fbpx

Nie boi się, że już zawsze będzie się o nim mówiło „Polak, który zagrał u Tarantino”, bo jest przekonany, że rola w filmie, który dostał 10 nominacji do Oscara to dla niego dopiero początek przygody w Hollywood. – Jak się upadnie, to najgorszą rzeczą jest leżeć. Trzeba szybko wstać i wyciągnąć wnioski – mówi aktor Rafał Zawierucha, który już 26 lutego przyjedzie do Poznania na spotkanie z cyklu Kreatorzy Wizerunku by MM. 

Rozmawia: Michał Gradowski 

Na początek pytanie motoryzacyjne: czy często jeździsz swoim niebieskim trabantem? 

Rafał Zawierucha: Tylko dla przyjemności, kiedy chcę się zrelaksować. Na co dzień używam auta bardziej ekonomicznego i przyjaznego środowisku, ale tak, trabant jeździ, czasem trzeba go trochę podreperować, ale ciągle potrafi się rozpędzić do 120 km/h i ma dla mnie dużą wartość sentymentalną. 

O czym będziesz mówił na spotkaniu w Poznaniu? 

Nie mam dokładnego scenariusza, ale sporo się u mnie ostatnio w życiu dzieje, a takie spotkania traktuję jako okazję do usystematyzowania tego, co do tej pory dane mi było przeżyć. Warto czasem trochę zwolnić i zdać sobie sprawę z tego,  co się w naszym życiu wydarzyło i dlaczego to się wydarzyło. Czasem dążymy do jakiegoś upragnionego celu, bardzo czegoś chcemy i to się rzeczywiście dzieje, ale my wcale nie jesteśmy na to gotowi.  

Na wszystko trzeba się odpowiednio przygotować – w moim przypadku tak było ze zdawaniem do szkoły teatralnej, później pracą w teatrze, moją drogą do Hollywood czy wieloma decyzjami w życiu prywatnym. Staram się też przyciągać dobre fluidy, bo myśli to przecież fale o różnych częstotliwościach, energia, której wibracje możemy poczuć. 

Na pewno opowiem też o tym, czym się aktualnie zajmuję. Właśnie zaczęliśmy zdjęcia do Zemsty w Teatrze Telewizji, zagranie Papkina to było jedno z moich zawodowych marzeń, które się właśnie spełnia. Przymierzamy się do komedii, w której razem z Edytą Olszówką będę miał przyjemność zagrać główną rolę, zdjęcia zaplanowano na Zamku w Gniewie już w najbliższe wakacje. Wcześniej zagram jeszcze w jednym filmie w Polsce, też komedii, dołączę do doborowej obsady, ale więcej nie mogę na razie zdradzić. A celem numer jeden na ten rok jest wrócić do Hollywood i zagrać w kolejnej produkcji. 

W tym roku na ekrany wejdą aż cztery filmy z Twoim udziałem – 

Najmro, Orzeł, ostatni patrol, Więzień i Banksterzy. Na którą premierę czekasz najbardziej?  

Każdy z nich jest zupełnie innym filmowym gatunkiem. Mamy tu Najmro, komedię, której akcja dzieje się głównie w latach 70. i 80. XX wieku – to historia o słynnym polskim królu ucieczek, inspirowana prawdziwymi wydarzeniami z życia Zdzisława Najmrodzkiego, który 29 razy uciekał z więzienia w PRL-u. Gram tam milicjanta, to naprawdę niesamowita historia, a Steve McQueen z Wielkiej ucieczki mógłby się od Najmrodzkiego uczyć. (śmiech) W filmie Orzeł, ostatni patrol zagrałem z kolei młodego, zawadiackiego marynarza na pokładzie okrętu ORP Orzeł, który jak wiemy zatonął i ślad po nim zaginął. Ta wojenna historia była dla mnie kolejnym spotkaniem z Jackiem Bławutem, którego bardzo cenię. Nowością była tutaj wspaniała scenografia stworzona od zera, imitująca okręt, ze specjalnymi podnośnikami udającymi ruch fal czy scena nagraną pod wodą. Niezwykłe doświadczenie. 

