fbpx

 

Charyzmatyczna i porywająca energią. Świadoma swoich atutów idealnie wybrzmiewających w singlach Nieodkryty ląd, Mocna, Nie przeszkadzać. Dziewczyna z Bieszczad, która miejsce do życia i pracy znalazła właśnie w Poznaniu. Jakie wybory i podróże ją ukształtowały? Dlaczego muzyka etniczna  jest jej wielką miłością, a marzeniem wspólny śpiew z chórem gospel?

Rozmawia: Magdalena Ciesielska

Zdjęcia: Jan Sawiński 

Marto, jakie były Twoje muzyczne początki?

Marta Podulka: Tata jazzman był moim autorytetem muzycznym i pierwszą osobą, która wzięła mnie za rękę i powiedziała: „Dziecko, Ty masz talent.” Zapisał mnie na naukę gry na pianinie, w Brzozowskim Domu Kultury, ale nie mogłam zsynchronizować prawej i lewej ręki. Widocznie mam coś nie tak z półkulami. (śmiech) Miałam problem z czytaniem nut a vista. Pani Basia, która uczyła mnie gry, stwierdziła, że jestem uzdolniona, ale muszę mieć monomelodyczny instrument. Rodzice zapisali mnie więc na flet poprzeczny w Szkole Muzycznej w Sanoku, którą bardzo miło wspominam. Ciężko tam pracowaliśmy, ćwiczyliśmy, jeździliśmy na liczne konkursy. Miałam cudownego pedagoga, Wiesława Bródka, który wiele niuansów muzycznych mi wytłumaczył, ukształtował mnie jako muzyka. Teraz ja, czerpiąc z mądrości i doświadczeń mojego mistrza, przekazuję te nauki dalej. Przekazuję moim uczniom, podopiecznym, których kształcę, z którymi ćwiczę. Pracuję z młodzieżą i wiele cennych uwag odnośnie do podejścia pedagogicznego zaczerpnęłam właśnie od pana Wiesława. 

Rodzice namawiali Cię do śpiewania?

Moi bracia też są umuzykalnieni, ale wybrali inną drogę życia – sport. Jeden jest trenerem siatkarskim, drugi uwielbia sporty ekstremalne i jazdę na rowerze po górach. Rodzice dali nam prawo wyboru, nie ingerowali. Kompletnie nie naciskali, abyśmy stworzyli rodzinny zespół à la Kelly Family. (śmiech) Podsuwali różne instrumenty, abyśmy spróbowali, oswoili się i sami zadecydowali. Mama to rodzinny Anioł Stróż, trzymający rękę na pulsie. Wszystko miała pod kontrolą i naszą naukę, i nasze pasje. Tata – artystyczna dusza – skupiał się natomiast na rozrywkach w domu i na łonie natury. (śmiech) Zaszczepił w nas miłość do przyrody, umiejętne czerpanie z jej darów i tak potrzebne każdemu wyciszenie. Teraz w moim dorosłym życiu kieruję się tym ojcowskim przekonaniem, aby nie pędzić, a przed podjęciem ważnej decyzji iść po prostu na spacer, do lasu, złapać tę potrzebną równowagę i odpocząć psychicznie. Tata nauczył mnie doceniać piękno świata, otaczającej nas przyrody.

Kochasz podróże, podobnie jak Twój tata…

Jak mój tata był w moim wieku, to popularne były rejsy statkiem. Jazzmani podróżowali głównie w taki sposób. Były z tego dobre pieniądze, dolary przywoziło się do domu i prezenty dla dzieci. (śmiech) Tata dzięki takim możliwościom zwiedził prawie cały świat. Często opowiadał o urokach Polinezji Francuskiej, o tym jak pływał z płaszczkami. Tata to kompletnie uwolniony człowiek, z mnóstwem ciekawych anegdot i historii podróżniczych. U nas w domu jest totalny luz, nie opowiadamy o pracy, o zawodowych planach. Każdy robi, co chce… Szanujemy siebie, swoją prywatność i wspólnie spędzony czas.

