała Pani w spektaklach, musicalach, chociażby „Miss Sajgon” oraz „Grease”. Obecnie współpracuje Pani z poznańskim Teatrem Muzycznym i została Pani wybrana ambasadorką nowej siedziby tej instytucji. Jak Pani zareagowała na tę propozycję?

Zaskoczeniem, ale i szczęściem. Muszę przyznać, że w Teatrze Muzycznym w Poznaniu jest tak wielka energia, do której chce się po prostu wracać. I wracam tu już pięć lat! (śmiech)  Miałam wiele różnych, często kompletnie innych propozycji pracy, wystąpień w produkcjach, ale nakładały się na to i czas pandemii, i moje działania serialowo-teatralno-muzyczne i musiałam te plany po prostu odpuścić. Nie wyobrażam sobie jednak życia bez Teatru Muzycznego w Poznaniu. Ludzie, którzy tworzą teatr, są dla mnie bardzo ważni, traktują mnie jak swoją rodzinę, więc ja tu wracam też jak do swoich najbliższych. Do domu.

Ma Pani na swoim koncie wiele muzycznych przeżyć i doniosłych momentów, jak np.: występ w „Szansie na Sukces” , gdzie została Pani laureatką programu, wygrywając piosenką „W moim magicznym domu” z repertuaru Hanny Banaszak; współpraca z Piotrem Rubikiem przy oratorium „Tu Es Petrus” czy utwór „Vivere” odśpiewany w duecie z Andreą Bocellim, wydanie pierwszej autorskiej płyty „Nówki”. Wymieniać i wymieniać można dalej… Co stanowi dla Pani istotny przełom w myśleniu o muzyce, o życiu?

To bardzo ciekawe pytanie. Ja cały czas się zmieniam jako artystka, obserwując życie, sprawy polityczne, podchodząc do tematu macierzyństwa. Nieustannie się uczę.

Muzycznych rzeczy, które mnie zmieniały i jednocześnie ukształtowały, jest bardzo dużo, ale najistotniejszy punkt zwrotny mojej kariery nastąpił, kiedy pojawił się na świecie mój syn Władysław. Dziecko zmieniło poczucie wartości pewnych spraw, nie na gorsze, tylko na lepsze. Np. gdy zaśpiewałam na Stadionie Wrocławskim koncert z Andreą Bocellim, wróciłam do domu i… umyłam podłogę. Zwykła czynność w domowym zaciszu po cudownym, wręcz niezwykłym przeżyciu, jakim był koncert z mistrzem. Musiałam odreagować. Wcześniej stałam na scenie w pięknej sukni, kolii z brylantów, ale wróciłam na ziemię, do przyziemnych spraw i obowiązków.

Moje macierzyństwo wyczekane, upragnione, powoduje, że kiedy wracam do domu ze spektaklu, koncertu czy dubbingu, muszę przekierować moją uwagę. Nie jest ważne, co mi się udało zrobić, tylko zaczynam z synem naukę czytania baśni Andersena, gry na instrumencie itd. Rozmowy o tym, co na świecie, co w domu, co wolno, czego nie wolno. Przytulamy się. I ja już nie jestem gwiazdą, tylko mamą. Moje dziecko jest często ze mną, przy scenie, ono nie wartościuje mnie jako mamy i artystki. Dla niego to coś powszedniego, normalnego. Rozmawia z Kubą Badachem i mówi do niego „wujek”, Andrzej Seweryn czyta mu bajki, Wojtek Cugowski gra mu na gitarze.

 

Niebawem rozpoczyna Pani ogólnopolską trasę koncertową z nową płytą zatytułowaną „Ja lubię”. Poznań odwiedzi Pani 21 grudnia br., inaugurując album. Czego możemy się spodziewać po utworach z cyklu „Ja lubię”, a co nas zaskoczy?

Bardzo przeżywam tę płytę, to dla mnie świeże doznanie. „Ja lubię” jest zbiorem wszystkich uczuć, które bardzo silnie mnie dotyczą, co przeżywam, jak czuję…Jest ona przygotowana z ogromnej miłości, ale i pod wpływem ogromnej tęsknoty, niezależnie od tego, co zapisujemy pod hasłem tęsknota. Może to być tęsknota za rodziną, za ojcem, swoją miłością, za staniem na scenie ze względu na pandemię – to splot uczuć, które we mnie tkwią, mnie otaczają. Dodać muszę, iż płyta jest tworem wielkiej przyjaźni. Usłyszeć można duet z Kubą Badachem, utwory wykonane wspólnie z zespołem Dagadana i chórem Gospel Rain czy też nieznaną piosenkę mojego taty, Włodzimierza Szomańskiego, w mistrzowskiej aranżacji Adama Sztaby. Ponadto praca z Krzysiem Łochowiczem, producentem płyty, i Jackiem Subociałłą, który współkomponował ze mną piosenki – wszystko, co udało się zebrać na płycie, pokazuje, że ja lubię tę płytę, teksty, ja lubię ludzi, z którymi tworzę, lubię śpiewać te utwory.

Znajduje się na płycie czternaście premierowych utworów o zróżnicowanym charakterze muzycznym, stanowiących moją osobistą wypowiedź. Optymizm, energia, siła, radość, spokój, mądrość, tęsknota – to tylko niektóre z wachlarza uczuć, którymi się dzielę. Uczucia są u mnie silne.

Czy w tym świątecznym okresie koncert w Poznaniu zostanie również wzbogacony o kolędy i pastorałki?

Na pewno zaśpiewam kolędy, bo bardzo doceniam świąteczny klimat. Uwielbiam święta Bożego Narodzenia i związaną z nimi oprawę muzyczną, artystyczną.

 

Jaka jest Pani ulubiona kolęda? Jaką Pani najchętniej wykonuje przed publicznością bądź nuci w domowym zaciszu?

Ulubioną kolędą zarówno moją, jak i mojego syna jest „Mizerna cicha”.

 

Mizerna, cicha, stajenka licha

Pełna niebieskiej chwały

Oto leżący, przed nami śpiący

W promieniach Jezus mały

 

Nad nim anieli w locie stanęli

I pochyleni klęczą

Z włosy złotymi, z skrzydła białymi

Pod malowaną tęczą

(…)

 

Mój syn zawsze jeździł ze mną na wszystkie koncerty kolędowe, w styczniu często było ich około trzydziestu, i ukochał sobie tak tę kolędę „Mizerna cicha”, że do czerwca kazał mi ją śpiewać (śmiech) jako kołysankę. Za każdym razem, gdy chciałam mu śpiewać coś innego, np. „Kotki dwa”, to mówił mi, abym mu śpiewała „Mizerną Zdzichę”. (śmiech) To dość śmieszne, bo nie wiem skąd mu się wzięła ta Zdzicha.

Mnie ta kolęda niezwykle wzrusza i uwielbiam ją wykonywać.

 

 

Czy w kwestii dubbingów również „słucha” Pani rad i preferencji syna Władysława?

Czerpię z dziecięcej radości i beztroski – od zawsze, kiedy sięgnę pamięcią, chciałam pracować w dubbingu. To również dowód na spełniające się marzenia! (śmiech) Uwielbiam podkładać głosy, bawię się tym, jestem cały czas dzieckiem. We mnie jest mnóstwo dziecięcej radości, dlatego mam doskonały kontakt nie tylko ze swoim synem, ale w ogóle z dziećmi. Bo one mnie po prostu lubią – mogę się tym pochwalić. (śmiech) Często gram dinozaurzyce, trolice, albo duże, postawne, ciemnoskóre kobiety. Dzięki mojemu „ciemnemu” głosowi, który niewątpliwie jest potrzebny w dubbingu, znalazłam sobie taką niszę. Zawsze wybieram propozycje dubbingowe, staram się znaleźć trochę czasu, aby nagrać choć jedno zdanie. To mnie niezwykle cieszy i rozbawia.