fbpx

 

 

Mając jedynie 25 lat, pełni funkcję kierownika artystycznego Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Śląskiej, jest również pierwszym gościnnym dyrygentem Neue Philharmonie Hamburg. W sezonie 2020/2021 sprawował funkcję głównego dyrygenta Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Narodowej we Lwowie INSO-Lviv, a od ukończenia studiów jest najmłodszym akademickim wykładowcą na Akademii Muzycznej im. I. J. Paderewskiego w Poznaniu w Instytucie Dyrygentury. Człowiek sukcesu i wielkiego talentu – Yaroslav Shemet.

Rozmawia: Magdalena Ciesielska

Zdjęcia: Karol Fatyga, Karol Sokołowski, Stepan Rudik

 

Czy Ty jesteś w czepku urodzony? (śmiech)

YAROSLAV SHEMET: Być może (śmiech), ale nie zapominam o tym, że szczęściu trzeba pomóc ciężką pracą, nieustannym rozwojem, nauką, wielogodzinnymi próbami i nierzadko wyrzeczeniami.

Mając zaledwie 3 lata, rozpocząłeś swoją przygodę z muzyką. Niewiarygodnie szybko! W wieku 13 lat założyłeś już pierwszy zespół. Czułeś się inny – w bardzo pozytywnym znaczeniu – niż Twoi rówieśnicy, koledzy?

Być może pod względem mojej dziecięcej determinacji, asertywności i przekonania, z jakim dokonywałem świadomych wyborów.

 

Kiedy uwierzyłeś, że naprawdę masz talent i zrozumiałeś, że muzyka wyznaczy Twoje życie zawodowe?

Od zawsze „przesiąknięty” byłem muzyką. Mama wspomina, że gdy miałem niespełna 3 lata, usłyszałem orkiestrę grającą w telewizji. Wówczas już obrałem moją drogę (śmiech). Naprawdę byłem zdecydowany, co jest dosyć rzadko spotykane w przypadku tak małego dziecka, oznajmiłem więc rodzinie, że chcę iść do szkoły muzycznej. Podkreślam to często, że takie deklaracje szkraba inny rodzic mógłby potraktować z przymrużeniem oka i machnięciem ręką, jako pewnego rodzaju wymysł czy kaprys. Mama jednak wsłuchała się w moje życzenie i odprowadziła mnie na przesłuchania do szkoły muzycznej. Zawsze będę jej wdzięczny za to, że podjęła taką decyzję i pomogła mi zacząć przygodę muzyczną, która trwa do dziś.

Dlaczego wybrałeś na studia akurat poznańską Akademię Muzyczną? Co skłoniło Cię do tej decyzji?

Po ukończeniu szkoły talentów w Ukrainie wiedziałem, że chcę wyjechać i kontynuować naukę w innym kraju. Na ostatnim roku zacząłem też jeździć na konsultacje muzyczne do przeróżnych profesorów. Byłem w Rosji, Polsce, Niemczech, w większych ośrodkach muzycznych i szkołach wyższych. Dlaczego Poznań? Przyciągnęła mnie osobowość i podejście do nauki mojego mentora, profesora Warcisława Kunca. Takiego mistrza szukałem! Dlatego w wieku 17 lat rozpocząłem studia na Akademii Muzycznej im. Ignacego Jana Paderewskiego w Poznaniu na kierunku dyrygentura symfoniczna i operowa.

 

Cechy charakterologiczne i kompetencje dyrygenta rozpatruje się wielowymiarowo. Wielu znawców muzyki wypowiada się o Tobie jako o charyzmatycznym i niezwykle energicznym dyrygencie młodego pokolenia. Co według Ciebie jest najistotniejsze w tym zawodzie?

Na pewno nie ma jednego preferowanego wyróżnika. Dyrygent powinien posiadać zestaw różnych cech, taką mozaikę osobowości. Musi być zarówno doskonałym muzykiem, który potrafi zrozumieć specyfikę każdego instrumentu, jak i specjalistą w zakresie teorii muzyki. Oczywiście, powinien również znać aktualne trendy muzyczne, ale jednocześnie prezentować szeroką świadomość wielowiekowej tradycji. Zatem po pierwsze: muzyk, po drugie: psycholog, bo jak wiemy, praca z zespołem ludzi wymaga konkretnych umiejętności interpersonalnych. Trzeba czuć więź z zespołem i umieć pracować z każdym muzykiem z osobna. Znam przykłady doskonałych dyrygentów, ale gorszych psychologów, nieumiejących nawiązać niezbędnej relacji z orkiestrą, co rodziło niepotrzebne spięcia i niepowodzenia. Po trzecie: kwestia managera, osoby zarządzającej. Dyrygent jako kierownik artystyczny musi wiedzieć, w jakim kierunku podążać i jak przygotować muzyczną drogę dla swojego zespołu.