Co przygnało Cię z Podkarpacia do stolicy Wielkopolski?

To czysty przypadek. (śmiech) Nie jesteśmy w stanie, mając 19 lat, wiedzieć, co chcemy robić życiowo. Trudno jest w tak młodym wieku określić się i ukierunkować. Ja wiedziałam tylko, że będę grać i śpiewać, bo nic innego nie potrafiłam. (śmiech) Przyjechałam do Poznania na studia z moją przyjaciółką gitarzystką ze szkoły muzycznej w Sanoku. Miałyśmy dwie opcje: Katowice albo Poznań. Tak z marszu, bez większego przygotowania, poszłam w Katowicach na egzamin z jazzu, z wokalu. Tam jest się bardzo trudno dostać, bo jest sto osób na jedno miejsce. Niespodzianką było dla mnie, że wśród wybitnych startujących tam osób ja zdobyłam dużą liczbę punktów na egzaminie i zaproponowano mi studia w trybie zaocznym. Stwierdziłam jednak, że ze śpiewem jakoś sobie poradzę, a pójdę na studia kształcące mnie jako flecistkę. Wybrałam więc flet i Poznań. (śmiech) Już na pierwszym roku studiów zaczęłam pracować z muzykami. Stworzyliśmy zespół i zostaliśmy od samego początku bardzo przychylnie przyjęci na muzycznym rynku poznańskim.

Z kim grałaś?

Jeszcze będąc w szkole muzycznej, grałam koncerty z big bandem mojego taty, z wybitnymi muzykami, śmietanką polskiego jazzu. Był i Ptaszyn Wróblewski, Andrzej Zaucha, Lora Szafran, Grażyna Łobaszewska, Krystyna Prońko, śp. Jarosław Śmietana i śp. Tomasz Szukalski. Cudowni, wielcy ludzie, jazzmani, i ja, taki podlotek w blond włosach z fletem. Kiedyś saksofonista Szukalski usłyszał jak ja sobie podśpiewuję i powiedział: „Ty masz dobry feeling. Czujesz to. Ty jesteś bluesmanka! Chodź z nami zaśpiewać All of me.” Próba, improwizacja, zaśpiewane i koncert…

Zapomniałaś kiedyś tekstu piosenki na scenie?

Ile razy! Zapatrzę się na przykład na kogoś bardzo przystojnego podczas koncertu i zapomnę słów. (śmiech) Takie nieoczekiwane sytuacje dały mi jednak siłę i pewność siebie na scenie. Doświadczenie nauczyło radzić sobie w takich sytuacjach. Teraz już nie boję się, że coś przypadkowego wydarzy się na scenie. Nie boję się, że zdębieję i stracę głowę przed publicznością. Wtedy uruchamia się zmysł kreatywności i tak potrzebnej improwizacji, aktorskiej gry. Ważny jest przekaz i nie można panikować. 

Łatwiej jest śpiewać czy grać na instrumencie?

Śpiewanie jest trudne. Grając, zawsze przekazujesz swoją interpretację, myśli, odczucia, poprzez przedmiot, instrument. Podczas wokalu człowiek sam musi sobie radzić, bez jakiejkolwiek pomocy. Jest to ciężkie często psychicznie, żeby się otworzyć, żeby nie bać się swoich wad. Jazzmani zawsze powtarzają: „Jak zaśpiewasz krzywy dźwięk, to nie traktuj tego jako błąd, przejdź w nową frazę, która będzie początkiem nowej historii muzycznej, nowej interpretacji”. Z wad trzeba umieć robić swoje atuty. 

Czy lubisz śpiewać na dużych scenach, czy tych mniejszych?

