fbpx

 

Mistrzowskie podejście do wykonywania biżuterii, do rzemiosła, skupianie się na misternej pracy, kunsztownych zdobieniach od lat mobilizuje i motywuje Huberta Włodawca, kontynuatora dzieła swojego ojca, Jerzego. Firma Chart żegna się ze Starym Rynkiem, gdzie przez cztery dekady funkcjonowała z powodzeniem. Teraz nowo otwarta siedziba przy ul. Szelągowskiej 13a zaprasza swoich stałych, jak i nowych klientów, pasjonatów złotnictwa, osoby umiejące docenić jubilerskie unikaty. Dodatkowo wspaniała relacja matka-syn oraz przemiłe usposobienie Bogny Włodawiec tworzą wyjątkową atmosferę, którą wyczuwa się już od progu.

 

Rozmawiają: Alicja Kulbicka, Magdalena Ciesielska

Zdjęcia: Jakub Wittchen

 

ALICJA KULBICKA: Jak rozpoczęła się Państwa przygoda?

BOGNA WŁODAWIEC: Geneza naszej rodzinnej firmy nieodłącznie związana jest z zamiłowaniem mojego męża do kamieni, które znajdował nad Wartą, w górach, podczas różnych wycieczek, będąc jeszcze dzieckiem. Historie te znam od mojej teściowej, która wspominała, że zawsze komórka pod schodami, gdzie przesiadywał Jerzy, była centrum badawczym. Podbierał mamie diamentowy pilniczek do paznokci i dokonywał pierwszych szlifów. Można rzec, iż wartościowe firmy zaczynały w podobny sposób, bo pasja, miłość, rzetelna praca procentują. Ówczesne realia zmusiły męża do pójścia do pracy w branży budowlanej, pracował w Poznańskim Przedsiębiorstwie Budowlanym nr 2. Wyjeżdżał na budowy do RFN-u, rok spędził w Hamburgu i to były bardzo przyzwoite zarobki. Przyjechał do kraju kupionym tam Fiatem 1300, kupiliśmy sobie magnetofon szpulowy, który na pamiątkę u mnie ma swoje miejsce. (śmiech)

MAGDALENA CIESIELSKA: Kiedy nastąpił przełom?

B.W.: To był rok 1978. Mąż wciąż marzył o kamieniach, o jubilerstwie. Trwały rodzinne dyskusje czy podejmować ryzyko, zmieniać profesję, choć mąż nigdy nie bał się ryzykować. (śmiech) Zgłosił się do firmy Polsrebro i został tam przyjęty na ucznia. Normalnie tryb nauki w rzemiośle trwa około dwóch lat. Jednakże biorąc pod uwagę wiedzę Jurka z zakresu kamieni, obróbki, jego wiek, blisko 30-tki, zdobył on ten dokument w niecały rok. Zdał egzamin czeladniczy i w krótkim czasie przystąpił do egzaminu mistrzowskiego. Wszelkie potrzebne dokumenty już posiadał, dodatkowo wiedzę, doświadczenie i niezbędne umiejętności.

HUBERT WŁODAWIEC: W tamtych latach trzeba było mieć tytuł mistrzowski, aby otworzyć zakład jubilerski. Musiała być zgoda Wielkopolskiej Izby Rzemieślniczej. Tata był członkiem Cechu Rzemiosł Różnych, miał odłożone pieniądze z wyjazdów do RFN-u i pragnął spełnić swoje dziecięce marzenie. Na początku wynajmował malutkie pomieszczenie na sklep na Starym Rynku, a pracownia złotnicza znajdowała się przy ul. Wrocławskiej. Nikt w owych czasach oficjalnie nie mógł posiadać złota! (śmiech)

B.W.: Co warto podkreślić, mąż dostrzegł w myśliwskiej biżuterii olbrzymi potencjał i ta nisza w branży jubilerskiej dała początek jego działalności. Oparł kolekcję na bogato zdobionej biżuterii z elementami trofeistyki noszonej przez kobiety, a także przez mężczyzn. W latach 90. ub. w. dużo wyjeżdżał też na targi myśliwskie do Hanoweru, Dortmundu, do Monachium.