W filmie Więzień wcielam się natomiast w więźnia obozu koncentracyjnego, przyjaciela słynnego boksera Tadeusza „Teddy’ego” Pietrzykowskiego, który na ringu walczył o swoją wolność. A w Banksterach widzowie będą mieli okazję zobaczyć z bliska historie ludzkich dramatów związanych z kredytami we frankach. Każda z tych ról była więc zupełnie inna, a nie ma nic bardziej rozwojowego dla aktora niż możliwość sprawdzenia się w tak różnej stylistyce, dlatego już nie mogę się doczekać premier wszystkich tych filmów. To dla mnie bardzo ważna część pracy – obserwowanie reakcji widzów, rozmowy o tym, jak odbierają graną przez mnie postać. To bardzo pomaga przy pracy nad kolejnymi rolami. 

Czy Orzeł, ostatni patrol ma potencjał, aby stać się filmem na miarę Dunkierki Christophera Nolana? 

Akcja obu filmów rozgrywa się w tym samym roku, obie historie mają podobny ciężar gatunkowy, bo i ewakuacja aliantów na plażach Dunkierki, i zaginięcie „Orła” to historie, które stały się pewnym mitem, symbolem. Trzymam za ten film kciuki, trzeba jednak pamiętać, że w Polsce ciągle mało inwestuje się w takie historyczne produkcje, rozmach jest zupełnie inny niż w przypadku filmu Nolana.   

Czy rozgłos, jaki towarzyszył Ci po zagraniu Romana Polańskiego w Pewnego razu… w Hollywood Quentina Tarantino już trochę ucichł? 

Temat jest ciągle nośny, już 9 lutego ceremonia wręczenia Oscarów, film 

otrzymał 10 nominacji, bardzo mu kibicuję, bo zawsze dobrze mieć w CV rolę w produkcji nagrodzonej Oscarem. (śmiech)  

Hollywood to zupełnie inny filmowy świat, czy tylko skala jest znacznie większa?  

Na pewno rzuca się w oczy poziom profesjonalizmu, skrupulatność przygotowań – wchodząc na plan, aktor może tam w pełni skupić się na pracy, nie musi myśleć ani zajmować się niczym innym. Na planie u Quentina nie można mieć przy sobie komórek, wszyscy są skupieni i w pełni pochłonięci tym, co robią, ale najbardziej zapadła mi w pamięć wyjątkowa, rodzinna atmosfera. Nie ma kłótni, zawiści, producent, reżyser, aktorzy, charakteryzatorki, oświetleniowcy i cały zespół tworzą jedną drużynę, wszystko musi idealnie współgrać. 

Kiedy rozmawiałem z Margot Robbie czy Bradem Pittem podkreślali, że pracy z Tarantino nie da się porównać do grania w innych filmach. Myślę, że to domena wielkich reżyserów, także polskich – praca z takimi ludźmi to wyjątkowe przeżycie, najlepsze, co może się przytrafić aktorowi. 

Hollywood i całe Los Angeles bardzo mnie też zainspirowały jako miejsce – otwarte, dające ogromne możliwości. Wszyscy są tam w pewnym sensie przyjezdni i chcą sobie pomagać.  

Gdybyś nie był aktorem, to w jakim innym zawodzie mógłbyś się spełniać? 

Siedząc dziś u znajomych, rozmawialiśmy o takich alternatywnych scenariuszach i przypomniałem sobie, że rodzice chcieli zapisać mnie do szkoły muzycznej do klasy perkusji, ale było tylko jedno miejsce, akurat zajęte. Gdyby nie to, może byłbym dziś perkusistą w rockowym zespole i grałbym coś w stylu 

The Doors albo The Eagles. Mógłbym też być projektantem ogrodów, w 

domowym ogrodzie robiliśmy z bratem skalniaki, kosiliśmy trawę, przycinaliśmy drzewa – dobrze to wspominam. Kolejna opcja – instruktor narciarstwa albo zawodowa jazda konno, uwielbiam te sporty, a jazda konna już niedługo może mi się przydać na planie, ale to jeszcze tajemnica.  