Doceniam duże sale z ich akustyką, widownią. Ciągnie mnie jednak do klubowych przestrzeni, do kameralnych miejsc, gdzie mam kontakt z ludźmi, schodzę ze sceny, śpiewając, i siadam wśród publiczności. Uwielbiam w Poznaniu Blue Note, we Wrocławiu klub Stary Klasztor. 

Cytując fragment Twojej piosenki Nieodkryty ląd, czy Ty „śmiało płyniesz pod prąd”? 

Tak, jestem buntownikiem. Dziewczynę z Bieszczad trudno do czegoś namówić. (śmiech) Często odmawiam uczestnictwa w projektach, ostatnio w programie okołomuzycznym, nie czysto muzycznym. (śmiech) Robię to, co czuję. Nie pod publikę. Żyję w zgodzie z samą sobą. Dużo jest sztucznych ludzi, pustych rozmów, sytuacji sztucznie napompowanych. Ja nie przystaję do tego. Dlatego wybrałam inną drogę. 

Z kim chciałabyś zaśpiewać w duecie, z jakim wokalistą? 

Na przykład z Piotrem Cugowskim. W ogóle kiedyś oscylowałam głównie w głosach męskich. Jednak moim największym marzeniem jest śpiew z chórem gospel, bo ten rodzaj muzyki kojarzy mi się z uwalnianiem emocji, z radością, pozytywną energią i wszechobecną miłością do ludzi.

Jeśli Twoje życie potoczyłoby się inaczej, to kim – poza soulową wokalistką – mogłabyś być, jaki zawód wykonywać?

Chciałam być kiedyś weterynarzem, ale jak potem zobaczyłam krew, to stwierdziłam, że to kompletnie nie dla mnie. Mam w sobie za duże pokłady empatii. Nie poradziłabym sobie z tym, że ktoś cierpi. Zbyt dużo emocji się we mnie kotłuje. Bycie lekarzem to ogromne wyzwanie. Muzyka wydała mi się mniejszym wyzwaniem. (śmiech) Choć jest to błędne myślenie, bo branża muzyczna jest bardzo trudna.

Jakie masz „wielkie zmiany w planach”?

Nigdy nie miałam parcia, aby być celebrytką. Wprost przeciwnie. Puste rozmowy, o niczym i uśmiechy na zawołanie – to nie moja bajka. Wolę skupić się na koncertowaniu z zespołem. Mam też chrapkę na nowy album, bo trochę czasu już minęło od mojej ostatniej płyty. Dzięki podróżom mam nowe inspiracje. Udało mi się zwiedzić okolice Morza Śródziemnego. Zaczęło się w ogóle od Turcji, bo dostałam zaproszenie, aby zagrać koncert dla polskiej firmy. Poleciałam tam z gitarzystą, prywatnie moim partnerem. Zauroczyliśmy się innymi dźwiękami, typowo etnicznymi, krajami i miastami niekomercyjnymi. W tym roku byliśmy w Tajlandii – to już zupełnie inny świat. Zderzenie ze skrajnie odmienną kulturą niż nasza. Wyprawy czy do Tajlandii, czy do Izraela dały mi wiele pozytywnych bodźców do tworzenia czegoś zupełnie nowego na polskim rynku muzycznym. Ja zakochałam się w skalach ćwierćtonowych, gdzie mamy do użycia o wiele więcej dźwięków. Skłaniam się więc ku nowej płycie z czystymi dźwiękami zaczerpniętymi z korzeni, z muzyki etnicznej. Zawsze mnie ciągnęło w tę stronę. Zależy mi, aby ta płyta była jak ja – szczera i prawdziwa wariatka.

Marzę o…

Marzę o tym, żeby usiąść sobie na ganku w moim wymarzonym drewnianym domku, z ukochanym psem, golden retrieverem. Marzę o napisaniu książki. Chciałabym zebrać w całość różne anegdoty z tras, z koncertów, ze spotkań z ludźmi. To są wyjątkowe historie.