fbpx

 

 „Nie lubię treningu z workiem. Denerwuje mnie, że nie oddaje” – mówi poznanianka, Ewelina Pękalska, która pod koniec stycznia wywalczyła pas Mistrzyni Europy w Zawodowym Boksie Kobiet. Jak przygotowywała się do walki? Co planuje na przyszłość? I czy lubi trenować innych? 

Rozmawia: Hanka Dziubińska-Kopka

Zdjęcia: materiały prywatne Eweliny Pękalskiej

Mówisz o sobie, że jesteś starą zawodniczką. Trenujesz od 21 lat. A to znaczy, że zaczęłaś w wieku…

EWELINA PĘKALSKA: … trzynastu lat. Za dzieciaka dużo chorowałam – dalej mam atopowe zapalenie skóry – przez co zawsze miałam podrapane ręce. Nie wyglądało to dobrze, źle się z tym czułam i starałam się, żeby nie było mnie widać. Ojciec pomyślał, że sport pomoże mi nabrać pewności siebie. Pamiętam, jak wziął książkę telefoniczną i zaczęliśmy przeglądać kluby sportowe. Proponował tenis, piłkę, karate… I tak trochę mnie to karate zaciekawiło, ale zajęcia były daleko od domu. Mieszkaliśmy wtedy na Ratajach. Następnego dnia zabrał mnie na sekcję bosku, na Olimpię. Po pierwszych zajęciach wiedziałam, że to jest to. Trener Jakubowski podszedł do mojego ojca i powiedział: „ta pana córka to jest taka mała, ale taka silna.”

Gdy weszłaś pierwszy raz na salę, to były tam inne dziewczynki? Czy to były raczej zajęcia dla chłopaków?

To była końcówka 1999 roku, gdy na fali były Iwona Guzowska i Agnieszka Rylik. To były też czasy Andrzeja Gołoty. Gdy ja weszłam na salę, to była tam ponad trzydziestka dzieciaków, chłopaków i dziewczyn. Żeby zostać, trzeba było przejść selekcję. Teksty typu: „jeśli ci się coś nie podoba, to wyjdź, droga wolna!” były na porządku dziennym. Teraz trenerzy zabiegają o podopiecznych, bo zainteresowanie boksem bardzo spadło.  

Tata zaprowadził cię na pierwszy trening. A mama? Nie miała nic przeciwko? 

Mama jest dumna, ale wolałaby, żebym zajmowała się czymś innym. (śmiech)

Ale nigdy nie zabroniła Ci trenować? 

Raz, w liceum. To był taki czas, w którym się trochę pogubiłam. Za nieobecności i słabe wyniki w nauce dostałam szlaban na boks. Ale uparłam się i trenowałam w tajemnicy. Codziennie wstawałam o 4:30 czy 5:00 i jechałam na Olimpię. Mówiłam mamie, że mam lekcje na 7:10, ale prawda była taka, że zajęcia o tej porze zaczynałam tylko jednego dnia w tygodniu. Przez ponad rok robiłam sama poranny trening, a potem szłam na lekcje. Byłam ambitna, uparta i tak bardzo chciałam boksować! Teraz, gdy patrzę na młodych, to mam czasami wrażenie, że są trochę rozpieszczeni, że brakuje im tego zacięcia. Mają wiele wymówek: zakupy z mamą, imieniny cioci, bolący palec, wieczna miesiączka… Ja miałam zupełnie inne podejście. Całe życie moich treningów to była ciężka, bardzo ciężka praca. Bez żadnych ustępstw. 

Ta praca się opłaciła. 29 stycznia br. zdobyłaś pas Mistrzyni Europy w kategorii muszej, zwyciężając z Finką, Lottą Loikkanen. Twoje treningi przed walką zbiegły się z lockdownem i zamknięciem siłowni, przez co pewnie różniły się od zwyczajnych przygotowań? 