A.K.: Czy sam też był myśliwym?

B.W.: Tak, był zapalonym myśliwym. Miał tradycje rodzinne. Męża dziadek i trzej wujkowie polowali, jeden wujek był leśniczym. Ostatnio słyszę wiele hejtu i przykrych słów skierowanych w stronę myśliwych. Cóż, wszędzie są tzw. „czarne owce”, ale tym samym nie powinno się przekreślać tradycji, obyczajów i pięknych zwyczajów łowieckich w naszym kraju. Uważam, że największymi przeciwnikami myślistwa są często ci, którzy najmniej o tym wiedzą.

M.C.: Charty to wyjątkowa rasa psów, można powiedzieć – królewicze. To niewątpliwie psy myśliwskie, psy arystokracji cenione przez stulecia aż po czasy współczesne. Czy z miłości do tej rasy narodziła się nazwa firmy?

B.W.: Tak, z miłości do naszej pierwszej suki charta, o imieniu Garda. Nikt wcześniej w rodzinie nie miał przed nami tej rasy. Czysty zbieg okoliczności… Pojechaliśmy do moich krewnych na Kaszuby, a stamtąd na wystawę psów do Sopotu. To był sierpień 1977 roku. Wybrałam naszą ukochaną Gardę, 3-miesięcznego szczeniaka, była to miłość od pierwszego wejrzenia.

H.W.: Wówczas chart polski jeszcze był tzw. kundlem, ponieważ dopiero kilku hodowców zapaleńców rozpoczęło pracę nad odnową rasy. Dopiero na początku lat.80. ub. w. nastąpiło oficjalne wpisanie chartów polskich do księgi psów rasowych.

B.W.: Mąż bardzo pokochał Gardę. Gdy wracał do domu z pracy (jeszcze wtedy w branży budowlanej), zabierał ją na długi spacer i na łąkę za blokami, gdzie ją tresował i ćwiczył. Garda była tak wychowana, że nawet dr Lipińska, ówczesny kierownik sekcji charta w poznańskim Związku Kynologicznym, powiedziała, że tak ułożonego charta  nigdy wcześniej nie widziała. Mąż chyba mógłby przejść przez miasto z Gardą bez smyczy. (śmiech) Oni się porozumiewali wzrokiem, gestami, po prostu telepatią. Zrodziła się pomiędzy nimi wielka więź przyjaźni. Mnie natomiast Garda uważała za osobę, której należy bronić przed obcymi. Długo myśleliśmy nad nazwą firmy, dyskutowaliśmy, aby była chwytliwa.

H.W.: W rezultacie powstała nazwa rodzinnej firmy „Chart”, wtedy, gdy w Polsce PRL-owskiej rasa ta była źle widziana przez rządzących, bo kojarzyła się z tradycjami szlacheckimi.

A.K.: Prywatny biznes w latach 80. ub. w., gdy większość społeczeństwa pracowała na etatach państwowych, dodatkowo jeszcze branża biżuterii premium – czy to był czas olbrzymich wyrzeczeń? Jak Pani to wspomina?

B.W.: Początki były trudne, trzeba było ryzykować, podejmować wybory, niełatwe decyzje. Bałam się czy będzie zbyt, czy będą klienci. Wszystko to spadło na męża, bo ja pracowałam wciąż jako nauczyciel języka rosyjskiego, nie zrezygnowałam z zawodu, który bardzo kochałam. Byliśmy zapożyczeni wśród najbliższych, bo nie dysponowaliśmy taką gotówką, aby samodzielnie otworzyć biznes.

A.K. Jak było z reklamą w owych czasach?

B.W.: Mąż bardzo dbał o reklamę. Wówczas czytany był na szeroką skalę „Głos Wielkopolski”, z którym współpracowaliśmy. Przez kilkanaście lat wykonywaliśmy słynną nagrodę dla wielkopolskiego piłkarza roku – Srebrną Piłkę. Najlepszą formą marketingu i reklamy jest według mnie polecanie (śmiech).

