fbpx

O kilku samochodach elektrycznych miałem okazję już opowiadać. Niektóre z nich były stworzone po to, żeby wygodnie jeździć po mieście, inne doskonale sprawdzały się w trasie. Taycan nie dosyć, że łączy aspekty wygodnej podróży i zdobywania miasta, to w dodatku za każdym naciśnięciem pedału „gazu” wgniata w fotel, doskonale przy tym wyglądając.

Tekst i zdjęcia: Filip Olczak

Pierwsze kilometry z Porsche Taycan przebiegały w kompletnej ciszy i spokoju. Mimo że czułem się bardzo pewnie za kierownicą, to wiem, że elektryki nie lubią, gdy na zimnych bateriach kopie się w pedał gazu. Optymalna temperatura pracy to około 35 stopni Celsjusza, więc jadąc, wsłuchiwałem się w swoją ulubioną playlistę na TIDALu, podziwiając przy tym wnętrze tego modelu.

Przyszedł ten moment, kiedy mogłem uwolnić potencjał Taycana i tylko utwierdzić się jeszcze bardziej, że elektryczne samochody mają sens – wcisnąłem do końca pedał gazu.

Natychmiastowa moc 380 KM (476 KM w trybie Launch Control) uderzyła mnie w plecy, a po chwili na liczniku zobaczyłem trzycyfrową wartość.

W tym testowym modelu moc kierowana była wyłącznie na tylną oś za pomocą dwustopniowej przekładni. To tak, jakby Taycan posiadał dwa biegi, co jest niebywałą rzadkością w świecie elektryków. Takie rozwiązanie ma pozwolić na oszczędną jazdę z wysokimi prędkościami. Pierwsze przełożenie koncentruje się na przyspieszeniu, drugie zapewnia wysoką wydajność.

Oprócz faktu, że Taycan wyśmienicie radzi sobie na prostej, trzeba powiedzieć o tym jak wypada w zakrętach. A raczej nie wypada… bo po łukach i zakrętach jeździ jak przyklejony. Pomijając fakt, że jest to Porsche, czyli sportową naturę ma w swoim DNA, to sprzyjają mu także nisko umiejscowione baterie, które jak mogłem się przekonać na własnej skórze – nie zabierają mu sportowego sznytu.

O sportowym charakterze Taycana można by mówić godzinami, ale że jest to samochód elektryczny wypadłoby przejść do aspektu ekologii. Testowany przeze mnie model oferował zasięg nawet do 484 km w cyklu mieszanym, czyli plasuje się naprawdę świetnie.

To nie tylko zasługa dużych baterii o pojemności prawie 80 kWh, ale także niskiego współczynnika oporu, czyli Cx, który u Taycana wynosi zaledwie 0,22. Prawdopodobnie można by policzyć na placach u jednej dłoni samochody z współczynnikiem poniżej 0,23, które nie wyglądają po prostu źle…

Taycan poradził sobie z tymi dwoma aspektami, bowiem jest atrakcyjny wizualnie i bardzo aerodynamiczny.

W kabinie wzrok przykuwa praktycznie każdy element wyposażenia. Począwszy od ekranu zastępującego zegary, który skrył się za wygiętą taflą szkła, poprzez dwoma kolejnymi po środku, a kończąc na wyświetlaczu pasażera… Tak, pasażera!

Każdy z ekranów pełni jakąś funkcję. Oczywiste jest to, że te przed kierowcą informują o prędkości i bieżącym stanie pojazdu, dwa środkowe natomiast odpowiadają za infotainment, klimatyzację oraz nawigację. Podobnie jest z ekranem dla pasażera, na którym można kontrolować dźwięki płynące z głośników BOSE czy ustawiać nawigację.

Czasami ciszę w Taycanie przerywał dźwięk niczym z pokładu statku kosmicznego. W trybie sport lub manualnie, można było uruchomić Porsche Electric Sport Sound. To generowany dźwięk z głośników, który potrafi wywołać gęsią skórkę. Czy to następca dźwięków V8, V10, V12? Biorąc pod uwagę następujące zmiany, to czemu by nie?

Słowem podsumowania, Porsche Taycan to świetne auto dla kogoś kto będzie rozkoszować się jazdą, kto lubi siedzieć nisko nad ziemią, czuć samochód w każdym zakręcie, dysponować dużą mocą, a przy okazji być ekologicznym. Mówią, że nie da połączyć się ekologii i sportowego charakteru. Na szczęście tylko tak mówią, bo Porsche Taycan to nie urządzenie – to styl życia.