Bycie dyrygentem to niezwykle złożony proces twórczy, jak wspomniałaś wielowymiarowy, wieloetapowy. Wybór repertuaru, dobór odpowiednich muzyków, solistów, na który festiwal warto teraz pojechać, a z którego zrezygnować – nieustanne rozpatrywanie pewnych „za” i „przeciw”, umiejętne dokonywanie weryfikacji. Do tego dochodzą jeszcze takie cechy jak odporność na stres. Charyzma nie jest według mnie kluczową cechą dyrygenta, ale z pewnością ułatwia pracę z ludźmi. Podsumowując, trudno byłoby stworzyć hierarchię ważności cech dyrygenta, bo wszystkie, które powinien posiadać, są niezwykle istotne.

 

Uczyłeś się śpiewu, gry na fortepianie i klarnecie, a jednak wybór padł na dyrygenturę. Co jest pasjonującego w tej dyscyplinie artystycznej?

Gdyby nie wszystkie te muzyczne ścieżki, na pewno nie zostałbym dyrygentem. Kilkadziesiąt lat wstecz do Konserwatorium Moskiewskiego, na dyrygenturę symfoniczną, można było się dostać, wyłącznie posiadając wyższe wykształcenie muzyczne w innej dziedzinie. Konieczna była wszechstronność i dojrzałość muzyczna.

Przez długi czas byłem pianistą, jeździłem na konkursy, uczyłem się kompozycji, dyrygentury chóralnej, a na studiach śpiewałem, bo chciałem w ten sposób poznawać muzykę renesansu. Do dyrygentury symfonicznej los sam mnie doprowadził.

 

 

Co stanowi źródło Twoich natchnień, inspiracji muzycznych?

Inspiruje mnie sama muzyka i historie, które stoją za konkretnymi utworami. Zaczynając uczyć się jakiegoś dzieła, poznając je, zawsze staram się badać nie tylko partyturę, nad którą spędzam wiele godzin, ale i okoliczności powstania wybranego dzieła. To mnie fascynuje i pociąga. Analizuję biografię kompozytora, okres, w jakim stworzył utwór, co wówczas przeżywał, co odczuwał, jaka myśl mu przyświecała, co chciał przekazać. Inspirujący jest sam proces odkrywania tego wszystkiego. To właśnie kryje się ponad dźwiękami, nutami, ponad ruchami batutą.

 

Czym dla Ciebie jest praca na Akademii Muzycznej w Poznaniu?

Nieustanną nauką! (śmiech) Wciąż się kształcę. Nie bez powodu, mówi się, iż nauczyciel uczy się od swoich uczniów. Moi studenci, niekiedy dwa razy starsi ode mnie, zadają niesamowicie ciekawe i wnikliwe pytania, rozpoczynają w dyskusji wartościowe tematy. Poszukiwanie odpowiedzi na różnorodne kwestie powoduje, że ta praca wciąż mnie inspiruje i pozytywnie nakręca. To bardzo cenne doświadczenie – wymiana poglądów, opinii w relacji student-wykładowca. Bycie pedagogiem – podobnie jak bycie dyrygentem – mobilizuje mnie do ciągłego działania, udoskonalania siebie, rozwijania skrzydeł.

 

Nad czym obecnie pracujesz?

Pomimo pandemii, szczęśliwie wciąż mam mnóstwo zajęć. Koncerty Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Śląskiej odbywają się regularnie, gdyż transmitujemy koncerty on-line. Działam jako dyrygent, planuję programy artystyczne, bo już przygotowujemy zaproszenia na przyszły sezon. Szkicuję wizję wyprowadzenia całej instytucji z pandemii. Dodatkowo współpracuję z Operą Śląską – wspólnie szykujemy premierę nowej produkcji „La Rondine” („Jaskółka”) Giacomo Pucciniego. Do tego jako wykładowca na Akademii Muzycznej w Poznaniu prowadzę zajęcia z czytania partytur i dyrygentury symfonicznej, a także zespoły wokalne. Przede mną jeszcze zamknięcie sezonu we Lwowie i kilka koncertów kontraktowych za granicą.

 

Poza obowiązkami zawodowymi masz teraz w orbicie prywatnych zadań jedno, bardzo ważne…

Tak, niebawem urodzi się mój syn, więc za moment będę spełniał się w roli ojca. (śmiech) To będzie dla mnie nie lada wyzwanie, aby umiejętnie połączyć wszystkie obowiązki i funkcje na wielu płaszczyznach życia, w sferze prywatnej i zawodowej.

Czy Twoja rodzina jest muzykalna?

