fbpx

Tekst i zdjęcia: Estera Hess

Poleciałam tam, by to sprawdzić. Przyznaję, że Kuba nigdy nie była na mojej obowiązkowej liście krajów, które chciałabym zobaczyć. Po dwóch pobytach tam zastanawiam się, dlaczego zwlekałam z wizytą tak długo. 

Pamiętam jak wysiadłam z samolotu, a na lotnisku otuliło mnie gorące, lepkie i wilgotne powietrze. W dali wypatrzyłam pierwsze dorodne palmy, i jak na zamówienie za płotem przetoczył się różowy oldmobil z kierowcą w wielkim kapeluszu i z sumiastym wąsem. Niemal przetarłam oczy ze zdziwienia, pocztówkowe widoki witały mnie od pierwszych minut pobytu. A potem było już tylko lepiej. 

Hawana to miasto, które ma wszystko to, co lubię. Gwarne i zatłoczone w ciągu dnia kusi barwnymi strojami pozujących do zdjęć Kubanek, które kręcą na swych udach cygara, noszą w koszach na głowie dorodne owoce i zdrowo kasują za robione im zdjęcia. 

Hawana to starówka, która oferuje magiczne miejsca ze światowej sławy drinkami i koktajlami na bazie rumu, to szlak Ernesta Hemingwaya i jego ulubionych barów, wreszcie obraz codziennego życia ze wszystkimi blaskami latynoskiego miasta. 

Chciałam zobaczyć to miasto poza pokazowymi godzinami. Takie prawdziwe poznałam w niedzielny poranek; leniwe, wyciszone, z Kubankami w papilotach wyprowadzającymi swe puchate pieski na małe trawniki w samym centrum miasta, z dzieciakami na rowerach, szalejącymi na pustych jeszcze uliczkach stolicy, z pierwszymi sprzedawcami ulubionych tutaj hot dogów, frytek i churros. 

Zakochałam się w tutejszych oldmobilach, każdy z nich inny, każdy dostojny, i te kolory: pistacjowe, landrynkowopudrowo: różowe, błękitne, seledynowe – tworzą tęczę na ulicach miasta. Wystarczy rozłożyć się na wygodnej skórzanej kanapie, by przenieść się kilkadziesiąt lat wstecz. Bądźcie gotowi na spotkanie z naszym Fiatem 126, których sporo kręci się tutaj w okolicy. 

Hawana tańczy, salsa króluje tutaj na ulicach i w barach, ale najwięcej jej wieczorami. Poza kilkoma modnymi adresami, gdzie bilety wstępów kosztują krocie i gdzie podejmuje się najczęściej zamożnych turystów, powstaje coraz więcej mniejszych lokali, gdzie parkiet zajmują dynamiczne trupy tancerzy i baletmistrzów. Buena Vista Social Club ma się dobrze i gra nadal, nie mogłam sobie odmówić widowiska w gorących rytmach.

Wreszcie poznałam też smaki Hawany. Tylko dla wtajemniczonych w całym mieście istnieje wiele prywatnych restauracji, tzw. paladores, które często ukryte za zwykłymi drzwiami przypominają Tajemniczy Ogród albo świat z Alicji w Krainie Czarów. Do jednej z nich musiałam pokonać obdrapaną klatkę schodową, potem podejrzane chybocące się schody, by nagłe wejść do magicznej krainy smaków i zapachów z widokiem na całe miasto (miejsca takie pokazują się często w światowej sławy produkcjach filmowych).

Cóż za kontrasty i niespodzianki. 

Drugim  miastem, które mnie zachwyciło był Trynidad, inny niż stolica, mniejszy, kameralny, z kolorowymi fasadami kolonialnej zabudowy. To miejsce pięknieje nocą, wtedy nabiera charakteru i  charyzmy.

Tu tańczy się na historycznych schodach pod gołym niebem, pije rum z płonącym cukrem i poznaje proces uprawy trzciny cukrowej. Lubię Trynidad, bo modne jest tutaj mieszkanie u rodzin. To przepaść w porównaniu z luksusowymi hotelami stolicy, małe pokoiki, nierzadko bez klimatyzacji. Bezcenne są za to wspólne posiłki z gospodarzami czy długie rozmowy z nimi na tarasie pod rozgwieżdżonym kubańskim niebem. Najlepiej poznałam wyspę, słuchając jej mieszkańców, poznając ich rodzinne historie i losy. 

Bardzo zależało mi, żeby dotrzeć na drugi kraniec wyspy do Santiago de Cuba. Miałam rację, poznałam trzecie bardzo różne miasto Kuby. Tutejszy rozmach, architektura i wspaniali ludzie zatopieni w kawie, rumie i tańcu to kwintesencja mojej wyprawy. 

Na sam koniec pobytu na Kubie skusiłam się na kilkudniowy pobyt na plaży. Wybrałam wybrzeże mniej popularne niż plaże Varadero, zawitałam do Cayo Santa Maria. Oj żałowałabym, gdybym nie tutaj dotarła. Karaibskie wybrzeże, nieskazitelny lazurowy kolor wody, biały piasek, rafa na wyciągnięcie ręki i słońce – to wakacje marzeń. I choć pobyt tylko w tym miejscu mógłby być zafałszowanym obrazem kraju, bo oglądanie go przez pryzmat wielkich resortów, bogatego wyboru dań czy uśmiechniętej od rana obsługi to tylko fragment Kuby. 

Skorzystałam z kilku wycieczek, najbardziej podobała mi się szalona jazda autami terenowymi przez plantację trzciny cukrowej oraz wyprawa łodzią w morze. Oczywiście gwoździem programu było pływanie z maską i rurką i podglądanie rafy koralowej oraz rybek, ale niespodzianką była uczta na pokładzie łodzi. Tak pysznych i świeżych homarów serwowanych po prostu prosto z garnka, polanych masłem czosnkowym, nie jadłam nigdy wcześniej ani nigdy potem. 

Kuba czasami przypomina Polskę sprzed 30 lat. Kolejki, puste półki, kraty w sklepowych witrynach, czasem oddają klimat naszych roześmianych miejscowości letniskowych w szczycie sezonu. Tylko od Ciebie zależy, ile chcesz zobaczyć i na ile ją polubisz. Ja potrzebowałam drugiej szansy, by teraz tęsknić za nią i szukać okazji, by uciec tam znowu. 

 

Ach i pamiętam jeszcze, jak przed laty rekomendując mi ten kierunek, straszono mnie, że po śmierci Fidela Castro Kuba przestanie być Kubą, zatraci swoją tożsamość i stanie się kolejnym karaibskim rajem. 

Uspakajam, aż tak spieszyć się nie trzeba. Kuba żyje w swoim tempie i zmiany  zachodzą tutaj też bardzo wolno. Rewolucji szybko nie będzie. Zdążysz zatem zatopić się w roztańczonych nocach na Kubie, odnaleźć pyszne miejsca i posmakować mojito czy daiquiri. Leć, bo warto!