fbpx

O roli w nowym filmie „Furioza”, metamorfozie z amanta w kibola oraz o magii kina i pasji do swojej pracy opowiedział nam Mateusz Damięcki, który przyjechał do Poznania na zaproszenie Ligi Kobiet Sukcesu.

 

Rozmawia: Michał Gradowski

Zdjęcia: Krzysztof Opaliński

 

Choć trudno w to uwierzyć, masz już za sobą 30 lat pracy twórczej. Jak wspominasz swoją pierwszą rolę?

Rzeczywiście, w lipcu stuknęło mi 30-lecie. Przez ten czas zdążyłem zagrać w parudziesięciu produkcjach filmowych i teatralnych, ale każdą z nich pamiętam, jakby to było dziś. W 1991 rok pojechałem do Międzygórza na plan serialu pt. „Wow” – była to historia wirusa, który „ucieka” z komputera. Kręcono wtedy starymi metodami, kamerami na taśmę, z ogromną liczbą statystów, bez multiplikacji komputerowej, a zamiast dronów były helikoptery. Twórcy filmowi byli zapatrzeni w to, co działo się wtedy w Europie Zachodniej czy Stanach Zjednoczonych, ale polska rzeczywistość była zupełnie inna. Nigdy nie zapomnę jak we wspomnianym Międzygórzu, w czasie jednego z dni zdjęciowych, scenografka zaczęła wyciągać z Żuka jakąś dziwną maszynę. W uproszczeniu wyglądało to, jak jakaś maszyna w częściach, elementy z dykty oklejonej kolorowymi, jaskrawymi foliami samoprzylepnymi. Scenografka próbowała wyjaśniać: „To jest takie specjalne urządzenie, kiedy tu włożysz plastikową kartę, tu wstukasz kod, to tu wyjdą pieniądze”. Naszym śmiechom nie było końca. Mieliśmy wtedy po 10 lat i dla nas to był statek kosmiczny. Bankomaty pojawiły się w Polsce dopiero kilka lat później.

 

Czy rewolucja, która przetoczyła się od tego czasu przez branżę filmową, z  rozbudowanymi efektami specjalnymi i działaniem na wszystkie zmysły widzów, przyniosła tylko korzyści czy też coś zgubiliśmy po drodze?

Jest wiele opinii, według których nowoczesne technologie zaśmieciły sztukę filmową. Warto pamiętać, z czego wywodzi się kino. Bez 2,5 tys. lat historii teatru kino fabularne – które przenosi nas w inny świat, które tworzy rzeczywistości na co dzień nam nieznane i pozwala poznać ludzi, których nigdy byśmy nie mieli szansy spotkać w realnym życiu – nie mogłoby istnieć. Tak jak we fragmencie wiersza Joanny Kulmowej: „Teatr jest po to, żeby wszystko było inne niż dotąd.”

Jeśli te wszystkie 5D i 4K, efekty komputerowe czy drony pomogą stworzyć nam ten inny świat i wpłyną na atrakcyjność filmu, to wspaniale, ale na końcu i tak najważniejszy jest bohater i sama historia.

Jedno zmieniło się na pewno – kiedyś zostawiało się dla widza więcej przestrzeni do interpretacji, do własnych poszukiwań, a dzisiaj coraz częściej wszystko jest podawane „na talerzu”. Trochę mi brakuje tej tajemnicy, choć sam często chodzę do kina, żeby przestać myśleć o sprawach codziennych, żeby zobaczyć obraz i usłyszeć dźwięk, które całkowicie mnie pochłoną. Bo nie zawsze mam nastrój na tzw. film „festiwalowy”, który będzie trudniejszy w odbiorze, będzie wymagał głębszej refleksji.

Najważniejsze dla Ciebie filmy?

