fbpx

 

Utalentowana wokalnie i aktorsko. Śpiewa, tańczy, gra na scenie Teatru Muzycznego w Poznaniu. Lubi przestrzeń dla swojego głosu, muzyczne hybrydy i eksperymenty. Anna Lasota opowiada o premierowej płycie ESSENCE, o miłości do muzyki, zapraszając jednocześnie na swój koncert, który odbędzie się 15 marca w Auli Artis w Poznaniu.

Rozmawia: Magdalena Ciesielska

Zdjęcia: Mateusz Szczepaniak, R. Lak (Evita w Teatrze Muzycznym) 

Związania jesteś z Teatrem Muzycznym od 2008 roku. Co daje Ci największą satysfakcję: śpiew, aktorstwo, taniec czy kompilacja tych trzech aktywności?

ANNA LASOTA: Zdecydowanie kompilacja, bo wtedy możemy angażować całe ciało do działania. To jest bardziej organiczne. Oczywiście, są takie dzieła, w których tylko głos jest najważniejszy, utwory oratoryjne, sakralne, typowo koncertowe. Natomiast dzieła operowe, operetkowe, wodewilowe, musicalowe wymagają już nie tylko wyjścia i wydania z siebie dźwięku. Nawet jak ten dźwięk będzie najpiękniejszy. Przy tych formach i gatunkach muzycznych już trzeba uruchamiać dodatkowe aktywności. Aktorstwo jest spójne ze śpiewem, to jest środek wyrazu. Dobrze, gdy moje emocje nie są odklejone od mojego wnętrza. Nie tylko odśpiewane, ale również przeżyte, aby widz mógł w ten przekaz uwierzyć. Im szybciej łączy się te wszystkie elementy: śpiew, aktorstwo, ruch sceniczny, choreografię, tym lepiej. Ciało wówczas może złapać przysłowiowy luz. 

Dziesięć utworów, które znalazły się na Twojej premierowej płycie ESSENCE, były przez Ciebie wykonywane już wcześniej wielokrotnie, czy to na deskach teatralnych, czy podczas koncertów. Ten wybór podkreśla muzyczną istotę, esencję dźwięków, która Cię motywuje? 

To zbiór doświadczeń, które zebrałam na spektaklach i własnych koncertach kameralnych czy rozbudowanych już z orkiestrą. Mam do tych utworów sentyment. Zawsze do nich wracam, bo mam przyjemność z ich wykonywania. Nie wszystkie moje ulubione kompozycje znalazły się na płycie, bo jest ich mnóstwo. (śmiech) Założyłam sobie, że będzie dziesięć. Dobór rodził się naturalnie i spontanicznie. Jedne były wyparte przez inne. Koty czy My Fair Lady mają swoje ekranizacje, a ja też oscyluję wokół filmu. Płyta ma charakter lekko musicalowy, lekko filmowy. To było kilkadziesiąt miesięcy myślenia, poszczególnych etapów wybierania, podmieniania aranżacji. Tworzenie nie idzie w parze z pośpiechem i naciskiem. Płyta powstała w międzyczasie: pomiędzy pracą w teatrze, moimi koncertami, jeżdżeniem po Polsce. Wszystko trzeba logistycznie połączyć i to nieraz bywa najtrudniejsze. Cieszę się z finalnego efektu płyty, która jest dla mnie bazą do kolejnych działań. 

Pierwszy utwór na Twojej płycie to Papa, can you hear me? wykonywany przez Barbarę Streisand. Chciałaś zmierzyć się z lirycznością dźwięków?

Zawsze miałam sentyment do treści wypływającej z tego utworu. Cała płyta jest zadedykowana moim rodzicom. Po stracie najbliższej osoby niektóre songi nabierają kompletnie innego wydźwięku i nic już nie jest takie samo, nawet piosenka… Mogę już w tym momencie traktować ją podwójnie, wręcz symbolicznie. 

Muzyka jest nieoczywista, nieodgadniona. Jakie style muzyczne przyciągają Cię jak magnes? Czy są to hybrydy muzyczne?

