fbpx

Sound of Metal

reż. Darius Marder
prod. USA 2019, 120’
dystrybucja: M2 Films

Tekst: Radek Tomasik

Polacy słuchają papieża, ale go nie słyszą – pisał Jerzy Pilch. Bohater „Sound of Metal” na tej samej zasadzie słucha ludzi wokół siebie. Do momentu, gdy niespodziewania głuchnie.

O osobach takich, jak Ruben, moi koledzy-gastarbeiterzy, dzielący ze mną lata temu melancholijny los zbieracza agrestu, mawiali z mieszaniną politowania i respektu: „odporny na wiedzę i trudny do zajebania”. Uzależniony od muzyki perkusista i były narkoman, który „brał wszystko”, partner i kochanek zdolnej muzyczki-performerki, wiedzie los współczesnego wagabundy. Mieszka w kamperze, zaczyna dzień od kubka ohydnego, ale zdrowego smoothie, a kończy, wyciskając z perkusji srogie decybele w klubach noise’owych będących jak rozdziały niekończącej się epopei. Nie ma sprawy lub człowieka, który mógłby go zbić z pantałyku, a cięta riposta wychodzi mu z gardła naturalnie niczym oddech. Nagle trach! Maszyny kuchenne zaczynają brzmieć jak zza ściany, ukochany głos dziewczyny słychać jak spod wody, a walenie stopą w kocioł łatwiej odczuć w trzewiach niż usłyszeć. Ruben uświadamia sobie, że jego słuch nie tyle się pogarsza (w sumie norma w jego sytuacji), ile w zasadzie już go nie ma.

Film debiutanta Dariusa Mardera ma naprawdę wiele zalet. Ale jego przymiotem fundamentalnym, bazowym składnikiem mistrzostwa tej narracji jest temat komunikacji z drugim człowiekiem, zrozumienia go na każdym możliwym do wyobrażenia poziomie. Od czystej fizyki (dźwięk) poprzez semantykę (język), po empatię (aktywne słuchanie i głębokie zrozumienie). Jednocześnie każdy element budulca tego oryginalnego filmu jest pod tym względem doskonały lub bliski doskonałości. To w jaki sposób Riz Ahmed (pierwszy muzułmanin nominowany do Oscara, just sayin’) wykorzystuje do aktorskich solówek swoje sarnie oczy, powoduje, że emocjonalnie zapadamy się w sobie jak opakowanie w obróbce próżniowej. Innym razem wspólnie z nim mamy ochotę rozpieprzyć pół świata w poczuciu wściekłości, osamotnienia i żalu – nieutulonego w sensie najściślejszym, w końcu Ahmed czuje się przez wszystkich opuszczony. Aktorski poziom odtwórcy głównej roli trzymają równo jego cechowi koledzy – z nieznanym dotąd szerszej publiczności, również nominowanym do Oscara, Paulem Racim na czele. Facet jest tak magnetyczny, że gdy znika z ekranu, odczuwamy coś na kształt głodu…

Zaś to, co dzieje się w tym filmie z dźwiękiem to jest, Mili Państwo, mokry sen audiofila. Jak pisał jeden z recenzentów, i taka interpretacja bardzo mi się podoba, staje się on audialną mapą psychiki bohatera. Poszarpane, raz wytłumione, innym razem wybite dźwięki, przestery, trzaski, pogłosy i fałsze ułomnego narządu stają się odzwierciedleniem kotłowaniny emocji, mętlika posępnych myśli. Dodajcie sobie do tego równie dopracowany montaż, zdjęcia, reżyserię oraz bezbłędny, choć ryzykowny scenariusz – i dostaniecie trzymający za gardło emo-thriller o człowieku, który stoi nad przepaścią. O człowieku pozbawionym siły, która dotychczas trzymała go przy życiu (przypomnę, że poprzednim życiowym driverem były dragi).

Ponoć mózg przekonuje nas o skrajnym wyczerpaniu w momencie, gdy mamy jeszcze w sobie ponad 50% mocy. Niewykluczone, ale jest też pewne, że będąc w położeniu studziennym, dobrze mieć przy sobie pomocną dłoń. Samemu ciężko wyciągnąć się z niej za uszy. Nauka języka migowego, budowanie relacji ze światem na nowych zasadach oraz wsłuchiwanie się w siebie i innych staje się dla bohatera nowym otwarciem. Szansą na samoakceptację, zbudowanie siebie na nowo i pogodzenie z życiem. I wcale nie musi z tej szansy korzystać. Ale przynajmniej ma wybór. To nie byle co.