fbpx

O tym jak Pomorze Zachodnie może konkurować z Mazurami pod względem żeglarskich atrakcji, o samotnych rejsach po rubieżach Bałtyku i nadmorskich inwestycjach nad słodką wodą opowiedział nam Marcin Raubo, prezes Zachodniopomorskiego Okręgowego Związku Żeglarskiego, przedsiębiorca, deweloper, wilk morski.  

 

Rozmawia: Michał Gradowski

Zdjęcia: Dagna Drążkowska-Majchrowicz

 

Większą adrenalinę daje Panu żeglarstwo czy jednak praca w branży deweloperskiej?

MARCIN RAUBO: Trudne pytanie, ostatnio chyba żeglarstwo, ale w wymiarze zmian, które wdrażamy w Zachodniopomorskim Okręgowym Związku Żeglarskim – udało nam się wprowadzić tam młode pokolenie ze świeżym pomysłem na rozwój i promocję żeglarstwa na Pomorzu Zachodnim. Z drugiej strony w ostatnich latach na rynku deweloperskim też sporo się dzieje, więc adrenaliny nie brakuje.

W moim przypadku punktów stycznych między pasją, firmą a działalnością społeczną jest na tyle dużo, że czasami sam się zastanawiam, czy jestem jeszcze w pracy, czy już na urlopie.

Firma, którą zarządzam – Marina Developer – ma silne wodniackie DNA. Nasze inwestycje powstają w najbliższym otoczeniu akwenów wodnych, a flagowy szczeciński projekt Club House jest zlokalizowany przy przystani jachtowej Marina Club na brzegu Jeziora Dąbie. Tam też jest siedziba firmy i Yacht Klubu Polski Szczecin, którego jestem komandorem.

A jeśli przygotowujemy jakiś event – np. Etapowe Regaty Turystyczne po Zachodniopomorskim Szlaku Żeglarskim, które w ubiegłym roku odbyły się już po raz 56 – to biorę w nich udział jako organizator, prezes Związku, a czasem także jako tata – ostatnio popłynąłem z dwoma córkami, które miały wtedy 5 i 7 lat, czyli zabrałem na pokład 2/3 mojej ferajny.

 

Proszę zatem opowiedzieć, co Pan teraz buduje i nad jakim akwenem?

Wspomniany Club House nad Jeziorem Dąbie to świeży pomysł na naszym lokalnym rynku deweloperskim ze względu na wyjątkową lokalizację – nie na obrzeżach, nie w ścisłym centrum, ale blisko wody. Nie tylko dla pasjonatów żeglarstwa, ale też dla osób zupełnie niezwiązanych ze sportami wodnymi, którzy szukają unikatowego miejsca. Już sam projekt przyciąga uwagę, budynek ma dwie elewacje – ruchome elementy z ciętej blachy pozwolą mieszkańcom odgrodzić się od otoczenia poza sezonem letnim, równocześnie dzięki temu Club House będzie cały czas się zmieniał. Zakończenie tej inwestycji planujemy na III/IV kwartał przyszłego roku.

Drugi nasz projekt nad wodą to Półwysep Dziwnów – inwestycja w pierwszym etapie składająca się z 5 budynków, budowana na terenie z trzech stron otoczonym wodami Zalewu Kamieńskiego. Osiedle jest w pierwszej linii do waterfrontu, kilkaset metrów od bałtyckiej plaży, w zasięgu przyjemnego spaceru, ale okna, w przeciwieństwie do większości nadmorskich inwestycji, skierowane są na południe. Zabudowa nawiązuje do przedwojennej, niemieckiej architektury Pomorza Zachodniego. W Dziwnowie jest baza wojskowa – układ koszarowy, skośne dachy, cegła klinkierowa – chcieliśmy uchwycić ten klimat.

