fbpx

 

Pracują pro bono. Ich performance i sztuki fascynują widzów głębszym przesłaniem. Wzbudzają zachwyt, nierzadko szokują. Nie dają jednoznacznych rozwiązań, wręcz przeciwnie – prowokują do myślenia, do autorefleksji. Z aktorami Teatru U Przyjaciół rozmawiam po spektaklu Fobie o przekraczaniu granic i życiowych barier, o poświęcaniu się dla własnej pasji.

Rozmawia: Magdalena Ciesielska

Zdjęcia: FoTomAtelier

Czy Wasz teatr można nazwać eksperymentalnym?

Tomasz Zajcher: Teatr to nasz permanentny warsztat. Pole bitwy, na którym nieustannie ścieramy się z naszymi wyobrażeniami o sobie na scenie. Przez siedemnaście lat działania zbudowaliśmy pewne fundamenty, a każde nowe doświadczenie traktujemy jako kolejne wyzwanie. Nazwalibyśmy się teatrem niezależnym, jednak nie istniejemy w próżni.  Możemy realizować nasze pomysły w kontekście odbiorców. To właśnie widzowie decydują o naszym byciu tu i teraz, o słuszności naszych wyborów,  celowości poszukiwań repertuarowych. 

Każdy z Was na co dzień ma inne zajęcia, pracę, obowiązki. Teatr U Przyjaciół pozwala Wam być sobą, spełniać się na scenie, poruszać wyobraźnią widza? Czym jest ta przestrzeń?

Stanisław Przewoźny: Jest zabawą. Oderwaniem od codzienności. Próbą zdystansowania się do siebie, do rzeczywistości i bieżących spraw. Przestrzeń teatralna różnicuje nasze życie, nadaje kolorytu. Sprawia, że jest ono barwne i ekscytujące zarazem. Ja osobiście studiuję kierunek medyczny, więc kompletnie inny biegun życia. Do Teatru U Przyjaciół przychodzę po prostu odpocząć i pobyć kimś innym, w zależności od tego, jaka mi rola przypadnie. (śmiech) Teatr to dla nas urozmaicenie życia.

Tomasz Zajcher: Dla mnie to ekskluzywne hobby!  Teatr jest nieustanną okazją do sprawdzania się w nowych warunkach, emocjach. Każde kolejne wyzwanie jest pretekstem do zobaczenia siebie inaczej, w innym kostiumie, innej „psychoprzestrzeni”.

Filip Borowiak: My często mówimy, iż jest to nasze nietypowe hobby. Może się wydawać, że wychodzimy na scenę i prezentujemy coś magicznego, wcielamy się w konkretną postać. Jednak występ to jest krótka chwila, za którą kryją się długie godziny przygotowań zarówno roli, a także dekoracji, odpowiedniego nagłośnienia czy oświetlenia. Jesteśmy teatrem amatorskim, więc wszystko musimy robić sami. Każdy z nas poza wyjściem na scenę ma mnóstwo innych zajęć, począwszy od scenografii, kończąc na funkcji garderobianej czy nawet sprzątaczki. (śmiech) Dużo praktycznych umiejętności nabyłem też tu, w teatrze. 

Monika Chuda: Teatr U Przyjaciół jest jak narkotyk. Przyciąga i działa na wyobraźnię. Każda funkcja, którą wykonuję, daje mi radość, czy reżyseria, aktorstwo, czy przygotowywanie kostiumów. 

Wasza kooperacja przebiega na wielu różnych płaszczyznach teatru…

Tomasz Zajcher: Tak, część z nas reżyseruje, gra w spektaklach, odpowiada za kostiumy, scenografię, realizację światła-dźwięku. Uczymy się nawzajem od siebie, wypracowujemy sobie wspólnie metody działania. 

W jaki sposób dołączają nowe osoby do Waszej trupy teatralnej?

Tomasz Zajcher: Można wypełnić  „formularz adepta starającego się” i stawić się na rozmowę z nami. Następnie dajemy takiej osobie tekst i prosimy o przygotowanie. Spotykamy się z kandydatem na scenie, słuchamy, przyglądamy się i zostaje z nami lub nie…

W lutym i marcu gracie spektakle ze swojego stałego repertuaru: Fobie, Sherlocka Holmesa, Portret Doriana Wilde’a. Jak dochodzi do wyboru spektakli?