Ciągle chcesz zagrać Jamesa Bonda? Do której z dotychczasowych ról najtrudniej było Ci się przygotować? 

Tak, rola agenta specjalnego czy czarnego charakteru, coś w stylu Ukrytej gry czy Mostu szpiegów z Tomem Hanksem, to by było to.  

Każda postać wymaga innych przygotowań – w przypadku Romana Polańskiego starałem się jak najwierniej oddać jego styl zachowania, sposób mówienia i poruszania się, oglądałem materiały źródłowe, czytałem książki, wywiady.  

Podobnie było w przypadku filmu Bogowie i roli kardiochirurga Romana Cichonia – niezwykły człowiek, którego poznałem osobiście i na żywo mogłem zobaczyć, jak się zachowuje. Ciekawy rys psychologiczny ma też postać, którą zagrałem w Banksterach.  

W filmie Najmro zagrałeś milicjanta, sierżanta Ujmę. Czy Twoim zdaniem są role, które przynoszą aktorowi ujmę?  

Oczywiście mam takie wewnętrzne, moralne i estetyczne granice, których bym nie przekroczył, choć staram się nie składać deklaracji w stylu „nigdy bym tego nie zagrał”. Nie miałbym problemu z wcieleniem się na przykład w rolę Goebbelsa, bo uważam, że filmy przypominające o czarnych kartach historii są potrzebne, mogą skłaniać ludzi do myślenia.  

Rafał Zawierucha prywatnie lubi być w centrum uwagi? 

Nie powiedziałbym, że lubię, ale często tak to się właśnie kończy. (śmiech) Pochodzę z wielodzietnej rodziny, lubię ludzi, towarzystwo, często organizuję innym czas, czasem trochę nawet nimi „zarządzam”. Choć sporo pracuję, zawsze staram się znaleźć czas na spotkania w gronie najbliższych przyjaciół – wczoraj na przykład graliśmy w kości i słuchaliśmy dobrej muzyki. Polecam. 

Czy ta pewność siebie, brak kompleksów, nawet w towarzystwie Brada Pitta czy Leonardo DiCaprio, towarzyszyły Ci od zawsze? 

Myślę, że wyniosłem to z domu. Rodzice nigdy nie mówili mi „Możesz wszystko!”, ale raczej „Ucz się, pracuj, a na pewno coś osiągniesz”. Zawsze starałem się pokazać innym, że to, do czego dążę, ma sens. Byłem uparty, ale skuteczny. Do szkoły teatralnej zdałem dopiero za trzecim razem, ale nigdy nie zwątpiłem, że się uda. Jak się upadnie, to najgorszą rzeczą jest leżeć. Trzeba szybko wstać, wyciągnąć wnioski i następnym razem nie dać się przewrócić.  

Mam wrażenie, że nie boisz się, iż już na zawsze zostaniesz „Polakiem, który zagrał u Tarantino”. Radość i emocje związane z tą rolą trudno pewnie opisać, ale będą jeszcze większe? 

Mam nadzieję. Szansę pracy z Quentinem traktuję jako przełom w mojej karierze, trampolinę do tworzenia nowych kreacji w Hollywood. Krok, na pewno znaczący, ale tylko jeden z wielu. To dopiero początek mojej drogi, a czasem nie cel, ale sama droga jest największą wartością.    

Spotkanie z Rafałem Zawieruchą otwierające nowy sezon wydarzeń z cyklu Kreatorzy Wizerunku by MM już 26 lutego o godz. 20 na Młyńskiej12. Liczba miejsc ograniczona. Więcej informacji oraz rezerwacja miejsc na FB Kreatorzy Wizerunku by MM.