A.K.: Skąd wtedy brało się materiał?

H.W.: Jak tata opowiadał – to spod stołu… Oficjalnie nie można było mieć złota na stanie, pracowało się na tzw. „powierzonym”.

M.C.: Nawiązując do myślistwa, używacie nietypowych i bardzo oryginalnych składników do produkcji biżuterii: grandle – szczątkowe kły jeleniowatych przypominające bursztyn, strugi – siekacze bobra, szable – kły dzika. Myśliwskie trofea tworzycie na konkretne zamówienie. W Wielkopolsce jest wielu koneserów i miłośników tego typu ozdób?

H.W.: W całej Polsce, nie tylko w Wielkopolsce. Mamy swoich wiernych fanów, jeśli mogę tak powiedzieć. Klienci od lat znają naszą markę, wysokiej jakości rzemiosło. Wiedzą, iż spełnimy ich nietypowe życzenia i zachcianki. Często działa tu marketing szeptany, klienci polecają nas sobie nawzajem – to dla nas najlepsza rekomendacja i fantastyczna promocja. Obecnie dużym zainteresowaniem cieszą się wyroby z użyciem strugów bobra, głównie ze względu na ich głęboką i dynamiczną barwę, przypominającą zachodzące pomarańczowe słońce. Zaczęliśmy też łączyć heban ze srebrem, co daje zaskakujące i piękne efekty wizualne.

B.W.: Wykonujemy wiele rzeczy na zamówienie. Myśliwi  często przynoszą swoje „składniki”, które mają być umieszczone w zaplanowanym i wymyślonym wzorze. Nawet mieliśmy zamówienie, aby włosie z ogona słonia oprawić w tubus, ozdobną wpinkę do kapelusza –  spełniamy takie oryginalne życzenia i ekscentryczne wymagania naszych klientów.

M.C.: Bardzo podoba mi się Państwa motto, że Wy spełniacie marzenia, a nie tylko robicie błyskotki. Takie podejście procentuje, ludzie to doceniają?

B.W.: Ludzie szanują naszą pracę, nasze zaangażowanie, cieszą się z efektu końcowego. Polecają nas sobie. Przychodzą czasem z własnymi pomysłami, niekiedy trzeba te życzenia korygować pod względem technicznym. Tłumaczymy klientom, przedstawiamy projekty, proponujemy wzory itp. – aby byli usatysfakcjonowani, czuli się zrozumiani i dobrze potraktowani.

H.W.: Kiedy klienci nie mają sprecyzowanego pomysłu, korzystamy z naszej kolekcji biżuterii jako z żywego katalogu. Wówczas tworzymy unikatowy, oryginalny wyrób, biorąc na przykład z kolczyków oprawę kamieni, z wisiorka jakiś element wykończenia, a z pierścionka kształt obrączki. Często szkicujemy wymyślony projekt, tłumaczymy niuanse, niekiedy musimy zaproponować inne rozwiązanie. Są klienci bardzo wymagający. Dla nas jednak liczy się reputacja, dlatego służymy zawsze pomocą i radą.

A.K.: Warto też zapytać o kamienie. Jaki jest ich początek w firmie Chart?

H.W.: Kamienie w ofercie pojawiły się po zmianie ustrojowej, po 1989 roku, a w 1991 roku tata zdobył już pierwszy dyplom w Antwerpii. Ponadto zrobił tam kurs znawcy, potem rzeczoznawcy, a następnie eksperta diamentów. Jeździł edukować się w Idar-Oberstein, w Niemczech, gdzie uczył się o kamieniach kolorowych wszelkiej maści. Jego determinacja, wiedza i kontakty spowodowały, że zaszedł bardzo wysoko. Jerzy Włodawiec to było rozpoznawalne nazwisko. Tata chodził na spotkania i kolacje z najwyżej postawionymi ludźmi w diamentowej Antwerpii.

