fbpx

Mój artykuł do majowego wydania “Poznańskiego Prestiżu” miał wyglądać inaczej. Gotowy tekst dotyczył tego, w jaki sposób przedsiębiorcy – ci mikro, ale i działający na większą skalę – w branżach zamkniętych z powodu koronawirusa, radzili sobie z biznesową codziennością. Czy na przekór pandemicznym zakazom, świadomi sytuacji, w której znaleźli się nie z własnej winy, odpowiedzialni za przetrwanie biznesów, które budowali latami, decydowali się na prowadzenie działalności. A jeśli się decydowali – na jakich zasadach i czy ich działania można było uznać za niekonstytucyjne. Czy nakładano na nich kary pieniężne w wysokości do 30.000 zł i jaka była praktyka sądów administracyjnych w zakresie uchylania tych kar. Jednak w dniu, w którym oddawałam tekst Redakcji, ogłoszony został wstępny plan stopniowego odmrażania części zatrzymanych dotychczas w pół drogi branż. Ma on być wdrażany pod warunkiem utrzymywania się niskiego poziomu zakażeń. Czy to więc oznacza, że problemy klientów moich oraz moich koleżanek i kolegów z palestry jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki kończą się w maju? Oczywiście nie.

W dniu pisania tego artykułu my, prawnicy, nie znamy jeszcze treści rozporządzenia, które miałoby znosić poszczególne ograniczenia w prowadzeniu działalności gospodarczej. Poznaliśmy wyłącznie wstępny „grafik”, a zatem trudno mówić o istotnych dla przedsiębiorców szczegółach. Pewne jest jednak, że swoboda prowadzenia działalności nie zostanie przywrócona w pełnym wymiarze – na część branż nałożono limity ilościowe w zakresie obłożenia poszczególnych obiektów.

 

To, co stanie się w maju i następnych miesiącach, to jedno. Nie sposób zapominać jednak również o tym, jaki bagaż doświadczeń z poprzednich kilkunastu miesięcy pandemii przedsiębiorcy, którym udało się przetrwać, będą wówczas dźwigać na swoich barkach. Niektórzy z moich klientów, których działalności zakazano, witają maj z ogromnym zadłużeniem wynikającym z niemożności regulowania swoich zobowiązań. Zadłużenie to wielokrotnie nie jest konsekwencją niewłaściwych działań przedsiębiorców czy faktu, że ci nie przygotowali odpowiedniego zaplecza finansowego stanowiącego poduszkę bezpieczeństwa na wypadek globalnej pandemii. Jest następstwem okoliczności, na które przedsiębiorcy nie mieli wpływu, których nie mogli przewidzieć i którym nie mogli zapobiec. Jeśli przychód przedsiębiorcy z dnia na dzień spadł do zera, wsparcie publiczne okazało się niewystarczające, a kontrahent nie był skłonny do pójścia na czasowe ustępstwa w zakresie obowiązków umownych (uwzględniające oczywiście interes obu stron umowy), naturalną konsekwencją było drastyczne zachwianie płynności finansowej (a nierzadko także pozycji negocjacyjnej). Oczywiście nie wszystkie przypadki są sytuacjami bez wyjścia. Prawo daje narzędzia umożliwiające przedsiębiorcom „złapanie oddechu” w trudnych czasach (tak chociażby w przypadku, w którym strony łączy umowa najmu, wynajmujący nie jest skłonny obniżyć przedsiębiorcy czynszu najmu nieruchomości, w której prowadzona jest działalność gospodarcza, przedsiębiorca może wystąpić do sądu z powództwem o ustalenie przez sąd nowej, niższej wysokości czynszu z uwagi na nadzwyczajną zmianę okoliczności – pandemię). Z narzędzi tych trzeba jednak skorzystać umiejętnie i w odpowiednim czasie, kiedy nie jest jeszcze za późno i kiedy jedyną możliwością staje się tylko złożenie wniosku o ogłoszenie upadłości.

 

Przedsiębiorcy są świadomi sytuacji, w której się znaleźli. Czują się odpowiedzialni za swoich klientów, ale także pracowników, współpracowników, kontrahentów. Chcą działać i ratować to, na co pracowali całe życie. Każde okazane im wsparcie jest istotne, tym bardziej, że nie jest ich winą prowadzenie niełatwych biznesów w trudnych czasach.