Pierwsze budynki będą gotowe przed sezonem letnim 2022. Staramy się profilować tę inwestycję pod kątem ludzi aktywnych, czyli nie ten typowy nadmorski sznyt z parawanami i plażowaniem, ale raczej aktywne spędzanie wolnego czasu: rower, żagle, kitesurfing czy wakeboarding. Dziwnów daje takie możliwości, unikatowe w porównaniu do innych nadmorskich miejscowości – w zasięgu są pola golfowe, mnóstwo pięknych ścieżek rowerowych, Woliński Park Narodowy, Zalew Szczeciński, Bałtyk. Nie mam złudzeń, że większość tych mieszkań zostanie kupiona w celach inwestycyjnych, ale sporo apartamentów będzie też wykorzystywanych na własne potrzeby, liczymy na zdrową hybrydę w tkance mieszańców. Kilka apartamentów kupili już poznaniacy – autostrada i droga ekspresowa S3 wydłużana właśnie do Świnoujścia zapewnia świetny dojazd. W Wielkopolsce nie brakuje też aktywnych żeglarzy, a dla całego zachodniego pasa – od Szczecina przez Poznań, Wrocław, aż po Pragę – Pomorze Zachodnie powinno być naturalnym wyborem.

 

Od wielu lat angażuje się Pan w promowanie żeglarstwa na Pomorzu Zachodnim. Jedną z perełek tego regionu jest Zachodniopomorski Szlak Żeglarski (ZSŻ). Gdyby miał Pan wybrać trzy największe atrakcje na tym szlaku, to na co by Pan postawił?

Trudny wybór, ale chyba postawiłbym na Trzebież, pięknie położoną przedwojenną wioskę rybacką na pograniczu niemiecko-polskim, Wolin ze średniowiecznymi atrakcjami i wioską wikingów czy Dziwnów, oblany słoną wodą od północy i słodką od południa.

Nie można jednak zapominać o Świnoujściu, które ma bardziej miejski klimat, ale w odcieniu kurortowym, nadmorskim, średniowiecznym Kamieniu Pomorskim, niemieckich perełkach takich jak Ueckermünde czy Penemünde i oczywiście samym Szczecinie. Atutem tego szklaku jest ogromna różnorodność, to naprawdę kawał żeglugi i lata zwiedzania. Każde z tych miejsc ma inne atuty, można spędzić miesiąc, nie wpływając dwa razy do tego samego portu.

ZSŻ to projekt zrealizowany przez Zachodniopomorski Urząd Marszałkowski, ok. 300 mln złotych wydano na budowę marin i innej infrastruktury – to absolutnie europejski poziom.

 

Pana rodzina ma długie żeglarskie tradycje, sam zorganizował Pan niejedne regaty i pływał po wielu akwenach. Ale czy jest to sport/hobby także dla amatorów?

Jak najbardziej, przygodę z żeglarstwem można zacząć w każdym wieku, niezależnie od poziomu umiejętności i zasobności portfela. Szczecin jest doskonałym miejscem właśnie na taki początek – jest tu mnóstwo klubów żeglarskich i przystani. Sam jacht można kupić i za 5 tys. złotych i za 5 mln zł – cena nie jest barierą, wszystko zależy od naszych potrzeb – ale warto ulokować go w dużym mieście, z dostępem do serwisu, gdzie można zdobyć wszystkie uprawnienia.

Nie trzeba mieć też dużo czasu, weekendowy wypad jak najbardziej ma sens. Wystarczy obrać sobie port, miejsce docelowe na obiad, popłynąć i wrócić tego samego dnia. Można też zaplanować na trasie rejsu kilka noclegów. Możliwości są ogromne, wodny camping może mieć różne oblicza.

Nawet rejsy morskie nie są nieosiągalne dla amatorów, dzięki dobrze rozwiniętej palecie rejsów ze sternikiem, pod profesjonalną opieką – spokojnie cztery osoby bez doświadczenia, z pomocą doświadczonego wilka morskiego, dadzą radę.

 

Z perspektywy Poznania – w porównaniu z Mazurami – Pomorze Zachodnie ma jeden niezaprzeczalny atut: jest bliżej. Dostrzega Pan jeszcze jakieś inne przewagi?   

Pozycja Krainy Tysiąca Jezior jest niepodważalna, a duża komercjalizacja Mazur wynikała przede wszystkim z bliskości Trójmiasta i Warszawy. Ten atut jest jednak jednocześnie mankamentem, bo Mazury są dziś „zadeptane”, a liczba turystów, hoteli, jachtów, imprez praktycznie uniemożliwia kameralny, spokojny wypoczynek. Mazury mają też inny charakter niż Pomorze Zachodnie – to z jednej strony piękny obszar Natura 2000, ale też liczne śluzy, kanały, mosty, które wymuszają stanie w kolejkach, opuszczanie masztów itp.