B.W.: Mąż dobrze mówił po niemiecku, nawiązał kontakty handlowe z Antwerpią, stolicą diamentów. Miał certyfikaty i dokumenty stamtąd jako jeden z nielicznych w całej Polsce. Kupował szlachetne kamienie z Centrum Diamentowego, najbardziej cenionego na świecie. Został tam bardzo dobrze przyjęty i uznany za swojego. (śmiech) Niektórzy nawet pytali się czy on nie ma w swojej genealogii jakiegoś żydowskiego przodka. Teściowa moja pracowała w WCH, czyli w Wojskowej Centrali Handlowej. Miała żyłkę do handlu i ducha przedsiębiorczości, obie cechy tak często wyróżniane i doceniane po dzisiejsze czasy. Miała także cudowne powiedzenie: „lepsze 10 dag handlu niż kilogram roboty”.

M.C.: Szlachetne kamienie zapoczątkowały też nowy kierunek w ofercie Państwa firmy.

B.W.: Tak, postawiliśmy na klasykę. Piękne, ponadczasowe wzory, które nigdy się nie nudzą i mogą być w wielu kombinacjach zestawiane ze sobą. Wykonujemy takie kolekcje, gdyż jest zapotrzebowanie wśród klientów. Klasyka jest wieczna i nieśmiertelna!

H.W.: Klasyka nie wychodzi z mody, jest wciąż doceniana i uwielbiana. Oczywiście, jak przyjdzie klient i ma jakieś oryginalne życzenie bardziej nawiązujące do współczesnych form i trendów, też takie rzeczy wykonujemy. Nie zamykamy się na dane epoki i style w biżuterii czy wzornictwie.

A.K.: Tworzona przez Państwa biżuteria jest unikalna.

B.W.: Chlubimy się tym i często podkreślamy, że to jest praca ręczna. Rzemiosło i jakość, za którą się płaci.

H.W.: To nie są tanie rzeczy, produkowane na masową skalę. Wartość oryginalnych rzeczy zawsze była wyższa niż kolekcji powszednich, masowych.

A.K.: Jak, Hubercie, wyglądał z Twojej perspektywy kontakt z pracą ojca?

H.W.: Jako dziecko bywałem w firmie, fascynowały mnie maszyny, młotki, pilniki, palniki. Podglądałem pracę złotników i widziałem jak to wszystko powstaje etapami. Już od najmłodszych lat czułem, że ta pasja taty pochłonie również i mnie… Jestem 1987 rocznik, więc taty za stołem złotniczym już tak często nie widziałem, narzucił on sobie inne zadania. Odziedziczyłem zapewne smykałkę i talent po tacie. Długoletni pracownicy, którzy pamiętają mnie za dziecka, wspominają, że zawsze rwałem się do pracy, wybijałem z matrycy jakiś liść, lutowałem do niego szpilkę, tworzyłem prymitywną broszkę. Miałem 15 lat, gdy z blachy mosiężnej zrobiłem sam pochwę do noża. Niewątpliwie ciągnęło mnie w stronę zajęć jubilerskich. Tata np. pokazywał mi jak łupać kryształy kalcytu, aby nauczyć mnie o strukturze kryształu.

M.C.: Jesteś gemmologiem i podobnie jak Twój tata uwielbiasz kamienie. Co w nich jest tak fascynującego?

H.W.: W kamieniach jest zamknięty cały mały świat. Mikrokosmos – i to jest cudowne! Jeśli powiększymy kamień pod lupą, tam w środku dzieją się niesamowite rzeczy, których nie da się zaobserwować gdzie indziej. Refleksy, załamania światła, niesamowite kształty, które zrodziła natura.

B.W.: Dodam, że mąż starał się wciągnąć Huberta do tego fachu, liczył, iż zostanie jego następcą. Zdążył jeszcze Huberta wielu rzeczy nauczyć. Zabierał go do firmy, na liczne wystawy oraz pokazy kamieni i muszli, najczęściej w poznańskiej Arenie. Jestem zdziwiona, ile Hubert zapamiętał z tych nauk, bo miał wówczas zaledwie 10, 11 i 12 lat.

A.K.: Hubert stracił ojca, mając 13 lat. Jako jeszcze dziecko nie mógł przejąć rodzinnej firmy. Co się wtedy zadziało?