Tomasz Zajcher: Często rozmawiamy o naszym teatralnym menu, aby jak najlepiej je skomponować.  Repertuar rozrywkowy naprzemiennie z dramatycznym. Taki płodozmian potrzebny jest i nam, i naszym widzom.   

Jakie role wymagają większej pracy, poświęcenia?

Tomasz Zajcher:  Każda rola jest dla mnie równoważna, każde doświadczenie sceniczne pretekstem do eksperymentowania.

Czy macie swoją ulubioną rolę, w którą się wcieliliście; postać, z którą się utożsamiacie?

Monika Chuda: Każda nowa rola jest według mnie tą ulubioną, bo stanowi dla nas ogromne wyzwanie. Porusza wyobraźnię, daje swobodę interpretacji, umożliwia wyjść poza ograniczenia, stać się – choć na ten moment – kimś zupełnie innym. Jesteśmy tu po to, aby przekraczać pewne granice, jeśli chodzi o rolę, reżyserię, w ogóle – myślenie o teatrze. Burzymy więc stereotypy, odkrywamy nowe możliwości wyrazu. Ja staram się nie powtarzać pewnych utartych wzorców, aby z jednej strony zaskoczyć widza, a z drugiej strony – siebie. Oczywiście, pozytywnie. (śmiech) Lubię mieć poczucie, że się przekroczyło własne wewnętrzne opory i granice. 

Wasze performance są ogromnym zaskoczeniem dla widowni, często zgromadzonej na dziedzińcu PTPN. Czemu to ma służyć?

Tomasz Zajcher: Ten wstęp jest częścią historii. W założeniu ma być czymś naturalnym. Pojawia się w takich spektaklach, w których już na etapie scenariusza dostrzegamy taką potrzebę.

Czy wciąż odczuwacie pewien rodzaju stresu przed wyjściem na scenę? Stres mobilizujący, wręcz motywujący?

Karolina Mingielewicz: Ludzie szukają adrenaliny w różnych aktywnościach – jedni skaczą ze spadochronem, inni wychodzą na scenę. (śmiech) Na mnie adrenalina działa mobilizująco i sprawia, że gram lepiej. Kiedyś zdarzyło się, że musiałam wystąpić i zaśpiewać z silnym zapaleniem gardła, ale ku mojemu własnemu zaskoczeniu udało się, mój organizm się zmobilizował. Przezwyciężyłam swoje słabości. Stres to czynnik, który zdecydowanie można rozpatrywać jako pozytywny. Jest to nieodłączny element gry i przygotowywania się do roli. Według mnie, jeśli nie czuje się już adrenaliny i podekscytowania, trzeba zastanowić się, czy jest się w dobrym miejscu, czy wciąż chce się grać. Często motywujący stres definiuje nasze zaangażowanie, to czy jesteśmy w roli, czy jednak poza nią i wychodzimy na scenę prywatni, tylko po to, aby sztucznie odklepać tekst. Powinniśmy zawsze czuć ekscytację, energię, jaką daje obecność widowni. Gramy dla ludzi, więc ich reakcje są dla nas najważniejsze.

Stanisław Przewoźny: Jeśli zapomni się fragment tekstu, to adrenalina jest jeszcze większa. 

Paweł Kolasa: Dla mnie teatr to również piękne hobby. Pamiętam jak zaczynałem przygodę w teatrze, Tomasz powiedział do mnie: „Ty musisz znać tekst tak dobrze, że jak obudzisz się w środku nocy, możesz go bezbłędnie wydeklamować”. Jednak mimo to odczuwam stres przed każdym występem. Niewątpliwie świetnie się gra, gdy publiczność żywo reaguje, jak chociażby na Fobiach. Wówczas energia wraca i taki spektakl ma kompletnie inne zabarwienie emocjonalne. Wtedy już cała machina idealnie się toczy.

Filip Borowiak: Najbardziej niezwykły moment to premiera i wtedy też jest największa trema. Jeśli poczujemy dobrą energię publiczności, wówczas stres sam znika. 

Czy w zanadrzu już kiełkuje nowy pomysł reżyserski? Co planujecie na ten 2020 rok? 

Tomasz Zajcher: Zaplanowaliśmy premierę Frankensteina na jesień 2020. Próby już się rozpoczęły.