Pomorze Zachodnie to z kolei otwarta przestrzeń, jednolity poziom wody, porty, statki i zdecydowanie mniej turystów. W czasach komunizmu ten region wydawał się mniej przyjazny ze względu na jego transgraniczny charakter, później trochę odstraszał przemysłowy rys okolicy, który powoli zanika. Żeglarski potencjał tego regionu ciągle jest niedoceniany, a w czasie pandemii jeszcze zyskuje na atrakcyjności – dużo wody, mało jachtów, na polskich szlakach zwykle trudno jest doświadczyć odosobnienia, a my to mamy.

 

Czy gdyby nie żeglarstwo byłby Pan inną osobą? Co daje największą frajdę w czasie samotnych rejsów?  

Dla mnie żeglarstwo, w wymiarze stylu życia i wychowania, może być lekarstwem na wiele cywilizacyjnych problemów, takich jak postępująca cyfryzacja, alienacja, rozluźnianie się społecznych więzi. To nie jest tylko hobby – to połączenie kultury, edukacji, sportu, lifestyle’u, który jest absolutnie zgodny z naturą i kształtuje charakter.

Przygodę z samotnym żeglarstwem rozpocząłem natomiast trochę przypadkiem – wystawiony przez kumpli nie chciałem marnować urlopu i popłynąłem bez nich zaplanowaną trasą do Kopenhagi. Tak się zaczęło. To ekstremalny sport, który uzależnia – jak się raz spróbuje, ciągle chce się podnosić poprzeczkę. W zamian dostajemy niezwykłe odprężenie, całkowite oderwanie się od codzienności. Oczywiście zawijając do portów, nie stronię od ludzi – są restauracje, zabytki. Każde miasto zwiedzane „z wody” wygląda zupełnie inaczej niż wtedy, kiedy nasza trasa zaczyna się na lotnisku – i nie ma znaczenia, czy jest to Trójmiasto, Szczecin, Tallin czy Kopenhaga.

Raz w roku staram się popłynąć w taki dalekomorski rejs. Ostatnio była to pętla wschodnia Bałtyku – Kłajpeda, Tallin, Helsinki, Visby dwa tygodnie zróżnicowanej żeglugi, trochę rekreacji, trochę intensywnych odcinków. Wcześniej popłynąłem na trasie Kilonia, Kopenhaga, Malmö, a moim kolejnym marzeniem są północne rubieże Bałtyku – skrajna, północna krawędź Zatoki Botnickiej i powrót przez Sztokholm.

 

Najprzyjemniejsza chwila w czasie rejsu?

Moment wyjścia z portu, kiedy zostawia się za sobą wszystkie rozterki, nie myśli się o tym, co było, ani o tym, co będzie. Jest się „tu i teraz”. Taka mieszanka radości z nachodzącego wypoczynku z niepewnością, co przyniosą trudy żeglugi. Zdrowy mix ulgi i ekscytacji. Podobnie można się poczuć w czasie wejścia do portu, zwłaszcza po długim rejsie przy niesprzyjającej pogodzie. W grudniu miałem okazję płynąć z Wielkiej Brytanii do Szczecina.

Mocno zapadł mi w pamięć taki obrazek: środek nocy, jesteśmy gdzieś pośrodku Morza Północnego, idealna pogoda, bezchmurne niebo, sprzyjający wiatr. Nie jestem osobą religijną, ale jeżeli miałbym wskazać jakieś mistyczne miejsce, to ono jest właśnie tam, na styku morza i nieba.

Marcin Raubo – rocznik 1984, prezes Zachodniopomorskiego Okręgowego Związku Żeglarskiego, komandor Yacht Klubu Polski Szczecin, rdzenny szczecinianin, deweloper, przedsiębiorca, pomysłodawca projektu OFF Marina, organizator regat, promotor i mecenas żeglarstwa, miłośnik klasycznych zabytkowych jachtów, w ostatnich latach samotny żeglarz. Absolwent Szczecin XIII LO i Birkbeck, University of London.