fbpx

Choć branża motoryzacyjna stereotypowo uznawana jest za męską, rola kobiet
w jej rozwoju jest nie do przecenienia. Mało kto wie, że to właśnie kobietom zawdzięczamy wiele rozwiązań, bez których nie wyobrażamy sobie współczesnych samochodów. 

Światła hamowania, kierunkowskazy, wycieraczki, czy lusterko wsteczne to wszystko
efekt myśli racjonalizatorskiej i pasji kobiet do motoryzacji. Nawet linie dzielące jezdnie
na dwie połowy to pomysł pewnej amerykańskiej lekarki, która zepchnięta z drogi
przez ciężarówkę wymyśliła, że namalowanie pasów wyznaczających tor jazdy
zapobiegłoby temu wypadkowi. Pierwsze namalowała sama. Dzisiaj system znaków poziomych funkcjonuje niemal na całym świecie. 

Volvo Firma Karlik i poznańska projektanta Orushka postanowiły zwrócić uwagę
na te wszystkie kobiety, które stojąc za plecami konstruktorów,
miały swój niebagatelny wkład w branżę moto.

rozmawia: Alicja Kulbicka | zdjęcia: Dominika Wojciuszkiewicz @uwiecznij, Dorota Urbańska, Filip Olczak

Jesteś typem automobilistki?

ORUSHKA: Jestem. Musiałam dorosnąć do tego, aby usiąść za kółkiem, ale teraz, kiedy tylko wsiadam do samochodu, czuję się wolnym i szczęśliwym człowiekiem.

Samochody na początku XX wieku uznawane były za domenę typowo męską. Kobiet w tym świecie brakowało, a na pewno nie stały na pierwszej linii przemysłu motoryzacyjnego. Co było inspiracją do stworzenia kolekcji właśnie dla marki motoryzacyjnej?

Tu większą rolę odegrała potrzeba pewnej opowieści. Inspiracje, jako punkt wyjścia kolekcji, pojawiły się później. Zrozumiałam, że istnieje wiele firm i instytucji, które znamy, z których usług i produktów korzystamy, ale kulisy powstania tych marek to jakieś zamierzchłe historie, po które mało kto sięga. Mamy ogólne informacje: daty, miejsca, najważniejsze nazwiska. A jak wyglądał zwykły dzień pracy takiej fabryki? Kto inwestował tam całą swoją dobrą energię? Dla kogo była pasją i sensem życia? Volvo mocno podziałało na moją wyobraźnię, w jakiś magiczny sposób uświadamiając mi niezbędną przecież obecność kobiet w procesie projektowania, produkowania i testowania aut w latach 20. i 30. ubiegłego wieku. Volvo zawsze czuło, jak ważne będzie dla kobiet i dlatego kobiety stały się ważne dla Volvo. Czy wiesz, że oni jako pierwsi zaczęli w crash testach stosować manekin–kobietę? Niestety, nie dysponujemy zbyt dużą ilością informacji czy zdjęć dokumentujących zaangażowanie kobiet, więc pomyślałam, że wypełnię tę lukę moją kolekcją.

Chyba nie byłaś daleko od prawdy. Lata 20. XX wieku w modzie kobiecej przyniosły rozluźnienie dress code’u. Jeśli pominiemy bogato zdobione w pióra suknie wieczorowe, to ubiór codzienny kobiet stawał się coraz wygodniejszy. Inspiracja modą męską, chociażby tzw. oxford bags, czyli męskie garniturowe spodnie o szerokich nogawkach stały się symbolem pierwszych przejawów emancypacji kobiet.

Zdecydowanie tak! To były czasy, kiedy kobiety zrzuciły gorsety, ścięły włosy, zaczęły chodzić w butach na płaskim obcasie. Chciały się spełniać nie tylko w roli matek i żon. I z myślą właśnie o silnych kobietach – czy to za kółkiem czy to na linii produkcyjnej, które, często w atmosferze skandalu, postanowiły spełniać swoje marzenia – powstała ta kolekcja.

Czym się charakteryzuje?

Przede wszystkim starałam się tak budować sylwetkę, aby była ona inspirowana zawodami branży motoryzacyjnej. By dawała poczucie wygody, swobody i takiego trochę „męskiego sznytu”, który zresztą po dziś dzień bardzo podkreśla kobiecość. Ubierałam niezależną, zbuntowaną pasjonatkę, która z braku odpowiedniej garderoby w dziale konfekcji damskiej, wyciąga z szafy ojca czy brata męskie spodnie, spina je pasem, zakłada marynarkę, czapkę pilotkę i rusza przed siebie.

Co zatem znajdziemy w Twojej kolekcji?

Kombinezony, inspirowane strojem mechaników samochodowych: oversize’owe, z mocnych surowców, takich jak: konopie, skóra, denim. Są też męskie garnitury w stylu lat 30. XX w., jest trochę grubych swetrów czy okryć wierzchnich, bo to w końcu Skandynawia. Całość utrzymana jest w stonowanych kolorach nawiązujących do marki Volvo. Tak więc mamy biel, granat, czerń, szarość. I wszystko to trochę złamane sepią.

Jak wygląda proces tworzenia takiej kolekcji? Ile czasu Ci to zajmuje?

