fbpx

Dzień czternastego września zapowiadał się całkiem zwyczajnie, wtorek jak każdy inny. Rozpoczęty zdrowym śniadaniem, później klika godzin spędzonych przed komputerem, a w tle tej rutyny snuł się leniwie pies. Wszystko wyglądało jak co dzień, do czasu, gdy na moją skrzynkę elektroniczną przyszedł niespodziewany mail od marki Rolls-Royce. W wyobraźni usłyszałem pracę legendarnej V12, zamykając oczy już rozgościłem się w wygodnym fotelu na miejscu kierowcy, a moje dłonie spoczęły na dostojnym kole kierownicy obszytym najwyższej jakości skórą. Po otworzeniu i przeczytaniu maila okazało się, że wcale nie muszę sobie tego wyobrażać, bo to wszystko za chwile stanie się prawdą…

Tekst: Filip Olczak
Zdjęcia: Rolls-Royce Motor Cars Warsaw

Dwa tygodnie później byłem już w drodze do hotelu Raffles, gdzie miałem spędzić najbliższe dwa dni, rozkoszując się tą legendarną marką. Po zameldowaniu w hotelu na wszystkich zaproszonych gości czekał krótki brief na temat historii marki Rolls-Royce, przyszłości oraz tego, co spotka nas następnego dnia. Później przyszedł czas na wykwintną kolację w sercu stolicy, tematy motoryzacyjne i nie tylko – to był dobry czas na bliższe poznanie. Wtedy też podzieliliśmy się na pary, żeby nazajutrz odebrać wskazówki trasy, wsiąść w wybrany model i pognać przed siebie.

Następnego dnia moje emocje sięgały zenitu. W świecie motoryzacji, jazdę Rolls-Roycem można porównać do zagrania u boku Leonardo DiCaprio w światowej klasy filmie. Nie trudno się dziwić, że chłonąłem ten czas całym sobą. Gdy tylko nadarzyła się okazja na wybranie samochodu, z mojej strony wybór padł na najbardziej dostojnego i luksusowego z całej rodziny New Extended Ghost.

Zanim opiszę ten model, wspomnę tylko, że do naszego wyboru były trzy modele Rolls-Royce’a: Ghost, New Extended Ghost i Culinan Black Badge.

New Extended dlatego, że jest dłuższy od podstawowej wersji Ghost aż o 17 cm. Czy to dużo? W świecie motoryzacji – owszem. Ten model oferował także 4 miejsca, każdy z pasażerów i kierowca ma swoją odrębną strefę, w której czuje się w pełni komfortowo. Na najbardziej zwycięskiej pozycji są jednak pasażerowie z tyłu (tak jak w Rolls-Royce’ie być powinno), gdzie fotele przyjmują pozycje praktycznie relaksacyjną. Dodatkowo rolety, zasłaniające szyby boczne oraz tylną, oferują stuprocentową dyskrecję, gdy jest się wożonym. Byłbym totalnym ignorantem, gdybym wspomniał coś o miejscu „na nogi”. To Rolls-Royce, tutaj o takich rzeczach się nie mówi.
W podłokietniku znalazłem lodówkę, kryształową karafkę i dwa kieliszki do wznoszenia toastów – piękna rzecz. Żeby tego było mało, przed każdym z pasażerów swoje miejsce znalazł dotykowy ekran, z poziomu którego można sterować całym samochodem. Miałem okazję go testować, da się nawet wysłać nową trasę do głównego komputera pokładowego, czyli do mojego ówczesnego kierowcy.

Co przyciąga uwagę w Extended Ghost nawet osobę, która kompletnie nie zna się na motoryzacji? Takie rzeczy są dwie. Po pierwsze dywaniki, które produkowane są z wełny merynosów. Po drugie parasole na deszczowe dni umieszczone w drzwiach otwierających się do tyłu. Na razie dość tego luksusu, można za bardzo się rozmarzyć, przejdźmy do kwestii technicznych. Co drzemie pod maską Rolls-Royce’a New Ghost Extended? Oczywiście, zgodnie z tradycją, V12 o pojemności 6.75 litra. Moc wystarczająca, czyli 563 KM i 850 Nm rozdzielane jest na wszystkie cztery skrętne koła.

