fbpx

Uwielbiam metro! Robię prywatne rankingi metra z różnych miast. Nowojorskie nie plasuje się w nich zbyt wysoko, ale i tak darzę je uczuciem głębokim, choć nie zawsze odwzajemnionym.

 

 
Jest brudne i zawiłe, nie ma podpowiadaczy, do których jesteśmy przyzwyczajeni w większości miast w  Europie – kierunek,  stacja docelowa, lista przystanków po drodze, życzliwe drogowskazy do głównych atrakcji. Nic z tych rzeczy – miotaj się człowieku i gub!

 
Za każdym razem, gdy zjeżdżam w  dół, mam wrażenie, ze zstępuję do Hadesu – mrocznego, brudnego, pełnego oparów,  wyziewów i snujących się dusz. Orfeusze też się znajdą – z bogactwem instrumentów – i piękne Eurydyki, a nawet ładne stacje, z tematycznymi mozaikami.

Mimo tego wszystkiego – biegających szczurów, mimo smrodu, resztek jedzenia, tłoku, mnogości wariatów – zwycięża ta niesamowita energia, wielorakość i wielobarwność, która cieszy i przyćmiewa jakże liczne niedostatki.

Jak już dostaniesz się do wagonu (nigdy nie wsiada się do pustych – jest jakiś powód, dla którego są bezludne!) masz szanse: 

  • być molestowanym przez żebraków – z litanią nieszczęść, zawodów miłosnych  i  chorób,  jakie ich spotkały, połączonych z wyrzutami, że pasażerowie mają lepiej, 
  • załapać się na dowolny koncert , np. kwartetu czarnych seniorów lub bębniarzy – bardzo  fajny!  Lub pokaz akrobacji na rurach w  wykonaniu niezwykle zwinnych, młodych chłopaków – widowiskowy, a jakże!  
  • podziwiać panie robiące pełen makijaż, czesanko albo obcinanie paznokci na oczach całego wagonu.

Pojęcie prywatności  jest zupełnie inne, ba!, wręcz nie istnieje. Nikt taktownie nie zauważa mocno wczorajszych pasażerów, którzy swobodnie wymiotują lub oddają mocz na platformach miedzy wagonami. À propos akrobacji – sztuką niebywałą jest plasowanie tyłka na malutkich krzesełkach w taki sposób, by nie zahaczyć sąsiada. Większość bowiem podróżnych wykracza poza przepisowe wymiary siedzenia.

Jedna wieczorna przejażdżka metrem potrafi dostarczyć tyle doznań, co dobry film. Zaczyna się od żebraka z długimi dredami – wkracza do wagonu, trzymając w objęciach kota i rozpoczyna swą litanię. Pasażerowie przysysają się desperacko i jeszcze bardziej do ekranów telefonów, by Boże broń nie nawiązać kontaktu wzrokowego. „No tak, nikt na mnie nawet nie spojrzy. A czy wiecie, że wesz może przeskoczyć nawet cztery metry? Przekonacie się wieczorem!” – zasyczał wściekle, opuszczając wagon bez żadnego zarobku. 


Do grupki wytwornych gości – panie w mróz obowiązkowo w kożuchach eko i sandałach na bose stopy! – podchodzi pewnym krokiem młoda kobieta słusznych rozmiarów. Wydaje się, że to znajoma. Ociera się o jednego z panów, głaszcze go po policzku. Jednak nieznajoma! – chłopak bowiem doznaje szoku! Po czym pani owa chwyta się poręczy i zasypia na stojąco nad moją córka, kładąc się na niej niemalże. Posadziłyśmy ją, żeby opadała bezpiecznie – w boki i na innych współpasażerów.

A w tle jakiś cudzoziemiec, młody chłopak, mimo północy, pilnie uczy się angielskiego – rozwiązuje zadania, sprawdza słówka i w ogóle nie rejestruje, ile go omija.

Jak już się nawdycham, napatrzę na wszystkich dziwaków i bogactwo typów ludzkich (dyskretnie!), porozpycham, to z ulgą wydobywam się na powierzchnię.