B.W.: Dla mnie prowadzenie działalności to czarna magia, dlatego biznes przejął ktoś bliski z rodziny i przez dłuższy czas tym zarządzał. Wówczas marnie to wszystko szło…

H.W.: Teraz jak patrzę na to z perspektywy czasu, mając wiedzę i doświadczenie, to wiem, że tamten czas był zaprzepaszczony. Było to 14 suchych lat.

A.K.: Ile miałeś lat jak wszedłeś w rodzinny biznes i zacząłeś zarządzać Chartem?

H.W.: Miałem 27 lat, sporą wiedzę i bardzo dużo zapału. Zastałem firmę na skraju bankructwa, z kolejką komorników, z długami. Start fatalny… Ale zawsze miałem do tego serce i zmysł, żyłkę przedsiębiorcy – wszystkie potrzebne cechy odziedziczone po tacie. Początkowe lata  były odbudowywaniem firmy z gruzów. Najważniejsze jednak, że firma posiadała swoją markę i wartość, przez lata budowaną przez tatę, oraz stałą i wierną załogę będącą trzonem pracowni rzemieślniczej.

B.W.: Cały plan ratowania firmy, całą strategię wymyślił Hubert. Poszedł do pracy w Charcie, mając 25 lat. Gdy zorientował się jaka jest sytuacja, podjęliśmy oboje decyzję, iż trzeba ratować rodzinny biznes. Byłam pozytywnie zaskoczona, ile on wiedział o firmie, o przygotowaniu tak szczegółowego i precyzyjnego planu biznesowego. Jak pytałam: „Skąd Ty to wiesz”, padała odpowiedź: „Od Taty”. Zdumiona byłam – i jestem wciąż – ile takie małe dziecko było w stanie zapamiętać…We wrześniu 2014 roku przejęliśmy firmę. Hubert wymyślił, aby to była firma rodzinna i abym ja widniała jako właściciel. Będąc spadkobiercami, mieliśmy prawo do nazwy firmy. Powstała nowa firma, w oparciu o starą. Dokumenty pozwalały nam na przejęcie całego majątku. Nie chcieliśmy jednak przejmować NIP-u, gdyż widniało tam ogromne zadłużenie.

A.K.: Jak duży macie zespół pracowników?

H.W.: Pracuje u nas trzech złotników, jeden ślusarz-narzędziowiec i pani Roma, która zajmuje się projektowaniem biżuterii i obsługą klienta. Ona doskonale tłumaczy i doradza, gdyż jest złotnikiem z wykształcenia. Mam nadzieję, że w nowej lokalizacji, spełniającej wszystkie wymagania BHP, będziemy mogli oficjalnie przyjąć ucznia. W starej siedzibie, w kamienicy, której fundamenty sięgają XVI wieku, ledwie udało się urządzić pracownię. Jestem pełen podziwu jak tata to wymyślił.

B.W.: Kiedyś mąż zatrudniał 19 złotników. Obecnie zatrudnienie dobrego złotnika graniczy z cudem…

M.C.: Co było kluczem do rozwoju i sukcesu Państwa firmy?

H.W.: Na pewno eksport i handel na rynkach międzynarodowych. W tej chwili łowiectwo jest passé, choć mamy wielu swoich stałych klientów zamawiających biżuterię myśliwską, z Bieszczadów, Mazur, Kaszub. Po przejęciu firmy  zacząłem kontynuować dzieło ojca, spotykać się z ludźmi, uczestniczyć w targach i innych imprezach łowieckich. aby wystawiać nasze wyroby, kolekcje. Ludzie będący w tej branży od lat, nie mogli uwierzyć, że tak jestem do niego podobny, że przypominam go z wyglądu, sposobu bycia, poruszania się, a nawet z gestykulacji. (śmiech)

M.C.: Jakie obecnie są terminy wykonania biżuterii na zamówienie?

H.W.: Kiedyś jak na targach zagranicznych czy w Polsce tata zbierał zamówienia, to termin ich realizacji był około roku. Aż tyle czasu! Pół roku to był ekspres. W tej chwili terminy wahają się w granicach 4-6 tygodni, choć są zlecenia wymagające więcej czasu i gorące okresy przedświąteczne.