Na briefiengu usłyszałem frazę „magic carpet ride” – tutaj ukłony dla tego, co powstał w Goodwood, bo faktycznie bardzo „magic”. Wystarczyło przejechać kilkaset metrów, żeby poczuć jak zawieszenie wybiera nierówności. Jadąc po największych dziurach, starych warszawskich brukowanych ulicach, kabina pasażerska ani drgnęła. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy samochód o długości 5,7 metra prowadził się niczym chmurka. Podobnie było gdy wyjechaliśmy na odcinki o nieco większej prędkości. Wyciszenie (Rolls-Royce zastosował 100 kg materiałów wyciszających) przy prędkościach autostradowych było fenomenalne, a bezpieczeństwo podróżowania nie do opisania.

Mimo że to najbardziej luksusowa limuzyna świata, nie mogę nie wspomnieć o tym, że sprint do setki zajmował mu tylko 4.6 sekundy. Na samochód o tych gabarytach to świetny wynik.

Wracając do naszej podróży, to celem był Nałęczów i restauracja Perlage Water&Wine. Podróż z Mazowsza na Lubelszczyznę każdemu z uczestników mijała w świetnych okolicznościach. Trasa, jaką dla nas przygotowano, biegła przez szybkie odcinki, żeby sprawdzić osiągi pojazdów. Dodatkowo przez nieco mniej przyjazne drogi – aby do granic możliwości wypróbować ich komfort i przez piękne tereny, żeby zwyczajnie rozkoszować się widokami zza kierownicy Rolls’ów.

Lubelszczyzna i Nałęczów przywitały nas charakterystycznymi zabudowaniami wsi, pięknymi, dziewiczymi krajobrazami, a na końcu był cel naszej podróży, czyli restauracja Perlage Water&Wine.

Restauracja kryje się w sercu bogatej w lokalne produkty krainy, ale przede wszystkim wspaniałej wody Cisowianki Perlage. Otwarta kuchnia i duży stół umieszczony po środku restauracji dodaje niesamowitej wykwintności i intymności miejscu. Szefowie kuchni przygotowują wszystko na oczach gości, co jest główną cechą fine diningu. Przed lunchem managerka Perlage Water&Wine oprowadziła nas po piwniczce, w której dojrzewały autorskie przetwory i wina. Wydaje mi się, że takiego zbioru pozazdrościłby sam Gordon Ramsey.

Niestety, wszystko, co dobre, szybko się kończy – a przed nami druga część podróży. Tym razem zasiadłem za sterami Rolls-Royce’a Culinan Black Badge. W wielkim skrócie to najbardziej luksusowy SUV świata, również z V12 pod maską 600KM i 900Nm. Tutaj napęd na wszystkie 4 koła ze skrętną tylną osią był obowiązkowy. Ale czym jest Black Badge? Nic innego jak mroczne alter ego marki, które sygnowane znakiem nieskończoności kierowane jest do młodych klientów. Znak nieskończoności też nie pojawił się przypadkowo – symbolizuje nieograniczoną moc. Black Badge wyróżnia się od swoich modelowych braci tym, że elementy karoserii – jak np. Figurka The Spirit of Ecstasy lub pokrywa chłodnicy – pokryte zostały pozbawioną klasycznego chromowanego blasku czernią.

W drodze powrotnej Culinan nie pozwalał, żeby zniknął uśmiech z mojej twarzy choćby na chwilę. Przyspieszenie do setki samochodu o masie prawie 2.8 tony wynosi 4.7 sekundy… Takie rzeczy tylko w Rollsie.

Trasa z Nałęczowa do Warszawy przebiegła niezwykle szybko i pomyślnie. Prowadząc taki samochód, nie mogło być inaczej. Podjeżdżając pod hotel, nie chciałem wychodzić z Culinana. Wystarczy kilka chwil, żeby przyzwyczaić się do luksusu, przyspieszenia i takiego stylu życia. Właśnie, warto pamiętać, że Rolls-Royce to nie tylko marka, to przede wszystkim sposób wyrażania siebie i styl życia. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz te samochody staną się moim stylem życia… choć na chwilę.