Jest ich bardzo wiele. Na pewno kilka filmów Martin Scorsese. „Taksówkarz” całkowicie zmienił trajektorię mojego myślenia na temat kina, podobny zwrot przeżyłem po obejrzeniu „Ostatniego kuszenia Chrystusa”. Spore wrażenie zrobił na mnie „Avatar”. Razem z siostrą uwielbiamy „Rejs”. Zawsze chętnie po raz kolejny obejrzę też „Dziewczyny do wzięcia” Kondratiuka, żeby popatrzeć na grę wspaniałej Ewy Szykulskiej. Ale kiedy z Paulą (Paulina Andrzejewska, żona Mateusza Damięckiego – przyp. red.) jesteśmy już po pracy, dzieci śpią i mamy chwilę, żeby złapać oddech, to nie pogardzimy Jasonem Stathamem, który w filmie „The Meg” pływa w batyskafie za 20-metrowym rekinem. Naprawdę. Fantastyczne jest to, że takich rekinów tak naprawdę nie ma, a tu nagle dostajemy informację: jest, właśnie go zrobiliśmy, wygląda jak prawdziwy. Bo na tym również polega magia kina.

 

Porozmawiajmy teraz o Goldenie, łysym, przypakowanym kibolu, Twojej najnowszej roli w „Furiozie”. Czy był jakiś jeden element, który w największym stopniu pozwolił Ci zbliżyć się do tej postaci, tak odległej od Twoich wcześniejszych ról?  

Kluczem był czas. Na początku nie miałem pojęcia, jaki ma być Golden. Obejrzałem dokument o środowisku kiboli, ale poczułem tylko niechęć i strach, więc porzuciłem tę drogę – wiedziałem, że nie mogę stracić szacunku do bohatera, że muszę go bronić na każdym etapie i za wszelką cenę. Poszedłem też na mecz piłki nożnej, ale to była dla mnie katorga, wiedziałem, że nic nie osiągnę w ten sposób. Nie chciałem też oglądać filmów referencyjnych, aby nikogo nie naśladować. Analizowałem raczej przemianę aktorów, którzy w nowym filmie występowali w zupełnie nowej roli – jak Christian Bale w „Batmanie”, którego uwielbiam w zestawieniu z „American Psycho”. Czułem, że w pewnym momencie postać Goldena sama do mnie przyjdzie i zaufałem tej intuicji. Codziennie czytałem scenariusz, chodziłem na siłownię, a wieczorem robiłem kardio, żeby gubić wagę. Godzinami patrzyłem w lustro i rosła we mnie naturalna, ludzka złość – że ciężko pracuję, a nie widzę efektów. Ale kiedy wreszcie zacząłem dostrzegać, że moje ciało zaczyna się zmieniać, coraz bardziej się nakręcałem. I tak przez kilka miesięcy, aż w pewnym momencie na siłowni poczułem, że to już nie jestem ja, który przygotowuje się do roli, tylko Golden, który trenuje przed ustawką.

Później zaczęły się zdjęcia, zgoliłem włosy i po 16 godzin na dobę spędzałem na planie. A przed powrotem do domu w procesie przemiany bardzo pomagała mi charakteryzacja. Wystarczyło zmyć tatuaże i wyjąć złotego zęba i znów byłem sobą. A następnego dnia zakładałem złoty ząb i Golden wskakiwał na miejsce.

Tak jak powiedziałem wcześniej, kluczowy był jednak czas poświęcony na przygotowanie do roli, co zadziałało nie tylko w moim przypadku, ale wszystkich aktorów na planie „Furiozy”. Dzięki temu Szymon Bobrowski mógł „bawić się” swoim bohaterem, Mateusz Banasiuk tak dopracował swoją rolę, że reżyser na planie ograniczał się właściwie do jednej uwagi: „nie uśmiechaj się”, a Weronika Książkiewicz z seksownej blondynki przeistoczyła się w odmienioną fizycznie, ciężką psychologicznie postać z krwi i kości. Producenci filmowi to biznesmeni i rozumiem ich punkt widzenia, chęć maksymalizacji zysku, dlatego dwa tygodnie na przygotowanie do roli wcale nie jest ewenementem, ale z artystycznego punktu widzenia wystarczy dać aktorom trochę więcej czasu, żeby osiągnąć kolosalną różnicę.