M.C.: Specjalne zamówienia to wielkie wyzwania? Klienci umieją Was jeszcze po tylu latach zaskoczyć?

H.W.: Oczywiście, to są często wyzwania i zaskakujące życzenia. Przyszedł kiedyś mężczyzna, który zamówił rękodzieło – srebrny statek, łącznie z żaglem, olinowaniem, beczkami, mnóstwem drobiazgów do zrobienia. Ponadto mieliśmy zamówienie dla 7-letniej dziewczynki – opaska z kokardą na włosy z białego złota. Było w niej dokładnie 96 brylantów. Kielich Świętego Huberta wystawiony w Muzeum Watykańskim. Uwielbiam takie projekty! Zamówienie np. sprzed 4 lat – broszka w kształcie jaskółki, cała z białego złota, wysadzana 140 diamentami, a w główce – diament łezka. Rewelacja! Wszystko wykonywane jest ręcznie, z największą precyzją i kunsztem. Każdy element się poleruje, szlifuje, doprowadza do blasku. To jest ta różnica jakościowa – w porównaniu z wyrobami ze sklepów sieciowych – którą przy bliższym poznaniu widać jak na dłoni.

B.W.: Cieszą nas takie nietypowe i oryginalne zamówienia, bo klient nie wejdzie do żadnej sieciówki z tak trudnym zadaniem.

M.C.: Oprócz kamieni szlachetnych: diamentów, rubinów, szmaragdów, szafirów można kupić u Państwa biżuterię np. z turmalinem, apatytem czy innymi kamieniami. Oferta jest szeroka.

H.W.: Turmaliny są cudowne, pod kątem wyrobu, ale i kolorystyki. Bardzo lubię werdelity o butelkowej, ciemno zielonej barwie. Fantastyczne są morganity w kolorze pudrowego różu. Każdy klient i klientka znajdą u nas bogatą ofertę, dzięki której możemy podążać za marzeniami… i je spełniać.

B.W.: Niesamowite turmaliny w kolorach arbuza. (śmiech) I tak moglibyśmy wymieniać i wymieniać…w nieskończoność.

M.C.: Inspirujecie się biżuterią z dawnych epok?

H.W.: Podstawową bazą inspiracji jest olbrzymi stos szwajcarskich katalogów aukcyjnych, gdzie umieszczona jest biżuteria z różnych okresów i jest na czym się wzorować, czerpać natchnienie i wciąż potrzebny powiew świeżości. Wzorujemy się po prostu na najlepszych, tworząc własne autorskie kolekcje i arcydzieła na specjalne zamówienia klienta. Poza tym mamy całe półki książek przyrodniczych, bo natura podsuwa nam inspiracje. Flora i fauna. Robiliśmy niedawno mrówkę srebrną, która ma korpusik z czarnego koralu.

M.C.: Czy mama ma też specjalne życzenia, które spełniasz?

H.W.: Ja preferuję robić niespodzianki. (śmiech)

A.K.: Pani Bogno, to znaczy, że na każde święta jest Pani obdarowywana biżuterią?

B.W.: Pewnie bym była, tylko teraz już się trochę buntuję. (śmiech) Nie wychodzę tak często jak kiedyś, nie bywam w towarzystwie. Nie mam dokąd założyć takich jubilerskich cudów. Ostatnio syn mnie namówił i przygotowany został dla mnie komplet z kolorowych szafirów, kolczyki oraz pierścionek, ten, który mam na sobie. Szafiry kojarzą się większości osób z kolorem niebieskim, wręcz granatowym, tutaj prezentują zgoła inne kolory. Na Dzień Matki otrzymałam dwa lata temu piękny koral w wisiorku oprawiony bardzo delikatnie w złoto.

M.C.: Dokonujecie również renowacji biżuterii. Czy to skomplikowany zabieg odbudowy zniszczonej biżuterii, mającej wartość często sentymentalną, rodzinną, przekazywaną z pokolenia na pokolenie?

H.W.: Jak najbardziej! Usługi takie świadczymy. Dzwonią klienci np. z zapytaniem czy można zmniejszyć pierścionek. Odpowiadam często: „tak, można, na 90 procent”. Musimy widzieć wyrób, bo jego naprawa, zmiana zależy od techniki wykonania. Im drobniejsze elementy, tym praca jest bardziej czasochłonna i skomplikowana, a nieraz po prostu niemożliwa do wykonania. Oprawa kamieni – w szatony,  potocznie koszyczki, wykonywana przez złotników – to też ogromne wyzwanie.

A.K.: Po 40 latach bycia pod arkadami na Starym Rynku podjęliście decyzję o przeprowadzce. Co było impulsem do otwarcia salonu Chart w zupełnie nowym miejscu?

B.W.: Wielu osobom, klientom, jest żal, że wyprowadzamy się z centrum. Często słyszymy „takie urokliwe miejsce chcecie porzucić”. Nas zmusiły warunki ekonomiczne – w pewnym stopniu – ale przede wszystkim proces „umierania” Starego Rynku jako miejsca handlu. Również logistyczna otoczka, biorąc pod uwagę problemy z dojazdem, z zaparkowaniem. Turysta nie jest naszym klientem, mamy stałych odbiorców.

H.W.: Podczas moich lat pracy w firmie, trzykrotnie zdarzył się obcokrajowiec, który wszedł i wydał kilka tysięcy złotych. Anglik, który kupił brylantowy pierścionek – karmazycję oraz panie, z Kanady i z USA.

B.W.: Niewątpliwie ważnym impulsem, który zadecydował o przeprowadzce, była potrzeba większej powierzchni wystawienniczej. Tam sklepik jest niewielki, jedyne 20 m2, tutaj przestrzeń ma około 60 m2. Jest jasno i przestronnie oraz – co bardzo ważne – znajduje się osobne pomieszczenie na wystawę myśliwską. Nie każdy z klientów gustuje w tego typu ozdobach, porożach itp. Pracownia będzie na niższym poziomie, a w przyszłości wyżej syn wyremontuje sobie i urządzi przestrzeń mieszkalną.

H.W.: Marzę, aby pracownicy mieli większy komfort pracy w nowej siedzibie firmy. Plus moja nowa pasja, czyli  stare zegary. Wystawa ta będzie połączona ze strefą myśliwską, bo to do siebie bardzo ładnie pasuje. Mam na stanie około 40 zegarów, większość prawie stuletnich. Stojące, wiszące – pod każdym względem cuda techniki, wykonawstwa i zdobnictwa. Kilka lat temu przyszedł do firmy celem renowacji antycznego srebra stołowego pan z Holandii, pasjonat, handlarz sztuką i antykami. Nikt się nie chciał podjąć jego zlecenia, my to wykonaliśmy, bo współpracuję z bardzo dobrym fachowcem – brązownikiem. Zaprzyjaźniliśmy się i zaczęliśmy rozmawiać na temat starych zegarów. Zawsze marzyłem, aby mieć stojący zegar w domu i  pierwszy kupiłem sobie od niego prywatnie. Później coś mnie tknęło, że może nie jestem jedynym, któremu podobają się takie oryginalne przedmioty. Zegary kupowane są w Europie Zachodniej, ich renowacja czy potrzebne zabiegi zegarmistrzowskie przeprowadzane są w Holandii, a sprzedawane są u nas.

M.C.: Przed Państwem nowy etap prowadzenia firmy, już w innej lokalizacji. Zapewne nowe doświadczenia. Czego możemy Państwu życzyć?

H.W.: W szczególności odpoczynku! (śmiech) Upragnionego wytchnienia po wieloetapowej pracy związanej z przeprowadzką.

B.W.: Tak, niewątpliwie odpoczynku i wakacji. A dla nas wszystkich: dużo zdrowia, sił i szybkiego powrotu do normalności po trudnym okresie pandemii.

A.K.: Bardzo dziękujemy. Życzymy, aby Państwa plany i marzenia urzeczywistniły się, dając ogromną radość i satysfakcję.