Cały proces trwał około sześciu miesięcy. Zaczyna się od szukania inspiracji i próby wejścia w klimat tamtych czasów. Szukam wszystkiego, co mogłoby otoczyć mnie atmosferą tej czasoprzestrzeni: zdjęcia, filmy, książki, muzyka. Powstają pierwsze szkice, kolekcja powoli wyłania się z mgły i nabiera ostrości. I nagle pojawia się mnóstwo pomysłów, rozwiązań, projektów. Wówczas zaczyna się to, co dla mnie najtrudniejsze: selekcja.

A dlaczego?

Pojawiają się typowo przyziemne problemy, takie jak pozyskanie surowca. Kiedy tworzysz dużą kolekcję seryjną, zamawiasz tkaniny u producenta, który jest w stanie utkać indywidualny wzór według potrzeb projektanta. Natomiast, kiedy mówimy o kolekcji stworzonej z kilkunastu sylwetek i każda z nich ma być docelowo pojedynczym egzemplarzem, muszę bazować na tym, co jest na rynku. Wiele ubrań powstało w wyniku upcyclingu: wykorzystałam stare płaszcze czy inne nieużywane ubrania, próbując przywrócić je do życia. Zrobić coś w klimacie tamtych czasów i w klimacie kolekcji, a do tego z troską o środowisko. Ten proces fantastycznie zagrał z ideą kolekcji pARTs, czyli biżuterii zdobiącej poszczególne sylwetki.

Mówisz o ekologii, ale w Twojej kolekcji pojawiły się naturalne futra. Nie odczuwasz dysonansu?

W kolekcji faktycznie znajdują się futra, które zalegały strychy i szafy moich koleżanek. To futra mające nawet po kilkadziesiąt lat, z którymi nie do końca wiadomo, co robić.
Moim zdaniem, w myśl zasady zero waste, należy im się drugie życie. Jestem zdecydowaną przeciwniczką hodowli zwierząt futerkowych. Uważam, że to bezmiar czystego zła, z którym należy skończyć natychmiast. Gdyby zależało to ode mnie, prowadzenie farm futerkowych stałoby się przestępstwem. Ale futrzane kurtki i płaszcze nie powinny powiększać ilości odpadów. To mocne, naturalne surowce; korzystajmy z nich jak najdłużej, by już dokonane okrucieństwo chociaż odrobinę zminimalizować pragmatycznością. Stworzone przeze mnie okrycia często barwiłam własną, przyjazną środowisku metodą. Nadałam im też nieco nowocześniejszy charakter, ozdabiając napisami, informującymi, że futra pochodzą z recyclingu.

Oznacza to, że ta kolekcja jest bardzo unikatowa. A gdyby ktoś chciał zamówić u Ciebie taki sam model, to czy znajdziesz drugi taki sam płaszcz lub drugie takie samo futro? Czy modele wystawione w showroomie są na sprzedaż?

Kolekcja stanowi część ekspozycji salonu i te modele nie są na sprzedaż. Pojawiają się indywidualne zapytania o konkretne elementy kolekcji, więc często tworzę nowe egzemplarze na bazie tych wystawionych. Nie zawsze są identyczne. W zasadzie sporadycznie, ponieważ każdy projekt indywidualny jest personalizowany: wspólnie z klientką zastanawiamy się nad kolorem, detalem, dodatkami. Jest przez to trochę trudniej, ale tak wolę. Każdy projekt, każda rzecz kosztuje mnie sporo energii i czasu, a siłą napędzającą mnie do pracy jest wielka potrzeba, wręcz pragnienie powołania do życia czegoś, co stworzyła moja wyobraźnia. I kiedy ja już ten efekt końcowy mam, kiedy się nim nakarmię i nacieszę, nie odczuwam potrzeby robienia tego samego po raz drugi. Już ciągnie mnie, aby zrobić coś innego.

Wspomniałaś o biżuterii. pARTs to absolutnie unikatowa, autorska biżuteria, powstała ze zużytych części samochodów Volvo. Układy scalone, uszczelniacze, zawory, wiązki przewodów – to elementy, które chyba jako ostatnie skojarzylibyśmy z subtelnym, kobiecym dodatkiem. A jednak pARTs ozdabiają kobiece szyje, dłonie, nadgarstki od kilku sezonów, doczekały się także kolekcji. Czy Orushka for Volvo i pARTs to duet idealny?

Tak, mam wrażenie, że szefująca Firmie Karlik Joanna Karlik-Knocińska, wymyślając pARTs i ja, od lat wierząca w recycling, jako najbardziej przyjazną środowisku metodę produkcji, czytałyśmy w swoich myślach nawzajem. Każda stylizacja została ubrana w biżuterię z podzespołów samochodowych i tak znajdziemy tam między innymi naszyjnik czy bransoletkę wykonane z różnokolorowych przewodów elektrycznych czy efektowny mosiężny wisior wykonany z zastosowaniem uszczelniacza przekładki kątowej. Brzmi to dość twardo, ale dzięki inspiracji motoryzacją, biżuteria jest elegancka i oryginalna jednocześnie. Do niczego nie musiałam przekonywać, łączy nas podobny sposób postrzegania świata i jego problemów. Dostałam pełną swobodę twórczą i mnóstwo wiatru w żagle. I ogromnie za to dziękuję.