 

Rozmawiamy tuż przed rozpoczęciem konferencji klimatycznej ONZ w Glasgow, a jesteś honorowym ambasadorem ONZ, więc zapytam czy daleko nam do katastrofy i czy uda się ją powstrzymać?

W Warszawie UN Global Compact ustawiło zegar klimatyczny, który odlicza czas do momentu, kiedy będzie już za późno. Zostało nam mniej niż 8 lat. Czy zdążymy? Żyjemy w świecie oderwanym od rzeczywistości, zaburzonym. Teorie spiskowe zyskują rangę dowodów naukowych, interpretacja faktów staje się kwestią gustu, sterowaną przez preferencje polityczne. Kiedyś naukowiec był naukowcem, a aktor aktorem – to on nas oszukiwał, a my robiliśmy wszystko, żeby mu uwierzyć. A teraz nagle wszyscy są aktorami.

Nie mam złudzeń – politycy zawsze będą optować za najkorzystniejszą opcją – dla nich, krajów, które reprezentują czy wpływowych grup interesu. Zrobią wszystko, żeby nie stracić wyborców. Jeśli większość z nich będzie za tym, żeby dalej wydobywać węgiel, to politycy będą przekonywać, że bez węgla ani rusz. I w tym kontekście to, co ja na ten temat sądzę nie ma większego znaczenia. Sam wziąłem kiedyś udział w produkcji serii dokumentalnych filmów przyrodniczych, poruszaliśmy w niej wiele tematów mówiących o śmiertelnych zagrożeniach dla naszej planety. W jednym z filmów jako przykład wpływu człowieka na klimat posłużyło m.in. nielegalne wycinanie dalbergii w lasach równikowych. Byłem na Madagaskarze, widziałem tam katastrofę klimatyczną w małym ekosystemie na żywo. Wystarczy ściąć jedno wielkie drzewo (co ciekawe, dalbergia, której pień po ścięciu pokazał nam przewodnik, zakiełkowała w tym samym okresie, kiedy w Polsce panował Mieszko I), aby wywołać efekt domina i w promieniu kilometra wywołać suszę, bo pod dalbergią rosną inne drzewa, które osłania przed słońcem, pod nimi jeszcze mniejsze rośliny itd. A cała ta roślinność stanowi dom dla wielu gatunków zwierząt. Ścinając jedną dalbergię na Madagaskarze, niszczymy to wszystko, a drzewnemu kłusownikowi wystarczy za to zapłacić tylko 6 dolarów. Właśnie za tyle sprzedajemy i rujnujemy naszą przyszłość.

Pewnie często słyszałeś, że aktorstwo „było Ci pisane” ze względu na rodzinne tradycje. Jak na to patrzysz z perspektywy czasu?

Szybko zacząłem pasjonować się tym, co robię i właśnie dlatego zostałem aktorem – nie dlatego, że tym zajmował się mój tata, ale dlatego, że bezgranicznie mnie to wciągnęło. W życiu spotkałem wielu ludzi, którzy nie lubią swojej pracy, którzy na pewnym etapie życia zdali sobie sprawę, że wybrali niewłaściwe studia, przegapili moment, kiedy można było wybrać inną ścieżkę zawodową, a później przyszła rodzina, dzieci i było już dużo trudniej wprowadzić zmiany. Ale nigdy nie jest za późno. Dobrym przykładem jest moja mama, która kilkanaście lat temu poszła na studia na UW Azja-Afryka – stosunki międzykulturowe. W trakcie roku akademickiego wyjechała na 3 miesiące do Stambułu, żeby uczyć się języka tureckiego. Znając angielski, włoski, odrobinę farsi i arabskiego, kiedy dzieci już się usamodzielniły i miała więcej wolnego czasu, postanowiła zrobić coś dla siebie, spełnić jedno ze swoich marzeń i nauczyć się nowego języka. Mama – szacun! Wreszcie zrobiłaś coś tylko dla siebie. Ja potrafię uczyć się na nieswoich błędach. Mam to olbrzymie szczęście, że każdego dnia robię coś dla siebie. I do tego nie mam z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia.