fbpx

„Powrót do tamtych dni”
reż. Konrad Aksinowicz
prod. Polska 2021
premiera: 10 grudnia
Dystrybucja w Polsce: Kino Świat

autor tekstu: Radek Tomasik, Ferment Kolektiv

Ten film to festiwal zaskoczeń. Zaskakuje Maciej Stuhr. Zaskakuje Weronika Książkiewicz. Zaskakuje scenariusz i tętno przedstawianej historii. Jak jednak o tym opowiedzieć, by nie popsuć zaskoczenia?

Roczniki osiemdziesiąte, do których należę, odnajdą się w tym filmie jak u siebie. Przaśna rzeczywistość lat dziewięćdziesiątych: Pewexy, dresy z kreszu i wiecznie nieobecny ojciec zarabiający na rodzinę zagranicą, którego jedyną fizyczną emanacją są krótkie telefony (w tym przypadku nagrania, bo ojciec jest radiowcem). I ten moment, gdy staje w progu jak gwiazda Hollywood, wymuskany, wyczesany, w nowym komplecie błękitnych dżinsów, w markowych, białych jak obrus w Boże Narodzenie butach i obowiązkowych ciemnych okularach. Czy to Tom Cruise z „Top Gun”? Chuck Norris z „Zaginionego w akcji”? A może sam Arnold Schwarzeneger z „Terminatora”? Dla rodziny powrót ojca jest jak niespodziewane święta, zaś dla żony jak drugi miesiąc miodowy, w którym partner obsypuje ją kwiatami i komplementami.

Oczywiście do czasu. Twórcy filmu mamią nas nostalgią, którą łykamy bez popitki, i stajemy się coraz bardziej zawiani, coraz bardziej pod wpływem: wszystkiego, co budowało nasze dzieciństwo, młodość, konstruując zarazem nasze mity na całe życie. Po czym każą nam gwałtownie otrzeźwieć, zejść na ziemię i spojrzeć prawdzie w oczy.

Bo „Powrót do tamtych dni” nie jest filmem o nostalgii, choć bardzo zręcznie posługuje się kategorią ukwieconej dowcipem melancholijnej groteski – tak popularnej choćby w literaturze polskiej lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych, w której wielu polskich pisarzy powracało do swoich małych ojczyzn również po to, by rozliczyć się z ich demonami. Przemysław Czapliński w książce o wiele mówiącym tytule „Wzniosłe tęsknoty” tak diagnozował postawę pisarza: „ironia czyni go człowiekiem wolnym od iluzji, że to co minęło, było wzniosłe”.

Mam wrażenie, że podobnie jest w tym filmie, który aż kipi od autoironicznych żartów i mrugnięć okiem do „kumatego” widza, ale konsekwentnie prowadzi do fabularnych rozwiązań, które nie tylko unieważniają naszą błogość, ale i bezlitośnie uwypuklają naiwność.

Tu postawię znak „stop”, za który nie będę wykraczał, żeby nie psuć odbioru wszystkim, którzy na ten film czekają. Dodam od razu, że nie zaskoczenie tu jest kluczowe, choć to właśnie ono powoduje, że – jak to się dzisiaj nieprecyzyjnie mówi – wychodzimy ze swojej strefy komfortu. Myślę, że ważne tu jest ukazanie zjawiska, które zaskoczeniu jest bliskie: mianowicie – przejrzenia na oczy. Urealnienia swojej oceny sytuacji. Pozbycia się iluzji.

Pamięć wielu z nas otoczyło lata dziewięćdziesiąte nimbem wzniosłości i nostalgii, bo każdy pragnie mieć swoją własną krainę dzieciństwa, do której może wracać we wspomnieniach i opowieściach na dobranoc. Dla niektórych to opowieść o klockach lego lub kolekcji samochodów na resory, dla innych o wyprawach na ryby, dla jeszcze innych – o mitologicznych wyprawach do Pewexu jak do konsumpcyjnego Eldorado. W niepamięć idą toksyczne relacje w szkole, kłótnie w domach, (podstaw cokolwiek). Okres transformacji ustrojowej odcisnął swoje piętno na milionach rodzin w Polsce, zaś opisywany między innymi w „Cudownej Melinie” Kazimierza Orłosia cud permanentnego dostępu do wódki – zebrał w tym karnawałowym dla niektórych czasie wielkie żniwo.

I o tym jest ten film. O straconych marzeniach, o iluzji, o próbie zmiany tego, na co nie mamy już wpływu, o wiecznym strachu, o wstydzie, o coraz bardziej wystudiowanym ukrywaniu prawdy, życiu w kłamstwie i chęci uwierzenia w to, co niemożliwie. To przenikliwy film o nałogu, na który z zewnątrz patrzy się z politowaniem, a który jest siłą, który zmiata z powierzchni ziemi całe kontynenty. Film Konrada Aksinowicza, zawieszony między nostalgią a rozpaczą, to poruszające do głębi, świadome, fenomenalne kino.