Wiele rzeczy się nie zmieniło. O walkach najczęściej dowiaduję się na dwa, trzy miesiące wcześniej. Dzięki temu mam czas, by przygotować się pod każdym względem – siłowym, wytrzymałościowym, także specjalistycznym, czyli ukierunkowanym na konkretne partie ciała, technicznym oraz szybkościowym. Takie ćwiczenia robię też podczas prowadzonych przeze mnie treningów. Gdy sama przygotowuję się do dziesięciorundowej walki, po prostu wydłużam trening, zwielokrotniam powtórzenia. A do tego dokładam biegi, treningi lekkoatletyczne i kulturystyczne. Nie lubię ćwiczyć na worku. Denerwuje mnie, że nie oddaje…(śmiech) Czasami oczywiście muszę zrobić też taki trening, ale wolę go unikać.

Jak często trenujesz przed walką?

Kiedyś, jeszcze zanim urodziły się moje dzieci, trenowałam nawet po dwa, trzy razy dziennie. Studiowałam zaocznie, miałam dodatkową pracę – z takim harmonogramem obowiązków mogłam sobie na to pozwolić. Postawiłam na sport, dążyłam do występu na Igrzyskach i wszystko temu podporządkowałam. Nie przygotowuję już się w ten sposób, bo czasowo i finansowo nie mogę sobie na to pozwolić. Za to ten wieloletni reżim ciągle owocuje. Ciało pamięta. 

Jak w takim razie Twoje przygotowania wyglądają obecnie?

Mam dwójkę dzieci, odnowa poszła w niepamięć. Teraz raczej codziennie mam „od nowa” mnóstwo mamowych obowiązków, dlatego też ten styl treningów się zmienił. Ponadto mam fizyczną pracę, treningi indywidualne, które prowadzę innym są dla mnie często męczące, dlatego z własnych treningów zostawiłam jeden, czasami dwa dziennie. Wtedy faktycznie ten pojedynczy trening jest bardzo intensywny, wysiłkowy, zupełnie inny niż te, które serwowałam sobie parę lat wcześniej, gdy musiałam rozłożyć siły na cały dzień. 

Ale ciało na pewno czasami dopomina się o regenerację?

To też się już u mnie z wiekiem zmieniło. Uważam, że gorsze jest przetrenowanie niż niedotrenowanie. W moim wieku – mam już 34 lata – gdy czuję, że łapie mnie przeziębienie czy stan podgorączkowy to wiem, że ciało daje mi znać, że mój trening jest zbyt ciężki. Na drugi dzień robię sobie przerwę. Z odpoczynkiem nie czekam, jak kiedyś, do niedzieli. Obecnie podchodzę do regeneracji bardziej elastycznie. Gdy czuję, że muszę odpocząć – robię sobie przerwę. To było bardzo ważne szczególnie teraz, gdy siłownie były zamknięte i do walki o pas przygotowywałam się, gdzie tylko mogłam, często także na ogrzewanych farelką, przemarzniętych salkach.

Byłaś świetnie przygotowana! Podczas walki pokazałaś różne techniki, byłaś też dużo szybsza od Finki. Biorąc pod uwagę Twoją formę, podejrzewam, że pas Mistrzyni Europy to nie koniec? Jakie są Twoje plany na przyszłość?

Na pewno zawalczę o pas Mistrzyni Świata. Ale najpierw muszę obronić Mistrzostwo Europy. Przede mną sporo pracy, ale dam radę. Cieszę się na te wyzwania! 

Inna sprawa, że takie przygotowania nie zależą tylko od włożonego wysiłku. Pochłaniają też spore pokłady finansowe – suplementy, odnowy, opłacenie sparing-partnerów, specjalistyczna dieta, zabiegi, fizjoterapia… Kilka tysięcy złotych to minimalne koszty kilkumiesięcznych przygotowań. Dlatego też ciągle szukam sponsorów, którzy we mnie uwierzą i którzy będą chcieli związać swoją markę z walką o Mistrzostwo Świata.   

Firmy, które dotychczas Cię sponsorowały, często należały do ludzi, którzy przychodzili u Ciebie trenować. Niektórym – na przykład mojej mamie – boks ciągle jednak kojarzy się nie z biznesem, a raczej z półświatkiem. Twoje zajęcia zaprzeczają tym stereotypom.

To prawda! Moi podopieczni są bardzo różni. Pochodzą z wielu branż i środowisk. Niektórzy się nie otwierają i nie wiem o nich zbyt wiele, ale ja też nie naciskam na zwierzenia. Mam na treningach lekarzy, prawników, studentów, policjantów. Ty też jesteś jedną z nas! Mamy fajną ekipę. 