Tak. Ja bardzo lubię taki eklektyzm, twórczość kompilacyjną. Tak zostałam stworzona, taki mam aparat głosu i nie chciałabym tego zmieniać. Nie chcę upodabniać się wokalnie do kogoś, bo to krótka droga. Mój głos, moje umiejętności interpretacji i improwizacji ukierunkowują często wybory. Wiem, co mogę zaśpiewać, co do mnie pasuje. W zasadzie z każdego gatunku muzycznego znajdę coś odpowiedniego dla siebie, czy to z gatunku klasycznego, czy popularnego. Zawsze mam to wypośrodkowane, aby nie zrobić sobie krzywdy dla aparatu głosu. Hybryda bardzo mi się podoba. Nie chcę się szufladkować. Muzyka jest na tyle otwartą przestrzenią, że nie trzeba się ograniczać.

Ostatnio miałaś taką okazję do kompilacji stylów?

Świetnym przykładem jest koncert poświęcony Grzegorzowi Ciechowskiemu, który zagrałam z Toruńską Orkiestrą Symfoniczną prowadzoną przez Krzysztofa Herdzina. Przepiękne były jego aranżacje. Do współpracy zaproszone zostały osoby bardziej kojarzone z muzyką popową i ja. Bałam się, jak zostanę przyjęta trochę w rockowym wydaniu, ale aranżacje były tak cudownie stworzone, że dawały mi przestrzeń dla głosu. Mogłam tam powrzucać wokalizy, pobawić się rejestrami w śpiewaniu. Obawiałam się przyjęcia publiczności. Jednak fani muzyki Ciechowskiego też nieustannie poszukują nowatorskich propozycji, chcą odkrywać muzykę w innej formie, odsłonie. Przychodzili potem za kulisy, gratulowali, co dało mi wielką radość i odetchnęłam z ulgą. Odzew był bardzo przyjemny. To jest przykład, iż nie można się nigdy ograniczać. Należy próbować swoich sił w różnych gatunkach. Dla mnie najważniejsze są: prawda muzyczna i wrażliwość, operowanie frazą, która do czegoś zmierza. Wychodzę z założenia, że jeżeli jest się naturalnym na scenie, nikogo się nie naśladuje, to jest najlepsza droga.

Podkreślasz, że słowo jest dla Ciebie bardzo ważne. Interpretujesz po swojemu sens danego utworu, tworzysz indywidualną analizę odczuć, myśli, emocji. Co chcesz przekazać swoim słuchaczom?

To już każdy indywidualnie może ocenić. Ktoś może odczytać to jako stricte moje emocje, ktoś inny przełoży to na swoje życie, zmusi siebie do autorefleksji. Płyta ESSENCE ma wielką czasoprzestrzeń. Praktycznie w każdym songu można usłyszeć wartościowe słowa. Właśnie zależało mi na tym, aby odnaleźć detal i szczegół, a nie ogrom i masę dźwięku. Zostawiam więc przestrzeń dla słuchacza, aby wysłuchał, co ja śpiewam i miał czas na własną interpretację. Liryczność w moim głosie jest z natury i nie chcę z nią walczyć (śmiech), co nie zmienia faktu, że siebie prowokuję do różnych wykonań. 

Wiem, że 15 marca będzie można Cię posłuchać w Poznaniu, w Auli Artis. Podobno chcesz wyjść poza tradycyjną konwencję koncertu. Kogo zaprosiłaś do współpracy przy tym projekcie?

Podczas koncertu pojawią się przełamania konwencji. Będzie też teatralnie, abyśmy nie byli zbyt monotonii. Ja lubię ogień na scenie, energię. (śmiech) Zapowiedzią czegoś nowego, o czym już myślę, będą dwie nowe kompozycje, podczas tego koncertu. Tomasz Lewandowski pisze muzykę do dwóch nowych tekstów, w kompletnie innym klimacie niż na płycie ESSENCE. Będzie kwartet, kontrabas i fortepian, ale inaczej przearanżowane. Do współpracy zaprosiłam też Artura Romańskiego, który na co dzień związany jest z Teatrem Animacji w Poznaniu, ale robi też dużo swoich indywidualnych rzeczy. Wspólnie znaleźliśmy pomysł na ten najbliższy koncert. Zaufałam jego widzeniu teatru. To nie będzie teatr eksperymentalny, a magiczny. Dużą uwagę poświęciliśmy działaniom reżyserskim, choreografii, oświetleniu, odpowiedniemu nagłośnieniu sali itp. Widz będzie miał wówczas dodatkowe bodźce i na tym mi ogromnie zależało, bo muzyka jest żywym organizmem. Nasze wykonanie jest dla mnie – oczywiście – priorytetem. Chciałabym, aby ten koncert był atrakcyjny dla odbiorcy. Scenografią, dekoracją zajmie się Marta Madej. Zaprosiłam też do tego projektu tancerzy, których znam z Teatru Muzycznego w Poznaniu: Bartka Dopytalskiego, Jakuba Grzelaka i Mateusza Adamczyka. I oczywiście nie zabraknie znanego już państwu z płyty składu muzyków: Oskar Stabno, kwartet Con Affetto oraz Andrzej Iwanowski. Nad brzmieniem czuwać będzie Łukasz Kurzawski, który jako Recart jest wydawcą płyty ESSENCE.