Niewątpliwie geny rodzinne mnie wspomogły (śmiech), choć nikt z mojej rodziny nie ma wyższego wykształcenia muzycznego. Moja mama ukończyła pierwszy stopień szkoły muzycznej, a babcia przez całe moje dzieciństwo rozkochiwała mnie w śpiewie. Pamiętam bardzo dokładnie, że podczas kilkudniowych wyłączeń prądu w Charkowie, pod koniec lat 90. ub.w., babcia często mi śpiewała przeróżne piosenki, czytała poezję przy świeczce. Przekazała mi miłość do muzyki w szerszym pojęciu, była dla mnie taką bratnią artystyczną duszą. A mama pomogła mi się ukierunkować i spełniać marzenia, które zakiełkowały w dzieciństwie.

Instytucje kulturalne działające w trybie on-line, koncerty bez publiczności, próby na odległość. Tak funkcjonujemy już od dłuższego czasu. Jak Ty ustosunkowujesz się do tej całej narzuconej nam rzeczywistości?

Było to dla mnie nowością jeszcze w sierpniu ubiegłego roku. Pierwszy raz zetknąłem się z tak szalonymi warunkami pracy. Teraz zdążyłem się przyzwyczaić zarówno do grania on-line, jak i do wszelkich innych zmian, które przyniosła nam nowa rzeczywistość. Pandemia nauczyła nas szybko dopasowywać się do zmieniających się warunków. Niewątpliwie dziś trzeba być elastycznym.

Oczywiście, bardzo brakuje mi publiczności. Myślę, że wszyscy muzycy potrzebują publiki, normalnych koncertów, bo to są wielkie wibracje, niesamowita atmosfera, która się rozprzestrzenia w sali, przeżycia, emocje, cały wachlarz uczuć. Wspaniała wymiana energii pomiędzy dyrygentem a zespołem, a na drugiej płaszczyźnie pomiędzy zespołem a publicznością. Ja zawsze to odczuwam „plecami” (śmiech). Wiem, czy nasze wykonanie podoba się publiczności, czy podążamy w dobrym kierunku. Natomiast przy kamerach przerażające jest granie do pustki, bo nigdy nie wiadomo, kto siedzi po drugiej stronie – tu nie chodzi stricte o ocenianie, ale przede wszystkim o brak adresata. Ważna jest dla mnie interakcja z publicznością, naturalne relacje międzyludzkie.

 

Lubisz ciszę czy włączasz sobie ulubioną muzykę?

Jeśli cisza, to na łonie natury. A kiedy chcę odświeżyć umysł, sięgam po arcydzieła J. S. Bacha albo muzykę jazzową. Z jazzem łączą mnie dobre wspomnienia, bo jeszcze będąc studentem na Akademii Muzycznej w Poznaniu, dorabiałem sobie, grając i śpiewając taki repertuar. Natomiast Bach to mistrz doskonale uporządkowanej i przejrzystej kompozycji. Jego dzieła stanowią dla mnie źródło niekończącej się inspiracji.

 

Zostawiając z boku muzykę, choć wiem, że to dla Ciebie trudne (śmiech), powiedz, jak lubisz spędzać wolny czas?

Kocham góry. Jeśli mam kilka wolnych dni, uwielbiam chodzić po górach, poczuć jedność z naturą. Tam najłatwiej ładują mi się baterie, otrzymuję pozytywną energię. Kiedyś miałem jeszcze czas, aby pograć na PlayStation (śmiech). Teraz każdą wolną chwilę spędzam z rodziną, z najbliższymi – i bardzo to sobie cenię.

 

Wiele już otrzymałeś od losu, wiele jeszcze przed Tobą… O czym jeszcze marzysz?

Oczywiście, mam marzenia, jak każdy. Ale czego nas nauczyła pandemia koronawirusa? Że można wiele planować, ale warto być gotowym na różne scenariusze i nie załamywać się niepowodzeniami.

Moje marzenia to właściwie plany, które postaram się zrealizować w bliższej czy dalszej przyszłości. Muszę tylko dalej pracować i kontynuować rozpoczęte obowiązki. Tworzyć na sto procent, dawać z siebie wszystko, z głębi serca, z taką samą jakością i nie różnicując koncertów w mniejszych miejscowościach od koncertów w wielkich salach filharmonii. Wówczas do wszystkiego można dojść – dzięki ciężkiej pracy i filozofii życia opartej na życzliwym i szczerym podejściu do ludzi i otoczenia. To moje motto – jako wykładowca Akademii Muzycznej w Poznaniu – przekazuję studentom, że fajnie jest marzyć, aby iść dalej, jednak, aby cokolwiek osiągnąć, trzeba działać tu i teraz, na sto procent.