Nie prowadzisz naborów do grup początkujących. Gdy ktoś chce dołączyć, po prostu przychodzi. Niektórzy zostają na kilka zajęć, niektórzy po pierwszych już się nie pokazują, niektórzy zostają na lata. Rozpoznajesz po ludziach kto zrezygnuje, a kogo boks wciągnie?

Tak. Szczerze mówiąc, pomyliłam się tylko raz. Z Marcinem trenujemy już od około sześciu lat, ale w trakcie pierwszej rozgrzewki zwyczajnie usiadł. Kazałam mu rzucić palenie, a on na to, że nie pali, po prostu nie ma formy. Pomyślałam, że po takim treningu szybko odpadnie. Ale ten jeden raz intuicja mnie zawiodła.

Wielu ludzi rezygnuje na samym początku?

Zdarza się. Niektórzy dochodzą do wniosku, że to nie dla nich, ale częściej okazuje się, że jest zwyczajnie za ciężko. Obecnie (to znaczy, gdy prowadzenie zajęć grupowych było jeszcze możliwe) podzieliłam się prowadzeniem treningów z Dorotą Norek. Ja mam taką silniejszą grupę, z większością mężczyzn. Na zajęciach Doroty jest więcej kobiet i początkujących. Jednak wyjątki są w obu grupach. U Doroty treningi nie są bardzo siłowe, ale podobnie jak u mnie, można nauczyć się technik, dlatego także niektórzy mężczyźni wybierają jej zajęcia. Nie rywalizujemy pod tym względem. Nasze grafiki dobrze się uzupełniają. 

Czego szukają ludzie na Twoich zajęciach?

Zabawy i fajnego klimatu. (śmiech) Przychodzą się zmęczyć i poznać techniki boksu. 

To zaszczyt trenować u tak utytułowanej zawodniczki. Pod koniec stycznia zostałaś Mistrzynią Europy w Zawodowym Boksie Kobiet. Ale czy uważasz je za swoje największe osiągnięcie? Jakie wydarzenie w Twojej karierze ma największą wartość? 

Boks zawodowy rządzi się zupełnie innymi prawami niż ten olimpijski. Dwa razy w swojej karierze byłam blisko wyjazdu na Igrzyska i wtedy zdobywałam medale, które przybliżały mnie do tego celu. Wiele dla mnie znaczyły, ale jedno osiągnięcie było wyjątkowe. W 2006 roku, po zdobyciu przeze mnie srebra na Mistrzostwach Europy w Warszawie, brałam udział w nieoficjalnym pucharze świata, który zorganizowano w duńskim Vejle. Co prawda, w trakcie przygotowań zmieniono nazwę na Venus Boxing Cup, ale składy pozostały te same. Na te zawody pojechałam bez wypracowanej formy. Czasami robi się takie rzeczy, by zdobyć doświadczenie. Tak było w tym wypadku. Miałam cztery walki, z czego trzy przegrałam przed czasem, a finałową walkę wygrałam na punkty, podobnie jak cały turniej. 

Po turnieju świętowałam zdobycie pucharu, podczas gdy okazało się, że szukają mnie na bankiecie. Zostałam najlepszą zawodniczką turnieju. Wcześniej wyróżniono tak między innymi Katie Taylor, Sofję Oczigawę i Nicolę Adams, czyli same olimpijki. Puchar wręczyła mi Katie Taylor, pochwaliła moją formę i postawę. Nie jest to wyróżnienie z Mistrzostw Europy czy Świata, ale dla mnie naprawdę wiele znaczy. Dlatego stoi z przodu mojej kolekcji.

Nigdy nie próbowałaś startować w innej dyscyplinie niż boks. Co on takiego w sobie ma?

Pokochałam boks od pierwszego treningu. Uparłam się na ten sport. Moim celem były Igrzyska i choć mi się nie udało, to mam jeszcze w tym temacie pewne ambicje. W przyszłości chciałabym otworzyć swoją szkołę bokserską, głównie dla dzieciaków. Gdy zakończę moją karierę, skupię się na wychowaniu olimpijskiego mistrza.