Niespodzianką płyty jest Libertango Astora Piazzolli wykonane wirtuozersko na fortepianie przez Oskara Stabnę. Skąd taki pomysł?

Solówki i improwizacje Oskara pojawiają się też w innych utworach na płycie. Jego kompozycje muzyczne są nieodzownym elementem i na tym bardzo mi zależało. Jeżeli chodzi o solowe jego granie, zostawiłam mu dowolność. Libertango odbija energię dźwięków na różne strony. Chciałam, aby ta płyta nie była tylko delikatna i sentymentalna. Również żywiołowa, wręcz energetyczna i nieprzewidywalna. Na płycie znajdują się zatem utwory musicalowe, filmowe oraz piosenki. 

Muzyka jest dla Ciebie przygodą, ucieczką od problemów codzienności, przystanią wyciszenia, balsamem dla duszy?

Muzyka była i jest dla mnie źródłem wzruszeń, bodźcem do wzbudzenia w sobie energii. Często słuchając przeróżnych melodii, otwiera się moja wyobraźnia. Muzyka jest dla mnie też źródłem działania wyobraźni. Jest moją pracą, która daje satysfakcję, ale nie jest wyścielona tylko samymi pozytywami. Jest pracą z wieloma trudnościami, polegającą na żmudnych i rzetelnych przygotowaniach, na dyscyplinie, ćwiczeniach i zmaganiu się z własnymi słabościami. Nierzadko i problemami indywidualnymi oraz wykonawczymi, nad którymi trzeba ciągle pracować. Zderzam się z osobami w tej branży, które nie są mi przychylne. Nie zawsze nadaje się na jednych falach, a trzeba ze sobą pracować. Bywa różnie… Praca zawsze ma pewien procent rutyny. Ważne jest, aby ta rutyna nie zabiła efektu wykonawczego i emocji, które za każdym razem powinny nam towarzyszyć. Dlatego gdy jestem na scenie, staram się być całą sobą w muzyce. Muzyka to moje życie, to moja walka. Nieustanna nauka i zrozumienie. Muzyka to nie tylko ja, ale praca zespołowa. Czasami potrzebuję ciszy. Odpoczywam od dźwięków. Trzeba znaleźć balans i równowagę tak jak w muzyce, tak i w życiu.

Jesteś sentymentalna, a Twoje piosenki są „z duszą”. Czy masz taki utwór, który chciałabyś wykonać, a jeszcze dotychczas nie spróbowałaś?

To ewoluuje. Zmienia się. Lubię ładne dźwięki, ciekawe kompozycje i aranżacje, które mnie inspirują. Życie samo podsuwa mi te przykładowe piosenki. Jak chociażby koncert polskiej muzyki filmowej, podczas którego śpiewam piosenkę z filmu Papusza w oryginale wykonywaną przez Elżbietę Towarnicką, piękny sopran. Niesamowita muzyka, niezwykle trudna. Motywująca. Wykonuję ten utwór po cygańsku. Ponadto rytm jest wymagający, często się zmienia, a trzeba zachować pewną płynność. Myślałam o tym utworze z dwa lata, aż zapadła decyzja, iż mogę go wykonać. Myślę o czymś, a potem tak telepatycznie się to wydarza. (śmiech) Dojrzewam emocjonalnie do danej kompozycji muzycznej, melodii. Lubię utwory z pogranicza muzyki filmowej, bo one dają mi przestrzeń dla mojego głosu. Lubię eksperymentować. Nie znoszę ograniczeń.